Mięso i inny oręż proszę zostawić za drzwiami (Phill Collins nie lubi ponoć
jajek i pomidorów), bo ja się będę teraz samorealizować.
Alicia Klawisz i jej ‘Piosenki na jedno kopyto”.
W sprzedaży detalicznej są dwie wersje albumu- ja posiadam tę drugą,
zatytułowaną „Songs in A minor”-special edition. Umieszczono na niej
ekskluzywny link do jak najbardziej oficjalnej strony Alicii, dwa nowe remixy
jej przebojów ( „Fallin`” i „ A Woman`s Worth”

, oraz coś jeszcze, czego
nie byli łaskawi zaznaczyć w menu. Jest to utwór „Lovin U” utrzymany w
konwencji jazzowo-swingowej będący niespodzianka dla tych nadgorliwców,
którym nie chce się wyłączać płyty od razu po ostatnim remix`ie. Trzeba
odczekać dwie i pół minuty, może krócej, nim nastąpi sprytnie zakamuflowana
kompozycja.
Większość piosenek są dziełem Alicii, zarówno w wykonaniu jak i
aranżacji. A oto tradycyjnie czas na prezentację i ogólnikowy komentarz:
1. „Piano & I” – prolog
2. „Girlfriend”- typowy r`n`b
3. „How come You don`t call me”- cover Prince`a, zresztą bardzo udany w jej
wykonaniu
4. „Fallin`”- znamy
5. „Troubles”- dość smętna kompozycja, ale o tej właściwości płyty będzie w
innym akapicie
6. „Rock wit U”- poczatkiem przypomina utwór instrumentalny, wokal wchodzi
dosyć późno
7. „A Womans Wort`h” –znamy także
8. „Jane Doe”- śpiewane pospołu z Kandi Burruss (nie pytajcie, któż zacz),
utwór rozpoczyna zdawkowy monolog niechlujnym slangiem subkulturowym
9. „Goodbye”- bez rewelacji
10. „The life”- bez rewelacji.
11. „Mr. Man”-trudno oprzeć się wrażeniu, że Alicia inspirowała się naszym
góralskim folklorem w aranżacji utworu i nie mam tu na mysli chórków
złozonych z chramu górali.
12. „Never felt this Way”- REWELACJA!
13. ‘Butterflyz”- REWELACJA!
14. „Why do I feel so sad”-tytuł świadczy sam o sobie
15. Caged Bird”-warto zwrócić uwagę na ten utwór
16. „Fallin`-remix”-a tu nieodłącznie raperskie gadanie
17. „A Womans Worth- remix”- całkiem sympatyczny
18. „Lovin U”- dość szybko zapada w podświadomość
Cała płyta ma charakter bardzo prywatny i kameralny. Czasami zdarza się, że
artysta poza właściwą działalnością nagrywa w studio coś niezobowiązującego,
przeznaczonego tylko dla koneserów lub głębiej szukających słuchaczy. Coś, co
niekoniecznie musi być podwaliną sukcesu komercyjnego. I właśnie taki
niezobowiązujący klimat nadają płytce konkretne utwory, bo poza nimi
obiektywny słuchacz nie doszuka się nadzwyczajnych kompozycji, wręcz
stwierdzi, ze wszystkie są takie same. To owoc utrzymania stylistyki płyty
właśnie w tonacji A-mol, dzięki czemu Alicia otrzymała efekt długiej
opowieści muzycznej, w której instrumenty zredukowano do minimum. Artystów
decydujących się na taki krok można uznać za sadystów, bo taki zabieg
bezlitośnie obnaża ich braki wokalne. U panny Keys paradoksalnie- wszystko
gra, nawet nieczystości zaśpiewane są czysto , co dodatkowo zyskuje na
walorze.
Głos wokalistki nie jest powalający, powalające są natomiast jej
umiejętności. Jej specjalnością jest łamanie dźwięków przy pokonywaniu fraz,
a także zniekształcanie głosu do przenikliwej, przebijającej plątaninę
chórków barwy . Minusem takiej techniki w przypadku panny Klawisz jest
utrata ciągłości w śpiewaniu taktów gardłem, co powoduje w sposób naturalny
śpiewanie „przez nos”, efektem czego głos staje się mdły, drażniący i zbędnie
manieryczny. Zastrzegam, że akurat powyższe także zredukowano do minimum,
jednakże jest to stała cecha w głosie Alicii.
Perełkami na płycie są dwa przenikające się taktami utwory- „Never felt
this way” oraz „Butterflyz”. Obydwa utrzymane w klimacie na pograniczu
tragizmu ( nie mylić z patetycznymi „chwytającymi za serce” wykonaniami
Uznanych Diw). Pierwotna wersja pierwszego utworu należy do Brian`a
McKnight`a ( fenomen na czarnym rynku muzycznym

) , więc to on nadał
odpowiedni szlif atmosferze utworu, drugi natomiast napisała Alicia w wieku
czternastu lat, co absolutnie mi tu śmierdzi, bo posiada cechy pierwszego.
Opinia stron niezależnych:
„To absolutnie dołujące utwory .(Tylko bez nazwisk!!!)”- wesoła na co
dzień optymistka
„Nie da się tego słuchać w dzień pogodny, to tak niewłaściwe jak stypa
na balandze”- zaprzyjaźniony osobnik z sąsiedztwa
„Najlepiej przy kominku, w samotności, z gorącym bimbrem w jednej, a
paczką chusteczek w drugiej ręce”- trzydziestodwuletnia, ładna, blond włosy,
dwójka dzieci i mąż zamienią mieszkanie na większe.
To zupełnie zrozumiałe. Fortepian wykorzystany do aranżacji tych ballad ma
taka moc przekazu, że praktycznie słowa piosenek są niepotrzebne. Zawiera się
w nim wszystko- grozę pustki i przemijania, smutek., przygnębienie, gorycz,
nostalgię oraz ukrytą groźbę w dialogu między wokalistką a instrumentem. W
drugim utworze niepostrzeżenie rozbrzmiewają zręczne akordy gitary
akustycznej, które doskonale potęgują nastrój.
Obydwa utwory są nierozerwalna kwintesencją płyty, a przynajmniej stać
się powinny.
Artystka z pewnością rozwinie szerzej skrzydła swoich możliwości, mam jednak
nadzieję, że oszczędzi nam nadrozwoju głosu w stylu zmutowanej wokalizy
Whitney Houston czy zdzicinniałego sopraniku Mariah Carey, a w interpretacji
pozostanie niezależna. Bo owszem, zdarza jej się od czasu do czasu wypaść z
tonu, jednak tkwi w tym mnóstwo uroku i niepowtarzalności.
Dziękuję za współpracę przy tworzeniu wszystkim tym, którzy mi nie
przeszkadzali.
huney.