vulture
15.07.03, 11:08
Sarah Brightman, była gwiazda musicali (i była małżonka) Andrew Lloyd Webera,
od dłuższego czasu robi karierę jako wokalistka popowa. Czasem zdarza jej się
nagrać płytę bardziej „klasyczną” (z repertuarem, nazwijmy to, poważnym),
częściej jednak nagrywa coś co można określić jako pseudooperowy pop w stylu
Meat Loafa. Miejscami jest to świetny wypełniacz przestrzeni, ale często
wokalistka irytuje manierą stylizowania wszystkich fraz na niby-operowe
(włoska wersja „My Heart Will Go On” z albumu „Eden” to autoparodia).
Sarah Brightman stara się utrzymać pozory ambitnego popu poprzez odpowiednią
autokreację oraz nagrywanie płyt tematycznych. Na przykład większość utworów
z albumu „Dive” opowiadała o wodzie, żegludze itp. (straszna przeróbka „A
Salty Dog” Procol Harum), album „Fly” o powietrzu i lataniu, płyta „Eden”
oczywiście o raju i nie tylko, „Luna” oczywiście głównie charakteryzowała się
utworami o tematyce księżycowo-nocnej. Wokalistka wtrąca między popowe
utwory, pisane głównie przez Franka Petersona, fragmenty muzyki klasycznej
często z dopisanym przez siebie tekstem.
Album „Harem” (tak, tak, niby-wschodni) nie odbiega od tego schematu.
Orientalizmy pojawiają się już w pierwszym, tytułowym utworze i towarzyszą
przez „It’s A Beautiful Day” („usprawniony” Puccini) , na przemian z rytmami
umpa-umpa z Vivy rodem i psychopatycznym wyciem wokalistki, przetykanym
jakimś dziwnym bełkotem. Wcześniej jest jeszcze przeróbka piosenki „What A
Wonderful World” znanej z repertuaru niedościgłego Louisa Armstronga, który
niedościgłym pozostanie. „The Journey Home” to typowa ballada popowa nieco w
stylu Enyi (tylko do połowy, bo potem oczywiście wchodzi chamskie umpa umpa),
niepotrzebnie poprzetykana pseuoorientalizmami, ale widocznie tytuł płyty
zobowiązuje do zepsucia wszystkich kompozycji. „Free”, w którym Brightman
wspomaga znany skrzypek Nigel Kennedy jest typowym dla Brightman wolnym
utworem, którego całkiem przyjemnie się słucha. Ale dyskoteka arabska powraca
już w następnym gniocie, „Mysterious Days”, w którym słychać głos nieżyjącej
już Ofra Hazy (i jest t jedyna ciekawa rzecz, jaką można o tym czymś
powiedzieć). Nigel Kennedy pojawia się raz jeszcze w „The War Is Over”,
całkiem ładnej balladzie. „Misere Mei”, kawałek klasyczny zaaranżowany na
chór, płynnie przechodzi w „Beautiful”, znów całkiem udaną kompozycję,
niestety, wzbogaconą o niby arabskie brzdąkanie. Utwór kolejny, „Arabian
Nights” podpisało aż dziewięciu autorów, ale tego nie słychać. Rozwlekła
kompozycja z beczeniem i wyciem w tle, wzbogacona łupaniem i dziwną solówką
gitarowo-orkiestrową (Meat Loaf by się nie powstydził). „Stranger In
Paradise”, który jest połączeniem kilku utworów muzyki klasycznej, jeszcze
nadaje się do słuchania, mimo wysokich tonów, wydawanych przez Brightman.
Album w podstawowej wersji zamyka kompozycja „Until The End Of Time”, którą
zapomina się natychmiast po przesłuchaniu.
Płyty Sarah Brightman mają to do siebie, że nie są w stanie uciec od kiczu.
Są przeładowane aranżacyjnie, a wokalistka stara się śpiewać operowym głosem,
mimo iż takowym nie dysponuje (drobna różnica między musicalem a operą), stąd
wysokie dźwięki w części utworów są bardzo bolesne. Oczywiście, Brightman
stara się urozmaicić swe płyty do tego stopnia, że ładuje na nie dosłownie
wszystko, więc słychać tam klawisze, zagłuszające się nawzajem z orkiestrą,
tworząc ścianę dźwięku, przez którą stara się przebić wycie Brightman, a dla
lepszego efektu nałożony jest na to automat perkusyjny.
Oczywiście, że jest to jakościowo lepsze niż nieumiejące w ogóle śpiewać
Britney czy Kelly Osbourne, ale płyty Sarah Brightman zrobione są z
paskudnej, landrynkowej gumy do żucia, co powoduje, iż muzyka na nich
zawarta, nadaje się najwyżej do wind w supermarketach albo toalet w
restauracjach. Dziwne, że osoba z takim potencjałem wydaje obrzydliwe śmieci,
ale widocznie tak musi być. Kaszana.