Dodaj do ulubionych

FORUMOWA BIBLIOTEKA

    • pizmak31 P A N T E R A - "Reinventing the Steel" Sugar 09.07.03, 16:01

      Jestem wielkim fanem Pantery. Moja fascynacja tym zespołem trwa od dnia, gdy
      zobaczyłem w legendarnym "Headbanger`s Ball" na MTV video do "Walk".
      Nowatorskie brzmienie, uderzający swą prostotą i intensywnością motyw
      przewodni, oraz skandowane z furią kolejne linijki tekstu, sprawiły iż logo
      Pantery na zawsze zapadło mi w pamięć. Płyta "Vulgar Display of Power", z
      której pochodzi wspomniany utwór, należy do klasyki muzyki metalowej, a sama
      Pantera do grupy najbardziej twórczych i wpływowych zespołów w historii rocka.

      Największą popularnością Pantera cieszyła się w połowie lat 90-tych, co
      przekładało się na ilość sprzedanych płyt. Wydany w 1994 roku trzeci album
      grupy - "Far Beyond Briven"- zadebiutował na pierwszym miejscu na liście
      Billboardu. Było to olbrzymim zaskoczeniem dla całej branży muzycznej, bowiem
      materiał zawarty na płycie był niezwykle ciężki i wymagający od przeciętnego
      słuchacza. Mimo olbrzymiego sukcesu komercyjnego, Pantera w dalszym ciągu
      kroczyła swoją własną ścieżką i zamiast zacząć schlebiać gustom szerszej
      widowni, koncentrowała się na graniu ostrej i trudnej w odbiorze muzyki. Jak
      wszystkie rzeczy w życiu, tak i ta postawa miała swoje plusy i minusy. Z
      jednej strony, Pantera zyskiwała sobie szacunek i oddanie swych wiernych
      fanów, z drugiej - tworząc coraz bardziej eksperymentalne i chwilami
      niestrawne kompozycje - odstraszała nowych słuchaczy i "gubiła" po drodze
      część starych...

      Wydany w 1996 roku album "The Great Southern Trendkill", jest płytą bardzo
      nierówną, wymagającą wielokrotnego przesłuchania. Ktoś napisał, że cechuje to
      każdą wybitną płytę, lecz niestety "TGST" wybitną płytą nie jest... Mnie
      osobiście wydał się on po prostu przekombinowany i choć wstyd to przyznać,
      skutecznie ochłodził moją wcześniejszą fascynację...

      Niedawno, po blisko 5 latach, odkurzyłem stare nagrania Anselmo &Co. Ponadto
      chcąc nadrobić stracony czas, dokonałem inwestycji, stając się w jej efekcie
      posiadaczem ostatniego albumu Pantery pt. "Reinventing the Steel". Mimo wielu
      obaw jakie towarzyszyły mi przy jej zakupie (w pamięci miałem bowiem jeszcze
      dźwięki wcześniejszego "TGST"), mogę śmiało powiedzieć, iż był to zakup
      wyjątkowo udany!

      "Reinventing the Steel" to powrót do klasycznego "panterowego" grania. Po
      eksperymentach brzmieniowych i aranżacyjnych, ekipa powróciła do tego co
      przyniosło im sławę i uznanie w oczach wszystkich fanów metalu - ciężkość i
      intensywność muzyki. Słuchanie "RtS" przypomina wycieczkę w głąb maszynowni
      olbrzymiego zakładu produkcyjnego. Słuchacz przytłaczany jest do ściany
      kanonadą dźwięków, które Dimebag Darrell wyrzuca ze swych gitar. Dudniący w
      tle bas Rexa Browna, skutecznie potęguje kolejne uderzenia bębnów Vinnie
      Paula. Jednakże największe "nowum" to niemalże powszechny brak irytujących
      (przynajmniej mnie) wrzasków Anselmo, które zdominowały "TGST". Phil wrócił
      do dawnego charakterystycznego artykułownia słów, znanego z "Vulgar Display
      of Power". Dzięki temu, utwory stały się bardziej przejrzyste i dzięki temu
      intensywniejsze. Nie rażą już tak natarczywością i pretensjonalnością.

      "RtS" ma bardzo wiele cech wspólnych z "VDoP", jednakże nie jest jego kopią.
      Darrell co chwila udowadnia iż należy do czołówki najbardziej kreatywnych
      gitarzystów, wielokrotnie zaskakując nietypowymi rozwiązaniami technicznymi
      (np. "You`ve got to belong to it"). Płyta jest podsumowanie dotychczasowej
      twórczości grupy, łącząc wszystkie najważniejsze cechy poprzednich albumów.

      Płyta jest niezwykle równa i tworzy spójną całość. Nie brakuje wyróżniających
      się utworów, do których można zaliczyć: "Yesterday don`t mean shit" z
      fantastycznym, krzyczanym przez Anselmo refrenem, bardzo ciężki i
      intensywny "Goddamn electric", czy "hostile`owy" "Death rattle". Ciekawie
      wyszły też krótkie eksperymenty z basem zaprezentowane w "Up Lift" i "I`ll
      cast a shadow".

      Reasumując, "Reinventing the Steel" skutecznie walczy z "Far Beyond Driven" o
      miano drugiej najlepszej płyty w dyskografii Pantery ("Vulgar..." wciąż poza
      zasięgiem). Każdy kto spędził kilka tygodni non-stop przy słuchaniu "Walk",
      czy "Becoming", może z czystym sumieniem roztrwonić swoje pieniądze na zakup
      tej płyty. Fanom "Floods", czy "10`s" ten zakup raczej odradzam... smile

    • pizmak31 SARAH BRIGHTMAN "Harem" Vulture 15.07.03, 15:22

      Sarah Brightman, była gwiazda musicali (i była małżonka) Andrew Lloyd Webera,
      od dłuższego czasu robi karierę jako wokalistka popowa. Czasem zdarza jej się
      nagrać płytę bardziej ?klasyczną? (z repertuarem, nazwijmy to, poważnym),
      częściej jednak nagrywa coś co można określić jako pseudooperowy pop w stylu
      Meat Loafa. Miejscami jest to świetny wypełniacz przestrzeni, ale często
      wokalistka irytuje manierą stylizowania wszystkich fraz na niby-operowe
      (włoska wersja ?My Heart Will Go On? z albumu ?Eden? to autoparodia).
      Sarah Brightman stara się utrzymać pozory ambitnego popu poprzez odpowiednią
      autokreację oraz nagrywanie płyt tematycznych. Na przykład większość utworów
      z albumu ?Dive? opowiadała o wodzie, żegludze itp. (straszna przeróbka ?A
      Salty Dog? Procol Harum), album ?Fly? o powietrzu i lataniu, płyta ?Eden?
      oczywiście o raju i nie tylko, ?Luna? oczywiście głównie charakteryzowała się
      utworami o tematyce księżycowo-nocnej. Wokalistka wtrąca między popowe
      utwory, pisane głównie przez Franka Petersona, fragmenty muzyki klasycznej
      często z dopisanym przez siebie tekstem.

      Album ?Harem? (tak, tak, niby-wschodni) nie odbiega od tego schematu.
      Orientalizmy pojawiają się już w pierwszym, tytułowym utworze i towarzyszą
      przez ?It?s A Beautiful Day? (?usprawniony? Puccini) , na przemian z rytmami
      umpa-umpa z Vivy rodem i psychopatycznym wyciem wokalistki, przetykanym
      jakimś dziwnym bełkotem. Wcześniej jest jeszcze przeróbka piosenki ?What A
      Wonderful World? znanej z repertuaru niedościgłego Louisa Armstronga, który
      niedościgłym pozostanie. ?The Journey Home? to typowa ballada popowa nieco w
      stylu Enyi (tylko do połowy, bo potem oczywiście wchodzi chamskie umpa umpa),
      niepotrzebnie poprzetykana pseuoorientalizmami, ale widocznie tytuł płyty
      zobowiązuje do zepsucia wszystkich kompozycji. ?Free?, w którym Brightman
      wspomaga znany skrzypek Nigel Kennedy jest typowym dla Brightman wolnym
      utworem, którego całkiem przyjemnie się słucha. Ale dyskoteka arabska powraca
      już w następnym gniocie, ?Mysterious Days?, w którym słychać głos nieżyjącej
      już Ofra Hazy (i jest t jedyna ciekawa rzecz, jaką można o tym czymś
      powiedzieć). Nigel Kennedy pojawia się raz jeszcze w ?The War Is Over?,
      całkiem ładnej balladzie. ?Misere Mei?, kawałek klasyczny zaaranżowany na
      chór, płynnie przechodzi w ?Beautiful?, znów całkiem udaną kompozycję,
      niestety, wzbogaconą o niby arabskie brzdąkanie. Utwór kolejny, ?Arabian
      Nights? podpisało aż dziewięciu autorów, ale tego nie słychać. Rozwlekła
      kompozycja z beczeniem i wyciem w tle, wzbogacona łupaniem i dziwną solówką
      gitarowo-orkiestrową (Meat Loaf by się nie powstydził). ?Stranger In
      Paradise?, który jest połączeniem kilku utworów muzyki klasycznej, jeszcze
      nadaje się do słuchania, mimo wysokich tonów, wydawanych przez Brightman.
      Album w podstawowej wersji zamyka kompozycja ?Until The End Of Time?, którą
      zapomina się natychmiast po przesłuchaniu.

      Płyty Sarah Brightman mają to do siebie, że nie są w stanie uciec od kiczu.
      Są przeładowane aranżacyjnie, a wokalistka stara się śpiewać operowym głosem,
      mimo iż takowym nie dysponuje (drobna różnica między musicalem a operą), stąd
      wysokie dźwięki w części utworów są bardzo bolesne. Oczywiście, Brightman
      stara się urozmaicić swe płyty do tego stopnia, że ładuje na nie dosłownie
      wszystko, więc słychać tam klawisze, zagłuszające się nawzajem z orkiestrą,
      tworząc ścianę dźwięku, przez którą stara się przebić wycie Brightman, a dla
      lepszego efektu nałożony jest na to automat perkusyjny.

      Oczywiście, że jest to jakościowo lepsze niż nieumiejące w ogóle śpiewać
      Britney czy Kelly Osbourne, ale płyty Sarah Brightman zrobione są z
      paskudnej, landrynkowej gumy do żucia, co powoduje, iż muzyka na nich
      zawarta, nadaje się najwyżej do wind w supermarketach albo toalet w
      restauracjach. Dziwne, że osoba z takim potencjałem wydaje obrzydliwe śmieci,
      ale widocznie tak musi być. Kaszana.

      www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=6975565
      • pizmak31 The Shins, 'Oh, Inverted World' Ilhan 22.07.03, 12:35
        Nadzwyczaj miło jest usłyszeć nową muzykę, która brzmi, jakby była kompletnie
        z innego świata. Z tego 40 lat wcześniej, mniej więcej. No, choćby przy
        okazji The Coral...

        ...i The Shins też. Zespół powstał w 1997 roku w Stanach, a cztery lata
        później wyszłą pierwsza płyta długogrająca. "Oh, Inverted World" wydana w
        2001 roku przez Sub Pop w większości brzmi, jak te z okolic 1965. Chwytliwe
        melodie, ale chwytliwe nie nachalnie, a takie docierające w trakcie kilku
        przesłuchań. Wokal też jakby wyjęty z tamtego okresu (allmusic porównuje
        Jamesa Mercera do Briana Wilsona, coś w tym jest chyba...). W zasadzie gdyby
        nie pierwszy utwór, świetny skądinąd "Caring Is Creepy", który jest różny od
        reszty materiału, byłby zaskoczony że to takie nowe. Chwilami jest smętnie,
        chwilami weselej i skoczniej, ale wszystkiego razem słucha się tak
        znakomicie, że gdyby wydano to w 2003, to byłaby to na razie moja płyta roku.

        W zasadzie ciężko wymienić jakieś ewidentnie wybijające się utwory z płyty...
        No bo skoro wszystko się podoba i wszystko jest warte posłuchania, najlepiej
        razem, obok siebie i kilka razy... "Caring Is Creepy" jest bardzo dobry, ale
        nie reprezentatywny... Może "Know Your Onion!", z tych najbardziej
        przebojowych... Choć to takie są przebojowe piosenki, które nigdy przebojami
        nie zostały, i już nimi nie zostaną. "New Slang", smęcący, owszem, ale jak
        piękny to utwór... Albo zamykający album, 5,5-minutowy "The Past And
        Pending", gdzie pojawiają się i instrumenty dęte, i klawisze, i jest bardzo
        ładnie znowu... Nie wiem czy właśnie nie to jest najlepszym fragmentem "Oh,
        Inverted World"...

        Aha, proszę nie sugerować się wymienioną wcześniej nazwą The Coral, bo,
        oprócz odległego od 2003 roku brzmienia, tych zespołów nie łączy aż tak
        wiele... Podawani na stronie allmusic jako największe inspiracje The Beach
        Boys i The Byrds są już dużo bliżej, tak myślę... I myślę jeszcze, że dla
        fanów takiej muzyki to jest naprawdę interesująca płyta. Mogę się mylić. Mi w
        każdym razie bardzo się podoba więc ją polecam smile

        www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=6698386
    • pizmak31 BLACKMORE'S NIGHT "Ghost Of A Rose" Vulture 15.07.03, 15:29


      Czwarta już studyjna płyta Ritchiego Blackmore?a I jego towarzyszki życia
      Candice Night nie przynosi jakichś drastycznych zmian repertuarowych ani
      niespodzianek. Wprawdzie, powiedzmy, że więcej słychać tu gitary niż na
      poprzednich albumach, ale mając w pamięci rewelacyjny, dynamiczny koncert w
      Warszawie miesiąc temu, odbieram album jako zbyt zachowawczy. Co nie znaczy,
      że źle się go słucha... ale po kolei.
      Album otwierają uwielbiane przez Ryszarda Trudnego (?Richard the Difficult,
      as he likes to be known? ? Candice podczas koncertu) orientalizmy w ?Way To
      Mandalay?. Następne kilka utworów to typowe Blackmore?s Night z przerywnikiem
      na przeróbkę ?Diamonds And Rust? Joan Baez. Moim ulubionym utworem z albumu
      jest ?Cartouche?, od którego rozpoczął się warszawski występ grupy.
      Żywiołowy, dynamiczny, w typie ?Fires At Midnight?. Reszta, aż do pieśni
      tytułowej, również całkiem chwytliwej, raczej się zlewa (Candice słodzi
      niemiłosiernie i nawet najbardziej wytrwali miłośnicy słodyczy będą musieli
      nieco przystopować). Wyróżniają się te najszybsze, skoczne utwory (?Loreley?,
      przeróbka mniej znanego utworu Jethro Tull ?Rainbow Blues?), a te
      spokojniejsze najzwyczajniej w świecie są do siebie zbyt podobne, żeby miały
      czymś zachwycać poza oczywiście pięknymi melodiami i starannym wykonaniem.
      Taki ładny cukierek do puszczania zamiast rąbanki radiowej. Miejscami
      bardziej, miejscami mniej kiczowate, czasem całkiem niezłe. Trzy z plusem,
      nie więcej...

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=6962273
    • pizmak31 Ian McCulloch "Slideling" Mellodi 22.07.03, 12:38

      Idąc śladami Echo & The Bunnymen trafiłam na świeżą solową płytę wokalisty
      wydaną jak podaje Allmusic szóstego maja 2003. Płyta nieobecna w większości
      polskich sklepów internetowych (o zwykłych już nie wspominając) a szkoda. W
      sumie może ktoś gdzieś o niej wspomniał (może w Trójce???) ale raczej ogółowi
      nieznana co też skłoniło mnie do skrobnięcia paru słów żeby podzielić się
      dobrą muzyką smile. Najkrócej można "Slideling" określić jako letnio-jesienną
      płytę z przewagą klimatów letnich. Lekkie, melodyjne piosenki sprawiają że
      album idealnie nadaje się na upalne dni. Z drugiej strony jesiennie bo trudno
      nie postrzegać płyty jako dzieła doświadczonego i zasłużonego muzyka - jak to
      pięknie napisano w recenzji na stronie
      www.neilchase.com/CDs/IanMcCulloch.htm : "It is the sound of a natural
      musician, newly invigorated, with an amazing fresh spring in his step."
      McCulloch wyraźnie skłania się w kierunku indie i muzyki gitarowej.
      Natychmiastowe porównania jakie się nasuwają przy słuchaniu tej płyty to
      Coldplay i U2. Zresztą panowie z Colplaya Chris Martin i Jonny Buckland
      pojawiają się na tej płycie. Ich obecność nie rzuca się w oczy ale w
      powietrzu unosi się "coldpleyowy" duch pięknych kompozycji. Wokalnie Ian
      mieści się gdzieś pomiędzy Bono (z którym poniekąd zawsze można go było
      porównać) a Chrisem Martinem (dzięki lekkiej chrypce). Jednak żadne z tych
      porównań nie ma na celu umniejszenia "Slideling", wprost przeciwnie, wydaje
      mi się że miłośnicy obu zespołów powinni posłuchać i skonfrontować moje
      refleksje z własnymi wrażeniami. Spokojnie mogą też sięgnąć po "Slideling"
      wszyscy nie znający twórczości Echo & The Bunnymen .Od płyt nagranych z
      zespołem jest na pewno mniej zadziorna, weselsza, mniej punkowa a bardziej
      popowa. Całe szczęście jest to piękny, gitarowy pop dzięki któremu świat
      wydaje się całkiem przyjemnym miejscem. Wielkie plusy tego albumu to
      całkowity brak plastiku, naturalne, lekkie i niewymuszone brzmienie, brak
      dyskoteki, wiele chwytliwych ale nienachalnych melodii, brak nadęcia i
      ckliwości. Minusem jest może trochę wtórne brzmienie - nic nowatorskiego pan
      McCulloch nie zaprezentował ale pokazał jak powinna brzmieć muzyka lekka i
      przyjemna ale nie sztuczna. Z jedenastu piosenek ciężko wyróżnić jedną
      jedyną - wszystkie podlegają tradycyjnemu schematowi: przyjemne,
      instrumentalne intro, zwrotka i chwytliwy refren. Jednak na pewno na uwagę
      zasługuje "Kansas" - tak mogłoby brzmieć U2 na ostatniej płycie gdyby pozbyli
      się lukru i mesjanistycznego nadęcia. "Slideling" naprawdę warto posłuchać
      jeżeli szukacie przyjemnych ale inteligentnych brzmień na lato, nienachalnych
      i zwiewnych melodii i czegoś na poprawienie humoru. W skali pitchforkowej:
      7.4 czyli "not brilliant, but nice" a według mnie to nawet "very nice".

      www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=7045501&a=7045501
    • pizmak31 Chris Rea - ' Stony Road ' Ihopeyouwilllikeme 24.07.03, 13:43

      A co ? Też chcę !smile)

      Ostatnie lata nie były dla Chrisa zbyt udane. Ciężka choroba zmusiła go do
      poddania się operacji usunięcia trzustki z której, jak mówił, miał tylko
      pięćdziesiąt procent szans wyjścia z życiem. Wcześniej obiecał podobno
      fanom, że jeśli przeżyje zamierza nagrać album bluesowy. No i udało się, w
      związku z czym w ubiegłym roku ukazała się w sklepach spełniona obietnica.

      Już nad otwierającym płytę " Changing Times " unosi się wspaniały, bluesowy
      duch. I mimo że akurat ta piosenka jeszcze jest w jakimś stopniu utrzymana w
      stylu poprzednich albumów, różnice słychać wyraźnie. Kolejny numer, " Easy
      Rider " to już sam miód !! Na wstępie mamy gitarkę jakby wyjętą z " In My
      Time Of Dying " Led Zeppelin, a potem... Nigdy jeszcze tak nie śpiewał,
      nigdy jeszcze tak nie grał !! Solo gitarowe po prostu powala i wwierca w
      ziemię smile) Niesamowity numer, podobnie jak następny, dość podobny kawałek
      tytułowy. Ale tym razem " podobny " znaczy: podobnie powalający ! No i
      tekst, można się rozmarzyć... i oczywiście cały czas ten wspaniały, trochę
      przybrudzony, zadymiony bluesowy klimat... Jako czwarty utwór mamy
      singiel: " Dancing The Blues Away ". Nie wiem czy był nagrany na żywo,
      wątpię, ale jest zrobiony tak, by sprawiał takie wrażenie. W sumie kawałek
      dość konwencjonalny, z tym że nie na Chrisową normę... to z pewnością jest
      coś nowego jeśli chodzi o jego twórczość. No i potańczyć można... " Burning
      Feet " wraca nastrojem do dwóch poprzednich utworów. Wolny, rytmiczny, ale
      żadna z tego ballada, szept Chrisa kreuje świetny, mroczny nastrój... blues,
      blues... " Mississipi " część druga ( część pierwszą można znaleźć na
      singlach z albumu " King Of The Beach " ) jest już szybszy, wyraźnie
      taneczny, takie bardziej country, wchodzi doskonale, tak na odmianę.

      Jeśli chodzi o dalszą część płyty, takie kawałki jak " Slow Dance " (
      cholera, blues, ale taki z lat 40 smile), " Heading For The City ", " So
      Lonely " ( chyba najbardziej podkreślający sielankowy klimat albumu, jego
      tekst składa się jedynie z... tytułu smile) i " The Hustler " utrzymane są w
      podobnym nastroju. Zajmę się więc wyjątkami:

      - " When The Good Lord Talk To Jesus " - przepiękna ballada ( wreszcie! ),
      nie odważyłbym się napisać że w starym stylu, ale jak na blues za mało tu
      chyba feelingu... Niemniej nie jest to zarzut, utwór wchodzi doskonale,
      piękna melodia, piękny tekst, bardzo oszczędna aranżacja, czego chcieć
      więcej ?

      - " Someday My Peace Will Come " i " Give That Girl A Diamond " - te już
      odstają zdecydowanie. Bez eksperymentów, styl do jakiego artysta zdążył już
      przyzwyczaić fanów przez te prawie 30 lat ( cholera, ależ ten czas leci :-
      )). Szczególnie drugi z tych utworów ( zresztą singiel ) brzmi jak wyjęty
      z " On The Beach "... I to też nie jest zarzut, w końcu Chrisa kochamy za to
      że jest Chrisem, nie ?

      Ogólnie - dla każdego fana Rei pozycja oczywiście obowiązkowa. Fanom bluesa
      jednak raczej bym odradzał - mogą się naciąć. Chociaż posłuchać naprawdę
      warto ( to do wszystkich ). Dla mnie jedna z płyt 2002 roku.



      www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=7088880&a=7088880&v=2&strona=0
    • pizmak31 Steve Hackett ?To Watch The Storms? Vulture 24.07.03, 15:44
      Steve Hackett ?To Watch The Storms? 2003

      1. Strutton Ground
      2. Circus of Becoming
      3. The Devil Is An Englishman
      4. Frozen Statues
      5. Mechanical Bride
      6. Wind, Sand and Stars
      7. Brand New
      8. This World
      9. Rebecca
      10. The Silk Road
      11. Come Away
      12. The Moon Under Water
      13. Serpentine Song

      Najłatwiej byłoby napisać: to piękna płyta. I tak zostawić, bo to się z
      prawdą nie mija. Ale, ponieważ nie jest to jedyne, co można o albumie Steve?a
      Hacketta powiedzieć, postaram się trochę ogólnie, a troszkę ? jak Ewa Bem
      esemesy literka po literce ? tak ja album Steve?a Hacketta utwór po utworze,
      przybliżyć i zachęcić do jego wysłuchania.
      Płyta jest przede wszystkim bardzo stonowana, miejscami podniosła... w
      zasadzie typowa dla ostatnich poczynań Hacketta. Trzy żwawsze, ale
      przepełnione pewnym niepokojem kompozycje, reszta to utwory mniej lub
      bardziej wolne. Album jednak nie nuży, ponieważ kompozycje są zróżnicowane, a
      ich układ również nie pozwala się nudzić.
      Płytę rozpoczyna ?Strutton Ground?, akustyczna miniaturka, w zasadzie nie
      zapowiadająca reszty albumu. Niewielkie ilości elektroniki, dyskretnie
      zepchnięte w kąt, nie przeszkadzają. Za to niespodzianką jest już ?Circus Of
      Becoming?z iście cyrkową, nieco wodewilową melodyjką, niespodziewanie
      przechodzącą na moment we wspaniałe solo gitarowe, bardzo dla Hacketta
      typowe. Zdecydowanie żwawiej robi się w mocno już elektronicznym ?The Devil
      Is An Englishman?. Pulsujący syntezator, na nim szalone jazdy po gryfie
      gitary i recytacja Hacketta... nie sposób się podczas słuchania płyty ustrzec
      od porównań, z Genesis starym (co nie dziwne, w końcu Hackett był jego
      częścią), ale i miejscami z nowym; takie ?The Devil Is An Englishman? pasuje
      klimatycznie do ostatniej płyty grupy... ?Frozen Statues? ma iście ?lodowaty?
      klimat... wystarczy zamknąć oczy i do oszczędnych dźwięków fortepianu i
      gitary, gdzieniegdzie udekorowanych saksofonem, i wszystko zastyga,
      zamiera... aż do dźwięków ?Mechanical Birds?, które przeniesione są żywcem z
      dwóch pierwszych płyt King Crimson (?21st Century Schizoid Man? i ?Pictures
      Of The City?). Śpiew jest łagodny, ale konstrukcja tego utworu to mniej lub
      bardziej zamierzona inspiracja Karmazynowym Królem... Biorąc pod uwagę
      wykonywanie podczas trasy z Wettonem i McDonaldem wielu ?karmazynowych?
      utworów, podobieństwo jest chyba nieprzypadkowe, choć w zasadzie to nie
      podobieństwo, a kalka... ?Wind, Sand And Stars? przynosi chwilę uspokojenia.
      Pastelowe dźwięki gitary akustycznej, takie jak na albumie ?Bay Of Kings?
      sprzed lat... potem robi się orkiestrowo... i wraca gitara akustyczna, ale to
      już inny utwór, ?Brand New?, wybrane na singla. Bardzo mi się kojarzy z
      kawałkiem ?You Are The One? z albumu ?The Single Factor?. Wolne, nastrojowe
      zwrotki, szybki i dynamiczny refren z wielogłosową partią wokalną. Pod koniec
      trochę się w piosence (bo to taka piosenka jest) miesza, Hackett najwyraźniej
      zrobił wszystko, żeby radio tego nie zagrało. Po prostu potem jest solo
      gitarowe, wstawki różnych instrumentów, zmiany tempa itp. Ale dość tego,
      dźwięki gitary i płynące w tle subtelne klawisze rozpoczynają dość typową
      balladę ?This World?, która w miarę upływu czasu narasta, robi się coraz
      bardziej dostojna, gitara akustyczna ustępuje miejsca elektrycznej, pojawiają
      się chórki, klawisze grają jak organy kościelne... ?Rebecca? zaśpiewana jest
      znów kilkoma głosami, przepuszczonymi przez vocoder (ale bez tandeciarskiego
      efektu), ?The Silk Road? proponuje jeszcze większe udziwnienia partii
      wokalnych na tle dynamicznej perkusji, kojarzącej się bardziej z Afryką niż
      Wielką Brytanią. Najmniej ciekawym, ale na szczęście krótkim kawałkiem,
      jest ?Come Away?, które nie wiadomo, czym chce być: muzyką dawną, walczykiem,
      czy kolejnym kawałkiem ze ?sprasowanymi? wokalami. I próbuje być wszystkim,
      co niekoniecznie wychodzi. Jeszcze tylko króciutka miniaturka akustyczna ?The
      Moon Under Water? i Steve Hackett żegna nas dźwiękami ?Serpentine Song?,
      siedmiominutową kompozycją, nawiązującą (a jakże) do stylistyki lat
      siedemdziesiątych. Wolne tempo, fleciki z syntezatora, podniosłe partie
      wokalne, orkiestrowe dźwięki, no i ta gitara...

      Płyty słucha się znakomicie, mam jednak dwa poważne, moim zdaniem, zarzuty,
      które też tu umieszczę. Zarzut pierwszy: album nie wnosi nic nowego do
      wizerunku Hacketta i przy kolejnych utworach przede wszystkim koncentrowałem
      się na tym, skąd kompozytor co sobie ?pożyczył?. Zarzut drugi: płyta wyszła,
      oczywiście, w kilku wersjach, a więc podstawowa wersja ma 13 utworów, ale już
      jakaś tam japońska ma 17 itp. Bardzo mnie to irytuje. Mimo wszystko tym,
      którzy szukają piękna i uspokojenia, oderwania się od rzeczywistości,
      najnowszy album Steve?a Hacketta gorąco polecam.

      www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=7120998
    • pizmak31 SHAZZA Jestem sobą Vulture 25.07.03, 12:46



      Powiedzmy sobie to wprost: nie jest to album łatwy w odbiorze. Ta muzyka jest
      trudna dla każdego, kto do tej pory widział w Shazzie tylko tandetną gwiadkę,
      wyśpiewującą banalne teksty na tle łupanego podkładu. Ale tak już nie
      jest. ?Jestem sobą? to niedocenione świadectwo rozwoju artystycznego naszej ?
      nie bójmy się tego powiedzieć ? diwy, na którym każdy utwór stanowi klasę dla
      samego siebie, a wszystkie zamykają się razem jako jedna, doskonała całość.
      Już tytułowa kompozycja, ?Jestem sobą?, wprowadza nas do świata Shazzy.
      Interesujący tekst, dość odważny i egzystencjalny, ozdobiony jest tu
      ciekawymi pasażami klawiszowymi i równie interesującą grą perkusji. Fragment,
      w którym artystka wyszeptuje to, co kryje się w zakamarkach jej duszy, u
      każdego wywoła dreszcze. Następny utwór, ?Złota gorączka?, to niespotykany do
      tej pory mariaż rytmów orkiestrowych i kabaretowych ? Shazza musiała się
      wykazać nie lada odwagą, żeby zaśpiewać do takiego podkładu bardzo osobisty
      tekst o swych przeżyciach wewnętrznych. ?Jesteś jak nieznany ląd? to
      niesamowite nakładki wokalne, wywołujące wręcz hipnotyczną, transową
      atmosferę. Odkrywamy tu na nowo eksperymentalne rozwiązania aranżacyjne,
      które znakomicie się sprawdzają w tym repertuarze. ?Zośka? z repertuaru
      Piersi, to już postmodernistyczne podejście do sztuki ? kawałek ten w
      opracowaniu Shazzy zyskał nowy wymiar. Wspaniałe wielogłosowe partie wokalne
      spotykamy także w ?Mojej corridzie? ? wzruszający tekst o walce, jaką
      człowiek toczy z drugim człowiekiem, rzuca na kolana. ?Kiedy boję się spać?,
      to natomiast liryczne zwierzenie dojrzałej kobiety, która chce podzielić się
      ze słuchaczem swymi refleksjami dotyczącymi życia. Fanfarowe brzmienia a la
      Emerson Lake & Palmer słyszymy w ?Nie mogę się doczekać? ? solo gitarowe może
      nie jest na miarę Eddiego Van Halena, ale chodzi tu bardziej o wytworzenie
      szczególnego klimatu, a nie o pustą wirtuozerię. ?Czego ty żądasz? to
      gorzkie, ale i bardzo refleksyjne porachunki z samą sobą, ozdobione
      wspaniałymi popisami na syntezatorze, których sam Jon Lord by się nie
      powstydził. ?Zatańcz ze mną? (przeróbka ?Yes Sir, I Can Boogie? duetu
      Baccara) to dramatyczne wyznanie miłości, charakterystyczne dla piosenki
      aktorskiej, z którego Shazza wyszła, oczywiście, zwycięską ręką. ?Tak
      nieprawdziwa? to swoisty eksperyment dźwiękowy, podczas którego wszystkie
      instrumenty wchodzą po kolei, następnie dłuższą chwilę grają unisono, a
      Shazza swym przyciągającym jak magnes głosem opowiada nam tajemniczą historię
      o dziwnym spotkaniu z jakimś wielbicielem... Płytę zamyka, wspaniale dobrany
      jako koda, utwór ?Lawina?, który zawiera elementy znane już z innych
      kompozycji tej płyty, ale wcale nie jest gorszy. Podsumowuje wspaniale to, co
      najlepsze w kawałkach Shazzy, czad połączony z niewiarygodną wręcz głębią.
      Uważam, że ta płyta niezasłużenie została zignorowana przez słuchaczy, gdyż
      można śmiało postawić ją na półce obok dokonań Kate Bush czy Tori Amos.
      Miejmy nadzieję, że to nie ostatnia płyta Shazzy i że artystka wkrótce
      przerwie milczenie.

      www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=7060817
    • hawkshaw Re: FORUMOWA BIBLIOTEKA 26.07.03, 03:42
      Cos mi się zdaje, że dawno temu zgłaszałem się do pisania recenzji. Tak więc
      moja pierwsza:

      Kirsty Hawkshaw "O.U.T." WEA 2000

      1. Leafy lane
      2. Chapter 8
      3. Sci-clone
      4. River
      5. Disaffected
      6. One moment
      7. On ultimate things
      8. Mercury
      9. Smile
      10. For you
      11. Bigger picture
      12. Orange
      13. Watch the days

      Pierwszy raz usłyszałem o tej pani około roku 1992, kiedy udzielała się
      wokalnie w zespole Opus III. Największym "przebojem" z tego okresu było It's a
      fine day z płyty "Mind fruit". Moja uwagę przyciągnął delikatny, kobiecy wokal
      pojawiający sie w prawie każdej piosence na dwóch płytach Opus III,
      wspomnianej "Mind fruit" i "Guru mother". Juz wtedy pni Hawkshaw dostała się do
      kanonu moich ulubionych wokalistek. Przez następne kilka lat Kirsty udzielała
      się na płytach m.in. Orbital i Delerium. Jednak cały czas czekałem na jej album
      solo, gdzie nie musiałaby spiewac nie swoich piosenek. Wtedy ukazało
      się "O.U.T". Na tym albumie Kirsty pokazuje swoje odmienne, w stosunku do jej
      wcześniejszych nagrań, oblicze. Juz pierwszy utwór, Leafy lane, pokazuje
      zupełnie inną Kirsty. W porównaniu z wczesniejszymi dokonaniami jej głos brzmi
      jakby delikatniej, bardziej kobieco. Jak dla mnie jest to jeden z ciekawczych
      utworów z albumu. Jednak moją ulubiona piosenką jest "Chapter 8". Wokal Kirsty
      przechodzi z delikatnego w coraz bardziej emocjonalny. Poza tym wsłuchując się
      w tekst mozna wyczuc, że mówi o czymś znacznie głębszym niż to wynika ze słów.
      Pewnym zaskoczeniem jest utwór "Sci-clone". Na całej płycie śpiew Kirsty zdaje
      się być lekkimi zwiewnym. Jednak w "Sci-clone" całkowicie rezygnuje z tego typu
      śpiewu. Momentami wykrzykuje słowa w rytm dziwnej, industrialnej muzyki.
      Podsumowując, jak dla mnie jest to jeden z najciekawszych albumów ostatnich
      lat. Kirsty czerpie z doświadczeń nabytych w licznych kolaboracjach, m.in.
      Delerium, Silent Poets czy DJ Tiesto zachowując jednak swój wypracowany styl
      śpiewania. Na pewno moge polecić ten album osobom lubiącym doskonały kobiecy
      wokal w połączeniu z delikatną, relaksująca muzyką.
    • pizmak31 Killing Joke Teddy4 29.07.03, 17:20
      RECENZJA NOWEJ PŁYTY KILLING JOKE

      Specjalnie nie napisałem w tytule wątku o jaki zespół chodzi. Być może zajrzy
      tu ktoś zupełnie przypadkiem, licząc że będzie to np. o zespole Negatyw. Ale
      jak już zajrzy to może pod wpływem tych paru zdań sięgnie kiedyś po cokolwiek
      z bogatej dyskografii Killing Joke i odjedzie na ich punkcie tak jak
      odjechałem po tym, gdy dawno temu usłyszałem ich pierwszą płytę.
      Szczerze mówiąc, byłem pewien obaw czy po siedmiu latach przerwy Jaz Coleman,
      Geordie i Youth mają w ogóle ochotę się spotkać i stworzyć nowe kawałki.
      Wiadomość o reaktywowaniu zespołu i nowej płycie, nagrywanej z perkusistą
      Nirvany ? Dave?m Grohlem postawiła mnie na równe nogi. Nawiasem mówiąc, z
      Nirvaną Killing Joke długo procesowali się o kawałek ?Come As You Are? będący
      wolniej zagranym ?Eighties? z płyty ?Nightime?KJ.
      Odpalam więc płytę. Pierwszy utwór ?Death and Resurection Show? ? od razu
      słychać, że to gitara Geordie?go. Potężne basowe brzmienie, piękne akordy w
      tle, zero solówek. Youth także gra oszczędnie na basie . Miłą niespodzianką
      jest nadspodziewanie dobra gra Grohla.
      Na korzyść wyszła też KJ zmiana producenta ? Andy Gill całkowicie inaczej
      poustawiał plany dźwiękowe. Bębny brzmią miejscami garażowo, ale to tym
      lepiej dla tej muzyki.
      Z lekkim niepokojem patrzę na teksty, gdyż nie zawsze były one najmocniejszą
      stroną Jaza Colemana. Na najnowszej płycie nie ma takich perełek jak
      na ?Democracy?, ale parę fraz robi jednak wrażenie. Gdzieniegdzie Jaz pozwala
      sobie na wycieczki osobiste, np. w kawałku ?Blood On Your Hands?, gdzie
      nawiązuje do tego jak Wełtawa zalała mu mieszkanie na Kampie w Pradze. I od
      razu znajduje winnego ? oczywiście amerykańskie korporacje. Niemniej pomimo
      pisania, jak na mój gust, zbyt wprost ? Jaz śpiewa o tym o czym chce śpiewać
      i o tym co go najbardziej wkurwia.
      Skłamałbym pisząc, że wszystkie kawałki na tej płycie są świetne. Ostatnie
      dwa są zdecydowanie nieporozumieniem. ?Dark Forces? nieznośnie pompatyczny,
      a ?The house that pain built? niebezpiecznie przypomina kapele zrzynające z
      Killing Joke jakieś 12 lat temu.
      Co jeszcze? Głos Jaza nie stracił swojej siły ani trochę. W tej muzyce nadal
      jest MOC. I to nie taka rodem z RMF-u.


    • loveletter DOWN - Sugar 02.08.03, 14:08
      Dyskusja na temat tego tekstu w:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=6823188&a=6823188

      ======================================================================

      Kiedyś dawno temu, rozmyślając na temat przyszłości muzyki metalowej,
      zdominowanej obecnie przez schematyczne i wtórne riffy nu-metalowe, przyszedł
      mi do głowy następujący pomysł: co by było, gdyby połączyć ciężkie metalowe
      brzmienia, przesterowane gitary, dudniący bas i "mieszaną" perkusję, ze
      stylistyką, melancholią i smutkiem najprostszego, tradycyjnego, klubowego
      bluesa?

      Analizując tą rewolucyjna ideę i zestawiając w głowie wstępne zyski płynące
      ze sprzedaży mojego debiutanckiego, platynowego albumu, nie wiedziałem
      jeszcze (biedny miś), iż taka muzyka jest już od dawna grana i ma rzesze
      swoich wiernych fanów. A twórcą tego nowatorskiego brzmienia jest legendarny
      zespół... DOWN.

      Wszystko zaczęło się w 1993 roku, gdy pochodzący z Nowego Orleanu zespół
      Crowbar, nagrywał swoją drugą płytę. Do współpracy zaproszono Phila Anselmo,
      wokalistę zespołu Pantera (świętującego właśnie sukcesy platynowego
      albumu "Vulgar display of power"), który objął funkcję współproducenta.
      Efektem tej współpracy była niezwykle ciężka płyta, oparta na potężnych,
      wgniatających w fotel riffach, okraszonych gardłowym zawodzeniem
      wokalisty/gitarzysty Kurta Windstein`a. Muzyka zespołu szybko zyskała
      miano "slow-motion" metalu, które w pełni charakteryzowało oryginalny styl
      Crowbar. Współpraca kapeli z Philem wkrótce przerodziła się w przyjaźń, czego
      efektem było powstanie projektu muzycznego pod nazwą Down.

      Down formalnie utworzyli: Anselmo, gitarzysta Corrosion of Conformity Pepper
      Keenan, olbrzymi basista Crowbar Todd Strange, oraz jego kolega z
      macierzystego zespołu Jimmy Bower. W próbach uczestniczył również Windstein,
      który stał się współautorem kilku utworów, ale ostatecznie nie został
      pełnoprawnym członkiem kapeli.

      W 1995 roku światło dzienne ujrzał debiutancki krążek Down pt. "NOLA". Tytuł
      płyty manifestował pochodzenie członków grupy (Nowy Orlean - Los Angeles).
      Jednakże to nie tytuł stał sie powodem ogólnego zainteresowania płytą, lecz
      jej zawartość. Podczas gdy mając w pamięci niedawno wydany, trzeci(sic!)
      album Pantery "Far beyond driven", oraz dotychczasowe muzyczne dokonania
      reszty zespołu, wszyscy fani metalu oczekiwali niezwykle ostrego i
      ekstremalnego materiału, "NOLA" zaskoczyła wszystkich świeżością i
      nowatorstwem...

      "NOLA" to niezwykłe połączenie tradycyjnego, południowego rocka i bluesa, z
      ciężkim metalowym brzmieniem. Płyta jest przesiąknięta melancholią i
      dystansem do otaczającej rzeczywistości. Nastrój skutecznie budowany jest
      przez wszechobecne tzw. sabbathowe riffy. Jednakże nie jest to nastrój
      posępny czy depresyjny. Anselmo czerpiąc pełnymi garściami z tradycji
      południowo-amerykańskich bluesmenów, swoje doznania i często negatywne emocje
      przedstawia w nietypowych dla siebie słowach. Nie ma tu jeszcze samobójczych
      wyznań, czy pełnych wściekłości wybuchów gniewu i frustracji, które zdominują
      kolejną płytę Pantery - "The great southern trendkill". "NOLA" to jak
      napisałem powyżej przede wszystkim melancholia i refleksje nad przebytymi
      dotychczas, często zawiłymi ścieżkami życia. Konkluzja? Nie jest łatwo żyć,
      ale trzeba chociaż próbować... Kolejnym zaskoczeniem dla fanów Phila, był
      fakt iż Anselmo zamiast wrzeszczeć/krzyczeć/charczeć... śpiewa. Zaryzykuję
      nawet stwierdzenie, że to najlepiej zaśpiewana płyta Anselmo.

      Po olbrzymim sukcesie, związanym z wydaniem debiutanckiej płyty, Down
      wyruszył na spektakularne tour, po czym... zawiesił działalność. Panowie bez
      słowa rozeszli się do swoich macierzystych zespołów, ewntualnie pozakładali
      mnóstwo innych, mniej lub bardziej istotnych projektów. W międzyczasie Down
      zyskał miano grupy kultowej...

      Ostatecznie, w 2001 roku Phil, Pepper i Jimmy spotkali się ponownie, aby
      rozpocząć pracę nad nowym materiałem. Na miejsce Todda Strange`a, który
      zakończył działalność muzyczną, przyszedł basista Pantery Rex Brown. Ponadto,
      do składu oficjalnie dołączył Kirk Windstein. Owocem tej współpracy był
      wydany rok później "Down II". Obecnie Down wyruszył w kolejną trasę
      koncertową. Niestety tylko po Stanach...

      UWAGI KOŃCOWE:
      ~~~~~~~~~~~~~~
      Wszystkim chętnym do zapoznania się z twórczością grupy polecam następujące
      utwory:

      "Stone the crow",
      "Swan song",
      bluesowe "Eyes of the South" i "Underneath everything",
      oraz klimatyczny (balladowy?) "Jail", któremu chciałbym poświęcić chwilę
      uwagi...

      Otóż szepty i zawodzenia artykułowane przez Phila w tym utworze, w pewnym
      momencie ulegają charakterystycznemu zniekształceniu. Efekt ten został
      powtórzony w utworze "Floods" z płyty "The great southern trendkill". Moim
      skromnym zdaniem efekt ten powstał po podłączeniu mikrofonu pod gitarowy
      efekt "wah-wah" (zwany po polsku "kaczką"), ale... mogę się mylić. Nie
      próbowałem sad
      • ilhan EELS "Shootenanny!" - Abranova 09.08.03, 02:15
        Pozwalam sobie wkleić recenzję koleżanki Abry, bo nudzi mi się i zapragnąłem
        wspomóc autora cyklu w jego wysiłkach smile Więc...



        Jakiś rok temu czy więcej obiecałam napisać recenzję płyty Eels Souljacker.
        Jednak jakoś zgubiłam kolejkę, trochę motywacji brakło, tymczasem zespół
        bardzo się pospieszył z wydaniem kolejnego albumu i oto możemy kupić nowy
        album Shootenanny!, o którym postaram się napisać.

        Wiecie czego najbardziej nie lubię w recenzjach płyt wykonawców, którzy mają
        na koncie więcej niż jeden album? Kiedy zaczyna się ona od słów: "Zespół X
        powstał w tym a tym roku, w tym a tym miejscu a utworzyli go A, B i C,
        pierwszy album zatytułowany tak i tak wydali w tym i tym roku po czym
        odnieśli/nie odnieśli sukces sprzedając tyle a tyle egzemplarzy..."–
        popularne gazety i serwisy internetowe w tym celują. A jednak sama muszę
        zrobić coś podobnego aby przybliżyć niezorientowanym, cóż to za zespół Eels.

        Lider i założyciel zespołu Mark Olivier Everett, o krótkim pseudonimie E co
        prawda nie urodził się w patologicznej rodzinie ani nie mieszkał w
        amerykańskich slumsach, jednak młodość miał nieciekawą. Był sprawiającym
        kłopoty wychowawcze nastolatkiem, pozbawionym szczególnej urody, postury i
        pięknego głosu. Wykazywał jednak wielką pasję w tworzeniu muzyki, która
        doprowadziła go do Los Angeles, gdzie nagrał swoje dwa solowe albumy. Jego
        kariera muzyczna tak naprawdę ruszyła do przodu w 1995 r., kiedy wraz z
        perkusistą Butchem i gitarzystą Tommym Waltersem założył zespół Eels i wydał
        album "Beautiful Freak". To niezwykle oryginalna, do dziś brzmiąca świeżo
        płyta, promowana była singlem Novocain For The Soul - z pewnością
        słyszeliście ten utwór lub widzieliście teledysk. Mr. E przelał na nią chyba
        wszystkie swoje doświadczenia związane z byciem odmieńcem, osobą spoza
        towarzystwa, dziwakiem. Stąd piosenki takie jak tytułowy Beautiful Freak, My
        Beleved Monster (pare lat temu znalazł się OST do "Shrecka"), Your Lucky Day
        In Hell, Guest List. Trudno określić mi styl muzyczny, jaki prezentuje ten
        album, bo nazwa pop wielu z Was by odstraszyła. Ja użyłabym określenia
        elektroniczny rock. Najbardziej charakterystyczną cechą tej muzyki są
        genialne linie perkusyjne, rytmiczne i wpadające w ucho, choć zdarzają się
        ballady z akustyczną gitarą i pianinem, wszystko urozmaicają dziwne
        zsamplowane dźwięki, chóry itp.

        No dobra, wydało się. Tak naprawdę chciałam napisać głównie o samym zespole,
        słowo recenzja w tytule miało tylko podstępnie zwabić do otwarcia wątku wink

        Niektórzy muzycy wzbraniają się, jeżeli ktoś próbuje zbytnio łączyć ich
        twórczość z ich życiorysem. W przypadku Marka Everetta nie da się jednak
        zrobić inaczej. Jego doświadczenia rodzinne przypominają telewwizyjny dramat.
        Kiedy miał 19 lat, znalazł w domu martwego ojca, jego jedyna siostra
        popełniła samobójstwo a matka zachorowała na raka i zmarła wkrótce po wydaniu
        drugiego albumu Eels. Nie powinno więc dziwić, że "Electro- Shock Blues"
        odbiera się jako jedną z najsmutniejszych i najbardziej przejmujących płyt w
        historii. Spójrzmy na tytuły utworów: Elisabeth On The Bathroom’s Floor,
        Going To Your Funeral, Cancer For The Cure, Hospital Food, Dead Of Winter. To
        jednak nie skłonności do turpizmu czy czarny humor, ale sposób, w jaki E
        starał się poradzić z osobistymi tragediami. "Life is funny, but not ha ha
        funny" – konstatuje Mark Everett w 3 Speed. Ostateczny wydźwięk albumu jest
        krzepiący: w PS You Rock My World E śpiewa: "Everyone is dying and maybe it’s
        time to live..." Teledysk do utworu Last Stop: This Town ze śpiewającą
        marchewką o twarzy E też jest całkiem pogodny.

        Zagraniczni recenzenci w pewnym momencie zaczęli porównywać tmuzykę Eels do
        twórczości Becka. Czym zatem różnią się ci wykonawcy? Jak dla mnie tym, że za
        Beckiem nigdy nie przepadałam a za Eels wręcz odwrotnie. A tak poważnie to
        faktycznie podobny jest wokal obu panów, czyli matowy, lekko zachrypnięty
        kiepski głos. Jednak styl Becka jest o wiele bardziej elektroniczny i
        udziwniony, Eels są bardziej minimalistyczni. Trzeci album zespołu jest moim
        zdaniem najsłabszy muzycznie, pomimo że w jego nagrywaniu pomagał gitarzysta
        R.E.M. Peter Buck. Jednak "Daisies Of The Galaxy" troszkę za mocno romansuje
        z folkiem i country. W sferze tekstowej E przyjął tym razem bardziej
        ogólnoludzki punkt widzenia. Opowiada o świecie dookoła niego, o brzydocie
        miasta w deszczu, śmieciarkach i nieszczęśliwych ludziach. Jeżeli funkcją
        sztuki jest zwracanie uwagi na ważne sprawy, budzenie wrażliwości, zmiana
        naszej perspektywy widzenia świata, to Mark Everett jest artystą.

        Zanim uznacie zespół Eels za najsmutniejszy zespół świata, zwroćcie uwagę na
        wydany w 2001 r, "Souljacker". Przynosi dosyć znaczące zmiany w stylistyce
        Eels. Już pierwszy singiel, Souljacker part 1 zaskoczył mnie nie tylko ostrym
        rockowym brzmieniem ale i teledyskiem, w którym brodaty E ucharakteryzowany
        na Unabombera gra z zespołem za kratami w więzieniu pełnym napalonych kobiettongue_out
        Co ciekawe, wydaje się, ze w duszy lidera zespołu wreszcie osstrożnie
        zaświeciło słońce. We Fresh Feeling mamy impresję: Birds singing a
        song/ old paint is peeling/ this is that fresh /that fresh feeling. A w innym
        utworze jedno z najbardziej nietypowych wyznań uczuć: In this world of shit/
        baby you are it/ a little light that shines all over/ Must take over and see
        us throught the night (World Of Shit)– na mnie to działa, coś w klimacie
        prozy Kurta Venneguta!

        Dotarliśmy do najnowszego albumu Eels pt. "Shootenanny!" a ja mam z nim
        problem. Bo nie potrafię zgrabnie połaczyć tej płyty ze stworzoną właśnie
        przeze mnie ideologią rozwoju muzyki zespołu. E ostatnio jakby pogodził się
        ze światem ale wcale nie zaczął pisać samych radosnych utworów.
        Na "Shootenanny!" sporo jest goryczy człowieka dojrzałego. Już za pierwszym
        przesłuchaniem wręcz wstrząsnął mną utwór Agony, którego mocny tekst (nie
        zacytuję, sami sprawdźcie) podkreślony jest przesterowaną gitarą. Muzycznie
        jest różnie, rockowy początek All in Days Work, ironiczne chyba trochę Love
        of the Loveless, swojskie eelsowe Hard Rock Times i rewelacyjny, oparty na
        rytmicznych gitarach Lone Wolf, który chodzi za mną od wczoraj. Tą płytkę
        muszę jeszcze przegryźć.

        Przepraszam za zajęcie tyle miejsca i czasu wink)

        PS. Najlepsza pora na słuchanie Eels to najwcześniej 12-1 w nocy, albo w
        ciemny, deszczowy przygnebiający dzień
    • loveletter 801 - pixie 30.08.03, 17:55
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=7710906
      ============================================================


      801 to zespół jednej płyty (taka jednostka chorobowa wink ? skok w bok
      gitarzysty Phila Manzanery (Roxy Music) z towarzyszeniem byłego kolegi z
      zespołu, Briana Eno, i paru innych muzyków. W 1976 roku zagrali trzy
      koncerty, a materiał z ostatniego z nich, który odbył się w Queen Elizabeth
      Hall w Londynie znalazł się na płycie ?801 Live?. Nie jest niespodzianką, że
      brzmienie muzyki często przypomina wczesne Roxy Music. Manzanera gra
      oszczędnie i precyzyjnie, wkład Eno współtworzą nastrojowe klawisze,
      energetyczny wokal oraz dziwaczne teksty, bardzo solidną i silną sekcję
      rytmiczną reprezentują Simon Phillips (perkusja) i Bill MacCormick (bas).
      Grupę uzupełnia Francis Monkman (założyciel Curved Air) i Lloyd Watson.
      Zespół po raz pierwszy gra na żywo utwory z solowych płyt Manzanery, Eno oraz
      Quiet Sun, formacji Manzanery poprzedzającej Roxy Music.

      Na wstępie przyjemne ciarki na plecach (?Lagrima?), potem płynnie
      wchodzi ?T.N.K.?, czyli cover ?Tomorrow Never Knows? the Beatles ? szacunek
      za odtworzenie ?na żywo? oryginalnych eksperymentów brzmieniowych i za
      atmosferę, utwór w wykonaniu 801 nic nie traci, a chyba nawet zyskuje. Brawa
      i ?East of Asteroid? ? popis dynamicznych improwizacji, z kapitalnym motywem
      gitary na początku. Bardzo dobry kawałek, jeden z najlepszych na płycie.
      Następnie pojawia się ?Rongwrong? - delikatna gitara i śpiew, utwór w stylu
      Roxy Music, co uznaję za komplement, bo jest po prostu bardzo ładny. Krzyki
      elektronicznych ptaków i egzotyczne bębny ? nadchodzi ?Sombre Reptiles?,
      instrumentalny popis Eno. Przerwa dla nabrania tchu i ?Baby's on Fire?,
      nieomal punkowy, zaśpiewany w manierze Briana Ferry. Manzanera wyżywa się na
      rzężącej gitarze. Publiczność szaleje. Znowu wolniejszy kawałek - ?Diamond
      Head? i atmosferyczne, przestrzenne brzmienie gitary. Pole do popisu dla
      Manzanery. Brawa. Podziękowanie. ?Miss Shapiro? to porządny rockowy numer z
      zabawnie wyskandowanymi absurdalnymi zwrotkami. I ni stąd, ni zowąd ?You
      Really Got Me? the Kinks. Bardziej melodyjny i harmonijny śpiew niż w
      oryginale, ale rock hard, naprawdę. Burzliwe oklaski, wyciszenie. A potem
      powitanie ostatniego utworu na płycie - ?Third Uncle?. Mocny bas i wysokie
      tony organów na wstępie, szybki, nerwowy rytm, monotonnie wyrzucany tekst.
      Wzbudza niepokój i z tym pozostawia. Koniec.
      Przy kolejnych przesłuchaniach płyta zyskuje, można się rozsmakować w tej
      żywiołowej, złożonej i oryginalnej muzyce. Polecam.
      Więcej informacji na stronie:

      www.manzanera.com/
    • vulture DEEP PURPLE "Bananas" - Vulture 24.09.03, 20:29
      Zgodnie z ustną sugestią koleżanki Piżmak31 pozwalam sobie powklejać pętające
      się samotnie po Forum Muzyka recenzje. Niestety, nie pamiętam wszystkich, więc
      niech autorzy, których recenzji nie wkleiłem, znajdą je i wkleją sami.
      Pozdrawiam.

      .....................................................................
      Dyskusja na temat płyty tutaj: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=78&w=7479642&a=8069629

      Będzie powieść…

      1. House of Pain

      2. Sun Goes Down

      3. Haunted

      4. Razzle Dazzle

      5. Silver Tongue

      6. Walk On

      7. Pictures of Innocence

      8. I've Got Your Number

      9. Never A Word

      10. Bananas

      11. Doing It Tonight

      12. Contact Lost

      Trudno mi się zdobyć na obiektywną recenzję płyty, na którą czekałem pięć
      lat. Mając świadomość, że nie będzie to płyta wybitna. No i nie jest. Lepsza
      od „Abandon” (o co nietrudno), ale gorsza na pewno od „Purpendicular”. Zespół
      w nowym składzie (klawisze: Don Airey, eks-Rainbow między innymi)
      zaprezentował nienową, niemodną i czasem nawet przyzwoitą muzykę.

      Moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu singla „Haunted” było dość potworne:
      Joe Cocker- jakieś murzyńskie żeńskie chórki (Budka Suflera jeszcze
      szczęśliwie to nie jest), brzmienie Deep Purple stłamszone. Potem się do tego
      przyzwyczaiłem, ale faktycznie, za pierwszym razem przeżyłem spory szok.
      Myślałem, że będzie coś w typie „Sometimes I Feel Like Screaming”, ale
      niestety.

      A teraz o początku: płyty Deep Purple zawsze otwierały utwory dynamiczne i
      tak jest i tym razem: „House Of Pain” rozpoczyna całkiem fajny riff, wrzask
      Gillana i utwór sobie „jedzie”. Słychać wszystkie instrumenty, Don Airey
      radzi sobie świetnie, reszta grupy także. W zasadzie gra jak Lord, ale to
      chyba dobrze że się nie starał kombinować za bardzo. Wystarczy, że po swojemu
      gra Steve Morse (w sumie trudno żeby grał inaczej, ale nie zawsze mi się jego
      gra w DP podobała). Drugi utwór w sumie też jest niby hardrockowy, ale
      średnie tempo i niezbyt przemyślana strona muzyczna (czytaj: kompozytorzy się
      nie postarali) powodują, że nie będę do niego na razie często wracał, mimo
      wspaniałego sola klawiszowego. Później jest wspomniana „Haunted”, a
      potem „Razzle Dazzle” – kawałek dość niemrawy, coś jakby połączenie boogie z
      hard rockiem (ZZ Top) – mam wrażenie że jeśli ktoś, kto nie zna zbyt dobrze
      dokonań grupy, zacznie znajomość z nią od tej właśnie płyty, to albo nie
      dosłucha do końca, albo poważnie się zniechęci. „Silver Tongue” to kalka „Ted
      The Mechanic” z płyty „Purpendicular” lub „Almost Human” i „Any Fule Kno
      That” z płyty „Abandon”. Niektóre fragmenty są wręcz skopiowane. I wrzaski
      Gillana schowane gdzieś z tyłu, za ścianą instrumentów. Cóż. Niby-bluesowa
      ballada „Walk On” może się nawet bardzo podobać... ale mam jakieś absurdalne
      skojarzenie z pieśnią „Fortuneteller” (którą, nawiasem mówiąc, dość lubię),
      nie wiedzieć czemu. Ale dobra, „Walk On” się fajnie słucha, wchodzi w ucho,
      ciekawe czy zagrają to na żywo. Niezłe jest nawet „Picture Of Innocence”,
      mimo że melodia jest nierówna – obok świetnych fragmentów są lekko nudnawe. I
      kolejne brawa dla Dona Airey. W „I’ve Got Your Number” Airey przemycił nieco
      dziwnych brzmień syntezatora, ale na szczęście przykrył je Hammondem, więc
      nie rzuca się to tak w oczy (w uszy właściwie) – sam kawałek mi się podoba.
      Rewelacyjne jest „Never A Word”, w klimacie The Byrds czy czegoś z lat
      sześćdziesiątych. Głos Gillana pojawia się tu dopiero pod koniec utworu,
      który jest jednym z moich ulubionych na całej płycie. Świetne! Tytułowy
      kawałek to szybki, rockowy utwór ze znów świetnymi organami, harmonijką i
      niezłą melodią. Gdy już pod koniec płyty zrobiło się dobrze, nadchodzi „Doing
      It Tonight” i emocje opadają. Niby-funkowe, niby-latynoskie rytmy, zupełnie
      niepotrzebna ciekawostka, bardziej pasująca na solowe płyty Gillana, ale Don
      Airey spisuje się tu wspaniale. „Contact Lost” miniaturka, kojarząca mi się
      z – hehe – Rainbow, w której Morse nareszcie zagrał inaczej, chociaż niestety
      nie tak subtelnie jak Ryszard B. Ale Ryszarda B. od 10 lat nie ma w
      zespole...

      Plusem płyty jest na pewno bardzo dobra, zgrana praca zespołu – nikt nie
      gra „od czapy”, mimo że są słabsze utwory, to jednak są wykonane z dużą
      kulturą. Deep Purple zawsze gromadzili świetnych muzyków i dużo można o ich
      płytach powiedzieć, ale na pewno nie to, że zostały źle zagrane. Świetnie
      gra Ian Paice, używa różnych instrumentów, więc perkusja nie tylko nabija
      rytm, ale i przy okazji brzmi. Wspaniale wpasował się w zespół Don Airey – tu
      mogę tylko powtórzyć się z myślą o profesjonalnych muzykach. Minusem są dla
      mnie refreny utworów – nakładki wokalne (których potem Gillan nie może
      odtworzyć na koncertach), jakieś chórki, kojarzące mi się miejscami ze
      średnimi artystami popowymi... Minusem jest to, że zespół się nie postarał o
      dobre kompozycje - nie chodzi o odkrywanie nowych lądów, ale hard rock
      powinien mieć power, a niektórym utworom brakuje, moim zdaniem, pary. Tym z
      początku płyty zwłaszcza. Michael Bradford, producent, pracował wcześniej z
      m.in. Kid Rock i Unkle Cracker, czyli z artystami, których twórczość do mnie
      nie przemawia. Na szczęście nie zmienił brzmienia grupy.

      „Bananas” to – ogólnie - bardzo nierówny album, ale po pierwsze, będę go na
      pewno często słuchać, a po drugie – jak już gdzieś napisałem: myślałem, że
      będzie gorzej. I tyle... Ale za odbicie od „Abandon”, za pozytywną zmianę w
      składzie (Don Airey tu rządzi) i za naprawdę parę miłych dla ucha utworów
      jestem Deep Purple bardzo wdzięczny. I za to, że z każdym słuchaniem jest
      coraz lepiej...
    • vulture Iron Maiden - "Dance Of Death" - Vulture 24.09.03, 20:30
      No i sobie kupiłem. Nie nastawiwszy się na zbyt wiele, włączyłem i
      posłuchałem.... Po przebrnięciu przez dobrze mi już znany, acz taki sobie
      singiel „Wildest Dreams”, pojawiło się równie krótkie „Rainmaker”, też
      szybkie, motoryczne i melodyjne, typowo ajronowe. Od samego początku płyty
      wszystko brzmi jak trzeba, Dickinson śpiewa bardzo dobrze, produkcja jak
      zwykle nienaganna, taki drugi singiel. Niby się nie można czepnąć, ale
      człowiek czeka na coś więcej – no więc dalej jest już dwa razy dłuższe „No
      More Lies”, które zaczyna się balladowo, a potem się klasycznie rozkręca i
      sobie jedzie. I tak dalej utwór po utworze... kawałek po kawałku...
      wolniej... szybciej... solówka... wolniej...itd.
      Problem z tą płytą jest w tym, że o każdej kompozycji można napisać „typowy
      ajron” i nic więcej, ponieważ niewiele się wyróżnia w stosunku do reszty – na
      poprzednim albumie niektóre utwory znacznie wybijały się nad pozostałe
      („Nomad”, „Blood Brothers”wink, a na „Dance Of Death” wszystkie są równiutkie
      tak bardzo, że aż boli. Ta płyta to woda na młyn tych, którzy twierdzą, że
      Iron Maiden nagrywają w kółko to samo, bo po części jest to prawda, ale
      zawsze w tym hermetycznym stylu dało się wyłuskać po prostu fajne kompozycje,
      a „Dance Of Death” właściwie bez większych wrażeń sobie leci i jest mi
      wszystko jedno, czy już się skończyło, czy jeszcze nie. Nie żeby to były złe
      kawałki; melodie są, solówek nie brakuje, różnych fajnych zagrywek też, ale
      całość mnie nie zachwyca tak jak poprzednia studyjna propozycja. Po prostu
      jest taka...se.
      Muzyka Iron Maiden jest charakterystyczna i wiadomo, że panowie prochu nie
      wymyślą, ale raz im się uda nagrać bardziej przejmującą płytę, a innym razem
      mniej. No i dzisiaj jest to „innym razem”. Czwórka z minusem, bo jednak co
      Ironi to i tak Ironi. Następna płyta ma być lepsza. I już bez takich
      chamskich autoplagioatów, hehe.
      A co bym wyróżnił i polecił? Na pewno „Montsegur”, „New Frontier” i może
      jeszcze ewentualnie orkiestrowy „Journeyman” za fajną, pozytywną energię,
      ładne melodie i jakieś tam jednak leciutkie wybijanie się powyżej całości
      (mimo wszystko – coś trzeba było wybrać).
      • vulture Dyskusja o Dance Of Death... 24.09.03, 20:32
        ...jest tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=7866386&a=7879509
    • vulture Placebo - recenzja koncertu. Nikka007 24.09.03, 20:34
      Dyskusja nt. wątku tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=78&w=7839969&a=7856399

      Zacznę od organizacji- nawet nie było tak strasznie jak zwykle, przyszłyśmy
      grubo po 19, odczekałyśmy 10 minut i weszłyśmy.

      Support 1
      Łódzki zespół "Toster". Mój komentarz:yyyyyy...Pierwsza refleksja po I
      kawałku- kolejny raz Polacy udowadniają jak bardzo nie potrafią śpiewać po
      angielsku. Błąd! Gdy pan zaśpiewał po polsku natychmiast zweryfikowałam
      poprzedni wniosek. Dramat. Jedyne co mnie zainteresowało w całym występie
      tegoż zespołu to mimika wokalisty, zaiste bogata wink))). Jakiś przytomny
      człowiek za mną zaczął krzyczeć "Slayer, Slayer" i w istocie- był to naprawdę
      dobry pomysł wink. Pan wokalista poinformował nas, że wkrótce wychodzi ich
      płyta (lecę!) i ucieszył się, że udało mu się nas rozgrzać( sic!)
      Kolejne pół godziny to ...

      Support 2 wink
      czyli panowie techniczni, którzy przy akompaniamencie różnych bardziej lub
      mniej udanych przebojów testowali wszystkie instrumenty, które znajdowały się
      na scenie. Gdy w tle popłynął nieziemski wokal Beyonce Knowles, dało się
      zauważyć na twarzach zgromadzonych lekki eee... niepokój wink

      godz. 21.03
      PLACEBO!!!!!

      Nie podejmuję się tu podać całego setu, bo w którymś momencie z emocji i
      braku tlenu zgubiłam się w kolejnośći utworów wink). Zaczęli od "Bulletproof
      cupid", generalnie zagrali prawie całą płytę "Sleeping with ghosts". Nie
      zabrakło of korz sztandarowych kawałków- trzecie "Every you, every me"
      wzbudził szalony entuzjazm fanów, którzy wyryczeli razem z Brianem całą
      piosenkę. I tak już było do końcawink. Nie zabrakło nieśmiertelnych "Without
      you I"m nothing" czy "Taste in men", czy "Pure Morning". Zabrakło (albo
      leżałam ogłuszona wink)) "Nancy boy" i "My sweet prince", którego to głośno
      domagała się publika. Zakończyli występ coverem Pixies "Where is my mind",
      choć muszę przyznać, po cichu liczyłam, że zagrają "20th Century Boy" czy "I
      feel you" DM. Ale nie bądźmy wiecznymi malkontentami wink.
      Zespół- prezentowali się fantastycznie, szczególnie piękny, bosssski, cudowny
      Molko wink. Po trzecim zdaje się utworze Brian przywitał się z publiką - nie
      pamietam dokładnie, ale coś w stylu- fajnie tu wrócić po 2 latach
      nieobecności wink. W ogóle zapowiadał piosenki w uroczy sposób- " Only thing I
      can say about this song is that you've heard it before"- leci "Bitter End".
      Albo do Olsdala- "He's horny" wink). Przy "Taste in men" Olsdal był łaskaw
      zaprezentować uroczy taniec erotyczny na wzmacniaczu, co nie wiem czemu, nie
      wzbudziło entuzjazmu panów skaczących obok mnie wink)). Zresztą i on i Molko-
      szaleli, skakali i co jakiś czas mieli gadane wink)
      Zespołowi towarzyszył klawiszowiec w gustownym marynarskim ubranku i schowany
      gdzieś z tyłu gitarzysta. W tym miejscu chciałabym pochwalić Steve'a Hewitta-
      naprawdę jest znakomitym perkusistą wink. Nagłośnienie było całkiem znośne,
      choć ja się nie znam crying.
      Co ciekawe, utwory z ostatniej płyty brzmiały prawie tak jak na płycie,
      natomiast starsze może nie były przearanżowane, ale zdecydowanie były to
      wersje koncertowe. Molko na żywo śpiewa fantastycznie, zdziwiłam się,
      szczególnie, że w którymś momencie siadł mu odsłuch.
      Publika- wspaniała! Standardowo- podsceniczne pogo wink)), śpiewanie razem z
      zespołem, machanie łapami wink objęło caaaały obszar pod sceną. O tym, jak
      fantastyczna była to zabawa świadczy to, że autorka tego tekstu, na codzień
      mierna i bierna wink))) wyszła z mokrymi włosami, sweterkiem, spodniami i
      zdeptanymi stopami. Udało mi się przefalować wink)) pod samą scenę i pokazać
      Molko znak Sejtana ( nie byłam jedyna wink)))))).Liczę, że docenił wink)))
      Ach, no i publika radośnie podjęła kwestie typu "Fuck the government" wink
      Koncert sensu stricto czyli Placebo trwał jakieś 1,5 godziny, ja wymiękłam na
      2 ostatnie utwory i popełzłam na sam koniec sali. Aha, w tym miejscu
      gratuluję sprzedającym colę za 5 złotych wink))
      Aha no i na koniec rozczarowanie wink)), Molko miał makijaż, a jakże,
      natomiast paznokcie... nie były pomalowane na czarno...
      To chyba tyle, jeszcze na gorąco. Jakbym coś przeoczyła to proszę dopisywać.
      Jak dla mnie- koncert roku. Czekam jednak na Gahana w Spodku. Ufff...
      ps. Piżmakowi się nie podobało wink))))
    • vulture Blondie "The Curse Of Blondie" - Vulture 24.09.03, 20:37
      Dyskusja je tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=8153821

      Przyznam, że zawsze miałem mieszane uczucia w stosunku do tej grupy. Z jednej
      strony lubiłem Debbie Harry za głos i nie tylko (oczywiście, ekhm, mówię o
      czasach archiwalnych), a z drugiej moje wątpliwości budziła zawsze sama
      muzyka Blondie. Niby wyrośli z punka, niby na początku grali ostrzej, ale co
      z tego – pamięta się ich za popowe, wręcz dyskotekowe przeboje jak „Heart Of
      Glass”, „Call Me” czy „Atomic”. Powrót Blondie po sporej nieobecności
      (choroba Chrisa Steina, solowa kariera Debbie Harry) z albumem „No Exit”
      okazał się na tyle udany, że po jakimś czasie zespół postanowił nagrać
      kolejny album. No i „The Curse Of Blondie” ujrzało niedawno światło dzienne.

      Płyta – mimo iż promujący ją singiel „Good Boys” (taka kopia „Heart Of
      Glass”wink był dość chwytliwy – nie wchodzi od razu. Być może z powodu swojej
      długości (czternaście utworów, niektóre trwają po 6 – 7 minut), być może z
      powodu zbyt dużego misz-maszu stylistycznego: tu trochę rocka, tam nieco
      elektroniki, tu zmienimy barwę głosu... niby to pop, ale dość urozmaicony.
      Tylko jak na pop, nieco za mało przebojowy. Najbardziej hitowe są tu „Undone”
      (brzmi jak utwór grupy Garbage, która przecież z dorobku Blondie czerpie
      pełnymi garściami), wspomniane „Good Boys” i „End To End”. Fajne, dynamiczne
      kawałki z chwytliwymi melodiami. Jest też na albumie nieco refleksyjności,
      miejscami przeradzającej się w anemię (otwierający album „Shakedown” czy
      następujące po sobie „Background Melody” i „Magic” mogą wywołać nawet spore
      znużenie). Jest również kilka momentów, w których ożywa na chwilę gitara
      („Golden Rod”wink, jest też nieco ‘przebojowości inaczej’ – tzn. piosenka się
      podoba, ale na singla się nie nadaje („Hello Joe” czy kakofoniczne „Desire
      Brings Me Back” ze śmiesznym wstępem). Może to i dobrze, przynajmniej można
      uniknąć podejrzeń o bezduszną popową superprodukcję.
      Płytę zamyka utwór na szczęście bardziej udany od tego, który ją
      otwiera, „Songs Of Love”. Trwa wprawdzie niepotrzebnie prawie siedem minut,
      ale udaje mu się wytworzyć ciekawy klimat dzięki ładnej melodii i wyjątkowo
      wysmakowanej, choć mało oryginalnej aranżacji.

      Nadal mam mieszane uczucia... a żeby było śmieszniej, album jest dość równy i
      stanowi jakąś tam całość. Na pewno bardziej niż „No Exit”...

      P.S. Nie wypowiem się obszernie na temat tego, co się dzieje na różnych
      wersjach singla „Good Boys”. Miałem wrażenie, że podstawowa wersja jest już
      wystarczająco taneczna...
    • vulture The Shins "Oh, Inverted World" 24.09.03, 20:39
      Dyskutujemy se tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=6698386
      Nadzwyczaj miło jest usłyszeć nową muzykę, która brzmi, jakby była kompletnie
      z innego świata. Z tego 40 lat wcześniej, mniej więcej. No, choćby przy
      okazji The Coral...

      ...i The Shins też. Zespół powstał w 1997 roku w Stanach, a cztery lata
      później wyszłą pierwsza płyta długogrająca. "Oh, Inverted World" wydana w
      2001 roku przez Sub Pop w większości brzmi, jak te z okolic 1965. Chwytliwe
      melodie, ale chwytliwe nie nachalnie, a takie docierające w trakcie kilku
      przesłuchań. Wokal też jakby wyjęty z tamtego okresu (allmusic porównuje
      Jamesa Mercera do Briana Wilsona, coś w tym jest chyba...). W zasadzie gdyby
      nie pierwszy utwór, świetny skądinąd "Caring Is Creepy", który jest różny od
      reszty materiału, byłby zaskoczony że to takie nowe. Chwilami jest smętnie,
      chwilami weselej i skoczniej, ale wszystkiego razem słucha się tak
      znakomicie, że gdyby wydano to w 2003, to byłaby to na razie moja płyta roku.

      W zasadzie ciężko wymienić jakieś ewidentnie wybijające się utwory z płyty...
      No bo skoro wszystko się podoba i wszystko jest warte posłuchania, najlepiej
      razem, obok siebie i kilka razy... "Caring Is Creepy" jest bardzo dobry, ale
      nie reprezentatywny... Może "Know Your Onion!", z tych najbardziej
      przebojowych... Choć to takie są przebojowe piosenki, które nigdy przebojami
      nie zostały, i już nimi nie zostaną. "New Slang", smęcący, owszem, ale jak
      piękny to utwór... Albo zamykający album, 5,5-minutowy "The Past And
      Pending", gdzie pojawiają się i instrumenty dęte, i klawisze, i jest bardzo
      ładnie znowu... Nie wiem czy właśnie nie to jest najlepszym fragmentem "Oh,
      Inverted World"...

      Aha, proszę nie sugerować się wymienioną wcześniej nazwą The Coral, bo,
      oprócz odległego od 2003 roku brzmienia, tych zespołów nie łączy aż tak
      wiele... Podawani na stronie allmusic jako największe inspiracje The Beach
      Boys i The Byrds są już dużo bliżej, tak myślę... I myślę jeszcze, że dla
      fanów takiej muzyki to jest naprawdę interesująca płyta. Mogę się mylić. Mi w
      każdym razie bardzo się podoba więc ją polecam smile
      • vulture The Shins "Oh, Inverted World" pisał ILHAN 24.09.03, 20:42
        Przepraszam za przeoczenie smile
        • ilhan Re: The Shins "Oh, Inverted World" pisał ILHAN 24.09.03, 21:05
          vulture napisał:

          > Przepraszam za przeoczenie smile

          Nie musiałeś drugi raz wklejać tego tekstu, hehe smile No ale nic, nie produkujmy
          się tu.
    • vulture BAJM Myśli i słowa -Marylin Kozidrak 01.10.03, 17:27
      Dyskusja na temat recenzowanej płyty tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=78&w=7896195&v=2&s=0

      Z głębokim niepokojem włożyłem CD do odtwarzacza. Mówiło się na mieście, że
      Bajm nadal stoi w miejscu, że nagrał płytę w stylu Red Michael`a. Ale obawy
      okazały się bezpodstawne. Bajm nagrał płytę wizjonerską - burząc nie tylko
      swój dotychczasowy wizerunek , ale wprowadził myzykę w zupełnie nowe rejony
      i terytoria. Płyta została nagrana w myśl zasady mistrza Hitchooka:
      najpierw trzęsienie zmiemi, potem napięcie rośnie....
      Trzęsienie : już pierwszy kawałek porywa. Wręcz obezwładnia nasze uszy. Cóz
      za dynamika!(wiadomo studio Frankfurt). I ten tekst - mroczny , dołujący .
      Opowiada on o trudzie naszego codziennego życia "płyniemy po cienkim lodzie
      ciężko radzić sobie" . Przewrotna metofora z krystalicznym acz cienkim lodem
      zasługuje na nagrodę literacką. Jednak już za chwilę nasz smutek ochodzi w
      niepamięć - utwór nr 2 to wprost przepiękny liryk miłosny z drugim dnem.
      Te "wichry i burze" to przecież ulewa łez, które możesz uronić , kiedy
      ukochany Cię opuści.Strzeż się!Uwaga dla metalowców: możecie narzekać na
      zbyt niewielkie nasilenie dynamiki przesterowanych gitar. Tak zgadzam się w
      całej rozciągłości. Ale - podziwiajcie nowatorskie wielowarstwowe nałożenie
      ścieżek gitar rytmicznej i solowej , w połączeniu w urokliwym, świszczącym
      gwizdaniem (fffśśśśśśs!!) wokalistki.To razem daje 1000 razy wiekszy power
      niz wasze Bathory. . Następne utwory niosą w sobie coraz bardziej
      zwiększoną dawkę dramatów egzystencjalnych. "Nie wiem czego chcę i szukam
      wciąż miłości". To niezwykłe wyznanie personifikuje troistą osobowość
      autorki. Z jednej strony kocha (vide nr 2). Z drugiej szuka miłości (czyli
      jednak wydaje jej się że kocha, albo kocha inaczej - to już drugie dno).Z
      trzeciej - może wcale nie kocha i nie szuka tej miłości - bo nie wie czego
      chce? A może jest tu czwarte dno, którego ja , przeciętny słuchacz sie nie
      dopatrzyłem ? Na pewno! Skołowani tymi zawiłymi rozważanimi zwrócmy jescze
      uwagę na niesłychanie delikatne użycie bębenków, tamburynów oraz loopów w
      podkładzie muzycznym . W ten oto sposób Bajm w pomysłowy sposób wprowadził
      elementy etno - hip-hopu do swej muzyki. Ale oto napięcie rośnie.... "Tamtem
      maj" otwiera powalający riff - taki jakby progresywny "Smoke on the water".
      Rewelka!! Ten riff przewija się przez cały utwór i wraz ze zbiorowym
      gwizdaniem i kolejnym dramatem ... o fenomenie czasu , który minął i żyje,
      sprawił, że poruszyła się wokół mnie przyroda nieożywiona. A teraz napięcie
      siega zenitu- Nr 7 - AMERYKA!!!! Metalowcy - włosy z głów!! Tatuaże z
      Mettallicą i Slayerem - zmyć !! Wszczepić Bajm!!Początek - riff z mocą St.
      Anger`a razy 100000, dalej solówka połączenie Gunsów (oj widąc że się ich
      naoglądali i nasłuchali w Stanach ale jak inspirująco czerpią!) , następnie
      niepokojący śpiew i takiż podkład muzyczny, lekko zabarwiony
      psychodelią.....Odloooooot , Frantic to shit, sorry Hetfield, sad but
      true...., Nr 8 - małe uspokojenie , hołd złożony amerkańskiemu bluesowi. Na
      uwagę zasługuje soulowy!!! potężny chór i lekka inspiracja "Heartbreak
      Station" Ciderelli, ale tak fascynująco podana , że nie mowy o żadnej
      zrzynce.Nr 9 - Pieśń o potędze plotki- punk rock z niesamowitą folkową
      wstawką i wysublimowanymi pasażami instrumentów klawiszowych.Nerwowy wokal
      na modłę Papa Roach - cóż to dla Beaty(Coby Dick - sorry Winnetou). Brawa
      dla Marii Dobrzańskiej która notabene przełamała hegemonię Beaty na urodę w
      tej supergrupie.Nr 10 ... opadłem z krzesła... zemdlałem ... utwór
      gotycki....Beata śpiewa TO TY JESTEŚ WINNY i czuję się winny, tak podle się
      czuję, tak mi wstyd jej wokal mnie przeszywa i wywleka całą prawdę o
      mnie ...... Skołowany przerywam słuchanie i idę dać datek na Dom Dziecka
      czym choć częściowo unieważniam te winy, te zdrady te podłości... Tak lekko
      moralnie oczyszczony zasiadam do nr 12 - apogeum . Co za rozkosz , piękne
      dźwięki pieszczą... ale co to? Nagle kanonada gitar i tekst... o
      samobójstwie. Wokal odrywa się od muzyki i szybuje..."odchodzę stąd na
      nieznany ląd".. Beata nienienieeeeeeee odchodź!!! Nie obiecam Ci że będzie
      lepszy świat, ale płynie we mnie gorąca krew i nie daruję Ci tego .
      Pamiętaj, że gdzieś są łąki pełne snów a gdy ktoś Cię zrani chłodem
      Liverpool to zabiję go całą mocą swą i spędzimy wiosnę w Paryżu i nie
      odnajdzie nas tam ta sama chwila.Błagam Cię niech spadnie złoty deszcz!!!
      Amen.
    • vulture MOYA BRENNAN Two Horizons - Vulture 01.10.03, 17:28
      Dyskusja na temat recenzowanej płyty tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=78&w=8273697

      Jest!!! Jest!!! Kupiłem!!!

      Piękna, boska, magiczna... tymi i innymi przymiotnikami można by określić
      piąty solowy album wokalistki Clannad, a pierwszy wydany jako Moya Brennan
      (poprzednie imię, Maire, artystka zmieniła na obecne, by przybliżyć jego
      poprawną wymowę w gaelic). Już po wysłuchaniu obszernych fragmentów na
      oficjalnej stronie Moyi wiedziałem, że będzie to jedna z moich ulubionych
      płyt tego roku, a może i nie tylko tego...

      Stylistyka nagrań solowych pani Brennan nie odbiega za daleko od tego, do
      czego przyzwyczaił nas jej macierzysty zespół, jednak więcej jest tu śmiałych
      brzmień elektronicznych, bardziej intymny i refleksyjny nastrój niż na
      albumach rodzinnych. Na szczęście albumy Maire/Moya Brennan nie są kopią płyt
      jej młodszej siostry, Enyi, ale raczej rozwinięciem tego, co proponuje Moya
      na albumach Clannad (na płytach tej grupy na ogół komponuje Ciaran Brennan;
      kompozycje wokalistki nie pojawiają się często).

      Zapowiadane od dawna „Two Horizons” to niesamowity popis hipnotyzujących,
      ślicznych melodii, zaśpiewanych przez jeden z najbardziej boskich głosów,
      jakie w ogóle śpiewają. Od samego początku płytę chłonie się jednym tchem-
      „Show Me” (pojawiające się jeszcze w charakterze przerywnika oraz czegoś, o
      czym później) „Bright Star”, „River” mogłyby wyjść na singlach (chociaż
      wiele na listach przebojów nie zwojują), a bardziej oniryczne „Change My
      World”, „Bi Liom” wspaniale podkreśla panującą obecnie porę roku, zwłaszcza
      gdy włączy się płytę i popatrzy przez okno. Dużo uroku mają też niekoniecznie
      przebojowe kompozycje takie jak „Tara”, „Ancient Town”, „Is It Now” i pieśń
      tytułowa. Nawet te bardziej, powiedzmy, dynamiczne fragmenty płyty („Sailing
      Away”, „Mothers Of The Desert”wink nie burzą nastroju błogości, spokoju,
      melancholii... Muzyka wyciszająca, dobra na uspokojenie ludzi porywczych i
      nastrajająca refleksyjnie. Ewentualnie usypiająca, zależy co kto lubi.
      Elektronika, ale i harfa, skrzypce, gitary akustyczne, no i ten wspaniały
      głos. Kto chociaż raz słyszał soundtrack do serialu tv „Robin Hood” z 1984 r.
      (płyta Clannad „Legend”wink, ten wie, o co chodzi.

      No i niestety... nie wszystko może być idealne i cudowne. Na końcu albumu
      umieszczony jest tzw. bonus track... ohydny remiks taneczny piosenki „Show
      Me”. Kobieto, po co Ci to...

      Uwagę zwraca także wkładka do płyty, pozbawiona wprawdzie (po raz pierwszy w
      przypadku tej artystki), tekstów, za to ozdobiona zdjęciami pieknej Irlandki
      o anielskim głosie.

      Wszystkich zainteresowanych zapraszam do odwiedzenia strony
      www.moyabrennan.com/TwoHorizons/ na której można posłuchać fragmentów
      płyty i obejrzeć najnowszą galerię zdjęć artystki.
    • vulture SINISTER Savage Or Grace - Vulture 03.10.03, 18:56
      Dyskusja na temat recenzowanej płyty tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?
      f=78&w=8277673

      Piękna, melancholijna, metalowa muzyka na jesień (wiem że płyta wyszła chyba
      jeszcze przed wakacjami, ale kupiłem dopiero teraz). Za oknem opadają liście,
      w pracy opadają ręce, a w wieżę wpada płyta holenderskiego kwartetu (obecnie)
      Sinister. Holandia, kraj tulipanów, wiatraków i sklepów z drobnymi
      upominkami, niedostępnymi gdzie indziej, oprócz Vengaboys i 2 Unlimited
      wydała na świat zespół Sinister, który w tym roku wydał kolejną już płytę.

      „Savage Or Grace” jest chyba najciekawszą ze słyszanych przeze mnie pozycji
      Sinister, chociażby dlatego, że poszczególne utwory w wyraźny sposób różnią
      się od siebie. Naturalnie, zanim zacznie się właściwy repertuar, przez dwie
      minuty towarzyszą nam złowrogie pomruki orkiestry, która milknie, by ustąpić
      pola zespołowi...

      ...I zaczyna się klasyczna napierdalanka w postaci najkrótszego (prócz
      intro) na albumie kawałka „Savage Or Grace”, który - być może – mógłby
      zostać wydany na singlu, ale obawiam się, że Viva często by nie puszczała
      teledysku. Wolniejszy z początku, nieco majestatycznie się
      rozpoczynający „Barbaric Order” rozkręca się stopniowo w kolekcję ciekawych
      riffów. Na tych riffach śpiewany, ekhm, produkowany jest tekst – Rachel
      Heyzer robi to po prostu wspaniale, ale na szczęście we wkładce dołączone są
      teksty, które umożliwiają świadomy odbiór warstwy literackiej albumu.
      „The Age Of Murder” zdecydowanie podgrzewa atmosferę, mimo że tempo nie jest
      wcale zabójczo szybkie, rozkręca się dopiero w połowie utworu.
      Chwilę oddechu przynosi balladowy wstęp do najdłuższego na płycie „Conception
      And Sin” – zanim zacznie się atak karabinu perkusyjnego, słychać bardzo
      sympatyczne klangowanie. Riffy zmieniają tempo, raz jest motorycznie i
      mięsiście, a innym razem szybko, galopowo ale przy pełnej kontroli tego, co
      się dzieje. Nieco mniej kręci i tak niezłe „Chapel Desecration” z częstymi
      zmianami tempa i kolejną „wyliczanką riffową”, ale na pewno podobać się może
      kolejne na płycie „Dominion” z zakręconym nieco riffem i zabawami perkusyjno-
      gitarowymi we wstępie (rock progresywny, hehe), a w „Collapse Rewind” uwagę
      zwraca pochód perkusyjny w te pod częścią zwrotek. Oczywiście, cały utwór
      jest zupełnie stylowy i nic nie wybija się ponad ustalone od wieków
      standardy, ale może to i dobrze. Zespół żegna się z nami niedługim, ale dość
      zróżnicowanym jeśli chodzi o tempo, dynamicznym „Apocalypse In Time”. Niecałe
      trzy minuty radości i płyta się kończy... Mniej boleśnie i mniej
      pretensjonalnie, niż można by się obawiać.

      Sinister nie powstydzili się też krótkich, ale bardzo melodyjnych solówek
      gitarowych w niektórych kawałkach. Nowy nabytek grupy, Pascal Grevinga, gra
      krótko i treściwie. Nie sposób zarzucić mu przegadanie utworów.

      Jak na tego typu muzykę, jest to album bardzo zróżnicowany, jednak chyba nie
      do tego stopnia, by zwolennicy tego gatunku kręcili nosem. Słyszałem nagrania
      z poprzednich płyt tej grupy i nie przekonały mnie one specjalnie (czytaj: w
      ogóle), a tu taka miła niespodzianka. Płyta dla tych, którzy nie piją kawy, a
      muszą się ekspresowo rozbudzić (jest bardzo krótka) lub dla posiadaczy
      upierdliwych sąsiadów (wtedy można nastawić na ‘repeat’wink. Polecam.

      P.S. No co? Nie samą Brennan człowiek żyje big_grin
    • vulture ALICE COOPER the eyes of alice cooper - vulture 03.10.03, 19:04
      Dyskusja nt. recenzowanej płyty tutaj:
      forum.gazeta.pl/forum/73,46481,1540823.html?f=78&w=4356980&a=4356980&rep=1

      Alice Cooper wybitnym artystą nie jest, ale lubić go można z tak zwanego
      sentymentu za mniejsze lub większe przeboje, za śmieszny, ale nieszkodliwy
      image i za fajny klimat niektórych piosenek. Nagrywa lepsze (rzadziej) i
      gorsze (częściej) płyty, z których mimo wszystko da się coś wyłowić. Muszę
      przyznać, że gdy ukazała się dość mocna „Brutal Planet”, zaostrzyło to mój
      apetyt na nowe produkcje Alicji. Następna, „Dragontown”, nie zrobiła na mnie
      już takiego wrażenia. A teraz ukazała się nowa, „The Eyes Of Alice Cooper”
      i... sytuacja przypomina mi nieco cooperowski tryptyk z lat 80/90:
      świetne „Trash”, niezłe „Hey Stoopid” i takie sobie „The Last Temptation”.

      „The Eyes Of Alice Cooper” w dużej części robi wrażenie wariacji na temat
      słabszych kompozycji z dwóch poprzednich albumów. Niektóre kawałki mają nawet
      całkiem przyzwoite refreny („Between High School and Old School”, „Spirit
      Rebellious”wink, ale nie na tym problem polega. O ile początek płyty jeszcze
      jest znośny, ale nie powala niczym specjalnym, to dalej jest coraz gorzej.
      Cooper starał się chyba nieco pozmieniać dotychczasowe brzmienie. W efekcie
      zwrotki są dość surowe, mało melodyjne, a refreny i tak zalatują estetyką w
      stylu Whitesnake, ale nie są ani tak chwytliwe, ani poparte sensowną resztą.
      Brzmienie jest łagodniejsze – miejscami można mieć wrażenie, że to Tom Petty
      („Novocaine”wink. Piąty utwór („Bye Bye Baby”wink przynosi niepokojące rozwiązania –
      dęciaki, żeńskie chórki, nieco musicalowej estetyki, coś w stylu albumów
      Alice’a z końca lat siedemdziesiątych („On The Inside”, „Alice Cooper Goes To
      Hell”wink – sytuacja powtarza się w nawet całkiem fajnym „Detroit City”, które
      zostało złagodzone przez dodanie partii instrumentów dętych. Inne kawałki,
      nawet jeśli są typowo rockowe („Love Should Never Feel Like This” czy
      nieco ‘iggypopowe’ „Backyard Brawl” i „I’m So Angry”wink, to po prostu niczym
      szczególnym nie zwracają uwagi. Nawet cooperowskie ballady nie są soft-
      metalowe, jak do tej pory, tylko zalatują kiczowatym soulem popularnym jakieś
      dwie, trzy dekady temu („Be With You Awhile”wink czy jakimś dziwacznym kabaretem
      lub musicalem („This House Is Haunted”wink.
      Mam wrażenie, że Alice chciał albo zmienić i wzbogacić brzmienie, które
      osiągnął na dwóch ostatnich albumach. Ale nie udało mu się. Po pierwsze,
      usunął nieco rock na korzyść rozwiązań, które eksploatował prawie trzydzieści
      lat temu, i uzyskał efekt miotania się między rock and rollem a musicalem. Po
      drugie, nie za bardzo wyszły mu kompozycje. Cooper ma to do siebie, że jego
      płyty mają być melodyjne i przebojowe, niezależnie od natężenia mocy
      gitarowej. A „The Eyes Of Alice Cooper” słucha się bez emocji, raczej ze
      znużeniem. Niby przyjemnie, ale nie sądzę, żebym często do tej płyty wracał.
    • vulture SEWERYN KRAJEWSKI "Jestem" - Vulture 05.10.03, 18:49
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=8340307 - tu dyskusja nt. płyty

      Sięgnąłem po tę płytę z tak zwanej chorej ciekawości. Przeczytałem recenzję,
      która sugerowała związki muzyki z tego albumu z rockiem. Poza tym zauważyłem,
      iż album sprzedaje się całkiem nieźle, co w przypadku wykonawców takich, jak
      Krajewski, jest obecnie dość rzadkie. No i wysłuchałem...

      Album „Jestem” nie różni się niczym od tego, co Seweryn Krajewski nagrywał do
      tej pory. Może jest tylko nieco mniej nudny, co nie umniejsza jego
      beznadziejności. Typowe dla Krajewskiego melodyjne ballady dla
      pięćdziesięciolatków, przeplatane nieco żwawszymi (ale bez przesady)
      kompozycjami to zawartość tej płyty. Podstawowe instrumentarium to gitara
      akustyczna, klawisze i automat perkusyjny, czyli archaik w wydaniu sprzed
      dziesięciu, dwudziestu lat. Okazyjnie włącza się gitara elektryczna i inne
      dodatki, nie zmieniające jednak ogólnego brzmienia z „Koncertu życzeń” rodem.
      Większość i tak już słodkich refrenów została dodatkowo zalana lukrem
      żeńskich chórków, co powoduje zwykle reakcję dość typową na nadmiar słodyczy.

      Tego albumu nie da się wysłuchać na poważnie. Już teksty niektórych piosenek
      (Jacek Cygan rządzi, ale nie tylko on) powodują efekty tarzania się u
      słuchaczy. Na stronie, poświęconej albumowi (
      krajewski.sonymusic.pl/jestem.html ), Krajewski tłumaczy genezę
      powstania płyty:

      ”Czekałem, ponieważ jest tak ogromny napór tandety na rynku fonograficznym i
      w ogóle na rynku medialnym. Pomyślałem, że odczekam pewien czas, a może znowu
      przyjdzie taki moment, że wzrośnie zapotrzebowanie na piękne teksty...”

      I może jeszcze sam Krajewski o poszczególnych utworach:

      Obudź serce
      Ta piosenka otwiera cały album i myślę, że nadaje się do tego udany,
      optymistyczny tekst Jadwigi Hass.
      Złota jabłoń
      Autorem tekstu jest Andrzej Poniedzielski, a piosenka porusza problemy
      społeczne i myślę, że jest warta wysłuchania. Uważnego!
      Co to jest czułość
      Melodia tej piosenki została napisana do tekstu Magdy Czapińskiej i
      postanowiliśmy ograniczyć się tylko do akompaniamentu fortepianu, ponieważ
      tekst jest tak piękny, że nic nie powinno mu przeszkadzać.
      Pokochaj ten wiek
      Mam odczucie, że Daniel Wyszogrodzki chciał powiedzieć coś o mnie i o mojej
      żonie, Elżbiecie. Tak mi się wydaje.
      Miętowe pocałunki
      Optymistyczny utwór do tekstu Jacka Cygana wspaniale zachęca do wysłuchania
      całej płyty i dlatego znalazł się na singlu.
      Nic to
      Tekst Marka Biszczanika. Piosenka trochę trudna i powinno się jej słuchać z
      uwagą. Mówi o dniu dzisiejszym w sposób gorzki, ale bardzo prawdziwy.
      Tkanina
      Piosenka z serialu telewizyjnego, ale pojawia się w innej formie i tylko jako
      kawałek kanta i refren. Szkoda, bo tekst Jacka jest piękny i postanowiliśmy
      to nagrać w całości, żeby pokazać, jaki jest ładny w pełnej postaci.
      Nagroda za odwagę
      Właściwie piosenka optymistyczna, pogodny tekst Daniela. Może trochę za mało
      jest takich utworów na tej płycie, więc tym lepiej że jest właśnie ten.
      Zaśnij duszko
      Jedna z nielicznych piosenek, w których napisałem muzykę do tekstu. To jest
      kołysanka dla syna i czuje się, że napisał ją mężczyzna - Marek Biszczanik.
      Aż do utraty tchu
      Przejmujące słowa Daniela. To chyba jedyna smutna piosenka na tej płycie.
      Tak malutko
      To także melodia napisana do tekstu. Wprawdzie może być znana z płyty Maryli
      Rodowicz, ale miałem ochotę wykonać ją po swojemu.
      Więcej wiary
      Kolejna optymistyczna piosenka Daniela. Jak mi się wydaje z przesłaniem nadal
      aktualnym.
      Jak z Dylana
      Zamyka album piosenka z tekstem Jacka Bukowskiego. Nadaje się do tego, jest
      taka... uspokajająca. Piosenka nawiązuje - dyskretnie - do lat 60-tych i
      tworzy pętlę czasową.

      Taaaa... osobiście czuję się bezradny wobec takiego czegoś. Jest to,
      oczywiście, lepsze od produkcji zespołów typu Blue Cafe czy Ich Troje, ale,
      niestety, tandeciarstwa Krajewski nie uniknie. Smętne zawodzenie, wywołujące
      wzruszenie być może u pretensjonalnych pięćdziesięciolatek i
      pięćdziesięciolatków, na ogół spotka się z (delikatnie mówiąc)
      niezrozumieniem. No, ale komuś taka muzyka najwyraźniej jest potrzebna.
    • vulture DAVID BOWIE "Reality" - Vulture 05.10.03, 18:51
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=8342590 -tu dyskusja nt. płyty


      Muzyczny kameleon czy raczej marketingowy spryciarz, wydał swój kolejny
      album. Lojalnie się przyznam, że nie wszystkie wcielenia Davida B. jestem w
      stanie zaakceptować. Lubię jego starsze rzeczy z lat siedemdziesiątych, ale
      nie wchodzi mi np. „Let’s Dance”. Podobała mi się płyta „Outside”, ale nie
      byłem zwolennikiem jej następczyń (zwłaszcza „Earhtling”wink. A teraz ukazuje
      się „Reality” - płyta nie przynosząca żadnych zmian w ‘ostatnim’ wizerunku
      muzycznym Bowiego. Płyta, dodajmy, dość nisko oceniona przez krytyków.

      Na pierwszy rzut ucha album przypomina ostatnie dokonania Bowiego – „Heathen”
      i „Hours”. I tu - zależnie od tego, co kto u Bowiego lubi – może to być
      zarówno wadą, jak i zaletą. Mi się z tych trzech płyt „Reality” podoba
      najbardziej, choć nie jest to powalające ani zaskakujące dzieło. Raczej
      zachowawcza, miejscami mniej, miejscami bardziej przebojowa płyta pana w
      wieku średnim.

      Na pierwszy ogień idzie fajne, pastiszowe „New Killer Star”, z melodią wziętą
      prawie żywcem z jakiegoś musicalu lub hitu z lat pięćdziesiątych. Nie
      przekonuje mnie jednak następny, równie żywy i roztańczony utwór „Pablo
      Picasso” z całkiem przyjemnym motywem gitary, za to z niepotrzebnie
      wykrzyczanymi zwrotkami. Tak jakby Bowie miał pomysł tylko na pół
      piosenki. „Never Get Old” cofa nas nieco do lat osiemdziesiątych – typowa dla
      tamtego okresu melodyka i aranżacja, całkiem miło się słucha.
      Szybkie „Looking For Water” jest nieco bardziej rockowe, chociaż bez
      przesady – niezły, dynamiczny kawałek, z może niepotrzebnie powtarzanym tyle
      razy refrenem.
      „The Loneliest Guy” to pierwsza ballada na płycie. Bardzo ładny wstęp
      gitarowo-fortepianowy i dość smętna wokaliza, która dyskwalifikuje wprawdzie
      ten utwór w kategoriach przeboju, ale, trzeba przyznać, jest to kompozycja
      dość nastrojowa. Nastrój zadumy burzy następujące po wolniaku dość
      żywe „She’ll Drive The Big Car” z harmonijką i znów z beznadziejną zwrotką i
      tym razem z równie słabym refrenem. „Days” z akordami gitary akustycznej w
      roli głównej jest taką śmieszną ogniskową balladką na koniec lata (no dobra,
      wiem że już minęło). Trochę szkoda, że potem sztucznie jest podbita jej
      dynamika, ale mimo to robi się bardzo przyjemnie podczas jej słuchania. „Fall
      Dog Bombs The Moon” nieco powtarza patenty z „New Killer Star”, tylko jest
      gorszy (znów straszna melodia zwrotek). Utrzymane w klimacie naiwności lat
      sześćdziesiątych „Try Some, Buy Some” ze smyczkami i dęciakami w tle robi
      dziwne wrażenie, ale i tak przechodzi dość bezboleśnie, chociaż przydałoby
      się nieco więcej melodii. Ten sam zarzut stawiam utworowi tytułowemu,
      szybkiemu, fajnie zaaranżowanemu, ale znów wykrzyczanemu... Najdłuższe
      (7:45), zamykające „Reality” „Bring Me The Disco King” to jazzujące pianino z
      perkusją i – wreszcie – ładna melodia. Takie stylowe zakończenie.

      „Reality” to przede wszystkim dużo żwawych kompozycji (i za to Bowiemu
      chwała, bo dzięki temu plyta nie nudzi tak bardzo, jak mogłaby, gdyby
      zawierała ballady), które – przyznać trzeba – nie zawsze są do końca udane.
      Na ogół Bowie ma niezłe pomysły na melodyjny refren i aranżację, ale zwrotki
      leżą. Są na ogół bezsensownie skandowane, co uniemożliwia identyfikację
      piosenki, dopóki nie zacznie się refren. Smaczki aranżacyjne ratują wprawdzie
      część pieśni, ale mam wrażenie, że gdyby David popracował nieco ciężej, z
      niektórych kompozycji dałoby się wykrzesać więcej. Opracowanie instrumentalne
      albumu i cała produkcja są bez zarzutu – Bowie to profesjonalista i nie
      pozwoli sobie na wypuszczenie niestarannie zrobionego albumu, to trzeba
      przyznać.

      Album jest dziwny, bo jednocześnie jest spójny pod względem aranżacjno-
      wykonawczym; żaden utwór nie jest „z innej bajki” mimo różnorodności
      aranżacyjnej. Płycie brakuje jednak tzw. nastroju – gdy tylko Bowie za pomocą
      niezwykłej melodii czy akompaniamentu wyczaruje jakiś klimat, natychmiast
      burzy go następnym utworem. Trzeba się do tego nieco przyzwyczaić.

      „Reality” to również informacja o tym, że Bowiemu skończyły się pomysły w
      dotychczasowej formule i że czas najwyższy coś zmienić. Miejmy nadzieję, że
      David nie nagra kontynuacji „Reality” i będzie poszukiwać dalej...
    • vulture ARETHA FRANKLIN "So Damn Happy" - Vulture 05.10.03, 18:52
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=8339823 -tu dyskutujemy o płycie

      Królowa soulu w kolejnej odsłonie. Aretha Franklin przekroczyła
      sześćdziesiątkę, ale nadal pozostaje czynna na rynku muzycznym. Począwszy od
      lat sześćdziesiątych, czaruje swym niezwykłym głosem kolejne pokolenia
      słuchaczy. Przeboje takie jak „R.e.s.p.e.c.t.”, „You Make Me Feel Like A
      Natural Woman”, „Angel” czy „Think” to klasyka, wielokrotnie przypominana
      przez innych wykonawców. Od lat osiemdziesiątych Frankin, niestety, uległa
      czarowi nowoczesnych dźwięków, który nijak nie przełożył się na jakość
      nagrywanych przez nią piosenek. Owszem, i w latach osiemdziesiątych i
      dziewięćdziesiątych artystka lansowała kolejne przeboje, ale nie umywały się
      one do jej starszych propozycji. Głos Franklin, jedyny w swoim rodzaju,
      najlepiej brzmi w naturalnej oprawie żywych instrumentów, bez klawiszowej
      papki i perkusji automatycznej. Ostatnim razem, gdy Franklin wydała płytę z
      premierowymi kompozycjami („A Rose Is Still A Rose” z 1998, nagraną przy
      udziale m.in. Lauryn Hill), próba przypodobania się hiphopowej publiczności
      okazała się klęską. Pięć lat trzeba było czekać na nowy album...

      „So Damn Happy” tym razem nie jest już takie natrętnie nowoczesne. W
      niektórych fragmentach jest dość staroświeckie, ale niestety raczej w stylu
      lat osiemdziesiątych. Tym razem Franklin wspomagana jest m.in. przez Mary J.
      Blige (która swego czasu przypomniała „You Make Me Feel...”wink. Efekt,
      niestety, jest taki, jak na paru ostatnich albumach: świetny głos, zmarnowany
      w kilkunastu beznadziejnych kompozycjach. Ani lansowane „The Only Thing
      Missing”, ani nawet będące na bieżąco z ostatnimi trendami „Holding On” nie
      są w stanie należycie wyeksponować umiejętności Franklin. To piosenki, które
      mógłby zaśpiewać ktokolwiek. A Franklin na nie po prostu szkoda. Muzycznie
      album to taka konfekcja, którą mógłby równie dobrze zaśpiewać sobie Michael
      Bolton, Luther Vandross czy ktokolwiek inny. Utwory są nudne i już po
      czwartym robi się niedobrze.

      Skandalem są niektóre piosenki, w których Franklin ewidentnie nie wie, co
      robić (np. napisane przez Mary J. Blige „No Matter What” – artystka mówi,
      zamiast śpiewać, a refren wykonuje chórek) czy „Ain’t No Way” (wstyd, żeby
      szanowana wykonawczyni wyśpiewywała takie głupoty). Bezradność wobec
      kiepskich utworów jest aż za bardzo widoczna.

      Wszystkie piosenki są balladami. Brak tu utworów dynamicznych, „lokomotyw”,
      ciągnących album do przodu. Wśród tej spowolnionej papki wyróżnić można
      jeszcze w miarę melodyjny utwór tytułowy. „You Are My Joy” (pojawiające się
      dwukrotnie), „Falling Out Of Love” (nieco kiczowate, ale jednak). Ale tylko
      pod warunkiem, że jest się zmuszonym do wyróżnienia czegokolwiek. Albo do
      wysłuchania całej płyty. Ja przesłuchałem dwukrotnie z ciekawości, ale raczej
      nie będę do niej często wracał.
    • hawkshaw CAROLINE LAVELLE "Spirit" - hawkshaw 10.10.03, 08:00
      Pierwszy raz usłyszałem o Caroline Lavelle przy okazji "Home of the whale",
      które było wydane na któryms singlu Massive Attack jako strona B. Później
      okazało sie, że ta pani takze wspólpracowała z Loreeną McKennitt na kilku
      płytach. Pomyslałem sobie, że ktokolwiek kto grał z McKennitt raczej nagra
      cos ciekawego, dlatego nabyłem tę płytę.

      Jednak muzyka Caroline Lavelle ma z Loreeną McKennitt niewiele wspólnego.
      Producentem płyty jest William Orbit, jednak to nie jest zarzut. Na płycie
      przeiwjają sie elementy muzyki celtyckiej, folk doprawione odrobiną
      elektroniki. Troszkę przypomina to twórczość Emer Kenny, bardzo niedocenianej
      irlandzkiej wokalistki.

      Jesli chodzi o muzykę, ręka Williama Orbita jest zauważalna. Jednak panu
      Orbitowi nie udało się zdominować płyty. Głos Caroline Lavelle pełni rolę
      najważniejszego instrumentu. Uwielbiam głos tej pani, bardzo zmysłowy,
      głęboki. Generalnie ta płyta ma chyba za zadanie uspakajać. Poza śpiewaniem
      pani Lavelle takze gra na fortepianie i wiolonczeli, jak na przykład w
      pięknym solo na początku "The moorlough shore". Na płycie pojawia sie
      więcej "żywych" instrumentów, m.in. gitary czy kobza.

      Utwory są raczej spokojne, łagodne. Jednak nie ma sie odczucia, że płyta jest
      nudna. Każdy utwór stwarza inny nastrój, od delikatnego "Turning ground" po
      radosne "Dream of Picasso". Poza tym świetna jesienna płyta smile

      Jesli komuś odpowiadaja klimaty stowrzone przez Loreenę McKennitt, Emer Kenny
      czy Enyę naprawdę powinien posłuchać tej płyty.
    • hawkshaw HUNGRY LUCY 'Apparitions' - hawkshaw 10.10.03, 08:35
      Pierwsza styczność z zespołem to utwór własnie z tej płyty, piosenka nr 4 -
      "Grave". To jedna z takich piosenek, które od razu zwracają uwagę, mają sobie
      to coś, sprawiaja wrażenie, że masz do czynienia z czymś niezwykłym.

      Muzykę Hungry Lucy można określić jako mroczny dream pop wymieszany z trip
      hopem. Trochę może przypomina dokonania Single Gun Theory czy Collide. Nawet
      głos Christy Belle wywołuje skojarzenia z Jaqui Hunt (Single Gun Theory). To
      nie jest zarzut.

      Album może ma pewne niedociagnięcia jesli chodzi o stronę produkcyjną.
      Momentami brzmi jakby był nagrywany domowymi metodami. Nie szkodzi. Na tym
      polega jego urok. Najciekawszymi momentami są "Alfred" - opowieść o miłości,
      która przeminęła, wspomniane "Grave" oraz "Stretch", gdzie Christa Bella
      śpiewa, że nikt nie będzie w stanie wyrządzić ci krzywdy, jesteś silniejszy niż
      ci się zdaje. Poza tym godna uwagi jest nowa wersja "Blue dress" znanego z
      wykonania Depeche Mode. Własnie przez tą piosenkę powstało Hungry Lucy smile

      Zamiast tzw. podsumowania mały cytat z okładki "I would like to dedicate this
      album to all those who are no longer with us. I believe that sometimes,
      wandering spirits are the loneliest kind. I hope they eventually find what
      they're looking for..." i to zdanie doskonale oddaje klimat tej płyty.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka