iwa_ja
14.06.06, 22:08
Wrócilam dzisiaj po kilkudniowym pobycie we Wiedniu. Nie powiem, ostrzylam
się na Wiedeń i na Mozarta, chociaż wyjazd był służbowy i na zupełnie inny
temat. Oczucia mam silnie zmieszane. Oczywiście, czekoladki, kubki, koszulki,
długopisy, plakaty itd. - wszędzie jest znana podobizna Mozarta z zezem.
Wczoraj chciałam iść na Don Givanniego. Klapa. Okazało się, że to sztuka
teatralna. W Operze Miejskiej... wariacje na temat Mozarta. Koło katedry św.
Stefana mordy drze jakiś zespół śpiewając niewątpliwie piękne oratorium
pt. "Sugar baby love". Odwiedziłam nowo oddany dom Mozarta, zaraz koło
katedry (9 euro). Za bilet dostaje się komórko-magnetofon z dłuższą tyradą w
języku na temat życia Mozarta. Banały. Odrestaurowane pokoje i mnóstwo nic mi
nie mówiących portretów. Na półpiętrze swiatłodźwięk z "Czarodziejskiego
fletu" a la dyskoteka. Pięć - sześć arii i al capo dal fine.
Na dole domu Mozarta sklep z gadżetami. Znowu, koszulki, długopisy, kubki,
serwetki, nawet papier toaletowy (!) z nadrukiem portretu...
Płytoteka beznadziejna, głownie składanki.
I tu (uwaga) polecam: w sklepie sprzedaje młody człowiek, który w ten sposób
dorabia sobie do gazy operowej. Baryton. W sklepie odśpiewał mi kawałek arii
Papagena o Voglu... Wdaliśmy sie w dłuższą dyskusję. Prawie sie pokłociliśmy
o Bartoli. Bo kiedy szukałam czegoś (a, jak wyżej, były głownie składanki),
zapytałam, czy ma Salieriego w wydaniu CB. Okazało się, że płyta jest już
wykupiona. Dobrze się o niej wypowiadał, ale kiedy zeszło na "Ensultate" w
urodziny Mozarta, nie zostawił suchej nitki. Już to tu gdzieś czytałam: że
gdacze, że piszczy, że to nie dla niej. Że żenada.
Mimo wszystko. Rozmowa z tym chłopakiem nieco zrehabilitowała w moich oczach
Wiedeń. W roku mozartowskim...Komercyjnym roku mozartowskim.
Może jestem naiwna?