vulture
23.11.03, 18:42
Wielokrotnie zdarza się, zwłaszcza wśród zespołów długowiecznych, że zmienia
się skład tychże. Odchodzą i przychodzą muzycy i wokaliści, czasami wracają,
a czasem nie zostaje już nikt z oryginalnego składu.
Są takie zespoły, w których niekwestionowany lider wysuwa się zdecydowanie o
kilka kroków przed resztę towarzyszących mu muzyków. Nieistotne jest,
zresztą, co to za muzycy, bo i tak tylko o nim pisze prasa i to na niego
skierowane są oczy ludzi. Pozostali muzycy wzbudzają co najwyżej
zainteresowanie najwierniejszych fanów, ale to lider skupia na sobie całą
uwagę. I niekoniecznie musi być to wokalista.
Jakie - według Was - zespoły posiadają takiego charyzmatycznego i, nie
ukrywajmy, z pewnością despotycznego lidera, który kreuje się na Boga bądź
przynajmniej sprawia takie wrażenie? Ja wymienię dwa:
1. King Crimson - ta grupa od 1969 roku nagrała płyty z mnóstwem różnych
muzyków w składzie, ale wszystko za tzw. mordę trzyma Robert Fripp. On jest
nie tyle kierownikiem, co władcą zespołu. Wykreowany na kapryśnego,
niedostępnego i tajemniczego, bezwzględnie realizuje swoje koncepcje
muzyczne. Muzycy, towarzyszący Frippowi, byli genialni (Bruford, Levin,
Wetton, Lake, MEL Collins i inni), ale albo odchodzili, albo sam się z nimi
żegnał...
2. Sisters Of Mercy- nie licząc "stałego członka zespołu", jakim jest automat
perkusyjny Dr Avalanche, niekwestionowanym szefem w SOM jest Andrew Eldritch.
To on zmienia składy grupy i decyduje o repertuarze. Niby to się nazywa
zespół, ale bardziej zakrawa na projekt solowy... zresztą, o ile w King
Crimson zmiany składu były, mimo wszystko, zauważalne, to w Sisters Of Mercy
niekoniecznie...
Jeszcze jakieś przykłady?