Zacznę od organizacji- nawet nie było tak strasznie jak zwykle, przyszłyśmy
grubo po 19, odczekałyśmy 10 minut i weszłyśmy.
Support 1
Łódzki zespół "Toster". Mój komentarz:yyyyyy...Pierwsza refleksja po I
kawałku- kolejny raz Polacy udowadniają jak bardzo nie potrafią śpiewać po
angielsku. Błąd! Gdy pan zaśpiewał po polsku natychmiast zweryfikowałam
poprzedni wniosek. Dramat. Jedyne co mnie zainteresowało w całym występie
tegoż zespołu to mimika wokalisty, zaiste bogata

))). Jakiś przytomny
człowiek za mną zaczął krzyczeć "Slayer, Slayer" i w istocie- był to naprawdę
dobry pomysł

. Pan wokalista poinformował nas, że wkrótce wychodzi ich
płyta (lecę!) i ucieszył się, że udało mu się nas rozgrzać( sic!)
Kolejne pół godziny to ...
Support 2

czyli panowie techniczni, którzy przy akompaniamencie różnych bardziej lub
mniej udanych przebojów testowali wszystkie instrumenty, które znajdowały się
na scenie. Gdy w tle popłynął nieziemski wokal Beyonce Knowles, dało się
zauważyć na twarzach zgromadzonych lekki eee... niepokój
godz. 21.03
PLACEBO!!!!!
Nie podejmuję się tu podać całego setu, bo w którymś momencie z emocji i
braku tlenu zgubiłam się w kolejnośći utworów

). Zaczęli od "Bulletproof
cupid", generalnie zagrali prawie całą płytę "Sleeping with ghosts". Nie
zabrakło of korz sztandarowych kawałków- trzecie "Every you, every me"
wzbudził szalony entuzjazm fanów, którzy wyryczeli razem z Brianem całą
piosenkę. I tak już było do końca

. Nie zabrakło nieśmiertelnych "Without
you I"m nothing" czy "Taste in men", czy "Pure Morning". Zabrakło (albo
leżałam ogłuszona

)) "Nancy boy" i "My sweet prince", którego to głośno
domagała się publika. Zakończyli występ coverem Pixies "Where is my mind",
choć muszę przyznać, po cichu liczyłam, że zagrają "20th Century Boy" czy "I
feel you" DM. Ale nie bądźmy wiecznymi malkontentami

.
Zespół- prezentowali się fantastycznie, szczególnie piękny, bosssski, cudowny
Molko

. Po trzecim zdaje się utworze Brian przywitał się z publiką - nie
pamietam dokładnie, ale coś w stylu- fajnie tu wrócić po 2 latach
nieobecności

. W ogóle zapowiadał piosenki w uroczy sposób- " Only thing I
can say about this song is that you've heard it before"- leci "Bitter End".
Albo do Olsdala- "He's horny"

). Przy "Taste in men" Olsdal był łaskaw
zaprezentować uroczy taniec erotyczny na wzmacniaczu, co nie wiem czemu, nie
wzbudziło entuzjazmu panów skaczących obok mnie

)). Zresztą i on i Molko-
szaleli, skakali i co jakiś czas mieli gadane

)
Zespołowi towarzyszył klawiszowiec w gustownym marynarskim ubranku i schowany
gdzieś z tyłu gitarzysta. W tym miejscu chciałabym pochwalić Steve'a Hewitta-
naprawdę jest znakomitym perkusistą

. Nagłośnienie było całkiem znośne,
choć ja się nie znam

.
Co ciekawe, utwory z ostatniej płyty brzmiały prawie tak jak na płycie,
natomiast starsze może nie były przearanżowane, ale zdecydowanie były to
wersje koncertowe. Molko na żywo śpiewa fantastycznie, zdziwiłam się,
szczególnie, że w którymś momencie siadł mu odsłuch.
Publika- wspaniała! Standardowo- podsceniczne pogo

)), śpiewanie razem z
zespołem, machanie łapami

objęło caaaały obszar pod sceną. O tym, jak
fantastyczna była to zabawa świadczy to, że autorka tego tekstu, na codzień
mierna i bierna

))) wyszła z mokrymi włosami, sweterkiem, spodniami i
zdeptanymi stopami. Udało mi się przefalować

)) pod samą scenę i pokazać
Molko znak Sejtana ( nie byłam jedyna

)))))).Liczę, że docenił

)))
Ach, no i publika radośnie podjęła kwestie typu "Fuck the government"

Koncert sensu stricto czyli Placebo trwał jakieś 1,5 godziny, ja wymiękłam na
2 ostatnie utwory i popełzłam na sam koniec sali. Aha, w tym miejscu
gratuluję sprzedającym colę za 5 złotych

))
Aha no i na koniec rozczarowanie

)), Molko miał makijaż, a jakże,
natomiast paznokcie... nie były pomalowane na czarno...
To chyba tyle, jeszcze na gorąco. Jakbym coś przeoczyła to proszę dopisywać.
Jak dla mnie- koncert roku. Czekam jednak na Gahana w Spodku. Ufff...
ps. Piżmakowi się nie podobało

))))