Rozgrzeszmy ten album! Na jego temat powiedziano wiele niezbyt pochlebnych
słów, a przecież wystarczy go posłuchać i... właściwie jedyne do czego można
się przyczepić, to to, iż jest to eksperyment. To prawda że " She's Gone "
jest przesłodzone do granic możliwości ( nawet " Changes " się chowa ), ale
to przecież i tak bardzo ładna ballada, ze świetnym Iommim na klasyku
grającym... To prawda, że " It's Alright " jest beatlesowskie aż do
wyrzygania, ale czy naprawdę trzeba z tego robić zarzut ? Bardzo ładna
piosenka, wręcz rewelacyjnie zaśpiewana przez Billa Warda ( Słuszna decyzja,
Ozzy by tego lepiej nie zaśpiewał!!!! ). " Rock'n'Roll Doctor " jest
dokładnie tym, czym go z nazwy mianowano - rock'n'rollem po prostu ( świetne
klawisze Geralda Woodruffe! ). Świetna piosenka. No i nie należy zapominać o
klasycznych, sabatowych wymiataczach ( nieco " podkolorowanymi " wprawdzie,
co tylko dodaje smaku... ) jak " Back Street Kids " i " Dirty Women " (
pamiętacie te sceny na " Reunion " podczas tej piosenki ?

). Natomiast "
You Won't Change Me " wydaje się być zapowiedzią niektórych muzycznych
rzeczy, jakich Ozzy zacznie dokonywać w trakcie solowej kariery.
Reasumując: nie jest to może płyta na miarę Paranoid czy Sabbath Bloody
Sabbath, ale tez i nie taki był cel jej nagrywania chyba... Ja w każdym razie
zawsze polecałem ją każdemu, kto mówił że Sabbaci z Ozzym tłukli cały czas to
samo