obiecałam loveletterowi recenzję "tego umięśnionego ushera", więc oto i ona...
płytkę "8701" (której tytuł można rozwinąć: 1987-początek muzycznej drogi
artysty; 2001-data wydania krążka) posiadam od jakiś dwóch lat. i przez te
dwa lata stała się ona jesną z moich ulubionych i jedną z tych, które uważam
za najlepsze produkcje r'n'b ostatnich lat. są artyści, którzy odnoszą sukces
swoim debiutem i przez resztę "kariery" wykorzystują triki i pomysły ze
swoich debiutanckich albumów, żeby, którko mówiąc, za bardzo się nie wysilać
i nadal ciągnąć kasę. "8701" to druga oficjalna płyta ushera, po "my way"
sprzed dobrych kilku lat (która właśnie była takim debiutem-perełką).
słuchając obu, odnoszę wrażenie, że "my way" to taki zbiór oddzielnych
kompozycji, z których niektóre są nieprzeciętne i naprawdę dobrze
wyprodukowane, a niektóre totalnie przeciętne i zupełnie nie pasujące do
reszty. "8701" to coś..hmm..dojrzałego. to 15 kawałków, które brzmią świetnie
zarówno jako single, jak i całościowo. każda piosenka ma swój charakter i nie
zatraca go, zestawiona z pozostałymi. działa tu pewien ciekawy mechanizm -
otóż każdy kawałek zbudowany jest na szkielecie jakiegoś indywidualnego
pomysłu, takiego małego muzycznego gadżetu - zawiera coś, co wyróżnia go
spośród całej masy piosenek r'n'b.
(wybrałam mniej więcej połowę kawałków, które najbardziej lubię, choć tak
naprawdę wszystkie na tej płycie są na bardoz wysokim poziomie)
płytę otwiera interlude zatytułowany po prostu "8701", który wg mnie jest
jakby podziękowaniem artysty za docenienie jego pracy i sentymentalne
spojrzenie wstecz, do początku. ale może to tylko moja nadinterpretacja.
na pierwszy ogień idzie "u remind me" - efektowne "wejście": coś jakby
zmodyfikowane smyczki, energicznie, motyw, który stanowi przewodnią linię
podkładu. prosty rytm, dobry wokal, lekki text, odpowiedni do nastroju,
doskonale dograne męskie chórki. jeden z tych utworów rozgrzewających
towarzystwo

"i don't know", w którym udziela się p.diddy (już się pogubiłam w tych jego
ksywkach...). zaczynamy dość pokaźnych rozmiarów intro puff'a, które na
szczęście nie burzy ogólnej konstrukcji utworu). charakterystyczny dla tej
piosenki jest właściwie... brak melodii jako takiej w podkładzie. linię
melodyczną buduje tylko wokal ushera i nieco osterzejsze chórki w refrenie
(takie jakby staccato - troszkę poszarpane, idealnie równo zaśpiewane)
jednym z moich ulubionych kawałków jest "twork it out", który doskonale
nadaje się na randkę w stylu "kolacja ze śniadaniem w perspektywie"

wokal
idealnie seksowny, taki szepcząco-soulowy, na wysokim poziomie, text dość
jednoznaczny... bardzo delikatne chórki. co tu dużo pisać - ten kawałek po
prostu płynie. nie jest to ani ballada, ani wybitnie rytmiczny numer, po
prostu ma to "coś", co sprawia, że wszystko w nim współgra perfekcyjnie.
pierwsza typowa pościelówa tej płyty - "u got it bad". podkład ograniczony do
minimum: rytm + autentycznie zawodząca gitarka. rytm jakby zwalniający,
ociężały, ale to tylko złudzenie. wokal osadzony wysoko, zamierzone
przeciągnięcia... wszystko to buduje bardzo kameralny, smutny nastrój (jak
słucham tej piosenki, to zawsze wydaje mi się, że za oknem leje..)
"pop ya collar" - mój numero uno

)) świetny rytm, idealny do tańczenia (wiem
coś o tym, bo korzystałam z niego raz przy choreografii), ciekawy pomysł na
wokale wewnątrzzwrotkowe i w refrenie (są i żeńskie i męskie chórki, fajnie
zaaranżowane). podkład niewiele ma wspólnego z linią melodyczną; text bardzo
życiowy - w skrócie: jak ci za dobrze w życiu idzie, to ludzie dookoła zrobią
wszystko, żeby ci się noga powinęła.
kolejne kawałki: "if i want it", "i can't let you go", "u don't have to
call" to utwory idealne na imprezę
"without you" (interlude) & "can u help me"
przykład ballady idealnej. temat: oczywiście nieszczęśliwa miłość. liryzm
totalny ze wspomaganiem genialnie zaaranżowanych klawiszy. naprawdę chwyta za
serce. doskonała dramaturgia, wyraźny punkt kulminacyjny, do którego dąży i
wokal i muzyka, każde swoją droga, ale te ich krzyżujące sie drogi bardzo
fajnie wypadają razem. popis wokalu - wreszcie słychać możliwości wokalne
ushera, którego głos ma wielkie możliwości.
"how do i say" - elementy latynosko-południowe w podkładzie, kawałek
baaaaaaardzo wakacyjny, słoneczny, troszkę leniwy, a jednak ma odpowiednie
tempo...chyba najlepsza aranżacja z tej płyty. utwór perełka pod każdym
względem.
"hottest thing", "good ol' ghetto" - kolejne imprezowiczki

"u-turn" - to taki protest song hihihihi...serio

)) to bunt przeciw
zatraceniu wartości muzycznych w hip hopie późnych lat dziewięćdziesiątych. o
tym, czego brakuje - że gdzieś zniknęła atmosfera, po prostu radość robienia
dobrej muzy, a został tylko pęd za kasą. temat bardzo na czasie. nie tylko w
stosunku do gatunku r'n'b & hh.
"ttp", czyli "the total package" bardzo fajny, "bounce'ujący" kawałek o tym,
czego szukamy w życiu, w drugiej osobie. tradycyjnie, twórcze kombinacje w
podkładzie, męskie chórki "z charakterkiem", ciekawie mijające się między
zwrotkami.
i na zakończenie... "separated" - druga typowa ballada z "8701". text
zbudowany na zasadzie negatywnych porównań (np. "if love was an oscar you and
i could never win, 'coz we could never act out our parts"). ciekawy, naprawdę
ciekawy jak na balladkę. poza tym, oczywiście klawisze i gitarka (tym razem
akustyczna" w manierze "mandolinowej" jak ja to nazywam

)) smutna, ale
ładna.
no i na tym kończy się płyta jako całość. muszę się przyznać, że "8701" to
była taka miłość od "drugiego wejrzenia". początkowo słuchałam tylko
kawałków, które powaliły mnie po pierwszym przesłuchaniu, resztę olewając.
dopiero po jakimś czasie odkryłam je na nowo. ta płyta to jedna z
nielicznych, których mogę słuchać w całości, utwór po utworze, i ma ona dla
mnie idealny sens. jest perfekcyjna. pod względem rytmu, aranży, wokalu i
nastrojowości. naprawdę, próbowałam doszukać się jakiś jej minusów czy
niedociągnięć, ale... nie potrafię

po prostu jest doskonała. dajrzała
praca faceta, który wie czego chce i ma warunki, żeby to zrealizować. polecam
każdemu, kto choć liznął trochę r'n'b - samego hh jest na niej mało, zdarzają
się wstawki, ale naprawdę, dodają one tylko lekkiej, no nie wiem -
pikanterii? utworom, których warto przesłuchać. trudno mi sklasyfikować
nagrania ushera i jego styl - bo nie jest to ani stawianie na wirtuozerię
wokalną, jak u maxwella czy brian mcknighta, ani na super aranżację w stylu
bardziej blues niż rythm, jak u lucy pearl...ale...ten koleś ma swój
indywidualny styl, rozwija się wciąż muzycznie, ma mnóstwo pomysłów i nie
słabnący potencjał... a poza tym, to mam do niego słabość, bo genialnie
tańczy

))
pozdrówki
adasiówna