Inżynier Mamoń powiada, że jemu, jako umysłowi ścisłemu, podobają się tylko
te melodie, które już kiedyś słyszał. Niby racja, ale bywa tak, że słysząc
utwór po raz pierwszy od razu czujemy i wiemy: to jest to! Jeszcze nie
wybrzmi do końca, a my już mamy pewność, że to wspaniałość sama i że zostanie
z nami na zawsze. Ja tak miałam dobrych parę lat temu z "Riders On the
Storm", "Ciemną stroną księżyca", większością utworów z "In the Court Of the
Crimson King", a niedawno (wstyd się przyznać, że tak późno) z "Duke's
Travels/Duke's End" Genesis (dorwało mnie w środku miasta, na przystanku, i
nie mogłam się ruszyć z wrażenia, dwa autobusy mi uciekły). Bo np. do jazzu
to dość długo dojrzewałam. Pierwsze spotkanie z Birdem Parkerem ... eee. Ale
teraz to mogę bez końca. I Ornette Coleman! I Sonny Rollins, Sarah Vaughn,
Keith Jarret (zwłaszcza on). Kochany stary Armstrong i Ella. Warto się
wsłuchać. Z jazzem to chyba jest tak, że w zawarciu z nim znajomości
najbardziej przeszkadzają rozmaite snobistyczne leszcze, które na rock patrzą
z lekceważeniem. Cóż, zawsze można ich zagiąć znajomością kantat Bacha...
Chociaż to oczywiście bez sensu działanie. A Wy zakochaliście się kiedyś od
razu i natychmiast w jakiejś piosence? I wciąż Was trzyma?