18.06.04, 21:08
Amsterdamski stadion Arena robi wrazenie niemal tak duze jak katowicki
spodek. Nie moge sie doszukac ile tam wlazlo ludzi, ale podejrzewam, ze okolo
50 tysiecy. Zabrali nam aparat, wiec wieczor nie zaczal sie zbyt przyjemnie.
Zroznicowanie wiekowe wprawilo nas w swoisty szok. Na marillion znacznie
zanizalismy srednia wiekowa, a tutaj byly i dzieci (bo na oko jakies 8-10
lat) i ludzie, ktorzy pamietaja jeszcze czasy kiedy mieczyslaw fogg skakal w
krotkich spodenkach po podworku. Kolejny raz zaczalem sie zastanawiac
dlaczego tak drazni mnie przychodzenie na koncert w koszulce wystepujacego
zespolu. Podejrzewa, ze okolo polowa ludzi miala na sobie koszulki RHCP z
czego trzy czwarte kupilo je na tymze koncercie (za jedyne 30 euro)
wchodzimy, miejsca siedzace, trzeci rzad. Przed nami plyta boiska, scena po
drugiej stronie, jakby nie ekrany to bym nic nie widzial. Zachcialo sie nam
miejsc siedzacych, nigdy wiecej! Zboczenie zawodowe (i pragnienie) kazalo mi
zwrocic uwage na ciekawa maszyne do nalewania piwa. Taca z trzydziestoma
kubkami podstawiana pod maszyne z szescioma rurkami, szybko, efektownie i
kupa piany na podlodze. Punkt dziewietnasta (zgodnie z rozkladem) zaczyna
sie “show”.
Supporty-
1. chicks on speed- I tu pojawil mi sie kolejny raz ten sam problem- czy
zespol grajacy koncert ma wplyw na to kto gra przed nim? Wiem, wiem- jestem
nietolerancyjna malpa, ale CO TO KUUURWAAAA MA BYC???? Trzy panny (gdzies w
polowie wyskoczyla czwarta, ale tylko skakala po scenie jakby siadla w
mrowisku) przy czym co do plci nie jestem pewien. Skakalo toto po scenie,
krzyczalo jakies dziwne teksty po sngielsku I po niemiecku, stroje zywcem
wyjete z technoparty w berlinie zachodnim pietnascie lat temu, makijaze jak
polaczenie kiss I antoniny krzyszton, podklad-techniawka w tle, I tak z pol
godziny… ciezko bylo, oj ciezko. Jedna babka (?) wygladala jak maryla
rodowicz, tyle ze troche chudsza, nlodsza I z czarnymi klakami. Z tego co
zauwazylem wiekszosc ludzi siedzacych na trybunach byla bardziej
zainteresowana golebiem, ktory wlecial jakos do srodka I nie mogl wyleciec
(ajax ma kryty stadion) latal biedny od jednej trybuny do drugiej, ciekawe
jaki mialo to wplyw na jego psychike- halas, ktorego ja nie moglem zniesc,
dym z papierosow (tak, w holandii pala tez papierosy) I zamknieta przestrzen…
no, ale nie o ornitologii mialem tu dzis pisac.
2. the roots.
O ile w pierwszych minutach ich wystepu drugi raz zadalem sobie pytanie czy
nie pomylilem stadionow, to jednak pozniej sie rozkrecili. Zaczeli od jakichs
hiphopsiupujacych fajansow, ale pozniej zrobilo sie ciekawiej. Dwoch
gitarzystow (z czego jeden do zludzenia przypominal philipa michaelà thomasa
z majami wajs) basista (z cygarem w zebie, perkusja, klawisze. Jak spiewal
PMThomas to bylo ok, jak wokalista to zaraz sie z tego robila kaszana.
Zaskoczyli mnie tym, ze pomiedzy numerami basitsa zagral dosc rozbudowanie I
trzeba przyznac, ze ciekawe solo. Jak sie na to patrzylo to si emialo
wrazenie ze koles odgania sie od krowich bakow, ale jak zamknac oczy to nawet
ciekawie to brzmialo. Jeden z gitarzystow tez zagral pozniej solo w ktorym
wykazal sie uwielbieniem hendrixa, grajac za plecami nad glowa, miedzy nogami
I wkilku innych pozycjach. Nie wybzykal I nie podpalil jednak wiosla wiec do
jimiègo mu jeszcze troche brakuje. Nie byli tacy strasznie, ale mimo to
odetchnalem kiedy juz zeszli. Myslalem, ze to jakies miejscowe obiboki, ale
na stronie RHCP jest napisane ze graja z nimi dosc czesto.

No I do rzeczy.
Dosc dlugo trwalo zanim wlezli wreszcie na scene. Dodatkowe dwa telebimy
odpalone co ulatwilo mi ogladanie widowiska. Zaczeli we trzech od kawalka
ktorego nie znam, ale zaraz po nim na scenie pojawil sie anthony (ubrany w
biala koszule, krawat I taki zajebisty kubraczek) I polecialo “can`t stop”
wywolujac u mnie ta zajebista, jedyna w swoim rodzaju gesia skorke. Niestety
nie mialem nic do pisania zeby przekazac wam teraz kolejnosc numerow, al ei
tak nei bylaby ona zbyt dokladna bo nie jestem jakims znawca zebym znal ich
wszystkie ich kawalki. Ciekaw jestem ilu obecnych tam ludzi odkrylo RHCP
dopiero po “by the way”. Sodzac po wrzaskach I piskach jakie wywolal “zephyr
song” sporo. Ktos kiedys stwierdzil ze red hoci to bardzo dobry zespol, ale
na koncertach duco traca. I ja, z wilkim bolem musze sie z tym
zgodzic.dlaczego?
1. strasznie zle naglosniony wokal. Wiem, ze to nie ich wina, ale mimo
wszystko powinno to byc dopilnowane.
2. strasznie dlugie przerwy miedzy piosenkami.
3. dwa czy trzy razy mialem wrazenie, ze nie wiedza co maja zagrac, zaczynali
sobie brzdeakac po czym przerywali I zaczynali jakis inny numer. Dziwnie to
brzmialo I wygladalo. Po zespole z ich doswiadczeniem scenicznym spodziewalem
sie nieco wiecej.
4. odnioslem wrazenie, ze forma wokalna anthonyègo nie jest najlepsza. Ale,
jak juz wyzej napisalem moze to po prostu naglosnienie.
5. nie zagrali mojego ulubionego “black sugar…”J
ale nie bylo tak strasznie- teraz o plusach.
1. forma wizyczna wokalisty- zajebiscie podoba mi sie ten uklad
choreograficzny przypominajacy polaczenie wscieklego orangutana I
krakowiaczek-ci-ja.
2. kilka ciekawych przerywnikow. Teoretycznie mozna to bylo rowniez uznac za
minus tego koncertu, mozna to bylo debrac za swoista zapchaj-dziure, ale mnie
sie to jednak podobalo. Napiejrw basista kolejny udowodnil, ze potrafi
wycignac z tego instrumetu rewelacyjnie brzmiace dzwieki, bylem w szoku.
Zawsze podziwialem wlasnie jego sluchajac RHCP, ale gdy zagral sam- wtedy
dopiero pokazal co potrafi. Zreszta pozniej wprawil mnie w zadziwinie
wychodzac na scene z… trabka. Nawet mu niezle na tej trabeczce szlo.
Frusciante w tym czasie bawil sie przesterami (delay, flenger i inne takie)
rozciagajac brzmienie trabki na wszystkie strony. Pozniej kilka krotkich acz
pieknych solowek zagral perkusista. Miedzy innymi wstep do “good times, bad
times”cepelii. W sumie mozna na te przerywniki popatrzec rowiez z drugiej
strony. Wygladalo to tak jakby reszta schodzila ze sceny podpiac sie pod
kroplowke czy cos I w tym czasie trzeb abylo cos wykombinowac… ale nie bede
sie juz czepial.
Zabisowali tylko raz, ale za to jak….
Najpierw Frusciante powiedzial, ze jak byl mlodym, jedenastoletnm punkowycm
chlopcem to byl to jeden z jego ulubionych numerow po czym zagarli cos co
brzmialo jak black flag lub the x, a pozniej zlazl troche nizej ze sceny I
polecialo “under the bridge”…

Podsumowujac odczulem delikatny niedosyt. Moze nie moglem sie do konca
wyluzowac bo holenderska kolej jezdzi tylko do polnocy wiec patrzylem co
chwile na zegarek zeby sie nei spozniec na ostatni pociag. A moze po prostu
za duzo zobie wyobrazalem.
To tyle.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka