vulture
17.08.03, 11:02
Będzie powieść…
1. House of Pain
2. Sun Goes Down
3. Haunted
4. Razzle Dazzle
5. Silver Tongue
6. Walk On
7. Pictures of Innocence
8. I've Got Your Number
9. Never A Word
10. Bananas
11. Doing It Tonight
12. Contact Lost
Trudno mi się zdobyć na obiektywną recenzję płyty, na którą czekałem pięć
lat. Mając świadomość, że nie będzie to płyta wybitna. No i nie jest. Lepsza
od „Abandon” (o co nietrudno), ale gorsza na pewno od „Purpendicular”. Zespół
w nowym składzie (klawisze: Don Airey, eks-Rainbow między innymi)
zaprezentował nienową, niemodną i czasem nawet przyzwoitą muzykę.
Moje pierwsze wrażenie po przesłuchaniu singla „Haunted” było dość potworne:
Joe Cocker- jakieś murzyńskie żeńskie chórki (Budka Suflera jeszcze
szczęśliwie to nie jest), brzmienie Deep Purple stłamszone. Potem się do tego
przyzwyczaiłem, ale faktycznie, za pierwszym razem przeżyłem spory szok.
Myślałem, że będzie coś w typie „Sometimes I Feel Like Screaming”, ale
niestety.
A teraz o początku: płyty Deep Purple zawsze otwierały utwory dynamiczne i
tak jest i tym razem: „House Of Pain” rozpoczyna całkiem fajny riff, wrzask
Gillana i utwór sobie „jedzie”. Słychać wszystkie instrumenty, Don Airey
radzi sobie świetnie, reszta grupy także. W zasadzie gra jak Lord, ale to
chyba dobrze że się nie starał kombinować za bardzo. Wystarczy, że po swojemu
gra Steve Morse (w sumie trudno żeby grał inaczej, ale nie zawsze mi się jego
gra w DP podobała). Drugi utwór w sumie też jest niby hardrockowy, ale
średnie tempo i niezbyt przemyślana strona muzyczna (czytaj: kompozytorzy się
nie postarali) powodują, że nie będę do niego na razie często wracał, mimo
wspaniałego sola klawiszowego. Później jest wspomniana „Haunted”, a
potem „Razzle Dazzle” – kawałek dość niemrawy, coś jakby połączenie boogie z
hard rockiem (ZZ Top) – mam wrażenie że jeśli ktoś, kto nie zna zbyt dobrze
dokonań grupy, zacznie znajomość z nią od tej właśnie płyty, to albo nie
dosłucha do końca, albo poważnie się zniechęci. „Silver Tongue” to kalka „Ted
The Mechanic” z płyty „Purpendicular” lub „Almost Human” i „Any Fule Kno
That” z płyty „Abandon”. Niektóre fragmenty są wręcz skopiowane. I wrzaski
Gillana schowane gdzieś z tyłu, za ścianą instrumentów. Cóż. Niby-bluesowa
ballada „Walk On” może się nawet bardzo podobać... ale mam jakieś absurdalne
skojarzenie z pieśnią „Fortuneteller” (którą, nawiasem mówiąc, dość lubię),
nie wiedzieć czemu. Ale dobra, „Walk On” się fajnie słucha, wchodzi w ucho,
ciekawe czy zagrają to na żywo. Niezłe jest nawet „Picture Of Innocence”,
mimo że melodia jest nierówna – obok świetnych fragmentów są lekko nudnawe. I
kolejne brawa dla Dona Airey. W „I’ve Got Your Number” Airey przemycił nieco
dziwnych brzmień syntezatora, ale na szczęście przykrył je Hammondem, więc
nie rzuca się to tak w oczy (w uszy właściwie) – sam kawałek mi się podoba.
Rewelacyjne jest „Never A Word”, w klimacie The Byrds czy czegoś z lat
sześćdziesiątych. Głos Gillana pojawia się tu dopiero pod koniec utworu,
który jest jednym z moich ulubionych na całej płycie. Świetne! Tytułowy
kawałek to szybki, rockowy utwór ze znów świetnymi organami, harmonijką i
niezłą melodią. Gdy już pod koniec płyty zrobiło się dobrze, nadchodzi „Doing
It Tonight” i emocje opadają. Niby-funkowe, niby-latynoskie rytmy, zupełnie
niepotrzebna ciekawostka, bardziej pasująca na solowe płyty Gillana, ale Don
Airey spisuje się tu wspaniale. „Contact Lost” miniaturka, kojarząca mi się
z – hehe – Rainbow, w której Morse nareszcie zagrał inaczej, chociaż niestety
nie tak subtelnie jak Ryszard B. Ale Ryszarda B. od 10 lat nie ma w
zespole...
Plusem płyty jest na pewno bardzo dobra, zgrana praca zespołu – nikt nie
gra „od czapy”, mimo że są słabsze utwory, to jednak są wykonane z dużą
kulturą. Deep Purple zawsze gromadzili świetnych muzyków i dużo można o ich
płytach powiedzieć, ale na pewno nie to, że zostały źle zagrane. Świetnie
gra Ian Paice, używa różnych instrumentów, więc perkusja nie tylko nabija
rytm, ale i przy okazji brzmi. Wspaniale wpasował się w zespół Don Airey – tu
mogę tylko powtórzyć się z myślą o profesjonalnych muzykach. Minusem są dla
mnie refreny utworów – nakładki wokalne (których potem Gillan nie może
odtworzyć na koncertach), jakieś chórki, kojarzące mi się miejscami ze
średnimi artystami popowymi... Minusem jest to, że zespół się nie postarał o
dobre kompozycje - nie chodzi o odkrywanie nowych lądów, ale hard rock
powinien mieć power, a niektórym utworom brakuje, moim zdaniem, pary. Tym z
początku płyty zwłaszcza. Michael Bradford, producent, pracował wcześniej z
m.in. Kid Rock i Unkle Cracker, czyli z artystami, których twórczość do mnie
nie przemawia. Na szczęście nie zmienił brzmienia grupy.
„Bananas” to – ogólnie - bardzo nierówny album, ale po pierwsze, będę go na
pewno często słuchać, a po drugie – jak już gdzieś napisałem: myślałem, że
będzie gorzej. I tyle... Ale za odbicie od „Abandon”, za pozytywną zmianę w
składzie (Don Airey tu rządzi) i za naprawdę parę miłych dla ucha utworów
jestem Deep Purple bardzo wdzięczny. I za to, że z każdym słuchaniem jest
coraz lepiej...