vulture
11.10.03, 18:46
Miałem w zasadzie nie słuchać tego po kilku pieśniach, które usłyszałem, ale
stwierdziłem, że może jednak z ciekawości posłucham. Otrzymałem w zasadzie
to, co już usłyszałem wcześniej, tylko w większej dawce...
Grupa The Darkness pojawiła się w mediach parę miesięcy temu. Brytyjska prasa
natychmiast okrzyknęła muzyków zbawicielami rocka, nadzieją ostrej muzyki i w
ogóle wielkim objawieniem. Co gorsza, potraktowane zostało to jak
najzupełniej poważnie przez wiele osób. Album „Permission To Land”, który
ukazał się niedawno, natychmiast trafił na szczyt zestawienia sprzedaży płyt
w Wielkiej Brytanii. Teledysk do singla „I Believe In A Thing Called Love”
puszczany jest na okrągło. Ale czy rzeczywiście jest tak, jak się wydaje?
Niezupełnie.
Już od samego początku słychać, że płyta jest nagrana na jajco. Schematyczne
rozwiązania brzmieniowe, odpowiednio złagodzone wczesnometalowe
patenty, „wyjące” zaśpiewy wokalisty (głos ma fatalny, śpiewa jak kobieta ale
ani z jajem, ani z wdziękiem, po prostu drze ryj, krótko mówiąc). Jeśli dodać
do tego image zespołu...
Teraz o samej muzyce: kompozycje przelatują jedna za drugą, nie pozostawiając
żadnego wrażenia. Podobne do siebie, głupawe utwory z prymitywnymi zagrywkami
troszkę w stylu NWOBHM (ale nie tak ostro i pomysłowo), zbudowane według
wzoru: zwrotka – refren – zwrotka – refren – solo – refren nie zwracają
uwagi. Mają niby jakieś tam riffy, mają solówki, ale wszystko to jest tak
tragicznie nijakie, że po prostu jednym uchem wlatuje, a drugim natychmiast
wylatuje. Kompozycje chyba były stworzone w jeden wieczór, gdyż wszystkie
brzmią identycznie. „Black Shack”, „Get Your Hands Off My Woman”
oraz “Growing On Me” to jakby jeden utwór w trzech remiksach. Na korzyść
wypada w tym towarzystwie singlowe “I Believe In A Thing Called Love” z
riffem nieco przywodzącym skojarzenia z AC/DC i trochę inną melodią i
solówkami niż trzy poprzednie utwory (o ile można w tym momencie uznać to za
zaletę).
„Love Is Only A Feeling” miało być chyba w zamierzeniu bluesową balladą, ale
jest to muzycznie tak wiarygodne, jak gdyby wysłać Lemmy’ego z Motorhead na
festiwal piosenki religijnej. Chłopaki grają równiutko, tu zasmęci gitarka
akustyczna, tam dwie gitary zagrają solo unisono, na tle śpiewu wokalisty
odezwie się melodyjny chórek – wszystko do zrzygania dopieszczone, brak
miejsca na jakikolwiek żywioł.
„Givin’ Up” to z kolei utwór z serii „A teraz weźmy kilka akordów z różnych
utworów Free, połączmy w jeden utwór, dodajmy wycie wokalisty i zobaczymy, co
wyjdzie.” No i wyszło, niech ich. „Stuck In A Rut” charakteryzuje się nieco
inną grą sekcji rytmicznej i przez pierwsze pół minuty łudziłem się, że
chociaż w jednym utworze wokalista nie będzie wyć, jakby go kastrowano, ale
niestety moje nadzieje zostały brutalnie odesłane w przestrzeń
międzygwiezdną.
„Friday Night” stanowi połączenie Doobie Brothers, Eagles, Journey i cholera
wie, czego jeszcze. Łagodne brzmienie gitar, melodyjne zwrotki i refreny w
stylu lat osiemdziesiątych (ale tych kaszaniastych) i solówka zupełnie od
czapy w niby-metalowym stylu. Przedostatni na płycie „Love On The Rocks With
No Ice” budzi nadzieję na coś ostrego dzięki riffowi, ale zwrotki się
rozmywają w tak zwane nie wiadomo co, a refren jest po prostu groteskowy.
Całość płyty wieńczy żenująca ballada „Holding My Own”, przy której dokonania
Styx, Poison czy W.A.S.P. to arcydzieła i wzorce dobrego gustu. Szok, jaki
pozostawia po sobie wysłuchanie tej płyty jest jedyny w swoim rodzaju.
Niby to wszystko melodyjne, a melodii się nie pamięta, bo wszystkie melodie
tutaj stanowią wyciąg najbardziej charakterystycznych dźwięków dla rocka
klasy B. Jest to nieoryginalność nawet na tle nieoryginalnych grup, jakich
były lub nadal są setki. Muzyka dla kierowców tirów? Wieczorny soundtrack dla
peryferyjnej stacji benzynowej? Nie wiadomo.
Ten zespół albo jest żartem, albo nieporozumieniem. Mam nadzieję, że tylko
tym pierwszym. Przypomniała mi się wielokrotnie podczas słuchania tej płyty
ściankowa wersja „Smoke On The Water”, wyśmiewająca typowe dla metalu i
ostrego rocka prymitywne patenty. Tak brzmi cała płyta The Darkness. Miejmy
nadzieję, że nikt tego nie weźmie na poważnie, a przede wszystkim sami
muzycy...