vulture
24.12.03, 12:56
Niezwykle ciężko oceniać jest nową pozycję w dyskografii Marka Grechuty.
Chyba wszyscy wiedzą, że artysta przechodził w ciągu ostatnich lat dramat
związany z zaginięciem syna (który ostatecznie się odnalazł); sam zresztą nie
jest okazem zdrowia i to, niestety, słychać na płycie.
Zacznę może od tego, że poprzednia płyta Grechuty, „Dziesięć ważnych słów”,
wydana w 1993 roku, pozostawiła po sobie duże rozczarowanie i niesmak.
Zwłaszcza z powodu natrętnie dydaktycznych, łopatologicznych tekstów, które
nie pasują do Grechuty. Na „Niezwykłych miejscach” artysta nieco ten grzech
powtarza, ponieważ jest to album tematyczny, poświęcony różnym miejscom w
kraju i na świecie, które Marek Grechuta odwiedził i które zrobiły na nim
wrażenie. Zwiedzamy więc z artystą Kraków, Kazimierz Dolny, Sydney, Wenecję i
kilka innych miejsc.
Marek Grechuta jest ponownie autorem całego repertuaru, również (niestety)
tekstów, brzmiących miejscami jak nieporadne streszczenie przewodnika
turystycznego, a czasem będącymi impresjami na temat spędzonych
w „niezwykłych miejscach” chwil. Na pewno na korzyść wyróżniają się teksty
lekkie, np. „Jak perła między wzgórzami. Kazimierz Dolny nad Wisłą” czy
bardzo osobiste, jak „Moje miasto. Kraków”. Niestety, większość znowu razi
bełkotliwymi wynurzeniami artysty, po którym można oczekiwać nieco więcej niż
informacji, że w Paryżu tworzyło wielu artystów i tworzy nadal plus
wyliczanki nazw najbardziej znanych miejsc. Bez wdzięku to trochę…
Muzycznie album jest dość typowy dla Grechuty, ale na mój gust nieco smętny.
Miało być pięknie i melancholijnie, a jest nudnawo. Melodiom i aranżacjom
brakuje nieco życia, są monotonne i za bardzo do siebie podobne. Na szczęście
są dwa żywsze momenty, wspomniany utwór o Kazimierzu, a także końcowy „Jak
wielkie jabłko. Nowy Jork”, które chociaż w niewielkim stopniu pozwalają na
cokolwiek innego niż drzemkę. Głos mistrza jest, niestety, bardzo słaby,
rozwibrowany i nieco męczący.
Na pewno na plus można zaliczyć wspaniałą grę towarzyszących Grechucie
muzyków. Profesjonalnie zaaranżowane melodie wykonane są przez typowy dla
płyt Grechuty skład, grający na instrumentach akustycznych, z dość bogatym
użyciem smyczków i instrumentów dętych oraz pianina. Pojawiają się także
ciekawostki w postaci akordeonu oraz drugi głos Anny Chowaniec-Rybki, która
zaśpiewała w utworze „Góry me wysokie. Zakopane”.
Płyta wydana jest w sposób dość tragiczny – wkładka to cztery strony.
Pierwsza – okładka (nałożone beznadziejnie w Photoshopie na siebie: zdjęcie
jakiejś greckiej rzeźby , ramy okiennej i jakiegoś widoku w tle, każde z
innej parafii), druga i trzecia – zdjęcia Wenecji i Krakowa, a pod nimi
dosłownie kilka zdań od Marka Grechuty, i czwarta – podziękowania za to, że
się kupiło oryginalną płytę i prośba o niekopiowanie plików do sieci.
Informacje na temat samej muzyki i wykonawców są upchnięte drobnym maczkiem
pod samą płytą. Robi to nieco fatalne wrażenie (autor projektu graficznego:
Łukasz Grechuta), no ale w sumie nie okładka jest tu najistotniejsza.
Ponieważ nowe nagrania trwają zaledwie pół godziny, wydawca postanowił
dorzucić na album trzy tak zwane bonusy. Jeden, całkiem świeży, „Kraków”,
nagrany z grupą Myslovitz, nawet pasuje do całości. Pozornie pasują do niej
też dwa pozostałe, „Prom na Wiśle pod Tyńcem” i „Sozopol”, ale ponieważ
pochodzą sprzed 25 lat, słychać dość dużą różnicę w brzmieniu głosu Grechuty
i wprowadza to dodatkowe zamieszanie oraz uświadamia słabość nowych
kompozycji.
Trudna to płyta…