Dodaj do ulubionych

FORUMOWA BIBLIOTEKA

22.01.03, 14:36
Jak obiecałem wcześniej - zakładam wątek do którego będę wklejał poszczególne teksty (recenzje), które będą pojawiać się na forum. Pod każdym tekstem umieszczę link do dyskusji na jego temat, dlatego prosiłbym by NIE PISAĆ w TYM wątku, a w poszczególnych wątkach odnoszących się do konkretnej recenzji - chodzi o to by łatwo było tę FORUMOWĄ BIBLIOTEKĘ przeglądać i żeby szybko się otwierała ...

Do swojej sygnaturki dołączę link do niniejszego wątku, żeby łatwo go było odnaleźć...

Pozrawiam wszystkichsmile. Loveletter
Obserwuj wątek
    • loveletter (hed)pe - Loveletter 22.01.03, 14:39
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4186128
      Mam nadzieję, że munky też dzisiaj swoją recenzję zamieści... Wątek "Biblioteka" (z recenzjami założę za parę dni, jak już będzie
      ich kilka ...)

      No to zaczynamysmile))

      Co łączy Janis Joplin, Cobaina, Jahred?a aka M.C.U.D, i Tankiana? smile)))))))

      Pasja .........
      Kiedy śpiewają to nie sposób po prostu wyobrazić sobie ich na baczność, uśmiechniętych głupim mtv-uśmiechem ... Ich wokal to taka
      emocjonalna jazda bez trzymanki i nikt się tu specjalnie nie zastanawia, czy gdzieś po drodze popełnią jakiś fałsz, czy zaśpiewają
      jakieś frazy inaczej niż to było zamierzone.... Jeśli się tego nie czuje to będzie się to wszystko zlewało w jakiś wrzask bez
      ładu i składu, ale moim zdaniem tym charakteryzuje się każdy mocny przekaz emocjonalny ? bo jeśli tego ?drżenia? jest bardzo dużo
      to niejeden może się czuć nieco nim przytłoczony ...

      (hed)pe taką właśnie muzykę tworzy. Pełną wściekłej furii, pasji, drżenia, nieładu, garażowości i oddania. Ilekroć ich słucham
      zawsze odnoszę wrażenie, że te kawałki są takie jakby rozchwiane ? nie idą po prostej linii, a ciągle gdzieś zbaczają, zwalniają,
      przyspieszają gwałtownie ... To wrażenie potęguje głos Jahred?a, momentami czysty i dość wysoki, melodyjny, po chwili zaś brudny i
      warczący, że włosy dęba stają... Potrafi on do tego śpiewać z tak zajebistym wibratem, że można się posikać. To właściwie nie
      jest już wibrato a coś co o ile wiem określa się mianem ?wobbling? ? czyli takie "rozciągnięte? wibrato, głębsze i bardziej
      falujące, coś co ilekroć Jahred kończy frazę daje taki efekt ?postrzępienia? i wspomnianego rozchwiania, trochę jakby się ten głos
      .. rozpadał .... Podobno to wada ... mnie się podoba, jak jasna cholera mi się podobasmile)). Ten efekt słychać najwyraźniej na ich
      fenomenalnym coverze ?Sabbra Cadabra? Black Sabbath, którego ciężko porównać mi z oryginałem, bo go nie znam (Sabatów kojarzę
      raczej miernie i to się chyba nie zmieni, bo Osbourn, mimo ciekawego głosu, to dla mnie skapciała baby spice w szlafroku
      rockmana......) ale podejrzewam, że różni się dość znacznie wink))
      Samo brzmienie kapeli łączy w sobie rap, nu-metal i punk, jest również trochę elektroniki (ale ci którzy jej nie lubią mogą się
      nie obawiać ? stanowi ona tu jedynie inteligentny dodatek i brzmi bardzo ?naturalnie?, trochę jak w Portishead.
      Wyjątkowość (hed)pe leży w tym, że ich charakteru, oryginalności nie da się sprowadzić do jakiegoś jednego elementu, pomysłu,
      który spaja całość i pozwala im odróżnić się od reszty kapel. Ta różnica w brzmieniu leży w bardzo wielu elementach, jest
      dramatyczna i naprawdę (na ile to we współczesnej muzyce możliwe) ? głęboka. Nie bałbym się tej oryginalności (hed)pe porównać (no
      może trochę na wyrost, ale jak usłyszę kawałki z trzeciego albumu, który ma być gotowy na wiosnę to może już bez tego ?na
      wyrost?) nawet do mistrzów w tej kwestii ? System of a down (nazwa, którą, mam nadzieję, wszyscy wytatuowali już sobie na
      czole...wink)
      Większość ostrych kawałków jest taka .. skocznasmile nie mają one nic wspólnego z mocnym podkręcaniem tempa jak robi to wiele kapel
      metalowych, chodzi raczej o brzmienie gitar, a właściwie gitary basowej ? basista często przejmuje wiodącą rolę w utworze (gra
      wtedy klangiem), lecz jest to raczej przejściowe i skupia się przede wszystkim w ostrzejrzych fragmentach, nie ma tu w każdym
      razie takiej wyraźnej dominacji basu jak dajmy na to w muzyce Primusa ... Generalnie brzmienie to mógłbym porównać z Kornem (choć
      to porównanie robię wyjątkowo niechętnie, jako, że moim zdaniem Korn dorasta im co najwyżej do pasa) i nawet się chwilę
      zastanawiałem czy (hed)pe nie gra przypadkiem na tych siedmiostrunowych gitarach co korniszony .. hmm.. przyznam się szczerze, że
      stuprocentowej pewności nie mam. Być może ... jeśli jakiś basowo-gitarowy eksperto będzie czytał to wypracowanie to będę bardzo
      wdzięczny za uwagismile))

      Kolejną rzeczą, która mnie w ich muzyce niesamowicie kręci, to niespodzianki, które wyskakują na każdym kroku. Te niespodzianki to
      takie ciche brzmienia, które nie wpływają na ogólny wydźwięk muzyki, są w tle i słyszy się je dopiero po którymś tam
      przesłuchaniu, dają jej jednak niepowtarzalny smak (takie muzyczne przyprawy wink)). Telefon, rozklekotana pozytywka, gitara która
      brzmi jakby ją zrobili Flinstonsi, jakaś zakręcona rozmowa starszego małżeństwa (chyba w którymś z wschodnioazjatyckich języków),
      dzwonki, afrykańskie bębny, scratching, gdzieś tam kontrabas słyszałem (ew. ? bas o kontrabasowym brzmieniu), chór przedszkolaków
      (serio!!!, nie chodzi mi o jakieś tam słowiki, tylko o zwykłe dzieciaki śpiewające na ?Bad dream? ? ?sometimes it feels like a bad
      dream, a bad dream, when can I go home ?...? .. fałszują trochę, ale wiecie jak to zajebiście brzmi? Przez kontrast z całą resztą
      muzyki, jest to po prostu niesamowicie zaskakujące..) i jeszcze dziesiątki innych .... Prócz ozdobników instrumentalnych jest
      wiele głosowych ? rytmiczne ?zipanie? w mikrofon, jakieś śmiechy, krzyki czy rozmowy w tle ? może jak to opisuję to dziwnie to
      brzmi, ale wierzcie mi ? efekt jest naprawdę nie do zapomnienia smile))))))))))))))))))
      A skoru już wróciłem do wokalu .... Jeśli ktoś odniósł do tej pory wrażenie, że Jahred to jakiś bolek, którego jedynym zabiegiem
      wokalnym jest dający porządnie po dupie wrzask, to jest to wrażenie błędne. Nie ukrywam, że mnie ten obłędny wrzask najbardziej
      zainteresował na początku, bo wierzcie mi ? w taki sposób mało kto się drzeć potrafi (?I know where?re at?, ?Stevie? .. !!!!!),
      ale .... To bardzo dobry wokalista, z wieloma pomysłami i szeroką gamą umiejętności. Wystarczy posłuchać takich kawałków jak
      Bitches, Meadow czy może ?Jesus (of Nazareth)? (ten nieco mniejsmile by zrozumieć, że istnieje też coś takiego jak melancholijna
      strona (hed)pe, która zresztą zaznacza się w większości utworów .... acha ? no i jeszcze przez jakiś czas TiLo z Methods Of Mayhem
      był u nich drugim wokalistą. Muszę przyznać, że pomysł z podwójnym wokalem wydaje mi się ostatnio rewelacyjny .....
      Rap. mhm, jest tu go trochę, ale w takim stylu, że ze świecą szukać drugiego takiego. Posłuchajcie ?Don?t give a fuck? i
      usłyszycie coś co być może zmieni wasze spojrzenie na ten rodzaj muzyki. Falujący, niesamowicie rytmiczny sposób w jaki ten (i nie
      tylko) kawałek jest zaśpiewany/rapowany (bo trudno to właściwie przyporządkować) jest dla mnie absolutnym mistrzostwem świata ...
      Wysoko, czysto, z zębem, no cholera, tylko skakać, no.
      acha ? no i jeszcze jak już ktoś ich zacznie słuchać to polecam wsłuchanie się czy może lepiej przeczytanie tekstów .... niektóre
      są rewelacyjnesmile, choć generalnie sporo w nich niezłej obsceny, więc jeśli ktoś jej nie lubi to może lepiej niech się za bardzo
      nie wsłuchuje wink)))
      To by było chyba na tyle ... jak mi się jeszcze coś ciekawego przypomni to nie omieszkam dopisać wink)).

      strona: www.hedpe.com znajdziecie tam teksty i ... no to co zwykle. Kiedyś były tam dwa klipy (?bartender? i jeszcze jakiś), ale
      teraz już chyba je zdjęli, coś nie mogłem ich znaleźć ...
    • loveletter Prong "Rude Awakening" - Aric 22.01.03, 14:42
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:
      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4223448&a=4223448
      =============================================
      Strona oficjalna:
      www.prong-23.com/
      Do dziś nie wiedziałem, że płyta którą posiadam była ostatnią w dorobku
      zespołu.sad

      A tak się wszystko zaczęło.

      Dawno dawno temu, gdy pracowałem w pewnym supermarkiecie, wpadła w moje ręce
      pewna kaseta. Nigdy wcześniej nie słyszałem nazwy zespołu, nie mówiąc o tym
      jaką muzyke trzymam w dłoniach. Na poczatku zaciekawił mnie skład, trzech
      muzyków, podstawaowa formacja najbardziej czadowych zespołów, bas, gitara,
      bębny. No i okładka, na której widnieje samojezdna sowiecka wyrzutnia rakiet
      balistycznych. Nieśmiało zacząłem przegladać tytuły, teksty, aż doszedłem do
      podziekowań. I co widzę?? Chłopaki dziekuja przyjaciołom i tym, którzy im
      pomogli, a m. in.: Bad Brains, Life Of Agony, Sepultura, Biohazard, Marlin
      Manson, Killing Joke, Machine Head, Body Count, Sister Of Mercy, Alice In
      Chains, White Zombie i wielu innych.
      No więc, po takiej prezentacji mam pojecie, że bedzie to dośc ciężka muzyka.
      Wrzucam kasete do magnetofonu i odpalam..
      I słyszę zmutowaną elektronicznie perkusję, ale nie do przesady, po chwili
      szpczący głos, a co jakiś czas wariacko przesterowane gitarę i bardzo
      mechaniczny, rytmiczny bas. Nie wiem co sądzić. Prong rusza całą parą, ściana
      dzwieku, niezły kop. Ale coś mnie niepokoii, jeszcze nie wiem co... Własciwie
      nie moznaby odróznić zwrotki od refrenu, gdyby nie to, że podczas refrenu
      gitara nie gra rifu tylko w uszch świszczą przester i sprzężenia. Wiem co
      mnie niepokoji jak słucham tej muzyki. Doznaję odzucia, że muzycy to łysi
      kolesie łomotajacy w instrumenty, z których wydobywają muzyke przeznaczoną
      dla neonazistów. Dziwne wrażenie. Ale nie poddaję się. Utwór mija a ja nie
      wiem co mam mysleć. Zaczyna sie następny. Prawie to samo, dołozyli całkiem
      ciekawe efekty elektroniczne w tle, nie wnikam w walory głosowe, są raczej
      niespecjalne. No cóż, chyba się pomyliłem, nic z tego nie bedzie.
      Juz chcę dac spokój, gdy wskakuje rif gitarowy od którego zaczyna się trzeci
      kawałek, tytułowy. Co słyszę? Słysze przebój. Spokojna, melodyjna zwrotka,
      wokal dalej z nałożonym efektem, ale przyjemny, miła piosenka, nie pozbawiona
      jednak mocy i tego czegoś co czasami nas przyciaga do gałki wzmocnienia.smile No
      i miałem Rude Awakening.smile
      A ja brnąłem dalej. Chłopaki zaczeli sie rozkrecać. Czwarty numer,
      niesamowita energia. Niesamowite brzmienie basu, mechaniczne bicie bębnów,
      cudowna gitara, czasem ciężka jak krążownik, czasem delikatna, ledwie tracana
      po strunach. Taaaaak, zaczynam się zachwycać.
      I tak dalej, a im dalej tym przyjemniej. Kiedyś, gdy zaczynałem słuchać
      King's X, a zacząłem od młyty Faith, Hope, Love, miałem wątpliwosci czy
      polubię takie granie. Polubiłem, a ta płytę uważam za jedną z najlepszych
      płyt lat '90.
      Ale wracając do Prong. Nagle słyszę coś co mnie wpbiło w ziemię. Siódmy
      utwór "Slicing" i tak mną ślizgnęło, że wyladowałem na regale. Po prostu cos
      tak niesamowitego, że doznałem szoku, zmiany tempa, szaleńcze pościgi za
      niewidzialnym nieboszczykiem, przeplatane odpoczynkami w celu zaczerpniecia
      powietrza do płuc. Miałem wrażenie jakbym znalazł się w jaskini pełnej
      potworów i uciekał stamtąd co sił. Taka jest ta piosenka, chociaż nazwanie
      tego utworu piosenką to duże nieporozumienie. To był po prostu wyscig z mocą.
      Przeżyłem. Później nastało troche spokoju, troche słabszy utwór,
      jakby "Without Hope" rzeczywiscie odzwierciedlało stosunek muzyków do tego
      utwóro, ale bez przesady, całkiem znosny numer.
      Ale nastaje nr 9 i jestem w domu. Znów moc jest z nimi, znów w mym sercu
      rośnie pragnienie zdemolowania regałów z akcesoriami samochodowymi.
      Naładowałem się. Dziesiąty, chyba najsłabszy, oddaję co zaczerpnąłem,
      słysząc zmutowane Ramones. Pocieszam się nastepnym.
      A nareszcie trafiam na ten, na który czekałem całą płytę, tan majacy w sobie
      to coś. Ostatni, o tytule "Close The Door", i taki jest, wprost przepieknie
      zamyka całą płytę. Nie jestem w stanie go opisać, zawsze okreslam go jako
      galopujący. Sekcja gra taki rytm jakbym słyszał tentent kopyt końskich. I tak
      sobie mkną a ja razem z nimi...
      Skonczyło się. Kopiuje kasetę, zabieram do domu. Teraz Prong "Rude Awakening"
      jest moim guru na najbliższe tygodnie. Walkman, słuchanie przed snem.

      I na tym bym zakończył opisując muzyke z tej płyty jako... hmm... wielką kule
      energi, która wpada na ciebie, przenika i rozpływa się po każdym zakamarku
      ciała. Prong na tej płycie nie gra muzyki wartosciowej artystycznie, nie gra
      ładnych melodi, nie gra w sposób wirtuozerski, nie gra solówek, wokalista
      raczej nie śpiewa, czasem nuci, czasem krzyczy, nie znamy jego głosu... Ale
      Prong ma w sobie to coś... Coś co daje mi niesamowite ilości satysfakcji
      podczas słuchania tej płyty. Nie wiem czy ten opis wam coś pomoże, ale ja
      wreszcie zrozumiałem, że czas poszukać wcześniejszych płyt tego zespołu.smile

      Ciekawym jeszcze jest, że kiedyś postanowiłem sobie kupić w komisie jakąś
      płytkę. Podchodzę sobie do regału i nie wierzę własnym oczom. "Rude
      Awakening" aż razi mnie w oczy, krzyczy na mnie "kup mnie, kup mnie!! I co
      miałem zrobic? Kupiłem.smile)))) I jeszcze mi się trafił na dokładkę jeden
      utworek bonusowy. Jak ja lubie wierzyć w przeznaczenie.smile))

      Prong are:
      Tommy Victor - vocals & guitars
      Ted Parsons - drums
      Paul Raven - bass

      Prong "Rude Awakening" '1996 Sony Music Entertainment inc./"Epic"
      Chapter One................................Controler
      Chapter Two...............................Caprice
      Chapter Three.............................Rude Awakening
      Chapter Four...............................Unfortunately
      Chapter Five................................Face Value
      Chapter Six..................................Avenue Of The Finest
      Chapter Seven............................Slicing
      Chapter Eight..............................Without Hope
      Chapter Nine...............................Mansruin
      Chapter Ten................................Innocence Gone
      Chapter Eleven...........................Dark Signs
      Chapter Twelfe...........................Close The Door
      Chapter Thirteen........................Proud Division*

      *bonus track
      Produced by Terry Date and Tommy Victor
    • loveletter Usher '8701', 2001 - dziewczyna_mickiewicza 22.01.03, 14:44
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:
      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4281065&a=4281065

      ======================================================

      obiecałam loveletterowi recenzję "tego umięśnionego ushera", więc oto i ona...

      płytkę "8701" (której tytuł można rozwinąć: 1987-początek muzycznej drogi
      artysty; 2001-data wydania krążka) posiadam od jakiś dwóch lat. i przez te
      dwa lata stała się ona jesną z moich ulubionych i jedną z tych, które uważam
      za najlepsze produkcje r'n'b ostatnich lat. są artyści, którzy odnoszą sukces
      swoim debiutem i przez resztę "kariery" wykorzystują triki i pomysły ze
      swoich debiutanckich albumów, żeby, którko mówiąc, za bardzo się nie wysilać
      i nadal ciągnąć kasę. "8701" to druga oficjalna płyta ushera, po "my way"
      sprzed dobrych kilku lat (która właśnie była takim debiutem-perełką).
      słuchając obu, odnoszę wrażenie, że "my way" to taki zbiór oddzielnych
      kompozycji, z których niektóre są nieprzeciętne i naprawdę dobrze
      wyprodukowane, a niektóre totalnie przeciętne i zupełnie nie pasujące do
      reszty. "8701" to coś..hmm..dojrzałego. to 15 kawałków, które brzmią świetnie
      zarówno jako single, jak i całościowo. każda piosenka ma swój charakter i nie
      zatraca go, zestawiona z pozostałymi. działa tu pewien ciekawy mechanizm -
      otóż każdy kawałek zbudowany jest na szkielecie jakiegoś indywidualnego
      pomysłu, takiego małego muzycznego gadżetu - zawiera coś, co wyróżnia go
      spośród całej masy piosenek r'n'b.

      (wybrałam mniej więcej połowę kawałków, które najbardziej lubię, choć tak
      naprawdę wszystkie na tej płycie są na bardoz wysokim poziomie)

      płytę otwiera interlude zatytułowany po prostu "8701", który wg mnie jest
      jakby podziękowaniem artysty za docenienie jego pracy i sentymentalne
      spojrzenie wstecz, do początku. ale może to tylko moja nadinterpretacja.
      na pierwszy ogień idzie "u remind me" - efektowne "wejście": coś jakby
      zmodyfikowane smyczki, energicznie, motyw, który stanowi przewodnią linię
      podkładu. prosty rytm, dobry wokal, lekki text, odpowiedni do nastroju,
      doskonale dograne męskie chórki. jeden z tych utworów rozgrzewających
      towarzystwosmile
      "i don't know", w którym udziela się p.diddy (już się pogubiłam w tych jego
      ksywkach...). zaczynamy dość pokaźnych rozmiarów intro puff'a, które na
      szczęście nie burzy ogólnej konstrukcji utworu). charakterystyczny dla tej
      piosenki jest właściwie... brak melodii jako takiej w podkładzie. linię
      melodyczną buduje tylko wokal ushera i nieco osterzejsze chórki w refrenie
      (takie jakby staccato - troszkę poszarpane, idealnie równo zaśpiewane)
      jednym z moich ulubionych kawałków jest "twork it out", który doskonale
      nadaje się na randkę w stylu "kolacja ze śniadaniem w perspektywie" wink wokal
      idealnie seksowny, taki szepcząco-soulowy, na wysokim poziomie, text dość
      jednoznaczny... bardzo delikatne chórki. co tu dużo pisać - ten kawałek po
      prostu płynie. nie jest to ani ballada, ani wybitnie rytmiczny numer, po
      prostu ma to "coś", co sprawia, że wszystko w nim współgra perfekcyjnie.
      pierwsza typowa pościelówa tej płyty - "u got it bad". podkład ograniczony do
      minimum: rytm + autentycznie zawodząca gitarka. rytm jakby zwalniający,
      ociężały, ale to tylko złudzenie. wokal osadzony wysoko, zamierzone
      przeciągnięcia... wszystko to buduje bardzo kameralny, smutny nastrój (jak
      słucham tej piosenki, to zawsze wydaje mi się, że za oknem leje..)
      "pop ya collar" - mój numero unosmile)) świetny rytm, idealny do tańczenia (wiem
      coś o tym, bo korzystałam z niego raz przy choreografii), ciekawy pomysł na
      wokale wewnątrzzwrotkowe i w refrenie (są i żeńskie i męskie chórki, fajnie
      zaaranżowane). podkład niewiele ma wspólnego z linią melodyczną; text bardzo
      życiowy - w skrócie: jak ci za dobrze w życiu idzie, to ludzie dookoła zrobią
      wszystko, żeby ci się noga powinęła.
      kolejne kawałki: "if i want it", "i can't let you go", "u don't have to
      call" to utwory idealne na imprezę
      "without you" (interlude) & "can u help me"
      przykład ballady idealnej. temat: oczywiście nieszczęśliwa miłość. liryzm
      totalny ze wspomaganiem genialnie zaaranżowanych klawiszy. naprawdę chwyta za
      serce. doskonała dramaturgia, wyraźny punkt kulminacyjny, do którego dąży i
      wokal i muzyka, każde swoją droga, ale te ich krzyżujące sie drogi bardzo
      fajnie wypadają razem. popis wokalu - wreszcie słychać możliwości wokalne
      ushera, którego głos ma wielkie możliwości.
      "how do i say" - elementy latynosko-południowe w podkładzie, kawałek
      baaaaaaardzo wakacyjny, słoneczny, troszkę leniwy, a jednak ma odpowiednie
      tempo...chyba najlepsza aranżacja z tej płyty. utwór perełka pod każdym
      względem.
      "hottest thing", "good ol' ghetto" - kolejne imprezowiczkiwink
      "u-turn" - to taki protest song hihihihi...seriosmile)) to bunt przeciw
      zatraceniu wartości muzycznych w hip hopie późnych lat dziewięćdziesiątych. o
      tym, czego brakuje - że gdzieś zniknęła atmosfera, po prostu radość robienia
      dobrej muzy, a został tylko pęd za kasą. temat bardzo na czasie. nie tylko w
      stosunku do gatunku r'n'b & hh.
      "ttp", czyli "the total package" bardzo fajny, "bounce'ujący" kawałek o tym,
      czego szukamy w życiu, w drugiej osobie. tradycyjnie, twórcze kombinacje w
      podkładzie, męskie chórki "z charakterkiem", ciekawie mijające się między
      zwrotkami.
      i na zakończenie... "separated" - druga typowa ballada z "8701". text
      zbudowany na zasadzie negatywnych porównań (np. "if love was an oscar you and
      i could never win, 'coz we could never act out our parts"). ciekawy, naprawdę
      ciekawy jak na balladkę. poza tym, oczywiście klawisze i gitarka (tym razem
      akustyczna" w manierze "mandolinowej" jak ja to nazywamsmile)) smutna, ale
      ładna.

      no i na tym kończy się płyta jako całość. muszę się przyznać, że "8701" to
      była taka miłość od "drugiego wejrzenia". początkowo słuchałam tylko
      kawałków, które powaliły mnie po pierwszym przesłuchaniu, resztę olewając.
      dopiero po jakimś czasie odkryłam je na nowo. ta płyta to jedna z
      nielicznych, których mogę słuchać w całości, utwór po utworze, i ma ona dla
      mnie idealny sens. jest perfekcyjna. pod względem rytmu, aranży, wokalu i
      nastrojowości. naprawdę, próbowałam doszukać się jakiś jej minusów czy
      niedociągnięć, ale... nie potrafię tongue_out po prostu jest doskonała. dajrzała
      praca faceta, który wie czego chce i ma warunki, żeby to zrealizować. polecam
      każdemu, kto choć liznął trochę r'n'b - samego hh jest na niej mało, zdarzają
      się wstawki, ale naprawdę, dodają one tylko lekkiej, no nie wiem -
      pikanterii? utworom, których warto przesłuchać. trudno mi sklasyfikować
      nagrania ushera i jego styl - bo nie jest to ani stawianie na wirtuozerię
      wokalną, jak u maxwella czy brian mcknighta, ani na super aranżację w stylu
      bardziej blues niż rythm, jak u lucy pearl...ale...ten koleś ma swój
      indywidualny styl, rozwija się wciąż muzycznie, ma mnóstwo pomysłów i nie
      słabnący potencjał... a poza tym, to mam do niego słabość, bo genialnie
      tańczysmile))
      pozdrówki
      adasiówna
    • loveletter Alicia Keys ?Songs in A minor? - huney 22.01.03, 14:48
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4269087&a=4269087
      =========================================================


      Mięso i inny oręż proszę zostawić za drzwiami (Phill Collins nie lubi ponoć
      jajek i pomidorów), bo ja się będę teraz samorealizować.


      Alicia Klawisz i jej ?Piosenki na jedno kopyto?.
      W sprzedaży detalicznej są dwie wersje albumu- ja posiadam tę drugą,
      zatytułowaną ?Songs in A minor?-special edition. Umieszczono na niej
      ekskluzywny link do jak najbardziej oficjalnej strony Alicii, dwa nowe remixy
      jej przebojów ( ?Fallin`? i ? A Woman`s Worth?), oraz coś jeszcze, czego
      nie byli łaskawi zaznaczyć w menu. Jest to utwór ?Lovin U? utrzymany w
      konwencji jazzowo-swingowej będący niespodzianka dla tych nadgorliwców,
      którym nie chce się wyłączać płyty od razu po ostatnim remix`ie. Trzeba
      odczekać dwie i pół minuty, może krócej, nim nastąpi sprytnie zakamuflowana
      kompozycja.

      Większość piosenek są dziełem Alicii, zarówno w wykonaniu jak i
      aranżacji. A oto tradycyjnie czas na prezentację i ogólnikowy komentarz:
      1. ?Piano & I? ? prolog
      2. ?Girlfriend?- typowy r`n`b
      3. ?How come You don`t call me?- cover Prince`a, zresztą bardzo udany w jej
      wykonaniu
      4. ?Fallin`?- znamy
      5. ?Troubles?- dość smętna kompozycja, ale o tej właściwości płyty będzie w
      innym akapicie
      6. ?Rock wit U?- poczatkiem przypomina utwór instrumentalny, wokal wchodzi
      dosyć późno
      7. ?A Womans Wort`h? ?znamy także
      8. ?Jane Doe?- śpiewane pospołu z Kandi Burruss (nie pytajcie, któż zacz),
      utwór rozpoczyna zdawkowy monolog niechlujnym slangiem subkulturowym
      9. ?Goodbye?- bez rewelacji
      10. ?The life?- bez rewelacji.
      11. ?Mr. Man?-trudno oprzeć się wrażeniu, że Alicia inspirowała się naszym
      góralskim folklorem w aranżacji utworu i nie mam tu na mysli chórków
      złozonych z chramu górali.
      12. ?Never felt this Way?- REWELACJA!
      13. ?Butterflyz?- REWELACJA!
      14. ?Why do I feel so sad?-tytuł świadczy sam o sobie
      15. Caged Bird?-warto zwrócić uwagę na ten utwór
      16. ?Fallin`-remix?-a tu nieodłącznie raperskie gadanie
      17. ?A Womans Worth- remix?- całkiem sympatyczny
      18. ?Lovin U?- dość szybko zapada w podświadomość

      Cała płyta ma charakter bardzo prywatny i kameralny. Czasami zdarza się, że
      artysta poza właściwą działalnością nagrywa w studio coś niezobowiązującego,
      przeznaczonego tylko dla koneserów lub głębiej szukających słuchaczy. Coś, co
      niekoniecznie musi być podwaliną sukcesu komercyjnego. I właśnie taki
      niezobowiązujący klimat nadają płytce konkretne utwory, bo poza nimi
      obiektywny słuchacz nie doszuka się nadzwyczajnych kompozycji, wręcz
      stwierdzi, ze wszystkie są takie same. To owoc utrzymania stylistyki płyty
      właśnie w tonacji A-mol, dzięki czemu Alicia otrzymała efekt długiej
      opowieści muzycznej, w której instrumenty zredukowano do minimum. Artystów
      decydujących się na taki krok można uznać za sadystów, bo taki zabieg
      bezlitośnie obnaża ich braki wokalne. U panny Keys paradoksalnie- wszystko
      gra, nawet nieczystości zaśpiewane są czysto , co dodatkowo zyskuje na
      walorze.
      Głos wokalistki nie jest powalający, powalające są natomiast jej
      umiejętności. Jej specjalnością jest łamanie dźwięków przy pokonywaniu fraz,
      a także zniekształcanie głosu do przenikliwej, przebijającej plątaninę
      chórków barwy . Minusem takiej techniki w przypadku panny Klawisz jest
      utrata ciągłości w śpiewaniu taktów gardłem, co powoduje w sposób naturalny
      śpiewanie ?przez nos?, efektem czego głos staje się mdły, drażniący i zbędnie
      manieryczny. Zastrzegam, że akurat powyższe także zredukowano do minimum,
      jednakże jest to stała cecha w głosie Alicii.

      Perełkami na płycie są dwa przenikające się taktami utwory- ?Never felt
      this way? oraz ?Butterflyz?. Obydwa utrzymane w klimacie na pograniczu
      tragizmu ( nie mylić z patetycznymi ?chwytającymi za serce? wykonaniami
      Uznanych Diw). Pierwotna wersja pierwszego utworu należy do Brian`a
      McKnight`a ( fenomen na czarnym rynku muzycznym wink ) , więc to on nadał
      odpowiedni szlif atmosferze utworu, drugi natomiast napisała Alicia w wieku
      czternastu lat, co absolutnie mi tu śmierdzi, bo posiada cechy pierwszego.

      Opinia stron niezależnych:
      ?To absolutnie dołujące utwory .(Tylko bez nazwisk!!!)?- wesoła na co
      dzień optymistka
      ?Nie da się tego słuchać w dzień pogodny, to tak niewłaściwe jak stypa
      na balandze?- zaprzyjaźniony osobnik z sąsiedztwa
      ?Najlepiej przy kominku, w samotności, z gorącym bimbrem w jednej, a
      paczką chusteczek w drugiej ręce?- trzydziestodwuletnia, ładna, blond włosy,
      dwójka dzieci i mąż zamienią mieszkanie na większe.

      To zupełnie zrozumiałe. Fortepian wykorzystany do aranżacji tych ballad ma
      taka moc przekazu, że praktycznie słowa piosenek są niepotrzebne. Zawiera się
      w nim wszystko- grozę pustki i przemijania, smutek., przygnębienie, gorycz,
      nostalgię oraz ukrytą groźbę w dialogu między wokalistką a instrumentem. W
      drugim utworze niepostrzeżenie rozbrzmiewają zręczne akordy gitary
      akustycznej, które doskonale potęgują nastrój.
      Obydwa utwory są nierozerwalna kwintesencją płyty, a przynajmniej stać
      się powinny.
      Artystka z pewnością rozwinie szerzej skrzydła swoich możliwości, mam jednak
      nadzieję, że oszczędzi nam nadrozwoju głosu w stylu zmutowanej wokalizy
      Whitney Houston czy zdzicinniałego sopraniku Mariah Carey, a w interpretacji
      pozostanie niezależna. Bo owszem, zdarza jej się od czasu do czasu wypaść z
      tonu, jednak tkwi w tym mnóstwo uroku i niepowtarzalności.

      Dziękuję za współpracę przy tworzeniu wszystkim tym, którzy mi nie
      przeszkadzali.
    • loveletter GATO BARBIERI / SONNY ROLLINS - astir 22.01.03, 14:52
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4356466

      =========================================================

      Za oknem niby - to - zima a przede mną leżą dwie płyty - pełne słońca,
      zmysłowości i...tańca.

      GATO BARBIERI "Caliente!" - 1986 A&M Records
      Jeśli do tej pory nie spotkaliście się z jego muzyką to krótka informacja: to
      ten od ścieżki dźwiękowej do "Ostatniego tanga w Paryżu" (przebacz, Gato,
      musiałam). Jest to jedna z najdroższych płyt w mojej kolekcji, jej koszt to
      równowartość czterech innych, zakupionych tego samego dnia w tym samym
      sklepie. Później był powrót do domu, przycisk 'play' i...szok, niedowierzanie
      oraz wściekłość na krytyków, którzy opatrzyli "Caliente!" pięcioma
      gwiazdkami.
      Prawie wszystkie utwory to temat główny a potem...wyciszanie - żadnej
      improwizacji. Sekcja muzyczna beznadziejna, słuchając tej płyty miałam
      wrażenie, jak gdyby muzycy grali jeden podkład do wszystkich utworów, bez
      zmiany tempa i wejść / wyjść poszczególnych instrumentów.
      Ale jest Barbieri - gorący, rozwibrowany, sięgający dźwiekami do każdej
      komórki ciała i jego bardzo emocjonalny saxofon tenorowy, który sprawia, że
      czujemy sie jak podczas karnawału w Rio.
      Jeśli ktoś chciałby zaszufladkować te dźwieki, to jest to tzw. 'latin
      jazz', muzyka bliska S. Getz'owi czy C. Santanie. A tak przy okazji Santany,
      to na płycie znajduje sie jego 'Europa', ale jak zagrana!
      Barbieri gra tak, że nawet w środku zimy potrafi się zrobić gorąco. Reszta -
      nie warta komentarza a producent powinien się zająć disco - polo.

      SONNY ROLLINS "Sunny days starry nights"- 1984, Milestone Records
      To też 'latin jazz', dobór repertuaru nastrojem i tempem zbliżony
      do "Caliente!", ale zespół gra o niebo lepiej, muzycy czują ten rytm.
      Osobiste pretensje mam jednak do Rollinsa, może zbyt duże oczekiwania pod
      adresem tego saxofonisty? Bo gra, że tak powiem, poprawnie, idzie za frazą,
      improwizuje, lecz...brak mi tutaj tego rollinsonowskiego przymróżenia oka,
      zabawy muzyką i śmiechu z dżwięku i poprzez dźwięk, czyli tego wszystkiego,
      co mają w sobie inne jego płyty - przede wszystkim te koncertowe.
      Ta muzyka kołysze, pobudza, nastraja, ale...przynajmniej ja chciałabym
      więcej. Jeśli chodzi o szczegóły, to najbardziej podoba mi
      się 'Wynton', 'Mava Mava' i 'I'll see you again' a najmniej 'Tell me you love
      me'.
      A jednak, gdybym miała wybierać spośród tych dwu płyt, to - po dłuuugim
      namyśle - jednak Rollins.
      I taka refleksja ogólna: co mogłoby powstać, gdyby Barbieri zagrał z
      takimi muzykami, jak Rollins? ech...

      Dlaczego te dwie płyty? Niezależnie od tego, jakiej muzyki słuchacie na
      codzień, TO granie zrozumie każdy. W trakcie wielu spotkań ze znajomymi,
      niezależnie od preferowanego przez nich osobiście gatunku muzycznego, gdy
      włączę jedną a potem drugą z tych płyt, atmosfera momentalnie się rozgrzewa
      (nawet bez alkoholu!), nogi i ręce zaczynaja wybijać rytm a potem...to już
      nawet Coltrane nadaje sie do tańca (sprawdziłam, wiem co piszęwink).
      I ten ochrypły, melodyjny, zawodzący dźwięk saxu, który zostaje na długo i
      wpływa...szczególnie na kobiety. W końcu mamy karnawał!
      • Gość: George Re: GATO BARBIERI / SONNY ROLLINS - astir IP: *.vibamt.dk 08.03.03, 21:35
        Jesli Gato Barberi to tylko jego muzyka z lat `60 i´70-tych nie pamietam
        tytulow plyt,ale pamietam doskonale ze ten timbre saksofonu pchnal mnie w
        objecia jazzu, z ktorych niespecjalnie probuje sie oswobodzic.
        Hej,George
    • loveletter ?Live at the Greek? - gregkor 22.01.03, 14:56
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4356822

      =========================================================


      Pięciu panów, z których każdy jest bezsprzecznie osobowością muzyczną,
      postanowiło nagrać koncert, lub po prostu odbyć krótką trasę. Przedsięwzięcie
      to jednak szybko przybrało rozmiary, jakich się nie spodziewano. Niejaki
      Stanley Clarke inicjator całości (wybitny basista i kontrabasista jazzowy)
      oraz
      współtworzący band gwiazdy Billy Cobham (wirtuoz perkusji), Larry Carlton
      (gitary), Najee (saxofony) i Deron Johnson (klawisze) ściągnęli na swoje
      koncerty olbrzymią widownię. Szkoda tylko, że nie zagrali w Polsce. W związku
      z
      popularnością jaką osiągnęli muzycy dzięki temu projektowi, postanowili wydać
      płytę pt
      ?Live at the Greek?. Płyta może również przypaść do gustu miłośnikom rocka,
      mimo, że nagrana jest przez muzyków jazzowych, jednak partie gitarowe Larry
      Carltona to czysty jazz-rock bardzo miły dla ucha. Na płycie niektóre
      kompozycje nie są autorstwa żadnego z członków kwintetu, ale wcześniej
      zostały
      wydane na płycie któregoś z nich, np. ?Goodbye Pork Pie Hat? Charlesa Mingusa
      znalazł się na płycie Stanleya Clarka ?If Bass Could Only Talk?. Na płycie
      znalazł się wspaniały i bardzo dynamiczny utwór Cobhama ?Stratus? (pochodzi z
      jego płyty o tym samym tytule), kawałek szczególnie godny polecenia,
      zabarwiony
      lekko funkującym brzmieniem ze świetną partią gitarową i saxofonową po prostu
      miodzik. Dobrze znane utwory budzą żywą reakcję publiczności (którą słychać
      na
      opłycie), program płyty jest rozpisany bardzo starannie zadowoli miłośników
      fuzji jazzu i rocka bo chyba do takich odbiorców jest skierowany przede
      wszystkim. Na koniec należy dodać, że na płycie oddano hołd geniuszowi Milesa
      Davisa wykonując jego ?All Blues?. Tak więc w muzyce często ukazującej wręcz
      ekwilibrystyczne umiejętności niektórych artystów, znalazło się również
      miejsce
      na wspomnienia tych, którzy wytaczali drogi jej rozwoju.

      Utwory:
      1. Minute by Minute
      2. Stratus
      3. Buenos Aires
      4. All Blues
      5. Goodbye Pork Pie Hat
      6. Her Favourite song
    • loveletter Porcupine Tree - Ydorius 26.01.03, 11:16
      Wedle życznie ajdorwink) (ale jeśli przeszło Ci choć raz przez głowę, że dzięki temu wymigasz się od czegoś dłuższego to się bardzo mylisz wink)). Może właśnie o Porcupine Tree byś napisał, hę????)

      Dyskusja na ten temat w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=3320687
      ========================================================

      Wpadły mi w ręce dwie rzeczy (w sumie trzy płyty), przy czym część le-, a
      część niele-galnie.

      Legalna to dwupłytowa edycja Stars Die.
      Słucham prawie bez przerw od paru dni i jestem pod wrażeniem. Ponieważ kończy
      się na czasach Signify, to nie słychać tego tak dobrze, ale i tak wychodzi na
      to, że PT od początku jest znakomitym zespołem...
      Jest to składanka "the best of" o tyle nietypowa, że na 21 (haha!!!) piosenek
      (piosenek, oczywiście w "") dziesięć to wersje niepublikowane, publikowane na
      singlach lub zmiksowane na potrzeby kompilacji (posłuchajcie synesthesii w
      nowej wersji to Was wgniecie w ziemię smile))

      Dzięki płytom odkryłem na nowo On the sunday of life (którego nadal nie mogę
      słuchać w całości) i parę innych płyt, które dawno nie gościły w odtwarzaczu.
      Aha - w Empiku (warsiawskim) płyta ta kosztowała jedyne 100 zł (dlatego od
      tygodnia odżywiam się tym, co mi dobrzy ludzie podarują), co - jak na ceny PT
      w naszym pięknym kraju i tak jest gratką.
      Tyle o legalnym przedsęwzięciu.

      Nielegalnie natomiast ściągnąłem amerykańską edycję "In Absentia" i...
      jestem pod wrażeniem.
      Płyta jest bardziej zróżnicowana od Lightbulb sun pod względem klimatycznym
      (i dobrze, LS bardzo lubię, ale coś w niej było nie tak...) i rozpoczyna ją
      wręcz metalowy (!) w brzmieniu Blackest eyes. A dalej - po prostu, co tu dużo
      mówić Steve z kolegami w najlepszej formie. Przepięknie płynące "heartattack
      in a lay by" czy "sound of muzak" przypominają (ach, gdzie te czasy) klimatem
      jeżeli nie the sky moves sideways to przynajmniej signify...
      Nie ma tu - niestety - powtórzenia eksperymentu z LS, czyli odpowiednika
      Russia on ice, ale jakoś to nie przeszkadza...

      Słuchając naprzemian "Stars Die" i "In Absentia" dochodzę do wniosku, że
      między PT z 1991 a PT z 2002 rokiem nie ma przepaści. Jest dialog. I muzyka,
      która buduje przestrzeń dookoła.

      I o to chodzi.

      modrzew,
      .y.
    • loveletter Coal chamber - COAL CHAMBER 30.01.03, 10:08
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      http://www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4445811

      =========================================================

      ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
      ************************ COAL CHAMBER - The true story ***********************
      ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

      I. WSTĘP

      Po raz pierwszy usłyszałem nazwę Coal Chamber wiosną zeszłego roku, u Wita w
      programie metalowym na Vivie, gdzie bez większych zapowiedzi czy komentarzy,
      zapodał video tego zespołu. Rozpoczęło się całkiem niewinnie, od Ozzy`ego
      podróżującego furgonetką z lodami, i jego ataku na młodą niewiastę bawiącą
      się na ganku wielkiej XIX-wiecznej posesji. Scenkę zamykał potężny akord
      gitarowy i zduszony oddech zwieńczony równie zduszonym okrzykiem "PUMP". Tak
      zaczyna się klasyk nu-metalu - "Loco".
      Centralną postacią teledysku/zespołu jest Bradley Fafara, prezentujący tu
      bezsprzecznie najbardziej OPĘTANY wizerunek jaki widziałem. Kilkanaście
      kolczyków, dwie wytatuowane "łzy" pod dolną wargą, centymetrowa "kreska" pod
      oczami, długa broda (ala` Shavo) i łysa głowa z dwoma kilkunastocentymetro-
      wymi warkoczykami...
      Shizofreniczne video do shizofrenicznej muzyki, z maniakalnym krzykiem
      Fafary, do shizofrenicznego tekstu... MUSIAŁEM to MIEĆ!
      Niestety, po fali euforii, wkrótce miała nadejść złość i frustracja. Jako że
      nigdzie nie mogłem znaleźć debiutanckiego albumu, musiałem zadowolić się
      drugą płytą zespołu - "Chamber music". Pełen dobrej myśli i wiary wrzuciłem
      ją na magnetofon (na szczęście kupiłem "tylko" kasetę) i.... KLAPA. Absolutne
      fiasko. Zamiast strasznego wykopu i szaleństwa usłyszałem Depeche Mode
      grające w stylu późnej Metallicy. Zamiast shizofrenii - pseudo-gotycki
      klimat. Mojej rozpaczy nie ugasił nawet genialny cover utworu Gabriela -
      "Shock the monkey" wykonany wspólnie z Osbournem. Szmutek...
      Nie wiedząc czemu, kilka miesięcy później, bedąc na zasłużonym urlopie w
      Zakopanym (-em?) zakupiłem trzeci, jeszcze świeżutki album "Dark Days". I do
      dziś nie wiem co mnie do tego skłoniło? Fakt jest faktem. Płyta w pełni
      zatarła wcześniejsze wrażenie. W końcu, dość okrężną drogą dotarłem do
      pierwszego, najbardziej porządanego albumu - "Coal Chamber". Ale o tym za
      chwilę...

      II. ZESPÓŁ

      Pewnego dnia Bradley "Dez" Fafara, hair-stylist (fryzjer) z Los Angeles,
      zapragnął zostać muzykiem. W związku z tym zamieścił w gazecie stosowne
      ogłoszenie i poznał w ten sposób niejakiego Miguela "Meegs`a" Rascona
      grającego na gitarze. Następnie Bradley spytał Raynę Foss, przyjaciółkę swej
      żony, czy nie chciałaby grać w jego grupie. Rayna początkowo odzrzuciła
      propozycję, tłumacząc się iż nie potrafi grać na żadnym instrumencie, ale po
      wielu namowach "Deza", objęła ostatecznie funkcję basistki. Pozostała jeszcze
      kwestia perkusisty. W krótkim castingu, zwyciężył Mike "Bug" Cox, który
      wygrał z własnym bratem, również aspirującym do tej roli. Kwestią sporną była
      jeszcze nazwa zespołu, Bradley forsował nazwę COAL, Meegs`owi bardziej
      odpowiadało CHAMBER. Ostatecznie w drodze kompromisu, obydwie nazwy połączono.
      W roku 1995 grupa zaczęła grać i koncertować w klubach LA. Szybko zdobyła
      uznanie i respekt fanów, dzięki charyźmie, ciężkiemu brzmieniu i gotyckiemu
      wizerunkowi. Kapela łączyła potężne gitarowe riffy, z prostym, monotonnym
      rytmem perkusji, co nadawało muzyce olbrzymiej siły. Wzbudziło to
      zainteresowanie Rossa Robinsona, młodego producenta muzycznego, który zaniósł
      kasetę demo Monte Connerowi, wielkiemu menago Roadrunner Records. Monte
      zaproponował kapeli kontrakt, sesję nagraniową, trasy... Lecz wtedy pani
      Fafara powiedziała DOŚĆ! Bradley dostał ultimatum: albo oni albo JA. Ponieważ
      bardzo kochał swą żonę, odszedł z Coal Chamber i zespół znalazł się
      praktycznie w punkcie wyjścia. Bezskutecznie próbowano szukać nowych
      wokalistów. Ostatecznie Meegs poprosił Deza o powrót i ten po długich
      namysłach zdecydował się na to. To było za dużo dla pani Fafara. Pewnego dnia
      odjechała na oczach Bradleya z domu ich samochodem, z całym dobytkiem i psem.
      Nie spodziewała się jakie pociągnie to za sobą konsekwencje...

      III. LOCO

      Po wielu peturbacjach w roku 1997 ukazał sie długo oczekiwany debiut Coal
      Chamber. Na wstępie powiem iż jest wyjątkowo nierówna. Pierwsze 7 utworów
      jest genialnych, pozostałych 7 (praktycznie rzecz biorąc to 5), to wyłącznie
      solidne nu-metalowe utwory. Dlatego skoncentruję się na pierwszej 7-ce.

      1. Loco - "PUMP! Steamroller pumping through my head...". Najczystsze
      szaleństwo. Absolutna shizofrenia. Potężne gitarowe riffy i maniakalny krzyk
      Fafary. Jeden z najlepszych utworów jakie w życiu słyszałem. Niezwykle prosty
      (jak z resztą cała płyta) ale posiadający niespotykaną dawkę energii. Wielki
      HIT.
      2. Bradley - utwór bardzo osobisty w treści, jako jedyny na płycie posiada
      śladową melodię. "This letters for christmas are driving me crazy, this
      letters are making me so angry!!!". Słuchając tego utworu zastanawiam się
      jakim cudem człowiek to śpiewający jeszcze żyje?
      3. Oddity - "This is the way it got to be!" Nic dodać nic ująć. Może tylko to
      że: każdy ma to na co zasłużył. Gitara schodzi na drugi plan i współtworzy
      rytm. 0 melodii. Nie nadaje się do grania przy ognisku.
      4. Unspoiled - pewnego dnia, Bradley wracał ze studia do domu, gdy nagle
      zauważył że jego żona odjeżdza ze wszystkim co ma. Zatrzymała się, popatrzyła
      i spytała:
      - Do you feel alright?
      - Do I seem alright to you? - spytał Dez, po czym pobiegł z powrotem do
      studia się wypłakać. Przy okazji nagrał swoje pytanie i zamieścił je w tym
      utwórze.
      UWAGA: Jeżeli ciekawi cię jak brzmi PRAWDZIWA rozpacz, histeria, ból i
      cierpienie, posłuchaj tej piosenki. Jeżeli jesteś wrażliwy NIE SŁUCHAJ JEJ.
      To brzmi naprawdę strasznie. To nie jest udawane. To NIE MOŻE BYĆ UDAWANE. To
      kwintesencja całej płyty.
      5. Big Truck - drugi najlepszy (po Loco) utwór na płycie. `Nuff said.
      6. Sway - "The roof, the roof, the roof is on the fire!". Bloodhound gang
      spierdolili. Ten tekst w wykonaniu Deza rozrywa uszy. 100000% agresji. KOSMOS.
      7. First - fantastyczny, klimatyczny kawałek. Bardzo wyciszony, by w końcówce
      rozgnieść słuchacza w pył. "If someone should ask you then say, he sleeps all
      day, he thinks that he`s gone son, and always will be... B E T R A Y E D !
      8. Marcian Puto & 12. Amir of the desert - krótkie przerywniki. W Amirze
      Bradley bawi się w beduina. Czy kogoś podobnego, nie znam się.
      Reszta - fajna ale bez błysku.
      PODSUMOWUJĄC:
      Fantastyczna, mroczna, klimatyczna i baaardzo ciężka płyta. Strasznie
      depresyjna. Bradley włożył tu całą swą duszę. WIELKI ALBUM. KLASYK.

      IV. CHAMBER MUSIC

      Będę starał się być bardzo obiektywny. Jak już mówiłem nie podoba mi się ta
      płyta, ale...
      Jest zupełnie inna od debiutu. Wciąż prosto grana, nie ma jednak tej mocy
      co "self titled". Słychać wyraźnie że zespół poczynił olbrzymie postępy,
      album ma iście gotycki klimat, współtworzony przez klawisze i inne efekty
      specjalne.
      Najlepszy jest bez wątpienia "Shock the monkey" Petera Gabriela. Słyszałem
      oryginał i bardzo mi się nie spodobał. Cover jest świetny. Wspaniały Ozzy.
      Świetny kawałek.
      Drugi dobry utwór to "Not living", w którym czuć nieco histerii znanej z
      debiutu.
      Wyróżniającymi się są jeszcze "Tyler`s song", "No home" i "El Cu Cuy".
      Ciekawy jest "Burgundy" - "What have you done for me lately?" (cytat z
      Eddiego Murphy`ego (?))
      Reszta, bardzo, bardzo przeciętna. Powód? Moim zdaniem brak ognia. Zbyt duży
      nacisk położono chyba na budowanie gotyckiego nastroju, a mniejszy na
      przesłanie. Ta płyta ma bardzo dobre opakowanie (muzyczne), ale wewnątrz jest
      pusta. Mimo wszystko, uważam że warto jej posłuchać. Powinno przede wszystkim
      zaciekawić fanów Paradise Lost (tego późnego) i Cathedral.

      V. DARK DAYS

      Fantastyczne połączenie "self titled" i "Chamber music". Idealna synteza. I
      równocześnie naturalny krok do
      • loveletter Re: Coal chamber cd 30.01.03, 10:11
        ( ... )przodu w rozwoju kapeli. Fantastyczne są:
        otwierający płytę "Fiend", "One step" i utwór tytułowy. Niezwykły jest "Empty
        Jar", fantastyczny klimat, ciężkie gitary. Bardzo dobra płyta. Ostatnia?

        VI. Koniec COAL CHAMBER?

        Niestety sukcesy zespołu przeplatały się z ciągłymi problemami. Nie brakowało
        konfliktów w zespole, w szczególności na lini Fafara - Rascon. Przepychanki i
        opluwanie sie na koncertach, kłotnie, obrazy... W między czasie, Rayna Foss
        została panią Ross i postanowiła zrobić sobie dzidziusia smile Zdążyła jeszcze
        nagrać "Dark Days", ale na trasę zespół musiał zorganizować nową basistkę.
        Została nią Nadja Poulsen fantastyczna rudowłosa (jaki cyc, jakie nogi!!!)
        kobieta, której moim zdaniem Rayna nie dorasta do... cyca. Ta dziewczyna
        wymiata na koncertach niczym sam Tom Araya. Niezwykły widok.
        Mimo zmiany, konflikty wciąż narastały. We wrześniu po zakończeniu koncertów na
        Ozzfeście, zwolniono Mike`a Coxa. Obecnie Bradley udziela się w pewnym solowym
        projekcie, a Meegs pisze nowe piosenki w domowym zaciszu. Podobno już się
        pogodzili... Nie wiadomo tylko czy jeszcze razem zagrają.

        Żyjący w szmutku i niepewności .... Coal Chamber.
        • huney Przerywnik 30.01.03, 18:41
          Czytam i czytam... Trochę to przygnebiającem jak człowiek sam ze sobą udziela
          sie w jednym wątku, ale rozumiem, ze kolega chciał to bystrzej zorganizować.
          Niestety, nic tu po naszych recenzjach, nie te czasy...
    • loveletter Nick Cave "Nocturama" - Ydorius 07.02.03, 21:26
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4269478&a=4269478

      ===============================================================================


      Chciałem poinformować wszystkich zainteresowanych, że Nick Cave na swojej
      nowej płycie (która jeszcze oczywiście nie wyszła, a której słucham od
      przedwczoraj) zarówno kontynuuje linię No more shall we part, jak i wraca do
      korzeni.
      Nie byłbym sobą, gdybym poprzestał na tym enigmatycznym stwierdzeniu.
      Pierwsze czery piosenki utwierdzają nas w przekonaniu, że mamy do czynienia z
      godną następczynią NMSWP. Ale nagle, w piątej piosence, Straszny Nick
      znajduje trupa w swoim łóżku (niewyjaśnione szczątki) i zaczyna się drzeć
      darciem, jakiego nie słyszeliśmy od, co najmniej, Let Love In. Zresztą -
      spójrzmy prawdzie w oczy. Jeśli znajduje się martwe ciała w swoich óżkach, to
      czy można się nie drzeć?
      Następnie znów dwie spokojne piosenki, Nick w swym lirycznym, pięknym
      wcieleniu, za które wszyscy go kochamy (noo... ja przynajmniej smile) A później
      bardzo radosna piosenka o skale Gibraltaru, która troszkę jakby z innej bajki
      wyjęta - ale nie mówię, ze zła... Tylko coś takiego w niej jest... No nie
      wiem, być może przyzwyczaiłem się do Strasznego Nicka śpiewającego o
      rozterkach życia ludzkiego i etceterach, i stąd pitupitu o skałach nie bardzo
      mi pasuje. Ale wcale nie wykluczone, że po prostu nie zrozumiałem, o czym
      śpiewa (jest to jakaś hipoteza). Dziewiąta piosenka znów liryczna i znów Nick
      kołysze.
      I ostatnia, dziesiąta. Trwa przez minut dwanaście z hakiem i jest to
      dwanaście minut hałasowania, darcia, szczękania, rozbijania i tym podobnych
      harców. No, od czasu, jak znalazł martwe cało to najostrzejszy kawałek na
      płycie. Zwie się "baby I'm on fire" i - zważywszy na długość kawałka - Nick
      chyba do łatwopalnych nie należy. Ale za to jak pięknie się pali!
      Reasumując. Jeśli NMSWP w zastraszającej większości nadawało się do tego, by
      przy niej popłakać, pospać lub poczynić inne rzeczy wymagające umiarkowanego
      spokoju, o tyle Nocturama przynajmniej w dwu miejscach to uniemożliwi.
      Ale - cholera - jaka to jest zajebiście fajna płyta!!!
      smile))
      modrzew,
      .y.
    • loveletter Zwan 'Mary star of the sea' - janek0 13.02.03, 17:33
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4621848&a=4621848
      ===============================================================

      otóż przesłuchałem kilkunastokrotnie płytę nowego
      zespołu billy'ego corgana pod wdzięczną nazwą "zwan".
      płyta nazywa się "mary star of the sea" i jest
      najlepszą imo płytą kolegi corgana od czasu pamiętnego
      "mellon collie & and the infinite sadness" (bo trzeba
      sobie uczciwie powiedzieć, że tak smashing pumkins, jak
      i zwan są orkiestrą jednego faceta).kol. corgan, co
      jest głównym powodem, dla którego jego dokonania mi się
      podobają, posiada rzadką umiejętność eleganckiego
      łączenia ze sobą energii i rockowej ekspresji z liryką
      i melancholią. pamiętamy świetne, singlowe "1979" czy
      "tonight", gdzie billy wył doprawdy pięknie, ale także
      takie dziwa jak x.y.u., które trudno nazwać
      smuceniem. smashing pumpkins potrafili też grać
      psychodelicznie, czego dowodem jest np.bullet with
      butterfly wings.
      innym zespołem, który potrafi robić to samo tak dobrze,
      jest chyba jeszcze tylko radiohead, którzy mają jednak
      dla mnie tą wadę, że są znacznie bardziej
      depresyjni.zwan - jako następce smashing pumpkins -
      łączy z radiohead jeszcze to, że po poronionych
      eksperymentach z elektroniką wrócili, jak bóg
      przykazał,do porządnego gitarowego grania. "mary star
      of the sea" stanowi jednak krok do przodu w stosunku do
      dokonań smashing pumpkins,w żadnym wypadku nie będąc
      prostym odcinaniem kuponów. zwan eksploatuje technikę
      łącznia różnych "rodzajów energii" do granic
      możliwości. nie jest już tak, jak było na płytach
      smashing pumpkins, że mamy kawałki wolne i szybkie,
      energetyczne lub klimatyczne. tutaj przejście od
      jednego nastroju do drugiego następuje w mgnieniu oka,
      (czternastominutowe (!) "jesus i") a bywa i tak, że
      wszystkie smaki przeplatają się w jedym kawałku, łącząc
      się jak w jakiejś azjatyckiej kwaśno-ostro-słodkiej
      potrawie. nawet tam, gdzie ewidentnie klimat ma być
      trochę bardziej pogodny (come with me), czy bardziej
      energiczny (el sol, baby let's rock, ride a black swan,
      endless summer) specyficzny sposób śpiewania corgana
      powoduje, że do muzyki wkrada się nutka melancholii.
      tam, gdzie ma być melancholijnie (of a broken heart,
      heartsong), jest melancholijnie, ale nie dołująco, i
      nadal dość pogodnie (of a broken heart niepokojaco
      przypomina mi to najnowsze myslovitz - chyba "umrzeć z
      miłości", nawet tekst jest jakiś podobny). przy tym
      wszystkim, płyta jest niezwykle spójna i równa, lokując
      się nastrojem chyba najwyżej ze wszystkich
      dotyczasowych płyt corgana/sp. w zasadzie jedynym
      kawałkiem, który mi się nie dokońca podoba,ze względu
      na nieco dziwną linię melodyczną, jest "declaration of
      faith". singlowe "honestly" nie do końca odbija chyba
      to co się dzieje na płycie, jest w sumie najmniej
      "pomieszane". generalnie, dla lubiących takie rzeczy i
      chwilkę zadumania ;-] - koniecznie. dla miłośników
      ostrego grania - raczej nie, odjazdów w rodzaju
      silverfuck tu nie znajdziecie. moim, całkiem
      prywatnym, zdaniem - corgan jeszcze raz okazuje się być
      zdolnym kucharzem, który wypichcił nam całkiem strawne
      danie.
    • loveletter The music - janek0 13.02.03, 17:41
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=3146271&a=3146271
      ================================================================

      na płycie jest 10 kawałków, w tym znane z 3 "take the
      long road and walk it", w sumie 60 minut muzyki.
      stylistycznie płyta jest bardzo spójna, by nie
      powiedzieć monotonna,a styl zespołu można określić
      najogólniej jako bardzo brytyjski wink. kto słuchał
      choćby kula shaker i tp zespolików nie będzie
      specjalnie zaskoczony : jest tu ściana gitar +
      manieryczny głos wokalisty schowany za tą ścianą,
      niezle linie basu, aczkolwiek nie przekombinowane.
      oczywiscie od brit-popu to sie rozni i to mocno, przede
      wszystkim tym, ze plyta ma mocno rockowy feeling i
      mnoostwo energii, czego sie nie da powiedziec o
      wiekszosci produkcji britpopowych. muzycy to
      19-latkowie i to rzeczywiscie slychac : na pewno zaden
      z dinozaurow rocka (a nawet z pokolenia 30-latkow) by
      takiej plyty po prostu nie nagral. tu nie ma zadnego
      kombinowania i mizdrzenia sie do lusterka, czy aby to
      co gramy napewno wychodzi autentycznie i
      energetycznie.(swietny refren w 'the truth is no
      words', zajebiste 'getaway' ) the music po prostu
      wszystko wychodzi autentycznie i energetycznie. druga
      rzecz, ktora mi sie bardzo podoba, to to, ze muzyka
      wpada czasami w klimaty indyjsko-psychodeliczne,
      ('human', 'take the long...', 'disco', 'too high' ) i
      mam problem zeby do czegos to porownac : chyba
      najbardziej do rzeczonego kula shaker, ale to
      porownanie malo wyjasnia. najczesciej wykorzystywany
      patent to polacznie pozornie leniwej zwrotki, z
      "rozlewającą" sie gitara i spokojnym spiewem wokalisty
      z bardzo energetycznym refrenem. ale nawet wtedy, kiedy
      zespol gra wolniej, to nie gra ballady, i nie gra
      zadnych melodyjek wpadajacych latwo w ucho : w tej
      muzyce jest zawsze podskorne napiecie i brud,
      pozostawiajace pewien niepokoj. (swietne 'the dance').
      widac, ze to wszysko jest dobrze wymyslone,(swietnie
      wykombinowane zmiany tempa w kilku kawalkach !) to nie
      jest tylko brutalne granie z punkowa energia, ale
      dopracowane, skonczone dzielo. slowem mamy polaczenie
      tego, co najlepsze. Teraz słowo o wadach : zespol to
      czterech muzyków, klasyczny skład, i choć widać, że
      starają się swoją grę urozmaicać, to nie do końca im to
      wychodzi : wokalista stosuje ciągle ten sam
      patent,kolejne melodie sa do siebie dosc podobne. po
      przesluchaniu 3 pierwszych kawalkow z gory wiadomo, co
      bedzie dalej (np. intra w "human" i "turn out the light
      sa bardzo podobne, sekcja gra wlasciwie caly czas to
      samo). przydaloby sie tu troche wiecej urozmaicenia.
      Poza tym, wlasciwie koledzy ameryki nie odkryli : jest
      to dobre wykonanie istniejacych patentow, ktore byc
      moze nie byly wykorzystywane razem (albo rzadko), ale
      byly. Jesli na drugiej plycie chlopaki wymysla cos
      bardziej oryginalnego a przee wszyskim urozmaiconego,
      to bedzie 5 gwiazdek na 5. A tak - imo ****+, ale i tak
      spokojnie warte tych 60 zlotych.
    • loveletter Ścianka "Białe Wakacje" - janek0 13.02.03, 17:43
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=3268876&a=3268876
      ================================================================

      imho rewelacyjny album, prawdopodobnie jeden z
      najlepszych polskich albumów rockowych od ...dawna.
      ściankowcy porzucili eksperymenty, z jakich byli znani
      i jakie wypełniały poprzednią płytę i przerzucili się
      na znacznie prostszą muzykę. "białe wakacje" są
      utrzymane w klimacie "she waits for a bus" z
      poprzedniej płyty, a więc są to piosenki, jednakowoż
      zachowujące szczególny senno-psychodeliczny klimat,
      znany z poprzednich płyt ścianki."prostszą" nie znaczy
      prostą : mało jest zespołów okołorockowych, które są w
      stanie napisać _sensowny_ kawałek trwający 10 minut
      (vide ostatnia płyta noir desir), a chłopaki ze ścianki
      najwyraźniej tą sztukę posiedli. także tych dłuższych
      kawałków słucha się znakomicie. kapitalne (i wielce
      charkterystyczne) są klawisze lachowicza, to samo, (jak
      zawsze) można powiedzieć o wszystkim, czego się tknął
      cieślak (gitara, głos, rhodes, produkcja). piszę
      "senny", ale nie chodzi mi o "usypiający" : kto
      słuchał poprzednich płyt ten wie o co chodzi : mimo
      całkiem innego podejścia do zagadnienia wszystkie płyty
      ścianki są zadziwiająco spójne. "senny" nie oznacza też
      braku energii : tam gdzie trzeba, tam jest trochę
      ostrzej i szybciej, vide całkiem rockowe got my shoes &
      my tatoo, ale oczywiście nie o energię tutaj chodzi :
      klimat można by porównać do niektórych dokonań LPD
      (Sterre ?): jest niby chłodny, ale ma coś, co usuwa
      wrażenie sterylności i nieprzytulności. świetne (by nie
      powiedzieć zajebiste) są także teksty : podobnie dobre
      pisze chyba tylko nosowska, chociaż w zupełnie innym
      klimacie. na przykład znakomite "miasta i nieba" :
      tekst ma podobne przesłanie jak znane ostatnio
      powszechnie "7 niebo nienawiści", ale jest po prostu
      wyrafinowany, w odróżnieniu od ciosanych krzemienną
      siekierą rymów kolegów z Lady Pank.
      nie dam ci nic i ty nie dasz mi nic
      mieszkamy na zupełnie innych drzewach
      do twoich drzwi nie pasuje mój klucz
      a z naszych okien widać inne miasta i nieba
      bezgłowy byk i bezoki ptak
      taniec w powietrzu gdzieś po środku lata
      pałacyk z piasku na literę m
      windą na piętro m - a może ktoś się załapał
      zabawa w bierki, zabawa w śmiech
      kto tutaj jest najbardziej zajebisty
      wypiłeś swoje, ja swoje wiem
      nad ranem niebieska ławka zabierze nas wszystkich
      do nieba.
      bardzo mi się też podoba "harfa traw" - i to nie tylko
      ze względu na odniesienie do trumana c., jest to
      kawałek jednocześnie delikatny i liryczny, co, jak mnie
      pamięć nie myli nie miało miejsca w polskiej muzyce od
      czasów niepamiętnych : jak się trafiała niezła muzyka
      to teksty naruszały odczucia estetyczne słuchaczy jak
      irackie migi strefę zakazu lotów i odwrotnie.
      generalnie - ****** na pięć.jeśli ktoś oczekuje muzyki
      nieco inteligentniejszej niż tzw. mainstream rockowy,
      (w stylu RHCP) to szczerze polecam. co do ceny i
      zabezpieczenia płyty - nikogo do tego nie zachęcam i
      sam tego nie zrobię - ale coś mi się zdaje, że jest ono
      b. łatwe do obejścia (biedne, głupie bmg).
    • loveletter Brygada Kryzys - tripis 08.03.03, 16:32
      Dyskusja na temat tego tekstu w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4848710&a=4848785
      ==================================================

      Brygada Kryzys, polski zespół założony w 1981 roku przez klasyków rockowego
      podziemia - T. Lipińskiego (z Tiltu) i R. Brylewskiego (z Kryzysu). Pierwszy
      skład uzupełnili: I. Wereński i S. Słociński. Za największy przebój grupy
      uważany jest utwór Telewizja. Brygada Kryzys rozpadła sie w 1984.
      Dyskografia: Brygada Kryzys (1982), Brygada Kryzys (1982), Cosmopolis (1992).
      W długie:
      Brygada Kryzys powstała w lipcu 1981 r. w Warszawie. Zespół założyli liderzy
      dwóch rozwiązanych kilka tygodni wcześniej - wiodących dotąd - grup podziemnego
      rocka: Tomasz Lipiński (ur. 21. 08. 1955 r.; wokal, gitara) z Tiltu i Robert
      Brylewski (ur. 25. 05. 1961 r.; gitara, wokal) z Kryzysu, grający też z
      Deadlockiem. Suma silnych osobowości obu muzyków uczyniła z Brygady Kryzys
      zjawisko niemalże wyjątkowe. Pierwszy skład grupy - prócz tego silnego duetu -
      uzupełniali: Ireneusz Wereński (ur. 18. 07. 1960 r.; gitara basowa), Sławomir
      Słociński (perkusja), Jarosław Ptasiński (saksofon), Tomasz Świtalski
      (saksofon) i Jacek Gruszka (inst. perkusyjne). Ostatni z wymienionych wycofał
      się jednak już po kilku próbach. Pierwszy koncert formacji miał odbyć się na
      zjeździe Solidarności w Hali Oliwii w Gdańsku, jednak organizatorzy w ostatniej
      chwili zrezygnowali z występu muzyków. W efekcie debiut brygady Kryzys nastąpił
      we wrześniu 1981 r. w warszawskim klubie "Remont", kiedy to wystąpiła po -
      wówczas jeszcze nie znanej - Republice. Koncert bez wiedzy muzyków został
      nagrany i jeszcze w tym samym roku wydany w Anglii na płycie "Brygada Kryzys".
      Mimo, że (pochodzący prosto z konsolety) dźwięk był koszmarnej jakości, album
      ten na prawach białego kruka stał się pozycją bardzo poszukiwaną na polskim
      rynku. Dużym atutem wydawnictwa była obecność "Telewizji" (najbardziej znanego
      utworu Kryzysu), nie mniejszym "przeboju" samej brygady "To co czujesz - to co
      wiesz"; swoją wymowę miała także okładka, pokazująca przewracający się Pałac
      Kultury i Nauki. Obrazek ten na długo stał się symbolem niezależnego polskiego
      rocka. W listopadzie 1981 r, zespół ruszył w trasę koncertową po Polsce u boku
      angielskiej formacji TV 21. W grudniu tego samego roku wystąpił w Jugosławii.
      Muzycy dostali tam od firmy Jugoton propozycję nagrania płyty, jednak
      realizację owego projektu uniemożliwiło wprowadzenie w Polsce stanu wojennego.
      Z tego samego powodu odwołane zostało także tournee w Holandii. Zresztą w
      tamtym czasie zespół w ogóle nie koncertował. 13 lutego 1982 r. Brygada Kryzys,
      a raczej Brygada K. - bo taki napis widniał na afiszach - miała wystąpić w
      warszawskiej Hali Gwardii na imprezie rockowej w zamyśle władz odciągającej
      młodych ludzi od demonstracji przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego, ale że
      muzycy odmówili udziału zarówno w tej imprezie, jak i podobnych organizowanych
      trzynastego dnia kolejnych miesięcy - formacja dostała zakaz publicznych
      występów. W marcu 1982 r., dzięki testowym sesjom w nowo otwartym studiu
      Tonpressu na warszawskim Wawrzyszewie, zespołowi udało się nagrać utwory na
      pierwszy album w kraju - już z Januszem Rołtem grającym na perkusji. Album ten,
      jak jego poprzednik zatytułowany "Brygada Kryzys", stał się manifestem rodzimej
      nowej fali. Po raz pierwszy w historii polskiego rocka przedstawiciele tego
      gatunku przemówili tak głośno i dobitnie. "Brygada Kryzys", zwana od koloru
      efektownej okładki "Czarną brygadą", brzmiała - jak na ówczesne warunki -
      dobrze, pulsowała transowym rytmem, zniewalała niepowtarzalną,
      niepokojącą, "zimną" atmosferą zaangażowanych tekstów i muzyki podzielonej
      wedle stron płyty na ostrzejszą ("Radioaktywny blok", "Centrala") i
      spokojniejszą, choćby ze względu na rytmikę reggae ("Ganja"). Legendę "Czarnej
      brygady" podsycił fakt, iż do sklepów trafiła tylko część dwustutysięcznego
      nakładu. Resztę z woli decydentów kultury zniszczono jako nośnik
      niebezpiecznych treści... Latem 1982 r. formacja wzięła udział w zdjęciach do
      filmu "Koncert" Michała Tarkowskiego; między 1 a 4 września czterokrotnie
      wystąpiła w stołecznym Remoncie (dwukrotnie poprzedzana przez Kult, raz przez
      TZN-Xennę i Deuter). W koncertach tych miejsce I. Wereńskiego, który na jakiś
      czas porzucił muzykę zajął Tomasz "Rastaman" Szczeciński (eks-Tilt; zresztą na
      prawach gościa nagrywał "Czarną brygadę"); występował także Milo Kurtis
      (perkusja). Po jakimś czasie, ze względu na brak perspektyw Brygada Kryzys
      rozwiązała się. Po rozwiązaniu zespołu jego dwaj założyciele do spółki z J.
      Gruszką i Pawłem "Kelnerem" Rozwadowskim utworzyli zespół Aurora, który po
      odejściu - na początku 1983 r. - T. Lipińskiego (reaktywował Tilt) przeobraził
      się w Izrael (T. Lipiński wziął udział w nagraniu "Biada, biada, biada"
      Izraela). R. Brylewski trafił także do Armii, w której grał J. Rołt. Natomiast
      I. Wereński znalazł się w Kulcie. W roku 1989 - podczas wspólnej podróży Tiltu
      i Armii na koncert do Berlina - T. Lipiński i R. Brylewski postanowili
      reaktywować brygadę Kryzys i pod starą nazwą ponownie nagrać te utwory, których
      ze względów cenzuralnych nie udało im się zamieścić na "Czarnej brygadzie". Do
      sesji doszło jednak dopiero w październiku 1991 r. Dwa miesiące wcześniej w
      Jarocinie Brygada Kryzys dała swój pierwszy od dziewięciu lat koncert. Także
      jesienią miał miejsce występ na festiwalu Odjazdy w Katowicach. W nagraniu
      albumu "Cosmopolis", wydanego w połowie następnego roku, prócz T. Lipińskiego i
      R. Brylewskiego wzięli udział: I. Wereński, Piotr Żyżelewicz (ur. 31. 03. 1965
      r.; eks-Kultura, równolegle Voo Voo i Armia; perkusja), Włodzimierz Kiniorski
      (saksofon), Aleksander Korecki (saksofon) oraz ciemnoskóra żona R.
      Brylewskiego - Vivian (wokal). Album wypełniły utwory stare, pamiętające
      początki formacji ("To co czujesz", "Wojna", "Too Much"), a take nowe, dosadnie
      komentujące nową rzeczywistość (np. antyklerykalny "Żondzi Xionc"). Płyta, mimo
      słabej promocji, okazała się jednym z większych wydarzeń 1992 r., dając fanom
      nadzieje na trwały powrót brygady Kryzys. Liderzy grupy jednak nie chcieli
      podporządkowywać się prawom kapitalistycznego rynku i szybko zawiesili
      działalność grupy (po występach na Rock For AIDS i Silmarile). Reaktywowali ją,
      niemalże tylko na specjalne koncerty - odbywające się 13 grudnia, w latach 1992
      \94 - zatytułowane "Stanik". Jesienią 1996 r. ukazała się kaseta "Live In
      Remont 13 grudnia 93" z zapisem Stanika '93, zmiksowanym w studiu Złota Skała
      przez Marka Grzesika - długoletniego przyjaciela R. Brylewskiego, tragicznie
      zmarłego w 1994 roku. Po drugim zawieszeniu brygady Kryzys T. Lipiński m.in.
      dalej pracował z Tiltem, a także przedstawił płytę solową "Nie pytaj mnie";
      natomiast R. Brylewski m.in. nagrał płytę "Techno Terror" (92) z P.
      Rozwadowskim z Deutera (jako Max i Kelner), stał się wokalistą grupy Falarek
      Band oraz wydał album solowy "Warsaw Beat".
    • loveletter Tilt - rex 08.03.03, 16:36
      dyskusja na temat tego tekstu w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4848710&a=4871459
      ======================================================

      HISTORIA GRUPY TILT
      1. 1979-1980. Pierwszy okres działalności zespołu TILT jako "garażowej" kapeli
      rockowej z Warszawy, założonej na jesieni 1979, kojarzonej z punk-rockiem.
      Oryginalny skład zespołu to Tomek Frantz Lipiński(g, voc), Tomek Rastaman
      Szczeciński (bg) i gdańszczanin Jacek Luter Lenartowicz. TILT wykonywał wówczas
      kompozycje T.Lipińskiego z tekstami J.Lenartowicza. Ten etap był rejestrowany
      na taśmach audio i filmowych; m.in.: koncert TILTu w Teatrze Studio Józefa
      Szajny w PKiN z roku 1979, koncert TILTu i innych zespołów nowofalowych w
      gdańskim Wielkim Młynie 1980, I Festiwal Nowej Fali w Kołobrzegu 1980... Taśmy
      te czekają na prezentację. Zanim etap ten skończy się jesienią 1980, na krótko
      do grupy dochodzi Pyza (kbd). Następnie Luter i Pyza wyjeżdżają do Berlina.
      T.Lipiński zakłada (z Robertem Brylewskim) w 1981 Brygadę Kryzys.
      2. 1983-1984. Po wprowadzeniu stanu wojennego uniemożliwiającego działanie
      Brygadzie Kryzys, T.Lipiński reaktywuje TILT z Rastamanem i byłym perkusistą
      punkrockowej grupy TZN XENNA - Tomkiem Gogo Kożuchowskim. Dołącza do nich
      saksofonista jazzowy wówczas zafascynowany free jazzem i harmolodyką.
      Skrzyżowanie szybkiego i prostego rocka z free jazzem przynosi TILTowi
      pierwszego singla ("Runął już ostatni mur"/"O jaki dziwny dziwny...", "Każdy
      się boi swojej paranoi") wydanego przez Tonpress. Pod koniec tego etapu do
      zespołu dołącza gitarzysta Piotr Czombe Dubiel, a basistę Rastamana zastępuje
      Franz Dreadhunter z Krakowa.
      3. 1985-1987. Czując coraz wyraźniej ograniczenia wynikające z grania dla coraz
      bardziej ograniczonej publiczności punk rockowej, T.Lipiński i Franz
      Dreadhunter postanawiają zmienić charakter muzyki, czyniąc ją dostępniejszą
      szerszej publiczności. TILT nagrywa dla Tonpressu singla "Rzeka miłości, morze
      radości, ocean szczęścia" / "Mówię ci, że" - piosenki do dziś chętnie grywane
      przez stacje radiowe. Obie znajdują się też na pierwszym albumie zespołu
      (wznowiony przez MTJ). W tym okresie grupa przechodziła wiele zmian
      personalnych; stałymi członkami byli T.Lipiński i Franz Dreadhunter. Z zespołem
      współpracowali m.in. Kayah, pianista Wojciech Konikiewicz, saksofonista Alek
      Korecki.
      4. 1988-1989. Reorganizowany ponownie przez T.Lipińskiego TILT znów grał z
      Tomkiem Gogo Kożuchowskim na perkusji, nowym basistą Marcinem Ciempielem (bg),
      a nowym gitarzystą został Janek Benedek. Zespół grał ponownie szybkiego i
      ostrego rocka. Etap ten uwieczniony został na albumie Czad Kommmando TILT
      (wznowiony przez MTJ).
      5. 1994-1995. Po dłuższej przerwie spowodowanej okresowym zanikiem rynku
      muzycznego, spowodowanym nagłymi przemianami ustrojowymi, nazwa TILT pojawia
      się na solowym albumie T.Lipińskiego, zatytułowanym "Nie pytaj mnie" (BMG).
      Tytułowy utwór pochodzi z filmu Władysława Pasikowskiego "PSY2". W tym okresie
      zespół nie jest aktywny. Powołany wkrótce przez T.Lipińskiego nowy skład TILTu
      to oprócz niego: Dżu Dżu (bg), Jacek Binasiewicz (dr), Jacek Loze Niestryjewski
      (g). Zespół w tym składzie promował solowy album T.Lipińskiego i wziął udział w
      nagraniach piosenek do filmu Wł.Pasikowskiego "Słodko-gorzki".
      6. 1996-1997. Jesienią 1996 roku odbył się w stołecznym Teatrze Buffo
      akustyczny koncert TILTu, transmitowany satelitarnie przez TVPolonia i radio
      RMF FM. Nagrania z tego koncertu ukazały się następnie na albumie
      TILT2000/Rzeka miłości - Koncert w Buffo (MusicCorner).
      7. 2000-2001 TILT powraca piosenką "Miassto fcionga" - pierwszym elementem
      nowego projektu. Piosenka ta wraz dwoma innymi utworami - "Westchnienie"
      i "Ostatnia piosenka o miłości" znalazła się w filmie Władysława
      Pasikowskiego "Reich". TILT bierze też udział w akcji RMF FM "Nie wierzę
      narkotykom", nagrywając pilotującą piosenkę pod tym samym tytułem, będącą
      parafrazą przeboju TILTu "Nie wierzę politykom". Zespół występuje w składzie
      czteroosobowym: Tomek Lipiński - g, voc; Franz Dradhunter - bg, LaLa - g, kbd;
      Tomek Czulak - dr. Muzyka TILTu to dynamiczny i energetyczny rock. W
      repertuarze zespołu znajdują się wszystkie najbardziej znane utwory TILTu,
      niektóre piosenki Brygady Kryzys, stare piosenki TILTU z lat '79/'80 i utwory
      zupełnie nowe. Po informacje koncertowe i inne proszę pisać:
      tuzypopu@poczta.onet.pl. W przygotowaniu nowy, czadowy album zespołu, który
      ukaże się w 2002 roku.
      od siebie dodam ze nowa płyta ukazała sie i jest naprawde swietna
      a w ogóle zajrzyj na strone www.tilt.art.pl
      pozdro
    • loveletter Maire Brennan "Whisper to the wild water" -Vulture 08.03.03, 17:32
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4872310
      ======================================================

      Maire Brennan "Whisper To The Wild Water" Universal Music 2001
      Po co nagrywa się płyty solowe, skoro nie różnią się one bardzo od dokonań
      macierzystego zespołu?... Pytanie, całkiem zasadne, pojawia się często przy
      płytach artystów jak Maire Brennan, bardziej znana jako wokalistka
      irlandzkiej grupy Clannad, popularnej od czasów nagrania ścieżki dźwiękowej
      do serialu o Robin Hoodzie.
      Brennan wydała cztery płyty solowe, cieszące się popularnością głównie na
      Wyspach. ?Whisper To The Wild Water? jest jej czwartym I ? jak na razie ?
      chyba najlepszym albumem, wydanym w czasie posuchy na nowe nagrania Clannad,
      a więc trochę cieszy, że w ogóle coś jest, ale to zawsze nie to samo. I
      bardzo dobrze.
      Charakterystyczny, bardzo wysoki, ale jednocześnie dźwięczny i nieco bajkowy
      głos Maire towarzyszy nam przez cały album. Otwierająca go
      kompozycja, ?Follow The Word? dość dynamiczna jak na Brennan, czaruje nie
      tylko kunsztownie opracowanymi aranżacjami wokalnymi, ale także grą
      niezliczonej ilości instrumentów- i tych tradycyjnych irlandzkich, i tych
      typowych dla muzyki popowej. ?Follow The Word? i następujące po nim
      fantastyczne ?Where I Stand? z niezwykłą melodią, są doskonałą syntezą stylu
      Brennan, będącego połączeniem przyzwoitej muzyki popowej i pewnych
      naleciałości celtyckich (na każdej płycie, na tej też, znajduje się
      opracowanie utworu tradycyjnego), starannie zaaranżowanej i urzekającej
      niezwykle przekonującymi partiami wokalnymi, często wielogłosowymi. Dalej
      jest w sumie podobnie, czasem ładnie, a czasem jeszcze ładniej. Niektóre
      fragmenty płyty, słuchane bez uprzedniego zapoznania się z postacią artystki,
      mogą wprowadzić laika w stan pewnego zaniepokojenia, ale z drugiej strony
      jest tu też wiele przystępnych momentów, jak n.p. ?Hard To Break A Seal?, czy
      doskonały utwór tytułowy. Dość miłe wrażenie robi ?Peacemaker?, w którym
      słychać głos synka Brennan, recytującego tekst, a samą artystkę jako
      wielogłosowe tło... Kto lubi Clannad, Enyę (siostra Brennan) czy Loreenę
      McKennit, powinien posłuchać tej płyty, jeśli jeszcze tego nie zrobił.
      Odświeża, uspokaja i oczyszcza, a przy okazji nie niszczy wątroby. Polecam i
      czekam na nową płytę Brennan (ostatnio zmieniła imię z ?Maire? na ?Moya?, bo
      podobnie się to wymawia), ?Two Horizons...?
    • loveletter Clan of Xymox "Notes from the Underground" - numan 08.03.03, 22:10
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      www2.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=4121550&a=4121550
      ==============================================

      Clan of Xymox ? Notes from the Underground 2001
      ****/5
      Płytą Notes from the Underground Clan of Xymox powrócił do swych korzeni,
      porzucając - miejmy nadzieję na dobre - popowo-elektroniczne ciągotki,
      szczególnie widoczne na płytach Twist of Shadows, słabej Phoenix i
      Metamorphosis i odchodząc od zgrzytliwego chaosu dominującego na Headclouds.
      Przełom wieków wyszedł jednak COX na dobrze. Poprawę słychać było już na
      Hidden Faces (1997); wraz z ponownym wydłużeniem nazwy z Xymox do Clan of
      Xymox Ronny Moorings zaczął znowu nagrywać dobre płyty.
      Clan of Xymox A.D. 2001 brzmieniem nawiązuje do innych wykonawców ze swego
      kręgu, tych starszych i młodszych. Wyraźne echo pierwszych nagrań The Sisters
      of Mercy przebija w Number One, choć nie razi to tanią imitacją jak u
      niektórych zespołów, próbujących skopiować powierzchowne elementy klasycznego
      brzmienia Sióstr. Słuchając Into her Web czy Liberty nie sposób nie westchnąć
      z rozrzewnieniem nad starym dobrym The Cure. Dawne klimaty wytwórni 4AD
      słychać tutaj np. w Something Wrong. W wielu kompozycjach odnajdziemy nowsze
      brzmienia lat 90-tych, lansowane m.in. przez Project Pitchfork (Innocent),
      czy The Cassandra Complex (I Want You Now, The Same Dream). Pojawiają się też
      elementy industrialne (świetny Anguish), lecz trochę brakuje dobrych
      instrumentalnych przerywników w stylu Wailing Wall.
      Jedni powiedzą: wszystko to już było. Inni ucieszą się, że jeszcze ktoś
      utrzymuje tę magię przy życiu i nie trąci to odgrzewanym kotletem. W czasach,
      gdy słowo ?gotycki? kojarzy się z zespołami typu Marilyn Manson, z
      przyjemnością można się nacieszyć taką porcją starych dobrych klimatów.
      Dla zwolenników bardziej ?tanecznych? dźwięków Clan of Xymox wytwórnia
      Metropolis przygotowała w 2002 roku Remixes from the Underground.
    • loveletter Mariah Carey - huney 19.03.03, 22:13
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      https://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=4994038&a=4994038

      =====================================================

      Tytułem wstępu pragnę wyjaśnić, że na razie nie zamierzam opisywać całego
      dorobku płytowego wokalistki, a jedynie ogólny całokształt. Mam zresztą
      nadzieję, że i tak nie wyjdzie z tego kolejna epopeja narodowa- chociaż
      bliski klimatami Usher chyba działa dłużej, więc Dzieczyna_Mickiewicza
      mogłaby mnie pobić (choć mam nadzieje, że ona tak brutalnie nie eliminuje
      konkurencyjnych recenzentów tongue_out ). Ufam poza tym, że ten wątek zainteresuje
      choć kilkorga z forumowiczów (nieomylny znak na zróżnicowany poziom gustów
      muzycznych ).
      Dość późno zaczęłam interesować się tą początkowa mulatką (tak, tak- matka
      biała, ojciec czarny), dziś już pozbawionej charakterystycznych wytycznych
      dla rasy (operacja zwężenia nozdrzy), bo dopiero od 93 roku, kiedy to młoda
      artystka była już doświadczoną wokalistka na scenie.
      Pierwsza płyta zwyczajnie zatytułowana personaliami Maryśki jest interesująca
      z uwagi na debiutancki singiel ?Vision of Love? wykonany radykalnie, z
      niezwykłą brawurą i sprawnie. Wokalistka już na wstępie idzie jak Mojżesz
      przez morze- wszystkie dźwięki wprost rozstępują się przed wejściem w każdą
      partię wokalną, przechodzi po nich zwycięsko, nie potykając się o nic- a nie
      będę ukrywać, że jej głos był tutaj we wczesnym stadium rozwoju i nie brzmiał
      tak melodyjnie jak to ma miejsce na ?Merry Christmas? czy ?DayDream`ie?
      Jednakże wokalistka ani na ?Mariah Carey? ani na następnej ?Emotions? nie
      oszczędza na ekspresji (nie są to jeszcze interpretacje męczące i nużące dla
      niekoneserów gatunku : ) ). Polega głównie na chórkach o zróżnicowanym
      brzmieniu i barwie, wkomponowanych w aranżacje (niekoniecznie samych ballad),
      na sekwencjach śpiewanych duetem (żaden alikwot ), oraz na swoim
      wysokooktawowym głosie (świetne wykończenie kulminacyjnych punktów i
      ubarwienie vocalbackground`ów), którego w początkach kariery wybitnie skąpi.
      Jednym z lepszych przykładów na podważenie powyższego jest ?Emotions?-
      dynamiczny singiel gdzie wokalistka sięgnęła szczytów wykańczając utwór
      taktem złożonym z łańcucha dźwięków rozpiętych w coraz wyższe partie wokalne-
      ostatni ton śpiewany przez Carey jest ledwo słyszalny dla ucha (!!!). Na
      początkowych płytach odkrywa więcej z talii swoich możliwości, jej kompozycje
      mają wyraźne klimaty, współgrają z barwnym wokalem. Sam wokal artystki jest
      drapieżny, zadziorny, brzmi w nim hardość i przekora (ubolewam nad późniejszą
      zmianą techniki), uczucia wyrażane są bardziej konkretnie i czytelnie.
      Potrafi nastroić go też bardziej zmysłowo, tutaj oddech jako walor
      artystyczny tworzy intymny nastrój i wywołuje efekt żarliwości, który mile
      pieści ucho.
      Płytę ?MucicBox? odważę się uznać za najlepszą w jej karierze, gdyż nie tylko
      dzięki niej o artystce zaczęło być głośno na całym świecie, ale była
      zapowiedzią dynamicznego rozwoju warsztatu Marysi. To uosobienie nie tylko
      prestiżu jej głosu ale i klasy samej wokalistki. Niewątpliwie wpływ na to
      miał jej wizerunek- pełen dziewczęcej prostoty i nieskrępowanej
      naturalności. Swobodne loki, rozbrajający uśmiech i niewinne spojrzenie
      spłoszonej sarny. Wokalistka rzadko dawała wizażystom pole do popisu. To
      raczej oni, urzeczeni bezpośrednością jej uroku, nie śmieli naruszyć jej
      urody. Skromny image w pełni rozmijał się z rozmachem jej głosu. Sama
      artystka pozostała mu wierna aż do następnej płyty ?MerryChristmas?, odkąd
      płynnie i niepostrzeżenie przyjęła wizerunek prowokującej i nieco
      pretensjonalnej, co w pełni wyszło na jaw po jej dwóch kolejnych płytach
      (?DayDream? i ?Butterfly?) Od tej pory motyl stał się fikuśnym hologramem
      takiegoż image`u artystki. Carey w ogóle zmienia kierunek natarcia, od
      albumu ?Butterfly? skupia się na utworach r`n`b i remix`ach śpiewanych
      sacharynową barwą, balladach- w mniejszym stopniu, oraz na piosenkach rodem
      jak z baśni. Te ostatnie w pełnej gamie na ?Rainbow? (ostatni album, na jaki
      usiłowałam się zdobyć) . Są w pełni magiczne, bo zatracające poczucie
      rzeczywistości, których czas nie wyznacza żaden środek rytmiczny (czasem
      bardzo znikomo), a pomimo to są spójne i współgrają . Są integralna częścią
      klimatu płyty, a jednak oderwane od reszty, jakby artystka wyznaczyła sobie
      czas na refleksję. Słuchając natomiast jej na wskroś r`n`b`-owskich piosenek
      naprawdę warto zapomnieć, że jest to TA Mariah Carey ze swoim
      wszechogarniającym głosem, bo zmiana repertuaru przy takich możliwościach
      jest wręcz haniebna. Technika jaka posługuje się wszechmogąca zakrawa na
      lakoniczność i zdawkowość- śpiewanie półgębkiem, a jednak na pełnym oddechu-
      efekt przyjemny, lecz z czasem nużący. Artystka doszkala głos, czyściej łamie
      dźwięki, na ?Rainbow? dochodzi do apogeum zniekształcenia swojej naturalnej,
      ciepłej barwy. Denerwujący jest jej wokal, pozornie bezbronny, ale pełen
      niespodzianek, przejrzysty i świeży, bez matów- jak świst powietrza. Jej głos
      chwilami bardzo miękki i pastelowy prowadzi grę ze słuchaczem- bez
      drapieżności, łagodnie, ale by celowo drażnić. Lekkość i pozorna niedbałość z
      jaką pokonuje kolejne frazy fascynuje i jednocześnie przeraża.
      Kolejnym zwrotem na minus poczytałabym Maryśce kontakt wokalny z raperami,
      których masywne, murzyńskie głosy intensyfikują wrażenie barwy wokalistki o
      cesze niedojrzałej emocjonalnie nastolatki (zmiana techniki!) Przypomnę
      jeszcze, że jej wrodzony walor to głos niski, głęboki jak najgłębsza toń
      oceanu, kojący, którym zwykła udzielać wywiadów. Muszę podkreślić też to, w
      czym Carey była niegdyś specjalistką- śpiewając wyższe niż przeciętne partie
      wokalne jej głos nabiera jakichś pękniętych, rozdzierających tonów. Słuchając
      jej aktualniejszych nagrań można się przykro rozczarować, kiedy usypiająca
      wokaliza zostaje nagle bez powodu zastąpiona takim właśnie rozdzierającym
      wybuchem. Sama Maryśka wygląda przy tym, jakby niezbyt dobrze czuła się tam
      w górze. Pytanie tylko- dlaczego już nie śpiewa piosenek w niższych oktawach?
      Ano z tego słynie, że potrafi wysoko wyciągać, toteż będzie się tego trzymać
      do końca swoich dni, nawet jeśli na starość (uchroń ją Panie Boże) zatraci
      naturalną umiejętność manipulacji głosu.
      Ps: Pytanie ? operacja nosa i jak się to ma do głosu?
      Przypadkowo dowiedziałam się, dzięki nieocenionej pomocy Dyrygentki- że
      ludzie o szerszych nosach mają większą możliwość zaczerpnięcia powietrza w
      większej ilości, a to jest nie bez znaczenia na jakość śpiewu. Zadanie tylko
      polega na tym, aby całe to powietrze wydmuchnąć z powrotem, ale nie przez
      nos tym razem, ale dzięki przeponie przez gardło. W początkach Maryśka
      posługiwała się jedynie tą techniką, w miarę rozwoju głosu (czyt. operacji
      nosa) pogardziła tym sposobem, dzięki czemu jej głos jakby opustoszał, brzmi
      już bez tej charakterystycznej trójwymiarowości . Jednym z lepszych
      przykładów jest fakt , że murzyni są lepszymi wokalistami w zakresie soul`u,
      (mają głosy głębsze niż ludzie wąskonosy) chodź nie tylko ( na przykład w
      lekkoatletyce także, gdzie wielkość i szybkość oddechu jest podstawą w
      kontrolowaniu reakcji ciała ) . Oprócz naturalnych wrodzonych predyspozycji
      (niewątpliwie Marysia dzięki tatusiowi posiadała takowe) potrzeba jeszcze
      kochać śpiewać i włożyć w to swoja duszę oraz świadomość tego co się robi.
      Pomimo skorygowania tego pierwszego, to drugie wciąż pulsuje w jej
      interpretacjach, a że nie brzmi to już z takim rozmachem jak drzewiej
      bywało... Należy tylko westchnąć i z pokorą przyjąć to takim, jakim
      łaskawie nas obdarowano.
    • loveletter Procol Harum "The Well's On Fire" - Vulture 09.04.03, 20:57
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:


      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=5579846
      =======================================================


      Wysłuchałem właśnie nowej płyty Procol Harum, "The Well's On Fire". Płyty,
      na którą czekałem od 12 lat, zresztą nie tylko ja... O ile na album Petera
      Gabriela warto było czekać 10 lat, nie mogę tego powiedzieć o krążku Procol
      Harum.
      Miałem cichą nadzieję, że ten powrót okaże się bardziej udany,
      niż "Prodigal Stranger", ale niestety - większość utworów brzmi jak odrzuty z
      nagrań jakichś amerykańskich zespołów; w kilku utworach w zasadzie tylko głos
      Gary'ego Brookera przypomina, z jakim zespołem mamy (a w zasadzie mieliśmy
      mieć) do czynienia.
      Sztampowe, nieciekawe, mało melodyjne kompozycje wypełniają ten niosący tak
      wielkie nadzieje album... Być może niewielu, jak ja, sądziło, że zespół na
      cokolwiek jeszcze stać; w końcu koncert w Warszawie był fantastyczny i
      świadczy o naprawdę wysokiej formie zespołu.
      Jedynym godnym polecenia utworem jest instrumentalny "Weisseklenzenacht",
      chyba będący nieco pastiszem "Repent Walpurgis" z debiutanckiego albumu PH.
      Jest to, zresztą, jeden z niewielu momentów płyty, w ktorym dobrze słychać
      n.p. organy, wtopione w pozostałych utworach w tło.
      Przykre to ogromnie, ale na tym tle nawet "Prodigal Stranger" wypada
      ciekawie. Wiem że to wrażenia na gorąco i być może za jakiś czas niektóre
      utwory bardziej mi wpadną w ucho, ale na razie wszystkie zlewają się w
      nieznośnie nudną papkę, świadczącą o bezradności, niemocy twórczej, a także o
      tym, że niestety nic nie trwa wiecznie...
    • loveletter Godsmack "Faceless" - h8red 19.04.03, 10:03
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=5715443&a=5715443

      ==============================================================================

      Mam, mam!!! Wczoraj kupilem. Alez tu sa drogie plyty
      sad(( Wlasnie slucham po raz trzeci. Pierwsze wrazenia
      mam calkiem pozytywne. Co prawda wydaje mi sie, ze
      jednak "Awake" bedzie dla mnie lepszym albumem ale ten
      i tak jest niczego sobie (nie znam pierwszej plyty w
      calosci wiec sie do niej nie odnosze).
      Oczywiscie nie ma co liczyc na teksty we wkladce. Za to
      jak sie odpali CD na kompie to otwiera sie stronka
      gdzie mozna (po zalogowaniu i wpisaniu jakiegos tam
      kodu, ktory de facto sam sie wpisuje) sciagnac sobie
      teksty i jeden bonusowy kawalek. Rzeczona piosenka to
      7-minutowa, koncertowa piosnka pt. "Whatever". Taka sobie.
      Jest jedna fajna rzecz. Na spodniej stronie pudelka
      jest piosenka opisana tak: "I f****** hate you".
      Natomiast we wkladce tytul piosenki brzmi: "I fucking
      hate you". Kurde cenzura, czy co??? smile))
      Teraz troszku o muzie. Nagrane to to jest dobrze jak na
      moje drewniane ucho. Ladnie wypasione gitarki, slychac
      bas, perkusja sobie wesolo puka. Czadzik.
      Jazde zaczynamy od "Straight out of line". Juz prawie
      wszyscy znaja (a jak nie to se sciagnijcie smile)) ).
      Nastepnie "Faceless" i " Changes". Bardzo fajniusie.
      Takie Godsmackowe. Przy czym "Faceless" wydaje mi sie
      bardziej melodyjny. Potem slabszy punkt programu. A to
      z tego wzgledu, ze chlopcy umiescili obok siebie dwa
      kawalki o bardzo zblizonej budowie. I niestety ale
      "Make me believe" przegrywa konkurencje z "I stand
      alone" (btw "Scorpon King" srednio mi sie podobal).
      Potem "Re-align" i "I fucking hate you". Ten drugi z
      refrenem, ktory chyba od czasu do czasu kazdy sobie z
      werwa zaspiewa smile)) "Releasing the demons". Alez ten
      kawalek ma zajebisty poczatek!!! Niestety dalej
      piosenka nie do konca odpowiada memu wyobrazeniu. Jest
      za malo mroczna jak po takim wprowadzeniu. Dalej mamy
      "Dead and broken". Podobnie jak w przypadku 4 kawalka
      nie jest to nic specjalnego. Taki typowy Godsmacek ale
      z tendencja znizkowa sad(( Jeszcze trzy do konca. 10 to
      "I am" i bardziej mi sie podoba od 9. Przed ostatni to
      taki troszku (chyba) powiazany z tym w co sie bawi
      Sully. Taki plemienne lubu-dubu. Calkiem przyjene. Na
      poczatku myslalem, ze bedzie to cos jak na "Awake".
      Czyli rodzaj wprowadzenia do ostatniego kawalka. Ale
      tak nie jest. Muzycznie te dwa utwory sie nie lacza. I
      wreszcie ostatni "Serenity". Ballada. Ale baaardzo
      fajna. Powiedzial bym, ze troszku w klimacie "Voodooo".
      Tyle, ze "Voodoo" jest bardziej zakrecone (dla mnie).

      Krotkie slowo podsumowania.
      Warto, naprawde. Ja sie nie zawiodlem. Mysle, ze nie za
      predko ten kompakt opusci moje discmana.
    • loveletter Mansun "Six" - mellodi / mesmeredia 25.05.03, 18:46
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=6185012&a=6185012
      ========================================================

      Przesłuchałam (nareszczie!) i to faktycznie jest piękna płyta. Pozwolę sobie zacytować mesmeredię :

      "Mogę
      określić go mianem "Rock eksperymentalno-progresywny z elementami
      historycznymi, teatralnymi, nowofalowymi itp. mający na celu pokazanie ewolucji
      muzyki jako całości oraz jej nieprzemijającego piękna w oprawie gorzkich do
      bólu textów i z elementami szaradziarsko-rozrywkowymi". Utwory zwalniają, przyspieszają, kończą sie w połowie, są
      połączone z innymi, ktoś coś deklamuje, pojawia się fragment arii, normalnie
      karuzela.
      Fenomen tej płyty polega na tym, że każdy może sobie tu odkryć coś własnego,
      zauważyć nieznane dotąd powiązanie, bo panowie, a jakże, korzystają także z
      dokonań innych muzyków odnosząc się do inteligencji słuchacza.
      I oczywiście, jest to album zjechany przez prasę, która po debiucie Mansunów
      zawyła, padła na kolana i nazwała ich przyszłością narodu."

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=5965452&a=5984912
      Zupełnie się zgadzam z zacytowanymi fragmentami więc nie chciałam się powtarzać smile)) Poza tym mogłoby mi nie wyjść tak ładnie jak
      mesmeredii.

      Płyta jest bardzo ciekawa, bardzo przyjemnie się jej słucha, za każdym przesłuchaniem można coś nowego znaleźć. Bezwzględne
      mistrzostwo w piszczących, niemęskich wokalach - oprócz Paula Draper'a może jeszcze Brett Anderson może tak śpiewać i nie
      wywoływać u mnie niemiłych wrażeń. A wątek zakładam bo mało ludzi zna i tą płytę i Mansun a szkoda. Inteligentna muzyka z melodią
      lekko zachaczająca o pop, skojarzenia ze Suede na miejscu. Może słuchanie lepiej zacząć od ich pierwszej płyty ale i ostatnia też
      mi się podoba. Mam do niej sentyment bo gdyby "I can only disappoint you" to nigdy bym nie poznała Mansun. I w ogóle jest fajnie
      bo tyle dobrej muzyki czeka az się do niej dokopiemy smile))
    • loveletter Kovenant "S.E.T.I" - ydorius 13.06.03, 12:40
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=6479235

      ========================================================

      w zamierzchłych czasach zwany również Covenantem zaszczycił nas nową płytą.
      S.E.T.I. się nazywa mało odkrywczo i zabiera nas...

      No właśnie. Novy Kovenant zabiera nas na często odwiedzane rubieże muzyki
      metalowej, jednak robi to w baardzo dobrym stylu. Czy myśmy tego przypadkiem
      już nie słyszeli, rozlega się co jakiś czas pod czaszką (w antraktach, bo
      przecież nie podczas trwania piosenek)? Ależ owszem. Gdyby było śpiewane po
      niemiecku, możnaby powiedzieć, że Rammstein postanowił nagrać płytę bez
      ballad w tempie o pół raza szybszym od Sehnsuchta. Gdyby było trochę mniej
      basu i perkusji możnaby się pokusić o wysłuchanie w tym którejś z garażowych
      płyt Ministerstwa. Gdyby wokal jeszcze trochę się obniżył, możnaby pomyśleć,
      że to Cemetary doznało wskrzeszenia. Gdyby było więcej chórków, miejscami
      mielibyśmy Theriona...

      A jednak mamy do czynienia z czymś innym. Panowie z Kovenanta na pewno znają
      wspomniane wyżej kapele, lub przynajmniej styl z nimi związany. Podążają
      jednak własną, wybrukowaną solidnymi brukowcami, drogą. Idą konsekwentnie za
      ciosem po dziwnej (acz zacnej) płycie Animatronic, na której postanowili
      oddalić się od muzki stricte metalowej w kierunku unowocześnionych brzmień.
      Na SETI wychodzi im świetnie.

      No i, jako bonus, zagrane jest "Memory remains"... Tak jak powinno być
      zagrane. Z wykopem, wiodącą linią basu i potężnym, kurde, uderzeniem w bębny.
      Wracam słuchać.
    • loveletter Gordon Haskell "Shadows On The Wall" - vulture 14.06.03, 14:52
      Dyskusja na temat tej recenzji w wątku:


      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=6496386

      ======================================================
      GORDON HASKELL "Shadows On The Wall" Flying Sparks Records/Warner 2003

      Wielki sukces singla ?How Wonderful You Are? i zeszłorocznego albumu,
      zawierającego ten przebój, skłonił byłego wokalistę King Crimson do wydania
      składanki (też wyszła w zeszłym roku), a w tzw. międzyczasie Haskell
      przygotował całkiem nowy album, bliźniaczo podobny do poprzedniego. Co nie
      znaczy, że gorszy.
      Muzyka, wypełniająca ?Shadows On The Wall?, to pop z naleciałościami (ale
      bardzo niewiwielkimi) jazzu i country, najbardziej chyba kojarzący się z
      solowymi dokonaniami Stinga - w niektórych momentach można by nawet
      podejrzewać, że to sam były policjant się produkuje. Na albumie dominują
      ballady z gitarą akustyczną, trąbką i spokojną perkusją w rolach głównych, na
      ogół z udanym efektem, o ile nie słucha się więcej niż 4 kawałków naraz. Żywo
      robi się w zasadzie tylko w dwóch miejscach (countrowe ?Country Gold?
      i ?California On His Mind?), reszta to wolniaki, dość udane i wpadające w
      ucho (singlowy ?Whole Wide World? czy utwór tytułowy, bliźniaczo podobny
      do ?How Wonderful You Are?, przedstawiony w dwóch wersjach). Na płycie
      znalazła się też jedna przeróbka ballady ?If You Could Read My Mind? Gordona
      Lightfoota sprzed trzydziestu lat (ostatnio przerobiona przez kogoś na umpa
      umpa). Wprawdzie mimo starań producenta, by album brzmiał jak najbardziej
      naturalnie (słychać palce, prześlizgujące się po gryfie itp.), miejscami ma
      się wrażenie, że całość jest za bardzo dopieszczona i brakuje w niej życia,
      ale na spokojne posłuchanie zamiast radiowej młócki nadaje się to jak
      najbardziej.
      I jeszcze jedno: we wkładce Haskell podziękował tym stacjom radiowym i
      telewizyjnym, które lubią piosenki z więcej niż jednym akordem i melodie z
      więcej niż jedną nutą, a także przejechał się po przemyśle
      muzycznym: ?Przepraszam za wtargnięcie na wasze listy...?.
      Na płycie Haskella wspomaga Robbie McIntosh, wieloletni współpracownik
      Paula McCartneya.
      Nie jest to arcydzieło, ale przyzwoita, starannie zrobiona płyta z porządną
      muzyką do posłuchania w celach relaksacyjnych. Mam wrażenie, że jest to dość
      udane zastępstwo za chwilowo nieobecnych w mediach Stinga i (na szczęście)
      Joe Cockera. Polecam pragnącym uspokojenia.
    • pizmak31 St.Anger Jasiek666 09.07.03, 15:50
      Zostalam mianowana zastepca Lov. do spraw zasobow bibliotecznych, wiec w
      chwilach wolnych uporzadkuje jego forumowa biblioteke.

      Oto kultowa juz recenzja Jasinka666:


      Tym razem nie żartuję.

      Jak wszyscy zakładają wątki o metallice, to ja też smile))

      Pamietam, jak jakies 10 lat temu czytałem w jakimś Bardzo Mądrym Piśmie
      Rockowym recenzję "czarnego albumu" Metaliki. Recenzja zaczynała się od
      stwierdzenia, iż w zasadzie ta cała Metallika to dobry zespół, złożony z
      dobrych technicznie muzyków, który wszelakoż do tej pory, to znaczy do
      momentu wydania "czarnego" nie potrafił napisać i nagrać "dobrych utworów".
      Pamiętam także jak bardzo ubawiło mnie to stwierdzenie. Znaczy się zdaniem
      Pana Recenzenta Metalika powinna pisać "dobre", a więc łatwo wpadające w ucho
      melodyjne utwory, w których bez problemów wyodrębnić można pierwszą zwrotkę,
      potem refren, potem z kolei zwrotkę drugą, następnie znowu refren a na koniec
      refren i zwrotkę po raz trzeci.Tak zeby potem nucić mozna było przy goleniu,
      w drodze do pracy albo w kolejce do warzywaniaka. Bo przeciez np.
      taki "call of ktulu" czy "orion" to bylyby niezłe kawałki, ale zupełnie
      niepotrzebnie są tak rozbudowane i taakie długie, "master of puppets" tez w
      sumie nienajgorsze , ale po co te wszystkie techniczne sztuczki i zmiany
      tempa, a "damage inc" również mogłoby być, ale jest stanowczo zbyt szybkie.

      Ja nieźle się z tego uśmiałem. Bo przeciez ktoś recenzując płytę zespołu
      thrashowego kwestionuje to co zawsze było podstawą gatunku zwanego thrashem.
      I w dodatku ocenia ją kategoriami odpowiednimi dla popu. Ale uśmiałem się
      chyba tylko ja. Bo panowie z Metaliki nieświadomie słowa pana recenzenta
      wzięli sobie do serca. I nagrali aż trzy płyty z "dobrymi utworami". I trwało
      to długo. Aż do dzisiaj. Bo na "St Anger" szczęśliwie nie ma już ani
      jednego "dobrego utworu".

      Nie ma pretensjonalnych i banalnych kawałków w rodzaju "my friend of misery"
      czy "wherever i may roam". Nie ma ballad, nie ma trzeciej części unforgiven.
      Jest natomiast to czego juz od dawna brakowało - najprawdziwsza, najczystsza
      energia, czad, wściekłość, a mówiąc nieco dosadniej przecudowna wręcz
      napierdalanka. A wszystko podlane niesamowicie wręcz odrażającym swą
      surowością i bezkompromisowością brzmieniem. Bezkompromisowością o tyle
      cudowną, iż ocierającą się wręcz o amatorszczyznę i garaż. Tak jak za starych
      czasów, kiedy swoje debiuty wydawały anthrax, death angel, destruction czy
      testament.

      I prawde powiedziawszy to guzik mnie obchodzi na ile nagranie takiej płyty
      było zabiegiem komercyjnym zamierzonym na odzyskanie starych fanów. Ja juz
      płytę kupiłem.

    • pizmak31 The Allman Brothers Band - "Hittin'... Ugugunana 09.07.03, 15:56
       
      Witam!

      Chciałem się z Wami podzielić moimi odczuciami, towarzyszącymi pierwszemu
      zetknięciu z najnowszą propozycją tego szalenie zasłużonego zespołu?

      Uwagę przykuwa już panoramiczna okładka tego wydawnictwa ? mały chłopiec
      pochyla się z zaciekawieniem nad rosnącym muchomorem, nie bacząc na
      zbliżające się maszerujące stado słoni?

      Siedmiu panów serwuje nam jedenaście utworów trwających w sumie ponad pięć
      kwadransów? Znakomita produkcja! Selektywnie brzmiące, wspaniale
      uzupełniające się gitary reprezentantów dwóch pokoleń: Warrena Haynesa i
      Dereka Trucksa? Chłopcy zastosowali patent polegający na nagraniu partii
      gitarowych odpowiednio w lewym i prawym kanale, dzięki czemu można łatwo
      rozróżnić, która partia jest czyja? Pewnie wzięli przykład z panów Kinga i
      Hannemana? *-) Charakterystyczne dla zespołu dwie perkusje (Butch Trucks &
      Jaimoe) wspomagane congosami (Marca Quinonesa), tworzą smakowity rytmiczny
      kociołek, porównywalny chyba jedynie z dokonaniami bębniarzy Santany? Gregg
      Allman pięknie posyła klawisze i rasowo podśpiewuje? Oteil Burbridge na
      basie dostosowuje się poziomem do reszty?
      Krótki opis utworów:
      1. ?Firing Line? - znakomite wprowadzenie w płytkę: świetny drive a?la
      ZZtop?
      2. ?High Cost Of Low Living? ? uroczo płynący blues, pikanteryjnie
      podrasowany plamami wydobywanymi z organów Hammonda?
      3. ?Desdemonia ?- jazzbluesowa ballada? Perełka?
      4. ?Woman Across The River? ? frapujące połączenie bluesa i funky?
      5. ?Old Before My Time? ? balladka nieodparcie kojarząca mi się z
      dokonaniami Boba Dylana? Tylko umiejętności instrumentalne jakby nie te
      same? *-)
      6. ?Who To Believe? ? eleganckie, claptonowskie granie w najlepszym wydaniu?
      Powiedzmy ? okolice Just One Night?
      7. Maydell ? nad utworem unosi się duch nieśmiertelnego Jimiego...
      Charakterystyczna ?kaczka?- a podobno nikt nie umie uzyskać podobnego
      brzmienia?*-) Mój faworyt?
      8. Rockin? Horse ? utwór znany z pierwszej płyty Gov?t Mule, zagrany w
      siedmioosobowym składzie, co zdecydowanie dodaje mu kolorytu? Człowiek z
      Teraz Rocka, który napisał, że umieszczenie tegoż na płycie Allmanów nie ma
      sensu jest prawdopodobnie muzycznym dyletantem?*-)
      9. Heart Of Stone ? cover ballady Stonesów? Jakoś nie wyobrażam sobie tu
      coveru chociażby Here Comes The Sun? Na pociechę dla Beatlefanów dodam, iż
      to w mojej opinii najgorszy kawałek na płycie?*-)
      10. Instrumental Illness ? monumentalny, ponaddziesięciominutowy
      instrumentalny popis zespołu? Na myśl przychodzą mi najlepsze (IMHO) czasy
      bandu Carlosa Santany tj. wspaniałe improwizacje z okresu poprzedzającego
      wydanie jego pierwszej płyty ? koncerty z Fillmore 1968 (Fried Neckbones,
      Conquistadore Rides Again?)
      11. Old Friend ? piękny blues, na dwie slidegitary, głeboko zakorzeniony
      gdzieś w dorzeczu Missisipi? Wspaniały hołd dla swiętej pamięci Alana
      Woody?ego?

      PO ? E ? ZJA! Blues-rockowo-jazzowa uczta (w takiej kolejności)? Chciałbym
      ich kiedyś zobaczyć na żywca? Dla mnie, jak dotąd ? płyta roku 2003?

      P.S. Blues przetrzyma każdą muzyczną rewolucję? To dźwięki płynące z dna
      serca?


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka