pizmak31 P A N T E R A - "Reinventing the Steel" Sugar 09.07.03, 16:01 Jestem wielkim fanem Pantery. Moja fascynacja tym zespołem trwa od dnia, gdy zobaczyłem w legendarnym "Headbanger`s Ball" na MTV video do "Walk". Nowatorskie brzmienie, uderzający swą prostotą i intensywnością motyw przewodni, oraz skandowane z furią kolejne linijki tekstu, sprawiły iż logo Pantery na zawsze zapadło mi w pamięć. Płyta "Vulgar Display of Power", z której pochodzi wspomniany utwór, należy do klasyki muzyki metalowej, a sama Pantera do grupy najbardziej twórczych i wpływowych zespołów w historii rocka. Największą popularnością Pantera cieszyła się w połowie lat 90-tych, co przekładało się na ilość sprzedanych płyt. Wydany w 1994 roku trzeci album grupy - "Far Beyond Briven"- zadebiutował na pierwszym miejscu na liście Billboardu. Było to olbrzymim zaskoczeniem dla całej branży muzycznej, bowiem materiał zawarty na płycie był niezwykle ciężki i wymagający od przeciętnego słuchacza. Mimo olbrzymiego sukcesu komercyjnego, Pantera w dalszym ciągu kroczyła swoją własną ścieżką i zamiast zacząć schlebiać gustom szerszej widowni, koncentrowała się na graniu ostrej i trudnej w odbiorze muzyki. Jak wszystkie rzeczy w życiu, tak i ta postawa miała swoje plusy i minusy. Z jednej strony, Pantera zyskiwała sobie szacunek i oddanie swych wiernych fanów, z drugiej - tworząc coraz bardziej eksperymentalne i chwilami niestrawne kompozycje - odstraszała nowych słuchaczy i "gubiła" po drodze część starych... Wydany w 1996 roku album "The Great Southern Trendkill", jest płytą bardzo nierówną, wymagającą wielokrotnego przesłuchania. Ktoś napisał, że cechuje to każdą wybitną płytę, lecz niestety "TGST" wybitną płytą nie jest... Mnie osobiście wydał się on po prostu przekombinowany i choć wstyd to przyznać, skutecznie ochłodził moją wcześniejszą fascynację... Niedawno, po blisko 5 latach, odkurzyłem stare nagrania Anselmo &Co. Ponadto chcąc nadrobić stracony czas, dokonałem inwestycji, stając się w jej efekcie posiadaczem ostatniego albumu Pantery pt. "Reinventing the Steel". Mimo wielu obaw jakie towarzyszyły mi przy jej zakupie (w pamięci miałem bowiem jeszcze dźwięki wcześniejszego "TGST"), mogę śmiało powiedzieć, iż był to zakup wyjątkowo udany! "Reinventing the Steel" to powrót do klasycznego "panterowego" grania. Po eksperymentach brzmieniowych i aranżacyjnych, ekipa powróciła do tego co przyniosło im sławę i uznanie w oczach wszystkich fanów metalu - ciężkość i intensywność muzyki. Słuchanie "RtS" przypomina wycieczkę w głąb maszynowni olbrzymiego zakładu produkcyjnego. Słuchacz przytłaczany jest do ściany kanonadą dźwięków, które Dimebag Darrell wyrzuca ze swych gitar. Dudniący w tle bas Rexa Browna, skutecznie potęguje kolejne uderzenia bębnów Vinnie Paula. Jednakże największe "nowum" to niemalże powszechny brak irytujących (przynajmniej mnie) wrzasków Anselmo, które zdominowały "TGST". Phil wrócił do dawnego charakterystycznego artykułownia słów, znanego z "Vulgar Display of Power". Dzięki temu, utwory stały się bardziej przejrzyste i dzięki temu intensywniejsze. Nie rażą już tak natarczywością i pretensjonalnością. "RtS" ma bardzo wiele cech wspólnych z "VDoP", jednakże nie jest jego kopią. Darrell co chwila udowadnia iż należy do czołówki najbardziej kreatywnych gitarzystów, wielokrotnie zaskakując nietypowymi rozwiązaniami technicznymi (np. "You`ve got to belong to it"). Płyta jest podsumowanie dotychczasowej twórczości grupy, łącząc wszystkie najważniejsze cechy poprzednich albumów. Płyta jest niezwykle równa i tworzy spójną całość. Nie brakuje wyróżniających się utworów, do których można zaliczyć: "Yesterday don`t mean shit" z fantastycznym, krzyczanym przez Anselmo refrenem, bardzo ciężki i intensywny "Goddamn electric", czy "hostile`owy" "Death rattle". Ciekawie wyszły też krótkie eksperymenty z basem zaprezentowane w "Up Lift" i "I`ll cast a shadow". Reasumując, "Reinventing the Steel" skutecznie walczy z "Far Beyond Driven" o miano drugiej najlepszej płyty w dyskografii Pantery ("Vulgar..." wciąż poza zasięgiem). Każdy kto spędził kilka tygodni non-stop przy słuchaniu "Walk", czy "Becoming", może z czystym sumieniem roztrwonić swoje pieniądze na zakup tej płyty. Fanom "Floods", czy "10`s" ten zakup raczej odradzam... Odpowiedz Link Zgłoś
pizmak31 SARAH BRIGHTMAN "Harem" Vulture 15.07.03, 15:22 Sarah Brightman, była gwiazda musicali (i była małżonka) Andrew Lloyd Webera, od dłuższego czasu robi karierę jako wokalistka popowa. Czasem zdarza jej się nagrać płytę bardziej ?klasyczną? (z repertuarem, nazwijmy to, poważnym), częściej jednak nagrywa coś co można określić jako pseudooperowy pop w stylu Meat Loafa. Miejscami jest to świetny wypełniacz przestrzeni, ale często wokalistka irytuje manierą stylizowania wszystkich fraz na niby-operowe (włoska wersja ?My Heart Will Go On? z albumu ?Eden? to autoparodia). Sarah Brightman stara się utrzymać pozory ambitnego popu poprzez odpowiednią autokreację oraz nagrywanie płyt tematycznych. Na przykład większość utworów z albumu ?Dive? opowiadała o wodzie, żegludze itp. (straszna przeróbka ?A Salty Dog? Procol Harum), album ?Fly? o powietrzu i lataniu, płyta ?Eden? oczywiście o raju i nie tylko, ?Luna? oczywiście głównie charakteryzowała się utworami o tematyce księżycowo-nocnej. Wokalistka wtrąca między popowe utwory, pisane głównie przez Franka Petersona, fragmenty muzyki klasycznej często z dopisanym przez siebie tekstem. Album ?Harem? (tak, tak, niby-wschodni) nie odbiega od tego schematu. Orientalizmy pojawiają się już w pierwszym, tytułowym utworze i towarzyszą przez ?It?s A Beautiful Day? (?usprawniony? Puccini) , na przemian z rytmami umpa-umpa z Vivy rodem i psychopatycznym wyciem wokalistki, przetykanym jakimś dziwnym bełkotem. Wcześniej jest jeszcze przeróbka piosenki ?What A Wonderful World? znanej z repertuaru niedościgłego Louisa Armstronga, który niedościgłym pozostanie. ?The Journey Home? to typowa ballada popowa nieco w stylu Enyi (tylko do połowy, bo potem oczywiście wchodzi chamskie umpa umpa), niepotrzebnie poprzetykana pseuoorientalizmami, ale widocznie tytuł płyty zobowiązuje do zepsucia wszystkich kompozycji. ?Free?, w którym Brightman wspomaga znany skrzypek Nigel Kennedy jest typowym dla Brightman wolnym utworem, którego całkiem przyjemnie się słucha. Ale dyskoteka arabska powraca już w następnym gniocie, ?Mysterious Days?, w którym słychać głos nieżyjącej już Ofra Hazy (i jest t jedyna ciekawa rzecz, jaką można o tym czymś powiedzieć). Nigel Kennedy pojawia się raz jeszcze w ?The War Is Over?, całkiem ładnej balladzie. ?Misere Mei?, kawałek klasyczny zaaranżowany na chór, płynnie przechodzi w ?Beautiful?, znów całkiem udaną kompozycję, niestety, wzbogaconą o niby arabskie brzdąkanie. Utwór kolejny, ?Arabian Nights? podpisało aż dziewięciu autorów, ale tego nie słychać. Rozwlekła kompozycja z beczeniem i wyciem w tle, wzbogacona łupaniem i dziwną solówką gitarowo-orkiestrową (Meat Loaf by się nie powstydził). ?Stranger In Paradise?, który jest połączeniem kilku utworów muzyki klasycznej, jeszcze nadaje się do słuchania, mimo wysokich tonów, wydawanych przez Brightman. Album w podstawowej wersji zamyka kompozycja ?Until The End Of Time?, którą zapomina się natychmiast po przesłuchaniu. Płyty Sarah Brightman mają to do siebie, że nie są w stanie uciec od kiczu. Są przeładowane aranżacyjnie, a wokalistka stara się śpiewać operowym głosem, mimo iż takowym nie dysponuje (drobna różnica między musicalem a operą), stąd wysokie dźwięki w części utworów są bardzo bolesne. Oczywiście, Brightman stara się urozmaicić swe płyty do tego stopnia, że ładuje na nie dosłownie wszystko, więc słychać tam klawisze, zagłuszające się nawzajem z orkiestrą, tworząc ścianę dźwięku, przez którą stara się przebić wycie Brightman, a dla lepszego efektu nałożony jest na to automat perkusyjny. Oczywiście, że jest to jakościowo lepsze niż nieumiejące w ogóle śpiewać Britney czy Kelly Osbourne, ale płyty Sarah Brightman zrobione są z paskudnej, landrynkowej gumy do żucia, co powoduje, iż muzyka na nich zawarta, nadaje się najwyżej do wind w supermarketach albo toalet w restauracjach. Dziwne, że osoba z takim potencjałem wydaje obrzydliwe śmieci, ale widocznie tak musi być. Kaszana. www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=6975565 Odpowiedz Link Zgłoś
pizmak31 The Shins, 'Oh, Inverted World' Ilhan 22.07.03, 12:35 Nadzwyczaj miło jest usłyszeć nową muzykę, która brzmi, jakby była kompletnie z innego świata. Z tego 40 lat wcześniej, mniej więcej. No, choćby przy okazji The Coral... ...i The Shins też. Zespół powstał w 1997 roku w Stanach, a cztery lata później wyszłą pierwsza płyta długogrająca. "Oh, Inverted World" wydana w 2001 roku przez Sub Pop w większości brzmi, jak te z okolic 1965. Chwytliwe melodie, ale chwytliwe nie nachalnie, a takie docierające w trakcie kilku przesłuchań. Wokal też jakby wyjęty z tamtego okresu (allmusic porównuje Jamesa Mercera do Briana Wilsona, coś w tym jest chyba...). W zasadzie gdyby nie pierwszy utwór, świetny skądinąd "Caring Is Creepy", który jest różny od reszty materiału, byłby zaskoczony że to takie nowe. Chwilami jest smętnie, chwilami weselej i skoczniej, ale wszystkiego razem słucha się tak znakomicie, że gdyby wydano to w 2003, to byłaby to na razie moja płyta roku. W zasadzie ciężko wymienić jakieś ewidentnie wybijające się utwory z płyty... No bo skoro wszystko się podoba i wszystko jest warte posłuchania, najlepiej razem, obok siebie i kilka razy... "Caring Is Creepy" jest bardzo dobry, ale nie reprezentatywny... Może "Know Your Onion!", z tych najbardziej przebojowych... Choć to takie są przebojowe piosenki, które nigdy przebojami nie zostały, i już nimi nie zostaną. "New Slang", smęcący, owszem, ale jak piękny to utwór... Albo zamykający album, 5,5-minutowy "The Past And Pending", gdzie pojawiają się i instrumenty dęte, i klawisze, i jest bardzo ładnie znowu... Nie wiem czy właśnie nie to jest najlepszym fragmentem "Oh, Inverted World"... Aha, proszę nie sugerować się wymienioną wcześniej nazwą The Coral, bo, oprócz odległego od 2003 roku brzmienia, tych zespołów nie łączy aż tak wiele... Podawani na stronie allmusic jako największe inspiracje The Beach Boys i The Byrds są już dużo bliżej, tak myślę... I myślę jeszcze, że dla fanów takiej muzyki to jest naprawdę interesująca płyta. Mogę się mylić. Mi w każdym razie bardzo się podoba więc ją polecam www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=6698386 Odpowiedz Link Zgłoś
pizmak31 BLACKMORE'S NIGHT "Ghost Of A Rose" Vulture 15.07.03, 15:29 Czwarta już studyjna płyta Ritchiego Blackmore?a I jego towarzyszki życia Candice Night nie przynosi jakichś drastycznych zmian repertuarowych ani niespodzianek. Wprawdzie, powiedzmy, że więcej słychać tu gitary niż na poprzednich albumach, ale mając w pamięci rewelacyjny, dynamiczny koncert w Warszawie miesiąc temu, odbieram album jako zbyt zachowawczy. Co nie znaczy, że źle się go słucha... ale po kolei. Album otwierają uwielbiane przez Ryszarda Trudnego (?Richard the Difficult, as he likes to be known? ? Candice podczas koncertu) orientalizmy w ?Way To Mandalay?. Następne kilka utworów to typowe Blackmore?s Night z przerywnikiem na przeróbkę ?Diamonds And Rust? Joan Baez. Moim ulubionym utworem z albumu jest ?Cartouche?, od którego rozpoczął się warszawski występ grupy. Żywiołowy, dynamiczny, w typie ?Fires At Midnight?. Reszta, aż do pieśni tytułowej, również całkiem chwytliwej, raczej się zlewa (Candice słodzi niemiłosiernie i nawet najbardziej wytrwali miłośnicy słodyczy będą musieli nieco przystopować). Wyróżniają się te najszybsze, skoczne utwory (?Loreley?, przeróbka mniej znanego utworu Jethro Tull ?Rainbow Blues?), a te spokojniejsze najzwyczajniej w świecie są do siebie zbyt podobne, żeby miały czymś zachwycać poza oczywiście pięknymi melodiami i starannym wykonaniem. Taki ładny cukierek do puszczania zamiast rąbanki radiowej. Miejscami bardziej, miejscami mniej kiczowate, czasem całkiem niezłe. Trzy z plusem, nie więcej... forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=6962273 Odpowiedz Link Zgłoś
pizmak31 Ian McCulloch "Slideling" Mellodi 22.07.03, 12:38 Idąc śladami Echo & The Bunnymen trafiłam na świeżą solową płytę wokalisty wydaną jak podaje Allmusic szóstego maja 2003. Płyta nieobecna w większości polskich sklepów internetowych (o zwykłych już nie wspominając) a szkoda. W sumie może ktoś gdzieś o niej wspomniał (może w Trójce???) ale raczej ogółowi nieznana co też skłoniło mnie do skrobnięcia paru słów żeby podzielić się dobrą muzyką . Najkrócej można "Slideling" określić jako letnio-jesienną płytę z przewagą klimatów letnich. Lekkie, melodyjne piosenki sprawiają że album idealnie nadaje się na upalne dni. Z drugiej strony jesiennie bo trudno nie postrzegać płyty jako dzieła doświadczonego i zasłużonego muzyka - jak to pięknie napisano w recenzji na stronie www.neilchase.com/CDs/IanMcCulloch.htm : "It is the sound of a natural musician, newly invigorated, with an amazing fresh spring in his step." McCulloch wyraźnie skłania się w kierunku indie i muzyki gitarowej. Natychmiastowe porównania jakie się nasuwają przy słuchaniu tej płyty to Coldplay i U2. Zresztą panowie z Colplaya Chris Martin i Jonny Buckland pojawiają się na tej płycie. Ich obecność nie rzuca się w oczy ale w powietrzu unosi się "coldpleyowy" duch pięknych kompozycji. Wokalnie Ian mieści się gdzieś pomiędzy Bono (z którym poniekąd zawsze można go było porównać) a Chrisem Martinem (dzięki lekkiej chrypce). Jednak żadne z tych porównań nie ma na celu umniejszenia "Slideling", wprost przeciwnie, wydaje mi się że miłośnicy obu zespołów powinni posłuchać i skonfrontować moje refleksje z własnymi wrażeniami. Spokojnie mogą też sięgnąć po "Slideling" wszyscy nie znający twórczości Echo & The Bunnymen .Od płyt nagranych z zespołem jest na pewno mniej zadziorna, weselsza, mniej punkowa a bardziej popowa. Całe szczęście jest to piękny, gitarowy pop dzięki któremu świat wydaje się całkiem przyjemnym miejscem. Wielkie plusy tego albumu to całkowity brak plastiku, naturalne, lekkie i niewymuszone brzmienie, brak dyskoteki, wiele chwytliwych ale nienachalnych melodii, brak nadęcia i ckliwości. Minusem jest może trochę wtórne brzmienie - nic nowatorskiego pan McCulloch nie zaprezentował ale pokazał jak powinna brzmieć muzyka lekka i przyjemna ale nie sztuczna. Z jedenastu piosenek ciężko wyróżnić jedną jedyną - wszystkie podlegają tradycyjnemu schematowi: przyjemne, instrumentalne intro, zwrotka i chwytliwy refren. Jednak na pewno na uwagę zasługuje "Kansas" - tak mogłoby brzmieć U2 na ostatniej płycie gdyby pozbyli się lukru i mesjanistycznego nadęcia. "Slideling" naprawdę warto posłuchać jeżeli szukacie przyjemnych ale inteligentnych brzmień na lato, nienachalnych i zwiewnych melodii i czegoś na poprawienie humoru. W skali pitchforkowej: 7.4 czyli "not brilliant, but nice" a według mnie to nawet "very nice". www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=7045501&a=7045501 Odpowiedz Link Zgłoś
pizmak31 Chris Rea - ' Stony Road ' Ihopeyouwilllikeme 24.07.03, 13:43 A co ? Też chcę !) Ostatnie lata nie były dla Chrisa zbyt udane. Ciężka choroba zmusiła go do poddania się operacji usunięcia trzustki z której, jak mówił, miał tylko pięćdziesiąt procent szans wyjścia z życiem. Wcześniej obiecał podobno fanom, że jeśli przeżyje zamierza nagrać album bluesowy. No i udało się, w związku z czym w ubiegłym roku ukazała się w sklepach spełniona obietnica. Już nad otwierającym płytę " Changing Times " unosi się wspaniały, bluesowy duch. I mimo że akurat ta piosenka jeszcze jest w jakimś stopniu utrzymana w stylu poprzednich albumów, różnice słychać wyraźnie. Kolejny numer, " Easy Rider " to już sam miód !! Na wstępie mamy gitarkę jakby wyjętą z " In My Time Of Dying " Led Zeppelin, a potem... Nigdy jeszcze tak nie śpiewał, nigdy jeszcze tak nie grał !! Solo gitarowe po prostu powala i wwierca w ziemię ) Niesamowity numer, podobnie jak następny, dość podobny kawałek tytułowy. Ale tym razem " podobny " znaczy: podobnie powalający ! No i tekst, można się rozmarzyć... i oczywiście cały czas ten wspaniały, trochę przybrudzony, zadymiony bluesowy klimat... Jako czwarty utwór mamy singiel: " Dancing The Blues Away ". Nie wiem czy był nagrany na żywo, wątpię, ale jest zrobiony tak, by sprawiał takie wrażenie. W sumie kawałek dość konwencjonalny, z tym że nie na Chrisową normę... to z pewnością jest coś nowego jeśli chodzi o jego twórczość. No i potańczyć można... " Burning Feet " wraca nastrojem do dwóch poprzednich utworów. Wolny, rytmiczny, ale żadna z tego ballada, szept Chrisa kreuje świetny, mroczny nastrój... blues, blues... " Mississipi " część druga ( część pierwszą można znaleźć na singlach z albumu " King Of The Beach " ) jest już szybszy, wyraźnie taneczny, takie bardziej country, wchodzi doskonale, tak na odmianę. Jeśli chodzi o dalszą część płyty, takie kawałki jak " Slow Dance " ( cholera, blues, ale taki z lat 40 ), " Heading For The City ", " So Lonely " ( chyba najbardziej podkreślający sielankowy klimat albumu, jego tekst składa się jedynie z... tytułu ) i " The Hustler " utrzymane są w podobnym nastroju. Zajmę się więc wyjątkami: - " When The Good Lord Talk To Jesus " - przepiękna ballada ( wreszcie! ), nie odważyłbym się napisać że w starym stylu, ale jak na blues za mało tu chyba feelingu... Niemniej nie jest to zarzut, utwór wchodzi doskonale, piękna melodia, piękny tekst, bardzo oszczędna aranżacja, czego chcieć więcej ? - " Someday My Peace Will Come " i " Give That Girl A Diamond " - te już odstają zdecydowanie. Bez eksperymentów, styl do jakiego artysta zdążył już przyzwyczaić fanów przez te prawie 30 lat ( cholera, ależ ten czas leci :- )). Szczególnie drugi z tych utworów ( zresztą singiel ) brzmi jak wyjęty z " On The Beach "... I to też nie jest zarzut, w końcu Chrisa kochamy za to że jest Chrisem, nie ? Ogólnie - dla każdego fana Rei pozycja oczywiście obowiązkowa. Fanom bluesa jednak raczej bym odradzał - mogą się naciąć. Chociaż posłuchać naprawdę warto ( to do wszystkich ). Dla mnie jedna z płyt 2002 roku. www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=7088880&a=7088880&v=2&strona=0 Odpowiedz Link Zgłoś
pizmak31 Steve Hackett ?To Watch The Storms? Vulture 24.07.03, 15:44 Steve Hackett ?To Watch The Storms? 2003 1. Strutton Ground 2. Circus of Becoming 3. The Devil Is An Englishman 4. Frozen Statues 5. Mechanical Bride 6. Wind, Sand and Stars 7. Brand New 8. This World 9. Rebecca 10. The Silk Road 11. Come Away 12. The Moon Under Water 13. Serpentine Song Najłatwiej byłoby napisać: to piękna płyta. I tak zostawić, bo to się z prawdą nie mija. Ale, ponieważ nie jest to jedyne, co można o albumie Steve?a Hacketta powiedzieć, postaram się trochę ogólnie, a troszkę ? jak Ewa Bem esemesy literka po literce ? tak ja album Steve?a Hacketta utwór po utworze, przybliżyć i zachęcić do jego wysłuchania. Płyta jest przede wszystkim bardzo stonowana, miejscami podniosła... w zasadzie typowa dla ostatnich poczynań Hacketta. Trzy żwawsze, ale przepełnione pewnym niepokojem kompozycje, reszta to utwory mniej lub bardziej wolne. Album jednak nie nuży, ponieważ kompozycje są zróżnicowane, a ich układ również nie pozwala się nudzić. Płytę rozpoczyna ?Strutton Ground?, akustyczna miniaturka, w zasadzie nie zapowiadająca reszty albumu. Niewielkie ilości elektroniki, dyskretnie zepchnięte w kąt, nie przeszkadzają. Za to niespodzianką jest już ?Circus Of Becoming?z iście cyrkową, nieco wodewilową melodyjką, niespodziewanie przechodzącą na moment we wspaniałe solo gitarowe, bardzo dla Hacketta typowe. Zdecydowanie żwawiej robi się w mocno już elektronicznym ?The Devil Is An Englishman?. Pulsujący syntezator, na nim szalone jazdy po gryfie gitary i recytacja Hacketta... nie sposób się podczas słuchania płyty ustrzec od porównań, z Genesis starym (co nie dziwne, w końcu Hackett był jego częścią), ale i miejscami z nowym; takie ?The Devil Is An Englishman? pasuje klimatycznie do ostatniej płyty grupy... ?Frozen Statues? ma iście ?lodowaty? klimat... wystarczy zamknąć oczy i do oszczędnych dźwięków fortepianu i gitary, gdzieniegdzie udekorowanych saksofonem, i wszystko zastyga, zamiera... aż do dźwięków ?Mechanical Birds?, które przeniesione są żywcem z dwóch pierwszych płyt King Crimson (?21st Century Schizoid Man? i ?Pictures Of The City?). Śpiew jest łagodny, ale konstrukcja tego utworu to mniej lub bardziej zamierzona inspiracja Karmazynowym Królem... Biorąc pod uwagę wykonywanie podczas trasy z Wettonem i McDonaldem wielu ?karmazynowych? utworów, podobieństwo jest chyba nieprzypadkowe, choć w zasadzie to nie podobieństwo, a kalka... ?Wind, Sand And Stars? przynosi chwilę uspokojenia. Pastelowe dźwięki gitary akustycznej, takie jak na albumie ?Bay Of Kings? sprzed lat... potem robi się orkiestrowo... i wraca gitara akustyczna, ale to już inny utwór, ?Brand New?, wybrane na singla. Bardzo mi się kojarzy z kawałkiem ?You Are The One? z albumu ?The Single Factor?. Wolne, nastrojowe zwrotki, szybki i dynamiczny refren z wielogłosową partią wokalną. Pod koniec trochę się w piosence (bo to taka piosenka jest) miesza, Hackett najwyraźniej zrobił wszystko, żeby radio tego nie zagrało. Po prostu potem jest solo gitarowe, wstawki różnych instrumentów, zmiany tempa itp. Ale dość tego, dźwięki gitary i płynące w tle subtelne klawisze rozpoczynają dość typową balladę ?This World?, która w miarę upływu czasu narasta, robi się coraz bardziej dostojna, gitara akustyczna ustępuje miejsca elektrycznej, pojawiają się chórki, klawisze grają jak organy kościelne... ?Rebecca? zaśpiewana jest znów kilkoma głosami, przepuszczonymi przez vocoder (ale bez tandeciarskiego efektu), ?The Silk Road? proponuje jeszcze większe udziwnienia partii wokalnych na tle dynamicznej perkusji, kojarzącej się bardziej z Afryką niż Wielką Brytanią. Najmniej ciekawym, ale na szczęście krótkim kawałkiem, jest ?Come Away?, które nie wiadomo, czym chce być: muzyką dawną, walczykiem, czy kolejnym kawałkiem ze ?sprasowanymi? wokalami. I próbuje być wszystkim, co niekoniecznie wychodzi. Jeszcze tylko króciutka miniaturka akustyczna ?The Moon Under Water? i Steve Hackett żegna nas dźwiękami ?Serpentine Song?, siedmiominutową kompozycją, nawiązującą (a jakże) do stylistyki lat siedemdziesiątych. Wolne tempo, fleciki z syntezatora, podniosłe partie wokalne, orkiestrowe dźwięki, no i ta gitara... Płyty słucha się znakomicie, mam jednak dwa poważne, moim zdaniem, zarzuty, które też tu umieszczę. Zarzut pierwszy: album nie wnosi nic nowego do wizerunku Hacketta i przy kolejnych utworach przede wszystkim koncentrowałem się na tym, skąd kompozytor co sobie ?pożyczył?. Zarzut drugi: płyta wyszła, oczywiście, w kilku wersjach, a więc podstawowa wersja ma 13 utworów, ale już jakaś tam japońska ma 17 itp. Bardzo mnie to irytuje. Mimo wszystko tym, którzy szukają piękna i uspokojenia, oderwania się od rzeczywistości, najnowszy album Steve?a Hacketta gorąco polecam. www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=7120998 Odpowiedz Link Zgłoś
pizmak31 SHAZZA Jestem sobą Vulture 25.07.03, 12:46 Powiedzmy sobie to wprost: nie jest to album łatwy w odbiorze. Ta muzyka jest trudna dla każdego, kto do tej pory widział w Shazzie tylko tandetną gwiadkę, wyśpiewującą banalne teksty na tle łupanego podkładu. Ale tak już nie jest. ?Jestem sobą? to niedocenione świadectwo rozwoju artystycznego naszej ? nie bójmy się tego powiedzieć ? diwy, na którym każdy utwór stanowi klasę dla samego siebie, a wszystkie zamykają się razem jako jedna, doskonała całość. Już tytułowa kompozycja, ?Jestem sobą?, wprowadza nas do świata Shazzy. Interesujący tekst, dość odważny i egzystencjalny, ozdobiony jest tu ciekawymi pasażami klawiszowymi i równie interesującą grą perkusji. Fragment, w którym artystka wyszeptuje to, co kryje się w zakamarkach jej duszy, u każdego wywoła dreszcze. Następny utwór, ?Złota gorączka?, to niespotykany do tej pory mariaż rytmów orkiestrowych i kabaretowych ? Shazza musiała się wykazać nie lada odwagą, żeby zaśpiewać do takiego podkładu bardzo osobisty tekst o swych przeżyciach wewnętrznych. ?Jesteś jak nieznany ląd? to niesamowite nakładki wokalne, wywołujące wręcz hipnotyczną, transową atmosferę. Odkrywamy tu na nowo eksperymentalne rozwiązania aranżacyjne, które znakomicie się sprawdzają w tym repertuarze. ?Zośka? z repertuaru Piersi, to już postmodernistyczne podejście do sztuki ? kawałek ten w opracowaniu Shazzy zyskał nowy wymiar. Wspaniałe wielogłosowe partie wokalne spotykamy także w ?Mojej corridzie? ? wzruszający tekst o walce, jaką człowiek toczy z drugim człowiekiem, rzuca na kolana. ?Kiedy boję się spać?, to natomiast liryczne zwierzenie dojrzałej kobiety, która chce podzielić się ze słuchaczem swymi refleksjami dotyczącymi życia. Fanfarowe brzmienia a la Emerson Lake & Palmer słyszymy w ?Nie mogę się doczekać? ? solo gitarowe może nie jest na miarę Eddiego Van Halena, ale chodzi tu bardziej o wytworzenie szczególnego klimatu, a nie o pustą wirtuozerię. ?Czego ty żądasz? to gorzkie, ale i bardzo refleksyjne porachunki z samą sobą, ozdobione wspaniałymi popisami na syntezatorze, których sam Jon Lord by się nie powstydził. ?Zatańcz ze mną? (przeróbka ?Yes Sir, I Can Boogie? duetu Baccara) to dramatyczne wyznanie miłości, charakterystyczne dla piosenki aktorskiej, z którego Shazza wyszła, oczywiście, zwycięską ręką. ?Tak nieprawdziwa? to swoisty eksperyment dźwiękowy, podczas którego wszystkie instrumenty wchodzą po kolei, następnie dłuższą chwilę grają unisono, a Shazza swym przyciągającym jak magnes głosem opowiada nam tajemniczą historię o dziwnym spotkaniu z jakimś wielbicielem... Płytę zamyka, wspaniale dobrany jako koda, utwór ?Lawina?, który zawiera elementy znane już z innych kompozycji tej płyty, ale wcale nie jest gorszy. Podsumowuje wspaniale to, co najlepsze w kawałkach Shazzy, czad połączony z niewiarygodną wręcz głębią. Uważam, że ta płyta niezasłużenie została zignorowana przez słuchaczy, gdyż można śmiało postawić ją na półce obok dokonań Kate Bush czy Tori Amos. Miejmy nadzieję, że to nie ostatnia płyta Shazzy i że artystka wkrótce przerwie milczenie. www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=78&w=7060817 Odpowiedz Link Zgłoś
hawkshaw Re: FORUMOWA BIBLIOTEKA 26.07.03, 03:42 Cos mi się zdaje, że dawno temu zgłaszałem się do pisania recenzji. Tak więc moja pierwsza: Kirsty Hawkshaw "O.U.T." WEA 2000 1. Leafy lane 2. Chapter 8 3. Sci-clone 4. River 5. Disaffected 6. One moment 7. On ultimate things 8. Mercury 9. Smile 10. For you 11. Bigger picture 12. Orange 13. Watch the days Pierwszy raz usłyszałem o tej pani około roku 1992, kiedy udzielała się wokalnie w zespole Opus III. Największym "przebojem" z tego okresu było It's a fine day z płyty "Mind fruit". Moja uwagę przyciągnął delikatny, kobiecy wokal pojawiający sie w prawie każdej piosence na dwóch płytach Opus III, wspomnianej "Mind fruit" i "Guru mother". Juz wtedy pni Hawkshaw dostała się do kanonu moich ulubionych wokalistek. Przez następne kilka lat Kirsty udzielała się na płytach m.in. Orbital i Delerium. Jednak cały czas czekałem na jej album solo, gdzie nie musiałaby spiewac nie swoich piosenek. Wtedy ukazało się "O.U.T". Na tym albumie Kirsty pokazuje swoje odmienne, w stosunku do jej wcześniejszych nagrań, oblicze. Juz pierwszy utwór, Leafy lane, pokazuje zupełnie inną Kirsty. W porównaniu z wczesniejszymi dokonaniami jej głos brzmi jakby delikatniej, bardziej kobieco. Jak dla mnie jest to jeden z ciekawczych utworów z albumu. Jednak moją ulubiona piosenką jest "Chapter 8". Wokal Kirsty przechodzi z delikatnego w coraz bardziej emocjonalny. Poza tym wsłuchując się w tekst mozna wyczuc, że mówi o czymś znacznie głębszym niż to wynika ze słów. Pewnym zaskoczeniem jest utwór "Sci-clone". Na całej płycie śpiew Kirsty zdaje się być lekkimi zwiewnym. Jednak w "Sci-clone" całkowicie rezygnuje z tego typu śpiewu. Momentami wykrzykuje słowa w rytm dziwnej, industrialnej muzyki. Podsumowując, jak dla mnie jest to jeden z najciekawszych albumów ostatnich lat. Kirsty czerpie z doświadczeń nabytych w licznych kolaboracjach, m.in. Delerium, Silent Poets czy DJ Tiesto zachowując jednak swój wypracowany styl śpiewania. Na pewno moge polecić ten album osobom lubiącym doskonały kobiecy wokal w połączeniu z delikatną, relaksująca muzyką. Odpowiedz Link Zgłoś
pizmak31 Killing Joke Teddy4 29.07.03, 17:20 RECENZJA NOWEJ PŁYTY KILLING JOKE Specjalnie nie napisałem w tytule wątku o jaki zespół chodzi. Być może zajrzy tu ktoś zupełnie przypadkiem, licząc że będzie to np. o zespole Negatyw. Ale jak już zajrzy to może pod wpływem tych paru zdań sięgnie kiedyś po cokolwiek z bogatej dyskografii Killing Joke i odjedzie na ich punkcie tak jak odjechałem po tym, gdy dawno temu usłyszałem ich pierwszą płytę. Szczerze mówiąc, byłem pewien obaw czy po siedmiu latach przerwy Jaz Coleman, Geordie i Youth mają w ogóle ochotę się spotkać i stworzyć nowe kawałki. Wiadomość o reaktywowaniu zespołu i nowej płycie, nagrywanej z perkusistą Nirvany ? Dave?m Grohlem postawiła mnie na równe nogi. Nawiasem mówiąc, z Nirvaną Killing Joke długo procesowali się o kawałek ?Come As You Are? będący wolniej zagranym ?Eighties? z płyty ?Nightime?KJ. Odpalam więc płytę. Pierwszy utwór ?Death and Resurection Show? ? od razu słychać, że to gitara Geordie?go. Potężne basowe brzmienie, piękne akordy w tle, zero solówek. Youth także gra oszczędnie na basie . Miłą niespodzianką jest nadspodziewanie dobra gra Grohla. Na korzyść wyszła też KJ zmiana producenta ? Andy Gill całkowicie inaczej poustawiał plany dźwiękowe. Bębny brzmią miejscami garażowo, ale to tym lepiej dla tej muzyki. Z lekkim niepokojem patrzę na teksty, gdyż nie zawsze były one najmocniejszą stroną Jaza Colemana. Na najnowszej płycie nie ma takich perełek jak na ?Democracy?, ale parę fraz robi jednak wrażenie. Gdzieniegdzie Jaz pozwala sobie na wycieczki osobiste, np. w kawałku ?Blood On Your Hands?, gdzie nawiązuje do tego jak Wełtawa zalała mu mieszkanie na Kampie w Pradze. I od razu znajduje winnego ? oczywiście amerykańskie korporacje. Niemniej pomimo pisania, jak na mój gust, zbyt wprost ? Jaz śpiewa o tym o czym chce śpiewać i o tym co go najbardziej wkurwia. Skłamałbym pisząc, że wszystkie kawałki na tej płycie są świetne. Ostatnie dwa są zdecydowanie nieporozumieniem. ?Dark Forces? nieznośnie pompatyczny, a ?The house that pain built? niebezpiecznie przypomina kapele zrzynające z Killing Joke jakieś 12 lat temu. Co jeszcze? Głos Jaza nie stracił swojej siły ani trochę. W tej muzyce nadal jest MOC. I to nie taka rodem z RMF-u. Odpowiedz Link Zgłoś
loveletter DOWN - Sugar 02.08.03, 14:08 Dyskusja na temat tego tekstu w: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=6823188&a=6823188 ====================================================================== Kiedyś dawno temu, rozmyślając na temat przyszłości muzyki metalowej, zdominowanej obecnie przez schematyczne i wtórne riffy nu-metalowe, przyszedł mi do głowy następujący pomysł: co by było, gdyby połączyć ciężkie metalowe brzmienia, przesterowane gitary, dudniący bas i "mieszaną" perkusję, ze stylistyką, melancholią i smutkiem najprostszego, tradycyjnego, klubowego bluesa? Analizując tą rewolucyjna ideę i zestawiając w głowie wstępne zyski płynące ze sprzedaży mojego debiutanckiego, platynowego albumu, nie wiedziałem jeszcze (biedny miś), iż taka muzyka jest już od dawna grana i ma rzesze swoich wiernych fanów. A twórcą tego nowatorskiego brzmienia jest legendarny zespół... DOWN. Wszystko zaczęło się w 1993 roku, gdy pochodzący z Nowego Orleanu zespół Crowbar, nagrywał swoją drugą płytę. Do współpracy zaproszono Phila Anselmo, wokalistę zespołu Pantera (świętującego właśnie sukcesy platynowego albumu "Vulgar display of power"), który objął funkcję współproducenta. Efektem tej współpracy była niezwykle ciężka płyta, oparta na potężnych, wgniatających w fotel riffach, okraszonych gardłowym zawodzeniem wokalisty/gitarzysty Kurta Windstein`a. Muzyka zespołu szybko zyskała miano "slow-motion" metalu, które w pełni charakteryzowało oryginalny styl Crowbar. Współpraca kapeli z Philem wkrótce przerodziła się w przyjaźń, czego efektem było powstanie projektu muzycznego pod nazwą Down. Down formalnie utworzyli: Anselmo, gitarzysta Corrosion of Conformity Pepper Keenan, olbrzymi basista Crowbar Todd Strange, oraz jego kolega z macierzystego zespołu Jimmy Bower. W próbach uczestniczył również Windstein, który stał się współautorem kilku utworów, ale ostatecznie nie został pełnoprawnym członkiem kapeli. W 1995 roku światło dzienne ujrzał debiutancki krążek Down pt. "NOLA". Tytuł płyty manifestował pochodzenie członków grupy (Nowy Orlean - Los Angeles). Jednakże to nie tytuł stał sie powodem ogólnego zainteresowania płytą, lecz jej zawartość. Podczas gdy mając w pamięci niedawno wydany, trzeci(sic!) album Pantery "Far beyond driven", oraz dotychczasowe muzyczne dokonania reszty zespołu, wszyscy fani metalu oczekiwali niezwykle ostrego i ekstremalnego materiału, "NOLA" zaskoczyła wszystkich świeżością i nowatorstwem... "NOLA" to niezwykłe połączenie tradycyjnego, południowego rocka i bluesa, z ciężkim metalowym brzmieniem. Płyta jest przesiąknięta melancholią i dystansem do otaczającej rzeczywistości. Nastrój skutecznie budowany jest przez wszechobecne tzw. sabbathowe riffy. Jednakże nie jest to nastrój posępny czy depresyjny. Anselmo czerpiąc pełnymi garściami z tradycji południowo-amerykańskich bluesmenów, swoje doznania i często negatywne emocje przedstawia w nietypowych dla siebie słowach. Nie ma tu jeszcze samobójczych wyznań, czy pełnych wściekłości wybuchów gniewu i frustracji, które zdominują kolejną płytę Pantery - "The great southern trendkill". "NOLA" to jak napisałem powyżej przede wszystkim melancholia i refleksje nad przebytymi dotychczas, często zawiłymi ścieżkami życia. Konkluzja? Nie jest łatwo żyć, ale trzeba chociaż próbować... Kolejnym zaskoczeniem dla fanów Phila, był fakt iż Anselmo zamiast wrzeszczeć/krzyczeć/charczeć... śpiewa. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to najlepiej zaśpiewana płyta Anselmo. Po olbrzymim sukcesie, związanym z wydaniem debiutanckiej płyty, Down wyruszył na spektakularne tour, po czym... zawiesił działalność. Panowie bez słowa rozeszli się do swoich macierzystych zespołów, ewntualnie pozakładali mnóstwo innych, mniej lub bardziej istotnych projektów. W międzyczasie Down zyskał miano grupy kultowej... Ostatecznie, w 2001 roku Phil, Pepper i Jimmy spotkali się ponownie, aby rozpocząć pracę nad nowym materiałem. Na miejsce Todda Strange`a, który zakończył działalność muzyczną, przyszedł basista Pantery Rex Brown. Ponadto, do składu oficjalnie dołączył Kirk Windstein. Owocem tej współpracy był wydany rok później "Down II". Obecnie Down wyruszył w kolejną trasę koncertową. Niestety tylko po Stanach... UWAGI KOŃCOWE: ~~~~~~~~~~~~~~ Wszystkim chętnym do zapoznania się z twórczością grupy polecam następujące utwory: "Stone the crow", "Swan song", bluesowe "Eyes of the South" i "Underneath everything", oraz klimatyczny (balladowy?) "Jail", któremu chciałbym poświęcić chwilę uwagi... Otóż szepty i zawodzenia artykułowane przez Phila w tym utworze, w pewnym momencie ulegają charakterystycznemu zniekształceniu. Efekt ten został powtórzony w utworze "Floods" z płyty "The great southern trendkill". Moim skromnym zdaniem efekt ten powstał po podłączeniu mikrofonu pod gitarowy efekt "wah-wah" (zwany po polsku "kaczką"), ale... mogę się mylić. Nie próbowałem Odpowiedz Link Zgłoś
ilhan EELS "Shootenanny!" - Abranova 09.08.03, 02:15 Pozwalam sobie wkleić recenzję koleżanki Abry, bo nudzi mi się i zapragnąłem wspomóc autora cyklu w jego wysiłkach Więc... Jakiś rok temu czy więcej obiecałam napisać recenzję płyty Eels Souljacker. Jednak jakoś zgubiłam kolejkę, trochę motywacji brakło, tymczasem zespół bardzo się pospieszył z wydaniem kolejnego albumu i oto możemy kupić nowy album Shootenanny!, o którym postaram się napisać. Wiecie czego najbardziej nie lubię w recenzjach płyt wykonawców, którzy mają na koncie więcej niż jeden album? Kiedy zaczyna się ona od słów: "Zespół X powstał w tym a tym roku, w tym a tym miejscu a utworzyli go A, B i C, pierwszy album zatytułowany tak i tak wydali w tym i tym roku po czym odnieśli/nie odnieśli sukces sprzedając tyle a tyle egzemplarzy..."– popularne gazety i serwisy internetowe w tym celują. A jednak sama muszę zrobić coś podobnego aby przybliżyć niezorientowanym, cóż to za zespół Eels. Lider i założyciel zespołu Mark Olivier Everett, o krótkim pseudonimie E co prawda nie urodził się w patologicznej rodzinie ani nie mieszkał w amerykańskich slumsach, jednak młodość miał nieciekawą. Był sprawiającym kłopoty wychowawcze nastolatkiem, pozbawionym szczególnej urody, postury i pięknego głosu. Wykazywał jednak wielką pasję w tworzeniu muzyki, która doprowadziła go do Los Angeles, gdzie nagrał swoje dwa solowe albumy. Jego kariera muzyczna tak naprawdę ruszyła do przodu w 1995 r., kiedy wraz z perkusistą Butchem i gitarzystą Tommym Waltersem założył zespół Eels i wydał album "Beautiful Freak". To niezwykle oryginalna, do dziś brzmiąca świeżo płyta, promowana była singlem Novocain For The Soul - z pewnością słyszeliście ten utwór lub widzieliście teledysk. Mr. E przelał na nią chyba wszystkie swoje doświadczenia związane z byciem odmieńcem, osobą spoza towarzystwa, dziwakiem. Stąd piosenki takie jak tytułowy Beautiful Freak, My Beleved Monster (pare lat temu znalazł się OST do "Shrecka"), Your Lucky Day In Hell, Guest List. Trudno określić mi styl muzyczny, jaki prezentuje ten album, bo nazwa pop wielu z Was by odstraszyła. Ja użyłabym określenia elektroniczny rock. Najbardziej charakterystyczną cechą tej muzyki są genialne linie perkusyjne, rytmiczne i wpadające w ucho, choć zdarzają się ballady z akustyczną gitarą i pianinem, wszystko urozmaicają dziwne zsamplowane dźwięki, chóry itp. No dobra, wydało się. Tak naprawdę chciałam napisać głównie o samym zespole, słowo recenzja w tytule miało tylko podstępnie zwabić do otwarcia wątku Niektórzy muzycy wzbraniają się, jeżeli ktoś próbuje zbytnio łączyć ich twórczość z ich życiorysem. W przypadku Marka Everetta nie da się jednak zrobić inaczej. Jego doświadczenia rodzinne przypominają telewwizyjny dramat. Kiedy miał 19 lat, znalazł w domu martwego ojca, jego jedyna siostra popełniła samobójstwo a matka zachorowała na raka i zmarła wkrótce po wydaniu drugiego albumu Eels. Nie powinno więc dziwić, że "Electro- Shock Blues" odbiera się jako jedną z najsmutniejszych i najbardziej przejmujących płyt w historii. Spójrzmy na tytuły utworów: Elisabeth On The Bathroom’s Floor, Going To Your Funeral, Cancer For The Cure, Hospital Food, Dead Of Winter. To jednak nie skłonności do turpizmu czy czarny humor, ale sposób, w jaki E starał się poradzić z osobistymi tragediami. "Life is funny, but not ha ha funny" – konstatuje Mark Everett w 3 Speed. Ostateczny wydźwięk albumu jest krzepiący: w PS You Rock My World E śpiewa: "Everyone is dying and maybe it’s time to live..." Teledysk do utworu Last Stop: This Town ze śpiewającą marchewką o twarzy E też jest całkiem pogodny. Zagraniczni recenzenci w pewnym momencie zaczęli porównywać tmuzykę Eels do twórczości Becka. Czym zatem różnią się ci wykonawcy? Jak dla mnie tym, że za Beckiem nigdy nie przepadałam a za Eels wręcz odwrotnie. A tak poważnie to faktycznie podobny jest wokal obu panów, czyli matowy, lekko zachrypnięty kiepski głos. Jednak styl Becka jest o wiele bardziej elektroniczny i udziwniony, Eels są bardziej minimalistyczni. Trzeci album zespołu jest moim zdaniem najsłabszy muzycznie, pomimo że w jego nagrywaniu pomagał gitarzysta R.E.M. Peter Buck. Jednak "Daisies Of The Galaxy" troszkę za mocno romansuje z folkiem i country. W sferze tekstowej E przyjął tym razem bardziej ogólnoludzki punkt widzenia. Opowiada o świecie dookoła niego, o brzydocie miasta w deszczu, śmieciarkach i nieszczęśliwych ludziach. Jeżeli funkcją sztuki jest zwracanie uwagi na ważne sprawy, budzenie wrażliwości, zmiana naszej perspektywy widzenia świata, to Mark Everett jest artystą. Zanim uznacie zespół Eels za najsmutniejszy zespół świata, zwroćcie uwagę na wydany w 2001 r, "Souljacker". Przynosi dosyć znaczące zmiany w stylistyce Eels. Już pierwszy singiel, Souljacker part 1 zaskoczył mnie nie tylko ostrym rockowym brzmieniem ale i teledyskiem, w którym brodaty E ucharakteryzowany na Unabombera gra z zespołem za kratami w więzieniu pełnym napalonych kobiet Co ciekawe, wydaje się, ze w duszy lidera zespołu wreszcie osstrożnie zaświeciło słońce. We Fresh Feeling mamy impresję: Birds singing a song/ old paint is peeling/ this is that fresh /that fresh feeling. A w innym utworze jedno z najbardziej nietypowych wyznań uczuć: In this world of shit/ baby you are it/ a little light that shines all over/ Must take over and see us throught the night (World Of Shit)– na mnie to działa, coś w klimacie prozy Kurta Venneguta! Dotarliśmy do najnowszego albumu Eels pt. "Shootenanny!" a ja mam z nim problem. Bo nie potrafię zgrabnie połaczyć tej płyty ze stworzoną właśnie przeze mnie ideologią rozwoju muzyki zespołu. E ostatnio jakby pogodził się ze światem ale wcale nie zaczął pisać samych radosnych utworów. Na "Shootenanny!" sporo jest goryczy człowieka dojrzałego. Już za pierwszym przesłuchaniem wręcz wstrząsnął mną utwór Agony, którego mocny tekst (nie zacytuję, sami sprawdźcie) podkreślony jest przesterowaną gitarą. Muzycznie jest różnie, rockowy początek All in Days Work, ironiczne chyba trochę Love of the Loveless, swojskie eelsowe Hard Rock Times i rewelacyjny, oparty na rytmicznych gitarach Lone Wolf, który chodzi za mną od wczoraj. Tą płytkę muszę jeszcze przegryźć. Przepraszam za zajęcie tyle miejsca i czasu ) PS. Najlepsza pora na słuchanie Eels to najwcześniej 12-1 w nocy, albo w ciemny, deszczowy przygnebiający dzień Odpowiedz Link Zgłoś
loveletter 801 - pixie 30.08.03, 17:55 Dyskusja na temat tej recenzji w wątku: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=7710906 ============================================================ 801 to zespół jednej płyty (taka jednostka chorobowa ? skok w bok gitarzysty Phila Manzanery (Roxy Music) z towarzyszeniem byłego kolegi z zespołu, Briana Eno, i paru innych muzyków. W 1976 roku zagrali trzy koncerty, a materiał z ostatniego z nich, który odbył się w Queen Elizabeth Hall w Londynie znalazł się na płycie ?801 Live?. Nie jest niespodzianką, że brzmienie muzyki często przypomina wczesne Roxy Music. Manzanera gra oszczędnie i precyzyjnie, wkład Eno współtworzą nastrojowe klawisze, energetyczny wokal oraz dziwaczne teksty, bardzo solidną i silną sekcję rytmiczną reprezentują Simon Phillips (perkusja) i Bill MacCormick (bas). Grupę uzupełnia Francis Monkman (założyciel Curved Air) i Lloyd Watson. Zespół po raz pierwszy gra na żywo utwory z solowych płyt Manzanery, Eno oraz Quiet Sun, formacji Manzanery poprzedzającej Roxy Music. Na wstępie przyjemne ciarki na plecach (?Lagrima?), potem płynnie wchodzi ?T.N.K.?, czyli cover ?Tomorrow Never Knows? the Beatles ? szacunek za odtworzenie ?na żywo? oryginalnych eksperymentów brzmieniowych i za atmosferę, utwór w wykonaniu 801 nic nie traci, a chyba nawet zyskuje. Brawa i ?East of Asteroid? ? popis dynamicznych improwizacji, z kapitalnym motywem gitary na początku. Bardzo dobry kawałek, jeden z najlepszych na płycie. Następnie pojawia się ?Rongwrong? - delikatna gitara i śpiew, utwór w stylu Roxy Music, co uznaję za komplement, bo jest po prostu bardzo ładny. Krzyki elektronicznych ptaków i egzotyczne bębny ? nadchodzi ?Sombre Reptiles?, instrumentalny popis Eno. Przerwa dla nabrania tchu i ?Baby's on Fire?, nieomal punkowy, zaśpiewany w manierze Briana Ferry. Manzanera wyżywa się na rzężącej gitarze. Publiczność szaleje. Znowu wolniejszy kawałek - ?Diamond Head? i atmosferyczne, przestrzenne brzmienie gitary. Pole do popisu dla Manzanery. Brawa. Podziękowanie. ?Miss Shapiro? to porządny rockowy numer z zabawnie wyskandowanymi absurdalnymi zwrotkami. I ni stąd, ni zowąd ?You Really Got Me? the Kinks. Bardziej melodyjny i harmonijny śpiew niż w oryginale, ale rock hard, naprawdę. Burzliwe oklaski, wyciszenie. A potem powitanie ostatniego utworu na płycie - ?Third Uncle?. Mocny bas i wysokie tony organów na wstępie, szybki, nerwowy rytm, monotonnie wyrzucany tekst. Wzbudza niepokój i z tym pozostawia. Koniec. Przy kolejnych przesłuchaniach płyta zyskuje, można się rozsmakować w tej żywiołowej, złożonej i oryginalnej muzyce. Polecam. Więcej informacji na stronie: www.manzanera.com/ Odpowiedz Link Zgłoś
vulture DEEP PURPLE "Bananas" - Vulture 24.09.03, 20:29 Zgodnie z ustną sugestią koleżanki Piżmak31 pozwalam sobie powklejać pętające się samotnie po Forum Muzyka recenzje. Niestety, nie pamiętam wszystkich, więc niech autorzy, których recenzji nie wkleiłem, znajdą je i wkleją sami. Pozdrawiam. ..................................................................... Dyskusja na temat płyty tutaj: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? f=78&w=7479642&a=8069629 Będzie powieść… 1. House of Pain 2. Sun Goes Down 3. Haunted 4. Razzle Dazzle 5. Silver Tongue 6. Walk On 7. Pictures of Innocence 8. I've Got Your Number 9. Never A Word 10. Bananas 11. Doing It Tonight 12. Contact Lost Trudno mi się zdobyć na obiektywną recenzję płyty, na którą czekałem pięć lat. Mając świadomość, że nie będzie to płyta wybitna. No i nie jest. Lepsza od „Abandon” (o co nietrudno), ale gorsza na pewno od „Purpendicular”. Zespół w nowym składzie (klawisze: Don Airey, eks-Rainbow między innymi) zaprezentował nienową, niemodną i czasem nawet przyzwoitą muzykę. Moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu singla „Haunted” było dość potworne: Joe Cocker- jakieś murzyńskie żeńskie chórki (Budka Suflera jeszcze szczęśliwie to nie jest), brzmienie Deep Purple stłamszone. Potem się do tego przyzwyczaiłem, ale faktycznie, za pierwszym razem przeżyłem spory szok. Myślałem, że będzie coś w typie „Sometimes I Feel Like Screaming”, ale niestety. A teraz o początku: płyty Deep Purple zawsze otwierały utwory dynamiczne i tak jest i tym razem: „House Of Pain” rozpoczyna całkiem fajny riff, wrzask Gillana i utwór sobie „jedzie”. Słychać wszystkie instrumenty, Don Airey radzi sobie świetnie, reszta grupy także. W zasadzie gra jak Lord, ale to chyba dobrze że się nie starał kombinować za bardzo. Wystarczy, że po swojemu gra Steve Morse (w sumie trudno żeby grał inaczej, ale nie zawsze mi się jego gra w DP podobała). Drugi utwór w sumie też jest niby hardrockowy, ale średnie tempo i niezbyt przemyślana strona muzyczna (czytaj: kompozytorzy się nie postarali) powodują, że nie będę do niego na razie często wracał, mimo wspaniałego sola klawiszowego. Później jest wspomniana „Haunted”, a potem „Razzle Dazzle” – kawałek dość niemrawy, coś jakby połączenie boogie z hard rockiem (ZZ Top) – mam wrażenie że jeśli ktoś, kto nie zna zbyt dobrze dokonań grupy, zacznie znajomość z nią od tej właśnie płyty, to albo nie dosłucha do końca, albo poważnie się zniechęci. „Silver Tongue” to kalka „Ted The Mechanic” z płyty „Purpendicular” lub „Almost Human” i „Any Fule Kno That” z płyty „Abandon”. Niektóre fragmenty są wręcz skopiowane. I wrzaski Gillana schowane gdzieś z tyłu, za ścianą instrumentów. Cóż. Niby-bluesowa ballada „Walk On” może się nawet bardzo podobać... ale mam jakieś absurdalne skojarzenie z pieśnią „Fortuneteller” (którą, nawiasem mówiąc, dość lubię), nie wiedzieć czemu. Ale dobra, „Walk On” się fajnie słucha, wchodzi w ucho, ciekawe czy zagrają to na żywo. Niezłe jest nawet „Picture Of Innocence”, mimo że melodia jest nierówna – obok świetnych fragmentów są lekko nudnawe. I kolejne brawa dla Dona Airey. W „I’ve Got Your Number” Airey przemycił nieco dziwnych brzmień syntezatora, ale na szczęście przykrył je Hammondem, więc nie rzuca się to tak w oczy (w uszy właściwie) – sam kawałek mi się podoba. Rewelacyjne jest „Never A Word”, w klimacie The Byrds czy czegoś z lat sześćdziesiątych. Głos Gillana pojawia się tu dopiero pod koniec utworu, który jest jednym z moich ulubionych na całej płycie. Świetne! Tytułowy kawałek to szybki, rockowy utwór ze znów świetnymi organami, harmonijką i niezłą melodią. Gdy już pod koniec płyty zrobiło się dobrze, nadchodzi „Doing It Tonight” i emocje opadają. Niby-funkowe, niby-latynoskie rytmy, zupełnie niepotrzebna ciekawostka, bardziej pasująca na solowe płyty Gillana, ale Don Airey spisuje się tu wspaniale. „Contact Lost” miniaturka, kojarząca mi się z – hehe – Rainbow, w której Morse nareszcie zagrał inaczej, chociaż niestety nie tak subtelnie jak Ryszard B. Ale Ryszarda B. od 10 lat nie ma w zespole... Plusem płyty jest na pewno bardzo dobra, zgrana praca zespołu – nikt nie gra „od czapy”, mimo że są słabsze utwory, to jednak są wykonane z dużą kulturą. Deep Purple zawsze gromadzili świetnych muzyków i dużo można o ich płytach powiedzieć, ale na pewno nie to, że zostały źle zagrane. Świetnie gra Ian Paice, używa różnych instrumentów, więc perkusja nie tylko nabija rytm, ale i przy okazji brzmi. Wspaniale wpasował się w zespół Don Airey – tu mogę tylko powtórzyć się z myślą o profesjonalnych muzykach. Minusem są dla mnie refreny utworów – nakładki wokalne (których potem Gillan nie może odtworzyć na koncertach), jakieś chórki, kojarzące mi się miejscami ze średnimi artystami popowymi... Minusem jest to, że zespół się nie postarał o dobre kompozycje - nie chodzi o odkrywanie nowych lądów, ale hard rock powinien mieć power, a niektórym utworom brakuje, moim zdaniem, pary. Tym z początku płyty zwłaszcza. Michael Bradford, producent, pracował wcześniej z m.in. Kid Rock i Unkle Cracker, czyli z artystami, których twórczość do mnie nie przemawia. Na szczęście nie zmienił brzmienia grupy. „Bananas” to – ogólnie - bardzo nierówny album, ale po pierwsze, będę go na pewno często słuchać, a po drugie – jak już gdzieś napisałem: myślałem, że będzie gorzej. I tyle... Ale za odbicie od „Abandon”, za pozytywną zmianę w składzie (Don Airey tu rządzi) i za naprawdę parę miłych dla ucha utworów jestem Deep Purple bardzo wdzięczny. I za to, że z każdym słuchaniem jest coraz lepiej... Odpowiedz Link Zgłoś
vulture Iron Maiden - "Dance Of Death" - Vulture 24.09.03, 20:30 No i sobie kupiłem. Nie nastawiwszy się na zbyt wiele, włączyłem i posłuchałem.... Po przebrnięciu przez dobrze mi już znany, acz taki sobie singiel „Wildest Dreams”, pojawiło się równie krótkie „Rainmaker”, też szybkie, motoryczne i melodyjne, typowo ajronowe. Od samego początku płyty wszystko brzmi jak trzeba, Dickinson śpiewa bardzo dobrze, produkcja jak zwykle nienaganna, taki drugi singiel. Niby się nie można czepnąć, ale człowiek czeka na coś więcej – no więc dalej jest już dwa razy dłuższe „No More Lies”, które zaczyna się balladowo, a potem się klasycznie rozkręca i sobie jedzie. I tak dalej utwór po utworze... kawałek po kawałku... wolniej... szybciej... solówka... wolniej...itd. Problem z tą płytą jest w tym, że o każdej kompozycji można napisać „typowy ajron” i nic więcej, ponieważ niewiele się wyróżnia w stosunku do reszty – na poprzednim albumie niektóre utwory znacznie wybijały się nad pozostałe („Nomad”, „Blood Brothers”, a na „Dance Of Death” wszystkie są równiutkie tak bardzo, że aż boli. Ta płyta to woda na młyn tych, którzy twierdzą, że Iron Maiden nagrywają w kółko to samo, bo po części jest to prawda, ale zawsze w tym hermetycznym stylu dało się wyłuskać po prostu fajne kompozycje, a „Dance Of Death” właściwie bez większych wrażeń sobie leci i jest mi wszystko jedno, czy już się skończyło, czy jeszcze nie. Nie żeby to były złe kawałki; melodie są, solówek nie brakuje, różnych fajnych zagrywek też, ale całość mnie nie zachwyca tak jak poprzednia studyjna propozycja. Po prostu jest taka...se. Muzyka Iron Maiden jest charakterystyczna i wiadomo, że panowie prochu nie wymyślą, ale raz im się uda nagrać bardziej przejmującą płytę, a innym razem mniej. No i dzisiaj jest to „innym razem”. Czwórka z minusem, bo jednak co Ironi to i tak Ironi. Następna płyta ma być lepsza. I już bez takich chamskich autoplagioatów, hehe. A co bym wyróżnił i polecił? Na pewno „Montsegur”, „New Frontier” i może jeszcze ewentualnie orkiestrowy „Journeyman” za fajną, pozytywną energię, ładne melodie i jakieś tam jednak leciutkie wybijanie się powyżej całości (mimo wszystko – coś trzeba było wybrać). Odpowiedz Link Zgłoś
vulture Dyskusja o Dance Of Death... 24.09.03, 20:32 ...jest tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=7866386&a=7879509 Odpowiedz Link Zgłoś
vulture Placebo - recenzja koncertu. Nikka007 24.09.03, 20:34 Dyskusja nt. wątku tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? f=78&w=7839969&a=7856399 Zacznę od organizacji- nawet nie było tak strasznie jak zwykle, przyszłyśmy grubo po 19, odczekałyśmy 10 minut i weszłyśmy. Support 1 Łódzki zespół "Toster". Mój komentarz:yyyyyy...Pierwsza refleksja po I kawałku- kolejny raz Polacy udowadniają jak bardzo nie potrafią śpiewać po angielsku. Błąd! Gdy pan zaśpiewał po polsku natychmiast zweryfikowałam poprzedni wniosek. Dramat. Jedyne co mnie zainteresowało w całym występie tegoż zespołu to mimika wokalisty, zaiste bogata ))). Jakiś przytomny człowiek za mną zaczął krzyczeć "Slayer, Slayer" i w istocie- był to naprawdę dobry pomysł . Pan wokalista poinformował nas, że wkrótce wychodzi ich płyta (lecę!) i ucieszył się, że udało mu się nas rozgrzać( sic!) Kolejne pół godziny to ... Support 2 czyli panowie techniczni, którzy przy akompaniamencie różnych bardziej lub mniej udanych przebojów testowali wszystkie instrumenty, które znajdowały się na scenie. Gdy w tle popłynął nieziemski wokal Beyonce Knowles, dało się zauważyć na twarzach zgromadzonych lekki eee... niepokój godz. 21.03 PLACEBO!!!!! Nie podejmuję się tu podać całego setu, bo w którymś momencie z emocji i braku tlenu zgubiłam się w kolejnośći utworów ). Zaczęli od "Bulletproof cupid", generalnie zagrali prawie całą płytę "Sleeping with ghosts". Nie zabrakło of korz sztandarowych kawałków- trzecie "Every you, every me" wzbudził szalony entuzjazm fanów, którzy wyryczeli razem z Brianem całą piosenkę. I tak już było do końca. Nie zabrakło nieśmiertelnych "Without you I"m nothing" czy "Taste in men", czy "Pure Morning". Zabrakło (albo leżałam ogłuszona )) "Nancy boy" i "My sweet prince", którego to głośno domagała się publika. Zakończyli występ coverem Pixies "Where is my mind", choć muszę przyznać, po cichu liczyłam, że zagrają "20th Century Boy" czy "I feel you" DM. Ale nie bądźmy wiecznymi malkontentami . Zespół- prezentowali się fantastycznie, szczególnie piękny, bosssski, cudowny Molko . Po trzecim zdaje się utworze Brian przywitał się z publiką - nie pamietam dokładnie, ale coś w stylu- fajnie tu wrócić po 2 latach nieobecności . W ogóle zapowiadał piosenki w uroczy sposób- " Only thing I can say about this song is that you've heard it before"- leci "Bitter End". Albo do Olsdala- "He's horny" ). Przy "Taste in men" Olsdal był łaskaw zaprezentować uroczy taniec erotyczny na wzmacniaczu, co nie wiem czemu, nie wzbudziło entuzjazmu panów skaczących obok mnie )). Zresztą i on i Molko- szaleli, skakali i co jakiś czas mieli gadane ) Zespołowi towarzyszył klawiszowiec w gustownym marynarskim ubranku i schowany gdzieś z tyłu gitarzysta. W tym miejscu chciałabym pochwalić Steve'a Hewitta- naprawdę jest znakomitym perkusistą . Nagłośnienie było całkiem znośne, choć ja się nie znam . Co ciekawe, utwory z ostatniej płyty brzmiały prawie tak jak na płycie, natomiast starsze może nie były przearanżowane, ale zdecydowanie były to wersje koncertowe. Molko na żywo śpiewa fantastycznie, zdziwiłam się, szczególnie, że w którymś momencie siadł mu odsłuch. Publika- wspaniała! Standardowo- podsceniczne pogo )), śpiewanie razem z zespołem, machanie łapami objęło caaaały obszar pod sceną. O tym, jak fantastyczna była to zabawa świadczy to, że autorka tego tekstu, na codzień mierna i bierna ))) wyszła z mokrymi włosami, sweterkiem, spodniami i zdeptanymi stopami. Udało mi się przefalować )) pod samą scenę i pokazać Molko znak Sejtana ( nie byłam jedyna )))))).Liczę, że docenił ))) Ach, no i publika radośnie podjęła kwestie typu "Fuck the government" Koncert sensu stricto czyli Placebo trwał jakieś 1,5 godziny, ja wymiękłam na 2 ostatnie utwory i popełzłam na sam koniec sali. Aha, w tym miejscu gratuluję sprzedającym colę za 5 złotych )) Aha no i na koniec rozczarowanie )), Molko miał makijaż, a jakże, natomiast paznokcie... nie były pomalowane na czarno... To chyba tyle, jeszcze na gorąco. Jakbym coś przeoczyła to proszę dopisywać. Jak dla mnie- koncert roku. Czekam jednak na Gahana w Spodku. Ufff... ps. Piżmakowi się nie podobało )))) Odpowiedz Link Zgłoś
vulture Blondie "The Curse Of Blondie" - Vulture 24.09.03, 20:37 Dyskusja je tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=8153821 Przyznam, że zawsze miałem mieszane uczucia w stosunku do tej grupy. Z jednej strony lubiłem Debbie Harry za głos i nie tylko (oczywiście, ekhm, mówię o czasach archiwalnych), a z drugiej moje wątpliwości budziła zawsze sama muzyka Blondie. Niby wyrośli z punka, niby na początku grali ostrzej, ale co z tego – pamięta się ich za popowe, wręcz dyskotekowe przeboje jak „Heart Of Glass”, „Call Me” czy „Atomic”. Powrót Blondie po sporej nieobecności (choroba Chrisa Steina, solowa kariera Debbie Harry) z albumem „No Exit” okazał się na tyle udany, że po jakimś czasie zespół postanowił nagrać kolejny album. No i „The Curse Of Blondie” ujrzało niedawno światło dzienne. Płyta – mimo iż promujący ją singiel „Good Boys” (taka kopia „Heart Of Glass” był dość chwytliwy – nie wchodzi od razu. Być może z powodu swojej długości (czternaście utworów, niektóre trwają po 6 – 7 minut), być może z powodu zbyt dużego misz-maszu stylistycznego: tu trochę rocka, tam nieco elektroniki, tu zmienimy barwę głosu... niby to pop, ale dość urozmaicony. Tylko jak na pop, nieco za mało przebojowy. Najbardziej hitowe są tu „Undone” (brzmi jak utwór grupy Garbage, która przecież z dorobku Blondie czerpie pełnymi garściami), wspomniane „Good Boys” i „End To End”. Fajne, dynamiczne kawałki z chwytliwymi melodiami. Jest też na albumie nieco refleksyjności, miejscami przeradzającej się w anemię (otwierający album „Shakedown” czy następujące po sobie „Background Melody” i „Magic” mogą wywołać nawet spore znużenie). Jest również kilka momentów, w których ożywa na chwilę gitara („Golden Rod”, jest też nieco ‘przebojowości inaczej’ – tzn. piosenka się podoba, ale na singla się nie nadaje („Hello Joe” czy kakofoniczne „Desire Brings Me Back” ze śmiesznym wstępem). Może to i dobrze, przynajmniej można uniknąć podejrzeń o bezduszną popową superprodukcję. Płytę zamyka utwór na szczęście bardziej udany od tego, który ją otwiera, „Songs Of Love”. Trwa wprawdzie niepotrzebnie prawie siedem minut, ale udaje mu się wytworzyć ciekawy klimat dzięki ładnej melodii i wyjątkowo wysmakowanej, choć mało oryginalnej aranżacji. Nadal mam mieszane uczucia... a żeby było śmieszniej, album jest dość równy i stanowi jakąś tam całość. Na pewno bardziej niż „No Exit”... P.S. Nie wypowiem się obszernie na temat tego, co się dzieje na różnych wersjach singla „Good Boys”. Miałem wrażenie, że podstawowa wersja jest już wystarczająco taneczna... Odpowiedz Link Zgłoś
vulture The Shins "Oh, Inverted World" 24.09.03, 20:39 Dyskutujemy se tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=6698386 Nadzwyczaj miło jest usłyszeć nową muzykę, która brzmi, jakby była kompletnie z innego świata. Z tego 40 lat wcześniej, mniej więcej. No, choćby przy okazji The Coral... ...i The Shins też. Zespół powstał w 1997 roku w Stanach, a cztery lata później wyszłą pierwsza płyta długogrająca. "Oh, Inverted World" wydana w 2001 roku przez Sub Pop w większości brzmi, jak te z okolic 1965. Chwytliwe melodie, ale chwytliwe nie nachalnie, a takie docierające w trakcie kilku przesłuchań. Wokal też jakby wyjęty z tamtego okresu (allmusic porównuje Jamesa Mercera do Briana Wilsona, coś w tym jest chyba...). W zasadzie gdyby nie pierwszy utwór, świetny skądinąd "Caring Is Creepy", który jest różny od reszty materiału, byłby zaskoczony że to takie nowe. Chwilami jest smętnie, chwilami weselej i skoczniej, ale wszystkiego razem słucha się tak znakomicie, że gdyby wydano to w 2003, to byłaby to na razie moja płyta roku. W zasadzie ciężko wymienić jakieś ewidentnie wybijające się utwory z płyty... No bo skoro wszystko się podoba i wszystko jest warte posłuchania, najlepiej razem, obok siebie i kilka razy... "Caring Is Creepy" jest bardzo dobry, ale nie reprezentatywny... Może "Know Your Onion!", z tych najbardziej przebojowych... Choć to takie są przebojowe piosenki, które nigdy przebojami nie zostały, i już nimi nie zostaną. "New Slang", smęcący, owszem, ale jak piękny to utwór... Albo zamykający album, 5,5-minutowy "The Past And Pending", gdzie pojawiają się i instrumenty dęte, i klawisze, i jest bardzo ładnie znowu... Nie wiem czy właśnie nie to jest najlepszym fragmentem "Oh, Inverted World"... Aha, proszę nie sugerować się wymienioną wcześniej nazwą The Coral, bo, oprócz odległego od 2003 roku brzmienia, tych zespołów nie łączy aż tak wiele... Podawani na stronie allmusic jako największe inspiracje The Beach Boys i The Byrds są już dużo bliżej, tak myślę... I myślę jeszcze, że dla fanów takiej muzyki to jest naprawdę interesująca płyta. Mogę się mylić. Mi w każdym razie bardzo się podoba więc ją polecam Odpowiedz Link Zgłoś
vulture The Shins "Oh, Inverted World" pisał ILHAN 24.09.03, 20:42 Przepraszam za przeoczenie Odpowiedz Link Zgłoś
ilhan Re: The Shins "Oh, Inverted World" pisał ILHAN 24.09.03, 21:05 vulture napisał: > Przepraszam za przeoczenie Nie musiałeś drugi raz wklejać tego tekstu, hehe No ale nic, nie produkujmy się tu. Odpowiedz Link Zgłoś
vulture BAJM Myśli i słowa -Marylin Kozidrak 01.10.03, 17:27 Dyskusja na temat recenzowanej płyty tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? f=78&w=7896195&v=2&s=0 Z głębokim niepokojem włożyłem CD do odtwarzacza. Mówiło się na mieście, że Bajm nadal stoi w miejscu, że nagrał płytę w stylu Red Michael`a. Ale obawy okazały się bezpodstawne. Bajm nagrał płytę wizjonerską - burząc nie tylko swój dotychczasowy wizerunek , ale wprowadził myzykę w zupełnie nowe rejony i terytoria. Płyta została nagrana w myśl zasady mistrza Hitchooka: najpierw trzęsienie zmiemi, potem napięcie rośnie.... Trzęsienie : już pierwszy kawałek porywa. Wręcz obezwładnia nasze uszy. Cóz za dynamika!(wiadomo studio Frankfurt). I ten tekst - mroczny , dołujący . Opowiada on o trudzie naszego codziennego życia "płyniemy po cienkim lodzie ciężko radzić sobie" . Przewrotna metofora z krystalicznym acz cienkim lodem zasługuje na nagrodę literacką. Jednak już za chwilę nasz smutek ochodzi w niepamięć - utwór nr 2 to wprost przepiękny liryk miłosny z drugim dnem. Te "wichry i burze" to przecież ulewa łez, które możesz uronić , kiedy ukochany Cię opuści.Strzeż się!Uwaga dla metalowców: możecie narzekać na zbyt niewielkie nasilenie dynamiki przesterowanych gitar. Tak zgadzam się w całej rozciągłości. Ale - podziwiajcie nowatorskie wielowarstwowe nałożenie ścieżek gitar rytmicznej i solowej , w połączeniu w urokliwym, świszczącym gwizdaniem (fffśśśśśśs!!) wokalistki.To razem daje 1000 razy wiekszy power niz wasze Bathory. . Następne utwory niosą w sobie coraz bardziej zwiększoną dawkę dramatów egzystencjalnych. "Nie wiem czego chcę i szukam wciąż miłości". To niezwykłe wyznanie personifikuje troistą osobowość autorki. Z jednej strony kocha (vide nr 2). Z drugiej szuka miłości (czyli jednak wydaje jej się że kocha, albo kocha inaczej - to już drugie dno).Z trzeciej - może wcale nie kocha i nie szuka tej miłości - bo nie wie czego chce? A może jest tu czwarte dno, którego ja , przeciętny słuchacz sie nie dopatrzyłem ? Na pewno! Skołowani tymi zawiłymi rozważanimi zwrócmy jescze uwagę na niesłychanie delikatne użycie bębenków, tamburynów oraz loopów w podkładzie muzycznym . W ten oto sposób Bajm w pomysłowy sposób wprowadził elementy etno - hip-hopu do swej muzyki. Ale oto napięcie rośnie.... "Tamtem maj" otwiera powalający riff - taki jakby progresywny "Smoke on the water". Rewelka!! Ten riff przewija się przez cały utwór i wraz ze zbiorowym gwizdaniem i kolejnym dramatem ... o fenomenie czasu , który minął i żyje, sprawił, że poruszyła się wokół mnie przyroda nieożywiona. A teraz napięcie siega zenitu- Nr 7 - AMERYKA!!!! Metalowcy - włosy z głów!! Tatuaże z Mettallicą i Slayerem - zmyć !! Wszczepić Bajm!!Początek - riff z mocą St. Anger`a razy 100000, dalej solówka połączenie Gunsów (oj widąc że się ich naoglądali i nasłuchali w Stanach ale jak inspirująco czerpią!) , następnie niepokojący śpiew i takiż podkład muzyczny, lekko zabarwiony psychodelią.....Odloooooot , Frantic to shit, sorry Hetfield, sad but true...., Nr 8 - małe uspokojenie , hołd złożony amerkańskiemu bluesowi. Na uwagę zasługuje soulowy!!! potężny chór i lekka inspiracja "Heartbreak Station" Ciderelli, ale tak fascynująco podana , że nie mowy o żadnej zrzynce.Nr 9 - Pieśń o potędze plotki- punk rock z niesamowitą folkową wstawką i wysublimowanymi pasażami instrumentów klawiszowych.Nerwowy wokal na modłę Papa Roach - cóż to dla Beaty(Coby Dick - sorry Winnetou). Brawa dla Marii Dobrzańskiej która notabene przełamała hegemonię Beaty na urodę w tej supergrupie.Nr 10 ... opadłem z krzesła... zemdlałem ... utwór gotycki....Beata śpiewa TO TY JESTEŚ WINNY i czuję się winny, tak podle się czuję, tak mi wstyd jej wokal mnie przeszywa i wywleka całą prawdę o mnie ...... Skołowany przerywam słuchanie i idę dać datek na Dom Dziecka czym choć częściowo unieważniam te winy, te zdrady te podłości... Tak lekko moralnie oczyszczony zasiadam do nr 12 - apogeum . Co za rozkosz , piękne dźwięki pieszczą... ale co to? Nagle kanonada gitar i tekst... o samobójstwie. Wokal odrywa się od muzyki i szybuje..."odchodzę stąd na nieznany ląd".. Beata nienienieeeeeeee odchodź!!! Nie obiecam Ci że będzie lepszy świat, ale płynie we mnie gorąca krew i nie daruję Ci tego . Pamiętaj, że gdzieś są łąki pełne snów a gdy ktoś Cię zrani chłodem Liverpool to zabiję go całą mocą swą i spędzimy wiosnę w Paryżu i nie odnajdzie nas tam ta sama chwila.Błagam Cię niech spadnie złoty deszcz!!! Amen. Odpowiedz Link Zgłoś
vulture MOYA BRENNAN Two Horizons - Vulture 01.10.03, 17:28 Dyskusja na temat recenzowanej płyty tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? f=78&w=8273697 Jest!!! Jest!!! Kupiłem!!! Piękna, boska, magiczna... tymi i innymi przymiotnikami można by określić piąty solowy album wokalistki Clannad, a pierwszy wydany jako Moya Brennan (poprzednie imię, Maire, artystka zmieniła na obecne, by przybliżyć jego poprawną wymowę w gaelic). Już po wysłuchaniu obszernych fragmentów na oficjalnej stronie Moyi wiedziałem, że będzie to jedna z moich ulubionych płyt tego roku, a może i nie tylko tego... Stylistyka nagrań solowych pani Brennan nie odbiega za daleko od tego, do czego przyzwyczaił nas jej macierzysty zespół, jednak więcej jest tu śmiałych brzmień elektronicznych, bardziej intymny i refleksyjny nastrój niż na albumach rodzinnych. Na szczęście albumy Maire/Moya Brennan nie są kopią płyt jej młodszej siostry, Enyi, ale raczej rozwinięciem tego, co proponuje Moya na albumach Clannad (na płytach tej grupy na ogół komponuje Ciaran Brennan; kompozycje wokalistki nie pojawiają się często). Zapowiadane od dawna „Two Horizons” to niesamowity popis hipnotyzujących, ślicznych melodii, zaśpiewanych przez jeden z najbardziej boskich głosów, jakie w ogóle śpiewają. Od samego początku płytę chłonie się jednym tchem- „Show Me” (pojawiające się jeszcze w charakterze przerywnika oraz czegoś, o czym później) „Bright Star”, „River” mogłyby wyjść na singlach (chociaż wiele na listach przebojów nie zwojują), a bardziej oniryczne „Change My World”, „Bi Liom” wspaniale podkreśla panującą obecnie porę roku, zwłaszcza gdy włączy się płytę i popatrzy przez okno. Dużo uroku mają też niekoniecznie przebojowe kompozycje takie jak „Tara”, „Ancient Town”, „Is It Now” i pieśń tytułowa. Nawet te bardziej, powiedzmy, dynamiczne fragmenty płyty („Sailing Away”, „Mothers Of The Desert” nie burzą nastroju błogości, spokoju, melancholii... Muzyka wyciszająca, dobra na uspokojenie ludzi porywczych i nastrajająca refleksyjnie. Ewentualnie usypiająca, zależy co kto lubi. Elektronika, ale i harfa, skrzypce, gitary akustyczne, no i ten wspaniały głos. Kto chociaż raz słyszał soundtrack do serialu tv „Robin Hood” z 1984 r. (płyta Clannad „Legend”, ten wie, o co chodzi. No i niestety... nie wszystko może być idealne i cudowne. Na końcu albumu umieszczony jest tzw. bonus track... ohydny remiks taneczny piosenki „Show Me”. Kobieto, po co Ci to... Uwagę zwraca także wkładka do płyty, pozbawiona wprawdzie (po raz pierwszy w przypadku tej artystki), tekstów, za to ozdobiona zdjęciami pieknej Irlandki o anielskim głosie. Wszystkich zainteresowanych zapraszam do odwiedzenia strony www.moyabrennan.com/TwoHorizons/ na której można posłuchać fragmentów płyty i obejrzeć najnowszą galerię zdjęć artystki. Odpowiedz Link Zgłoś
vulture SINISTER Savage Or Grace - Vulture 03.10.03, 18:56 Dyskusja na temat recenzowanej płyty tu: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? f=78&w=8277673 Piękna, melancholijna, metalowa muzyka na jesień (wiem że płyta wyszła chyba jeszcze przed wakacjami, ale kupiłem dopiero teraz). Za oknem opadają liście, w pracy opadają ręce, a w wieżę wpada płyta holenderskiego kwartetu (obecnie) Sinister. Holandia, kraj tulipanów, wiatraków i sklepów z drobnymi upominkami, niedostępnymi gdzie indziej, oprócz Vengaboys i 2 Unlimited wydała na świat zespół Sinister, który w tym roku wydał kolejną już płytę. „Savage Or Grace” jest chyba najciekawszą ze słyszanych przeze mnie pozycji Sinister, chociażby dlatego, że poszczególne utwory w wyraźny sposób różnią się od siebie. Naturalnie, zanim zacznie się właściwy repertuar, przez dwie minuty towarzyszą nam złowrogie pomruki orkiestry, która milknie, by ustąpić pola zespołowi... ...I zaczyna się klasyczna napierdalanka w postaci najkrótszego (prócz intro) na albumie kawałka „Savage Or Grace”, który - być może – mógłby zostać wydany na singlu, ale obawiam się, że Viva często by nie puszczała teledysku. Wolniejszy z początku, nieco majestatycznie się rozpoczynający „Barbaric Order” rozkręca się stopniowo w kolekcję ciekawych riffów. Na tych riffach śpiewany, ekhm, produkowany jest tekst – Rachel Heyzer robi to po prostu wspaniale, ale na szczęście we wkładce dołączone są teksty, które umożliwiają świadomy odbiór warstwy literackiej albumu. „The Age Of Murder” zdecydowanie podgrzewa atmosferę, mimo że tempo nie jest wcale zabójczo szybkie, rozkręca się dopiero w połowie utworu. Chwilę oddechu przynosi balladowy wstęp do najdłuższego na płycie „Conception And Sin” – zanim zacznie się atak karabinu perkusyjnego, słychać bardzo sympatyczne klangowanie. Riffy zmieniają tempo, raz jest motorycznie i mięsiście, a innym razem szybko, galopowo ale przy pełnej kontroli tego, co się dzieje. Nieco mniej kręci i tak niezłe „Chapel Desecration” z częstymi zmianami tempa i kolejną „wyliczanką riffową”, ale na pewno podobać się może kolejne na płycie „Dominion” z zakręconym nieco riffem i zabawami perkusyjno- gitarowymi we wstępie (rock progresywny, hehe), a w „Collapse Rewind” uwagę zwraca pochód perkusyjny w te pod częścią zwrotek. Oczywiście, cały utwór jest zupełnie stylowy i nic nie wybija się ponad ustalone od wieków standardy, ale może to i dobrze. Zespół żegna się z nami niedługim, ale dość zróżnicowanym jeśli chodzi o tempo, dynamicznym „Apocalypse In Time”. Niecałe trzy minuty radości i płyta się kończy... Mniej boleśnie i mniej pretensjonalnie, niż można by się obawiać. Sinister nie powstydzili się też krótkich, ale bardzo melodyjnych solówek gitarowych w niektórych kawałkach. Nowy nabytek grupy, Pascal Grevinga, gra krótko i treściwie. Nie sposób zarzucić mu przegadanie utworów. Jak na tego typu muzykę, jest to album bardzo zróżnicowany, jednak chyba nie do tego stopnia, by zwolennicy tego gatunku kręcili nosem. Słyszałem nagrania z poprzednich płyt tej grupy i nie przekonały mnie one specjalnie (czytaj: w ogóle), a tu taka miła niespodzianka. Płyta dla tych, którzy nie piją kawy, a muszą się ekspresowo rozbudzić (jest bardzo krótka) lub dla posiadaczy upierdliwych sąsiadów (wtedy można nastawić na ‘repeat’. Polecam. P.S. No co? Nie samą Brennan człowiek żyje Odpowiedz Link Zgłoś
vulture ALICE COOPER the eyes of alice cooper - vulture 03.10.03, 19:04 Dyskusja nt. recenzowanej płyty tutaj: forum.gazeta.pl/forum/73,46481,1540823.html?f=78&w=4356980&a=4356980&rep=1 Alice Cooper wybitnym artystą nie jest, ale lubić go można z tak zwanego sentymentu za mniejsze lub większe przeboje, za śmieszny, ale nieszkodliwy image i za fajny klimat niektórych piosenek. Nagrywa lepsze (rzadziej) i gorsze (częściej) płyty, z których mimo wszystko da się coś wyłowić. Muszę przyznać, że gdy ukazała się dość mocna „Brutal Planet”, zaostrzyło to mój apetyt na nowe produkcje Alicji. Następna, „Dragontown”, nie zrobiła na mnie już takiego wrażenia. A teraz ukazała się nowa, „The Eyes Of Alice Cooper” i... sytuacja przypomina mi nieco cooperowski tryptyk z lat 80/90: świetne „Trash”, niezłe „Hey Stoopid” i takie sobie „The Last Temptation”. „The Eyes Of Alice Cooper” w dużej części robi wrażenie wariacji na temat słabszych kompozycji z dwóch poprzednich albumów. Niektóre kawałki mają nawet całkiem przyzwoite refreny („Between High School and Old School”, „Spirit Rebellious”, ale nie na tym problem polega. O ile początek płyty jeszcze jest znośny, ale nie powala niczym specjalnym, to dalej jest coraz gorzej. Cooper starał się chyba nieco pozmieniać dotychczasowe brzmienie. W efekcie zwrotki są dość surowe, mało melodyjne, a refreny i tak zalatują estetyką w stylu Whitesnake, ale nie są ani tak chwytliwe, ani poparte sensowną resztą. Brzmienie jest łagodniejsze – miejscami można mieć wrażenie, że to Tom Petty („Novocaine”. Piąty utwór („Bye Bye Baby” przynosi niepokojące rozwiązania – dęciaki, żeńskie chórki, nieco musicalowej estetyki, coś w stylu albumów Alice’a z końca lat siedemdziesiątych („On The Inside”, „Alice Cooper Goes To Hell” – sytuacja powtarza się w nawet całkiem fajnym „Detroit City”, które zostało złagodzone przez dodanie partii instrumentów dętych. Inne kawałki, nawet jeśli są typowo rockowe („Love Should Never Feel Like This” czy nieco ‘iggypopowe’ „Backyard Brawl” i „I’m So Angry”, to po prostu niczym szczególnym nie zwracają uwagi. Nawet cooperowskie ballady nie są soft- metalowe, jak do tej pory, tylko zalatują kiczowatym soulem popularnym jakieś dwie, trzy dekady temu („Be With You Awhile” czy jakimś dziwacznym kabaretem lub musicalem („This House Is Haunted”. Mam wrażenie, że Alice chciał albo zmienić i wzbogacić brzmienie, które osiągnął na dwóch ostatnich albumach. Ale nie udało mu się. Po pierwsze, usunął nieco rock na korzyść rozwiązań, które eksploatował prawie trzydzieści lat temu, i uzyskał efekt miotania się między rock and rollem a musicalem. Po drugie, nie za bardzo wyszły mu kompozycje. Cooper ma to do siebie, że jego płyty mają być melodyjne i przebojowe, niezależnie od natężenia mocy gitarowej. A „The Eyes Of Alice Cooper” słucha się bez emocji, raczej ze znużeniem. Niby przyjemnie, ale nie sądzę, żebym często do tej płyty wracał. Odpowiedz Link Zgłoś
vulture SEWERYN KRAJEWSKI "Jestem" - Vulture 05.10.03, 18:49 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=8340307 - tu dyskusja nt. płyty Sięgnąłem po tę płytę z tak zwanej chorej ciekawości. Przeczytałem recenzję, która sugerowała związki muzyki z tego albumu z rockiem. Poza tym zauważyłem, iż album sprzedaje się całkiem nieźle, co w przypadku wykonawców takich, jak Krajewski, jest obecnie dość rzadkie. No i wysłuchałem... Album „Jestem” nie różni się niczym od tego, co Seweryn Krajewski nagrywał do tej pory. Może jest tylko nieco mniej nudny, co nie umniejsza jego beznadziejności. Typowe dla Krajewskiego melodyjne ballady dla pięćdziesięciolatków, przeplatane nieco żwawszymi (ale bez przesady) kompozycjami to zawartość tej płyty. Podstawowe instrumentarium to gitara akustyczna, klawisze i automat perkusyjny, czyli archaik w wydaniu sprzed dziesięciu, dwudziestu lat. Okazyjnie włącza się gitara elektryczna i inne dodatki, nie zmieniające jednak ogólnego brzmienia z „Koncertu życzeń” rodem. Większość i tak już słodkich refrenów została dodatkowo zalana lukrem żeńskich chórków, co powoduje zwykle reakcję dość typową na nadmiar słodyczy. Tego albumu nie da się wysłuchać na poważnie. Już teksty niektórych piosenek (Jacek Cygan rządzi, ale nie tylko on) powodują efekty tarzania się u słuchaczy. Na stronie, poświęconej albumowi ( krajewski.sonymusic.pl/jestem.html ), Krajewski tłumaczy genezę powstania płyty: ”Czekałem, ponieważ jest tak ogromny napór tandety na rynku fonograficznym i w ogóle na rynku medialnym. Pomyślałem, że odczekam pewien czas, a może znowu przyjdzie taki moment, że wzrośnie zapotrzebowanie na piękne teksty...” I może jeszcze sam Krajewski o poszczególnych utworach: Obudź serce Ta piosenka otwiera cały album i myślę, że nadaje się do tego udany, optymistyczny tekst Jadwigi Hass. Złota jabłoń Autorem tekstu jest Andrzej Poniedzielski, a piosenka porusza problemy społeczne i myślę, że jest warta wysłuchania. Uważnego! Co to jest czułość Melodia tej piosenki została napisana do tekstu Magdy Czapińskiej i postanowiliśmy ograniczyć się tylko do akompaniamentu fortepianu, ponieważ tekst jest tak piękny, że nic nie powinno mu przeszkadzać. Pokochaj ten wiek Mam odczucie, że Daniel Wyszogrodzki chciał powiedzieć coś o mnie i o mojej żonie, Elżbiecie. Tak mi się wydaje. Miętowe pocałunki Optymistyczny utwór do tekstu Jacka Cygana wspaniale zachęca do wysłuchania całej płyty i dlatego znalazł się na singlu. Nic to Tekst Marka Biszczanika. Piosenka trochę trudna i powinno się jej słuchać z uwagą. Mówi o dniu dzisiejszym w sposób gorzki, ale bardzo prawdziwy. Tkanina Piosenka z serialu telewizyjnego, ale pojawia się w innej formie i tylko jako kawałek kanta i refren. Szkoda, bo tekst Jacka jest piękny i postanowiliśmy to nagrać w całości, żeby pokazać, jaki jest ładny w pełnej postaci. Nagroda za odwagę Właściwie piosenka optymistyczna, pogodny tekst Daniela. Może trochę za mało jest takich utworów na tej płycie, więc tym lepiej że jest właśnie ten. Zaśnij duszko Jedna z nielicznych piosenek, w których napisałem muzykę do tekstu. To jest kołysanka dla syna i czuje się, że napisał ją mężczyzna - Marek Biszczanik. Aż do utraty tchu Przejmujące słowa Daniela. To chyba jedyna smutna piosenka na tej płycie. Tak malutko To także melodia napisana do tekstu. Wprawdzie może być znana z płyty Maryli Rodowicz, ale miałem ochotę wykonać ją po swojemu. Więcej wiary Kolejna optymistyczna piosenka Daniela. Jak mi się wydaje z przesłaniem nadal aktualnym. Jak z Dylana Zamyka album piosenka z tekstem Jacka Bukowskiego. Nadaje się do tego, jest taka... uspokajająca. Piosenka nawiązuje - dyskretnie - do lat 60-tych i tworzy pętlę czasową. Taaaa... osobiście czuję się bezradny wobec takiego czegoś. Jest to, oczywiście, lepsze od produkcji zespołów typu Blue Cafe czy Ich Troje, ale, niestety, tandeciarstwa Krajewski nie uniknie. Smętne zawodzenie, wywołujące wzruszenie być może u pretensjonalnych pięćdziesięciolatek i pięćdziesięciolatków, na ogół spotka się z (delikatnie mówiąc) niezrozumieniem. No, ale komuś taka muzyka najwyraźniej jest potrzebna. Odpowiedz Link Zgłoś
vulture DAVID BOWIE "Reality" - Vulture 05.10.03, 18:51 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=8342590 -tu dyskusja nt. płyty Muzyczny kameleon czy raczej marketingowy spryciarz, wydał swój kolejny album. Lojalnie się przyznam, że nie wszystkie wcielenia Davida B. jestem w stanie zaakceptować. Lubię jego starsze rzeczy z lat siedemdziesiątych, ale nie wchodzi mi np. „Let’s Dance”. Podobała mi się płyta „Outside”, ale nie byłem zwolennikiem jej następczyń (zwłaszcza „Earhtling”. A teraz ukazuje się „Reality” - płyta nie przynosząca żadnych zmian w ‘ostatnim’ wizerunku muzycznym Bowiego. Płyta, dodajmy, dość nisko oceniona przez krytyków. Na pierwszy rzut ucha album przypomina ostatnie dokonania Bowiego – „Heathen” i „Hours”. I tu - zależnie od tego, co kto u Bowiego lubi – może to być zarówno wadą, jak i zaletą. Mi się z tych trzech płyt „Reality” podoba najbardziej, choć nie jest to powalające ani zaskakujące dzieło. Raczej zachowawcza, miejscami mniej, miejscami bardziej przebojowa płyta pana w wieku średnim. Na pierwszy ogień idzie fajne, pastiszowe „New Killer Star”, z melodią wziętą prawie żywcem z jakiegoś musicalu lub hitu z lat pięćdziesiątych. Nie przekonuje mnie jednak następny, równie żywy i roztańczony utwór „Pablo Picasso” z całkiem przyjemnym motywem gitary, za to z niepotrzebnie wykrzyczanymi zwrotkami. Tak jakby Bowie miał pomysł tylko na pół piosenki. „Never Get Old” cofa nas nieco do lat osiemdziesiątych – typowa dla tamtego okresu melodyka i aranżacja, całkiem miło się słucha. Szybkie „Looking For Water” jest nieco bardziej rockowe, chociaż bez przesady – niezły, dynamiczny kawałek, z może niepotrzebnie powtarzanym tyle razy refrenem. „The Loneliest Guy” to pierwsza ballada na płycie. Bardzo ładny wstęp gitarowo-fortepianowy i dość smętna wokaliza, która dyskwalifikuje wprawdzie ten utwór w kategoriach przeboju, ale, trzeba przyznać, jest to kompozycja dość nastrojowa. Nastrój zadumy burzy następujące po wolniaku dość żywe „She’ll Drive The Big Car” z harmonijką i znów z beznadziejną zwrotką i tym razem z równie słabym refrenem. „Days” z akordami gitary akustycznej w roli głównej jest taką śmieszną ogniskową balladką na koniec lata (no dobra, wiem że już minęło). Trochę szkoda, że potem sztucznie jest podbita jej dynamika, ale mimo to robi się bardzo przyjemnie podczas jej słuchania. „Fall Dog Bombs The Moon” nieco powtarza patenty z „New Killer Star”, tylko jest gorszy (znów straszna melodia zwrotek). Utrzymane w klimacie naiwności lat sześćdziesiątych „Try Some, Buy Some” ze smyczkami i dęciakami w tle robi dziwne wrażenie, ale i tak przechodzi dość bezboleśnie, chociaż przydałoby się nieco więcej melodii. Ten sam zarzut stawiam utworowi tytułowemu, szybkiemu, fajnie zaaranżowanemu, ale znów wykrzyczanemu... Najdłuższe (7:45), zamykające „Reality” „Bring Me The Disco King” to jazzujące pianino z perkusją i – wreszcie – ładna melodia. Takie stylowe zakończenie. „Reality” to przede wszystkim dużo żwawych kompozycji (i za to Bowiemu chwała, bo dzięki temu plyta nie nudzi tak bardzo, jak mogłaby, gdyby zawierała ballady), które – przyznać trzeba – nie zawsze są do końca udane. Na ogół Bowie ma niezłe pomysły na melodyjny refren i aranżację, ale zwrotki leżą. Są na ogół bezsensownie skandowane, co uniemożliwia identyfikację piosenki, dopóki nie zacznie się refren. Smaczki aranżacyjne ratują wprawdzie część pieśni, ale mam wrażenie, że gdyby David popracował nieco ciężej, z niektórych kompozycji dałoby się wykrzesać więcej. Opracowanie instrumentalne albumu i cała produkcja są bez zarzutu – Bowie to profesjonalista i nie pozwoli sobie na wypuszczenie niestarannie zrobionego albumu, to trzeba przyznać. Album jest dziwny, bo jednocześnie jest spójny pod względem aranżacjno- wykonawczym; żaden utwór nie jest „z innej bajki” mimo różnorodności aranżacyjnej. Płycie brakuje jednak tzw. nastroju – gdy tylko Bowie za pomocą niezwykłej melodii czy akompaniamentu wyczaruje jakiś klimat, natychmiast burzy go następnym utworem. Trzeba się do tego nieco przyzwyczaić. „Reality” to również informacja o tym, że Bowiemu skończyły się pomysły w dotychczasowej formule i że czas najwyższy coś zmienić. Miejmy nadzieję, że David nie nagra kontynuacji „Reality” i będzie poszukiwać dalej... Odpowiedz Link Zgłoś
vulture ARETHA FRANKLIN "So Damn Happy" - Vulture 05.10.03, 18:52 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=78&w=8339823 -tu dyskutujemy o płycie Królowa soulu w kolejnej odsłonie. Aretha Franklin przekroczyła sześćdziesiątkę, ale nadal pozostaje czynna na rynku muzycznym. Począwszy od lat sześćdziesiątych, czaruje swym niezwykłym głosem kolejne pokolenia słuchaczy. Przeboje takie jak „R.e.s.p.e.c.t.”, „You Make Me Feel Like A Natural Woman”, „Angel” czy „Think” to klasyka, wielokrotnie przypominana przez innych wykonawców. Od lat osiemdziesiątych Frankin, niestety, uległa czarowi nowoczesnych dźwięków, który nijak nie przełożył się na jakość nagrywanych przez nią piosenek. Owszem, i w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych artystka lansowała kolejne przeboje, ale nie umywały się one do jej starszych propozycji. Głos Franklin, jedyny w swoim rodzaju, najlepiej brzmi w naturalnej oprawie żywych instrumentów, bez klawiszowej papki i perkusji automatycznej. Ostatnim razem, gdy Franklin wydała płytę z premierowymi kompozycjami („A Rose Is Still A Rose” z 1998, nagraną przy udziale m.in. Lauryn Hill), próba przypodobania się hiphopowej publiczności okazała się klęską. Pięć lat trzeba było czekać na nowy album... „So Damn Happy” tym razem nie jest już takie natrętnie nowoczesne. W niektórych fragmentach jest dość staroświeckie, ale niestety raczej w stylu lat osiemdziesiątych. Tym razem Franklin wspomagana jest m.in. przez Mary J. Blige (która swego czasu przypomniała „You Make Me Feel...”. Efekt, niestety, jest taki, jak na paru ostatnich albumach: świetny głos, zmarnowany w kilkunastu beznadziejnych kompozycjach. Ani lansowane „The Only Thing Missing”, ani nawet będące na bieżąco z ostatnimi trendami „Holding On” nie są w stanie należycie wyeksponować umiejętności Franklin. To piosenki, które mógłby zaśpiewać ktokolwiek. A Franklin na nie po prostu szkoda. Muzycznie album to taka konfekcja, którą mógłby równie dobrze zaśpiewać sobie Michael Bolton, Luther Vandross czy ktokolwiek inny. Utwory są nudne i już po czwartym robi się niedobrze. Skandalem są niektóre piosenki, w których Franklin ewidentnie nie wie, co robić (np. napisane przez Mary J. Blige „No Matter What” – artystka mówi, zamiast śpiewać, a refren wykonuje chórek) czy „Ain’t No Way” (wstyd, żeby szanowana wykonawczyni wyśpiewywała takie głupoty). Bezradność wobec kiepskich utworów jest aż za bardzo widoczna. Wszystkie piosenki są balladami. Brak tu utworów dynamicznych, „lokomotyw”, ciągnących album do przodu. Wśród tej spowolnionej papki wyróżnić można jeszcze w miarę melodyjny utwór tytułowy. „You Are My Joy” (pojawiające się dwukrotnie), „Falling Out Of Love” (nieco kiczowate, ale jednak). Ale tylko pod warunkiem, że jest się zmuszonym do wyróżnienia czegokolwiek. Albo do wysłuchania całej płyty. Ja przesłuchałem dwukrotnie z ciekawości, ale raczej nie będę do niej często wracał. Odpowiedz Link Zgłoś
hawkshaw CAROLINE LAVELLE "Spirit" - hawkshaw 10.10.03, 08:00 Pierwszy raz usłyszałem o Caroline Lavelle przy okazji "Home of the whale", które było wydane na któryms singlu Massive Attack jako strona B. Później okazało sie, że ta pani takze wspólpracowała z Loreeną McKennitt na kilku płytach. Pomyslałem sobie, że ktokolwiek kto grał z McKennitt raczej nagra cos ciekawego, dlatego nabyłem tę płytę. Jednak muzyka Caroline Lavelle ma z Loreeną McKennitt niewiele wspólnego. Producentem płyty jest William Orbit, jednak to nie jest zarzut. Na płycie przeiwjają sie elementy muzyki celtyckiej, folk doprawione odrobiną elektroniki. Troszkę przypomina to twórczość Emer Kenny, bardzo niedocenianej irlandzkiej wokalistki. Jesli chodzi o muzykę, ręka Williama Orbita jest zauważalna. Jednak panu Orbitowi nie udało się zdominować płyty. Głos Caroline Lavelle pełni rolę najważniejszego instrumentu. Uwielbiam głos tej pani, bardzo zmysłowy, głęboki. Generalnie ta płyta ma chyba za zadanie uspakajać. Poza śpiewaniem pani Lavelle takze gra na fortepianie i wiolonczeli, jak na przykład w pięknym solo na początku "The moorlough shore". Na płycie pojawia sie więcej "żywych" instrumentów, m.in. gitary czy kobza. Utwory są raczej spokojne, łagodne. Jednak nie ma sie odczucia, że płyta jest nudna. Każdy utwór stwarza inny nastrój, od delikatnego "Turning ground" po radosne "Dream of Picasso". Poza tym świetna jesienna płyta Jesli komuś odpowiadaja klimaty stowrzone przez Loreenę McKennitt, Emer Kenny czy Enyę naprawdę powinien posłuchać tej płyty. Odpowiedz Link Zgłoś
hawkshaw HUNGRY LUCY 'Apparitions' - hawkshaw 10.10.03, 08:35 Pierwsza styczność z zespołem to utwór własnie z tej płyty, piosenka nr 4 - "Grave". To jedna z takich piosenek, które od razu zwracają uwagę, mają sobie to coś, sprawiaja wrażenie, że masz do czynienia z czymś niezwykłym. Muzykę Hungry Lucy można określić jako mroczny dream pop wymieszany z trip hopem. Trochę może przypomina dokonania Single Gun Theory czy Collide. Nawet głos Christy Belle wywołuje skojarzenia z Jaqui Hunt (Single Gun Theory). To nie jest zarzut. Album może ma pewne niedociagnięcia jesli chodzi o stronę produkcyjną. Momentami brzmi jakby był nagrywany domowymi metodami. Nie szkodzi. Na tym polega jego urok. Najciekawszymi momentami są "Alfred" - opowieść o miłości, która przeminęła, wspomniane "Grave" oraz "Stretch", gdzie Christa Bella śpiewa, że nikt nie będzie w stanie wyrządzić ci krzywdy, jesteś silniejszy niż ci się zdaje. Poza tym godna uwagi jest nowa wersja "Blue dress" znanego z wykonania Depeche Mode. Własnie przez tą piosenkę powstało Hungry Lucy Zamiast tzw. podsumowania mały cytat z okładki "I would like to dedicate this album to all those who are no longer with us. I believe that sometimes, wandering spirits are the loneliest kind. I hope they eventually find what they're looking for..." i to zdanie doskonale oddaje klimat tej płyty. Odpowiedz Link Zgłoś