05.02.06, 11:41
Proponuję umieszczać w tym wątku linki i omówienia stron, które budzą nasze
zainteresowanie.
Moim odkryciem od trzech lat jest mój krajan, Sylwek Kucharski z Jastrowia.
Wybitnie uzdolniony reportażysta, zdobywca najwyższych szczytów. Jego teksty
publikowane były w Złotowskich Okolicach. Inne reportaże, świetnie napisane
lekkim piórem, znajdziemy na stronie
www.jastrowie.to.pl/mambo/index.php?option=com_frontpage&Itemid=1
Warto tam zajrzeć również ze względu na przepiękne zdjęcia - menu: artykuły i
galeria.
Szkoda, że tak utalentowani i nieprzeciętni ludzie pozostają niezauważeni
przez szerszą społeczność, że docenia ich tylko niewielka grupa przyjaciół.
Kieruję apel do nauczycieli geografii i do polonistów: zaproście Sylwka do
swoich szkół, niech młodzież przekona się, że zamiast z nudów szukać podniety
w spożywaniu fekaliów, można żyć z adrenaliną i pięknie jednocześnie.
Obserwuj wątek
    • tyka5 teksty do kabaretu 05.02.06, 12:11
      Po raz kolejny polecam lekturę Aktualności Lokalnych. W ostatnim numerze z 1
      lutego w artykule "Hala przyklepana" zacytowano stanowisko zarządu powiatu w
      sprawie budowy hali sportowej przy LO. Nie bardzo wiadomo, czy autorem
      przywołanych w artykule sformułowań, jest wyłącznie starosta Jaskólski, który
      referował stanowisko zarządu, tym niemniej takie cymesy składniowe i
      frazeologiczne, jakie pojawiły się w wypowiedzi starosty, można spotkać chyba
      tylko w Ulissesie Jamesa Joyce a. Zastosowana przez starostę
      technika "strumienia świadomości" jest przedniej jakości. Jedno wypowiedzenie
      składa się z dwunastu chyba wypowiedzeń składowych i z około stu pięćdziesięciu
      wyrazów. Imponujące nieprawdaż? A jaki cudny styl, w sam raz do kabaretu "Ani
      mru mru": "Zarząd powiatu zobowiązuje się do [...] zabezpieczenia terenu
      przyległego do szkoły w ogrodzenie wkomponowane w otoczenie celem zapewnienia
      bezpieczeństwa i higieny pracy pracy uczniów z I LO...". Mówiąc po chłopsku,
      zarząd powiatu ma dopilnować, aby wokół terenu należącego do Ogólniaka został
      postawiony płot, coby uczniowie na przerwach na piwo nie wyskakiwali, albo i na
      coś mocniejszego.
      Polecam.
    • tyka5 rotmistrz Witold Pilecki - zapomniany bohater 23.02.06, 14:56
      www.historycy.org/index.php?showtopic=6324
      Witold Pilecki

      Prawdopodobnie bohater o najodważniejszej karcie z całej II wojny światowej.
      Człowiek, który całym swoim życiem ukazał, że nie istnieją granice odwagi i
      poświęcenia.

      Witold Pilecki WITOLD
      Witold Pilecki "WITOLD"

      1901 - 1948
      Przybrane nazwiska: Roman Jezierski, Tomasz Serafiński.
      Pseudonimy: Druh, Witold.
      Oficer rezerwy kawalerii WP: podporucznik [1925], porucznik [11.XI.41],
      rotmistrz [11.XI.43].

      Urodził się 13 maja 1901 roku w Ołońcu koło jeziora Ładoga, w północnej
      Rosji, własciwie w Karelii, gdzie jego ojciec, Julian, był rewizorem
      lesnym.
      Ród Pileckich od pokoleń mieszkał na Litwie, rodzina matki Witolda,
      Ludwiki, pochodzaca z Mohylewszczyzny, była zesłana po Powstaniu
      Styczniowym w okolice Pietrozawodska, na krańcach rosyjskiego imperium.
      Dziad Witolda, Józef Pilecki, po tymże Powstaniu przesiedział 7 lat na
      Syberii, zanim został wykupiony przez rodzinę. Polskie tradycje
      niepodległosciowe były więc w rodzinie Witolda bardzo żywe.
      Od 1910 roku Ludwika Pilecka z czworgiem dzieci zamieszkała w Wilnie. Tam
      chodził do szkół. Ukończył Szkolę Handlowa. W 1914 wstapił do tajnego
      skautingu-harcerstwa, zakazanego przez władze carskie. W 1916 założył
      zastęp harcerski w Orle.

      W 1918 roku w momencie wycofywania się Niemców z Wileńszczyzny, Polacy
      zorganizowali się aby zapobiec przejęciu władzy w Wilnie przez
      bolszewików. Witold wstapił do oddziałów samoobrony dowodzonych przez gen.
      Władysława Wejtkę.
      W 1919 roku służył w partyzanckim oddziale legendarnego zagończyka mjr.
      Jerzego Dabrowskiego. W walkach odwrotowych z bolszewikami w lipcu 1920
      roku dowodził pod Grodnem sekcja kompanii harcerskiej. Od 5 sierpnia 1920
      roku służył znowu pod mjr. Dabrowskim w 211. pułku ułanów [pózniejszy 13.
      p.uł.] i z pułkiem tym walczył na przedpolu warszawskim pod Radzyminem.
      Pózniej pułk wszedł pod rozkazy gen. Żeligowskiego. Pilecki walczył w
      Puszczy Rudnickiej i brał udział w zajmowaniu Wilna. Odwaga i brawura
      odznaczył się w tej wojnie kilkakrotnie, dwukrotnie został odznaczony
      Krzyżem Walecznych.


      Po wojnie, w 1921 roku zdał maturę w Gimnazjum im. Joachima Lelewela w
      Wilnie. Był uzdolniony artystycznie, rysował, malował i pisał wiersze...
      W 1926 roku, po ukończonych kursach i praktykach mianowany został
      podporucznikiem rezerwy kawalerii. Był ziemianinem, gospodarował w
      rodzinnych Sukurczach, fascynowała go przyroda i konie.

      Zmobilizowany 26 sierpnia 1939 w ramach 19. DP, był dowódca plutonu
      kawalerii. Resztki dywizji rozbitej przez Niemców wycofały się w kierunku
      planowanego przez polski sztab tzw. "przedpola rumuńskiego", aż w
      Lubelskie, pod Włodawę. Tam odtworzono oddziały kawalerii 41. DP
      Rezerwowej, dowodzone przez mjr. Jana Włodarkiewicza. Witold Pilecki
      został jego zastępca. Tak splotły się wojenne losy tych dwóch oficerów.
      Po agresji sowieckiej 17 wrzesnia, Pilecki i Włodarkiewicz zakopali broń i
      przedarli się z powrotem do Warszawy.
      Na konto ppor. Pileckiego i jego żołnierzy w kampanii wrzesniowej zapisano
      zniszczenie siedmiu niemieckich czołgów i dwóch nieuzbrojonych samolotów.
      Pilecki uznał to potem za "rezultat niewielki".

      9 listopada 1939 roku w Warszawie Pilecki, Włodarkiewicz i kilku innych
      oficerów założyli jedna z pierwszych wojskowych organizacji
      konspiracyjnych pod nazwa Tajna Armia Polska [TAP]. Było to w szesć
      tygodni po założeniu w Warszawie Służby Zwycięstwu Polski.
      była to organizacja oficerów zawodowych WP i ziemian, o profilu
      narodowo-katolickim. Mjr Jan Włodarkiewicz został jej Komendantem, ppor.
      Witold Pilecki inspektorem organizacyjnym, ppłk "Stefan" Władysław
      Surmacki szefem sztabu. TAP sięgała poza Warszawę, do Siedlec, Lublina,
      Radomia i Krakowa. W 1940 roku liczyła prawdopodobnie ok. 8000
      zaprzysiężonych członków, posiadała kilkanascie karabinów maszynowych,
      kilka rusznic przeciwpancernych i ok. 4000 karabinów.


      Po poczatkowych konfliktach z SZP [osobiscie gen. Stefana "Grota"
      Roweckiego z mjr. Włodarkiewiczem. Stefan Rowecki w raporcie do gen.
      Sosnkowskiego okreslił w listopadzie 1940 ideologię organizacji jako
      "faszyzm katolicki"], w jesieni 1941 mjr Włodarkiewicz podporzadkował
      Tajna Armię Polsk± Zwiazkowi Walki Zbrojnej [ZWZ]. Został nawet pierwszym
      dowódca "Wachlarza" - wydzielonych z ZWZ oddziałów na kresach wschodnich,
      przygotowywanych na wypadek wojny niemiecko-sowieckiej.
      Sprawy te zreszta nie dotyczyły już konspiratora ppor. Witolda
      Pileckiego... Od nocy 21/22 wrzesnia 1940 Witold Pilecki był więzniem nr
      4859 Konzentrationslager Auschwitz.
      Był bodaj jedynym ochotnikiem w całej historii II Wojny Swiatowej, który
      poszedł do Oswięcimia swiadomie i dobrowolnie...
      W 1940 Gestapo aresztowało wielu członków TAP. Wkrótce liczni z nich
      znalezli się w KL Auschwitz. W obozie uwięzionych było m. in. dwóch
      członków scisłego kierownictwa TAP, ppłk. Władysław Surmacki i dr
      Władysław Dering, szef służby zdrowia TAP.
      W tym czasie [1940] nazwa KL Auschwitz nie budziła jeszcze grozy, takiej
      jak już niedługo pózniej. Niewielu ludzi w Polsce miało wyobrażenie o
      warunkach tam panujacych, nie było żadnych potwierdzonych informacji;
      Auschwitz nie uchodził za obóz eksterminacyjny, a raczej za "surowy
      osrodek internowania".
      Pilecki zgłosił mjr. Włodarkiewiczowi projekt swojego dobrowolnego pójscia
      do KL Auschwitz dla przesyłania raportów o sytuacji oraz stworzenia tam
      zakonspirowanej organizacji oporu wsród więzniów. Nie do końca wyjasnione
      sa okolicznosci podjęcia tej decyzji przez "Witolda".
      Pilecki był w pewnym konflikcie z Włodarkiewiczem na tle wygórowanych
      ambicji tego ostatniego oraz jego oporów wobec ZWZ. Włodarkiewicz wahał
      się z wyrażeniem zgody na propozycję Pileckiego. Płk. Janusz Albrecht
      'Wojciech" - ówczesny szef sztabu ZWZ, został powiadomiony o propozycji
      Pileckiego.
      W listopadzie 1941, po wcieleniu TAP do ZWZ, ppor. Witold Pilecki, wówczas
      już więzień KL Auschwitz, został awansowany przez gen. Stefana
      "Grota"-Roweckiego do rangi porucznika [niektórzy publicysci powojenni
      kwestionuja awansowanie oficera przebywajacego w obozie, jednak jak
      wykazuje wojenna praktyka nie był to wypadek odosobniony. Przecież własnie
      gen. "Grot" otrzymał awans na generała dywizji z dniem 1 stycznia 1944 -
      już jako więzień KL Sachsenhausen].
      Sam Pilecki zeznał przed komunistycznym sadem wojskowym w 1948 roku, iż
      poszedł do Oswięcimia z rozkazu gen. "Grota", przekazanego mu przez mjr.
      Włodarkiewicza. Jest również oczywiste, że Pilecki nie zdawał sobie w
      pełni sprawy z tego, gdzie dobrowolnie idzie...
      Został zaopatrzony w fałszywe dokumenty na nazwisko Tomasza Serafińskiego
      z Krakowa, rzekomo zmarłego w Warszawie podczas działań wojennych w 1939
      roku [pózniej okazało się, że Serafiński żył nadal].
      Schwytanych na ulicach warszawiaków przewożono poczatkowo do koszar
      SS-Reiterregiment przy Łazienkowskiej. PóĽniej utworzono obóz
      przejsciowy przy Skaryszewskiej.

      19 wrzesnia 1940 roku hitlerowcy urzadzili na Żoliborzu, Grochowie i
      Mokotowie wielka łapankę. Pilecki przebywał wówczas w mieszkaniu Eleonory
      Ostrowskiej przy al. Wojska Polskiego na Żoliborzu. Niemcy, szukajac
      mężczyzn, dosyć pobieżnie przegladali mieszkania, i to nie wszystkie.
      Pilecki, mimo, iż mógł się ukryć, sam wyszedł do żołnierza niemieckiego
      stojacego w drzwiach mieszkania. Wychodzac z żołnierzem szepnał do
      Ostrowskiej:
      "Zamelduj gdzie trzeba, że rozkaz wykonałem".
      Choć mógł uciec - nie zrobił tego.
      Podczas tej łapanki, Niemcy zatrzymali ok. 2000 mężczyzn. W ujeżdżalni
      dawnego 1. pułku szwoleżerów, przez kolejne dwa dni kopano ich leżacych i
      katowano bykowcami. W dwa dni pózniej przewieziono ich do KL Auschwitz.
      Był to dopiero drugi wielki transport więĽniów z Warszawy. W tym samym
      transporcie wywieziono do Aus
      • tyka5 Re: rotmistrz Witold Pilecki - zapomniany bohater 23.02.06, 14:59
        c.d. zapomniany bohater

        W tym samym transporcie wywieziono do Auschwitz Władysława Bartoszewskiego.

        O nocy 21/22 wrzesnia 1940 roku Pilecki napisał w raporcie z 1943:
        "Około 10 wieczór pociag się zatrzymał w jakims miejscu i dalej już nie
        ruszył. Słychać było krzyki, wrzaski - otwieranie wagonów, ujadanie psów.
        [...] Oslepieni reflektorami, pchani, bici, kopani, szczuci psami,
        raptownie znaleĽlismy się w warunkach, w jakich watpię, by ktos z nas był
        kiedykolwiek. [...] Pędzono nas przed siebie, ku większej ilosci
        skupionych swiateł. W drodze kazano jednemu z nas biec do słupa w bok od
        drogi i zaraz w slad za nim puszczono serie z p-ma. Zabito. Wyci±gnięto z
        szeregu 10 przygodnych kolegów i zastrzelono w marszu z pistoletów na
        skutek odpowiedzialnosci solidarnej za "ucieczkę", która zaaranżowali sami
        SS-mani. Wszystkich jedenastu ciagnięto na rzemieniach uwiazanych do
        jednej nogi. Drażniono krwawymi trupami psy i szczuto je na nich. Robiono
        to pod akompaniament smiechu i kpin. Zbliżalismy się do bramy umieszczonej
        w ogrodzeniu z drutów, na której widniał napis: "Arbeit macht frei"
        Pózniej dopiero nauczylismy się go dobrze rozumieć. [...]


        W ciagu paru dni czułem się oszołomiony i jakby przerzucony na inna
        planetę. Wpędzenie nas w nocy kolbami esesmanów za druty, na teren
        oswietlony reflektorami - przebiegamy przez niesamowicie rozesmianych,
        wrzeszczacych "capów," porzadkujacych szeregi nasze dragami, majacych
        zielone i czerwone łatki w miejscach, gdzie wiesza się ordery, wsród
        dzikich chichotów i żartów dobijajacych chorych i słabych lub tego, kto
        miał nieostrożnosć powiedzieć, że był sędzia lub jest księdzem - zrobiło
        na mnie wrażenie, że zamknięto nas w zakładzie dla obłakanych. [...]
        Tu oddalismy wszystko w wielkie worki, do których odpowiednie przywiazano
        numery.
        Tu ostrzyżono nam włosy na głowie i na ciele, pokropiono trochę prawie
        zimna woda. Tu wybito u mnie pierwsze dwa zęby za to, że numer ewidencyjny
        na tabliczce napisany niosłem w ręku, a nie w zębach. Dostałem w szczękę
        ciężkim dragiem. Wyplułem dwa zęby. Pociekło trochę krwi. [...]
        Lagerführer Karl Fritz: "Popatrzcie, to jest krematorium. Wszyscy
        pójdziecie do krematorium, 3 tysiace stopni ciepła". I ciagnał dalej, że
        jest to jedyna droga na wolnosć przez komin. [...] Dobre widoki dla nas:
        przez komin. Pobledlismy, drżałem. Bałem się".
        Pilecki występujacy w KL Auschwitz jako Tomasz Serafiński otrzymał numer
        obozowy 4859.


        Pracował w obozie oswięcimskim w różnych komandach: był sprzatajacym,
        pielęgniarzem [dzięki dr Deringowi], stolarzem, rzezbiarzem, grabarzem,
        paczkarzem, piekarzem. Chorował kilkakrotnie, przetrzymał dzięki dr
        Deringowi zapalenie płuc.
        Napisał potem:
        "Obóz, warunki przeżycia były tym, co wyraznie klasyfikowało charaktery -
        wartosci indywidualne; jedni staczali się, stajac się coraz większymi
        draniami bez skrupułów, inni za to jakby dla przeciwwagi podnosili się
        ciagle moralnie, silnie rzezbiac w charakterach własnych jak w
        kryształach. Zdarzały się ciagle niespodzianki, jak załamania tych, którzy
        się silnymi wydawali, tak również nagłe odrodzenie się moralne
        indywidualnosci słabych".
        Pilecki nie załamał się.
        "Pisałem w listach do rodziny [...], by mnie nie starano się z lagru
        wykupić, co mogłoby się zdarzyć, gdyż nie miałem żadnej sprawy, a
        hazardowała mnie gra i oczekiwana w przyszłosci rozgrywka na miejscu.
        [...] znalazłem w sobie radosć wynikajaca ze swiadomosci, że chcę
        walczyć". Witold Pilecki poszedł dobrowolnie do Auschwitz głównie po
        to, żeby założyć tam organizację oporu. Szczegóły planu zmieniły się
        w rzeczywistosci obozu zagłady, ale pózniej Pilecki okreslił swoje
        założenia następujaco:
        "Podtrzymanie na duchu kolegów przez dostarczanie i
        rozpowszechnianie wiadomosci z zewnatrz; zorganizowanie w miarę
        możliwosci dożywiania i rozdzielania odzieży wsród zorganizowanych;
        przekazywanie wiadomosci na zewnatrz oraz jako uwieńczenie
        wszystkiego - przygotowanie oddziałów własnych do opanowania [obozu]
        zrzucenia tu broni lub siły żywej [desantu]".
        W ciagu kilku tygodni zorganizował zalażki konspiracji obozowej.
        Posłużył się modelem głęboko utajnionych "piatek", które miały
        bardzo ograniczone kontakty jedna z druga. Baza było pięć górnych
        "piatek", niezależnych i nic o sobie nie wiedzacych, które rozwijały
        się w dolne "piatki".
        Pierwsza "górna piatka" powstała jesienia 1940, druga dopiero w
        marcu 1941, w stolarni obozowej.

        Do pierwszej "piatki" należeli:
        płk. Władysław Surmacki - nr 2759
        kpt. dr. Władysław Dering - nr 1723
        por. Jerzy de Virion - nr 3507
        Eugeniusz Obojski - nr 194
        kpt. Alfred Stössel - nr 435.
        Ta piatka została zaprzysiężona przez Witolda Pileckiego. Organizacja
        przyjęła nazwę "Zwiazek Organizacji Wojskowych" [ZOW].
        Z biegiem czasu organizacja rozrosła się do wielu komórek ulokowanych w
        kilku komandach obozu. Należeli do niej m.in. narciarz Bronisław Czech [nr
        349] i artysta rzeĽbiarz prof. Xawery Dunikowski [nr 774]. Objęła nawet
        kilku więzniów funkcyjnych. Szpital obozowy stał się ważna enklawa
        konspiracji. Zorganizowano pierwszy kontakt z ludnoscia cywilna poza
        obozem, która wykorzystano dla przerzutu lekarstw do obozu. Konspiracja
        miała własny sad, wydawała wyroki smierci na kapusiów, które wykonywano
        przy pomocy wszy zakażonych tyfusem, albo zamieniajac kartoteki więzniów z
        wyrokami smierci wydanymi przez Niemców [spenetrowano również tzw.
        "Aufnahmenkommando" Oddziału Politycznego - Politische Abteilung, czyli
        obozowego Gestapo].
        Inicjatywa ruchu oporu Pileckiego była pierwsza, ale pózniej nie jedyna.
        Każde prawie srodowisko próbowało zorganizować się. Powstały grupy oporu
        PPS pod kierunkiem Stanisława Dubois [nr 3904, w obozie przebywał jako
        Dębski, rozstrzelany 21.VIII.42], ZWZ płk. Kazimierza Rawicza [nr 9319],
        prawicowej ONR Jana Mosdorfa [nr 8230, rozstrzelany 11.X.43].
        Celem Pileckiego było połaczenie wszystkich grup konspiracyjnych i
        przygotowanie powstania w obozie. Do ZOW Pileckiego przyst±piło wkrótce
        kilku socjalistów i członków ZWZ. Płk Rawicz objał zwierzchnictwo wojskowe
        nad połaczonymi grupami konspiracyjnymi i symbolicznie-formalnie
        podporzadkował je Komendantowi ZWZ. Po przeniesieniu Rawicza do
        Mauthausen, przywództwo wojskowe objał płk Juliusz Gilewicz [nr 31033,
        rozstrzelany 11.X.1943 zadenuncjowany już po ucieczce Pileckiego].
        Utworzono "komitet polityczny" z przedstawicieli lewicy [m.in. Stanisław
        Dubois] i prawicy [m.in. Jan Mosdorf]. Wciagnięto do konspiracji grupę
        więzniów Czechów. Nawet w tej konspiracji, w samym jadrze piekła, nie
        obyło się bez tarć, głównie ambicjonalnych...
        Oczywiscie siły były minimalne wobec hitlerowskiej machiny zbrodni. Ale
        siła konspiracji tkwiła w jej znaczeniu psychologicznym i moralnym. A
        ofiary były ogromne.
        Napisał potem Pilecki:
        "Wielki młyn lagru wyrzucał wciaż trupy. Wielu kolegów ginęło, których
        stale trzeba było zastępować innymi. Wciaż trzeba było wszystko wiazać.
        [...] W wysiłku pracy codziennej walczylismy o to, by jak najmniej oddać
        do komina istnień polskich, a dzień czasami wydawał się rokiem".
        Kiedy z końcem 1941 roku Niemcy rozpoczęli wielka rozbudowę Birkenau
        [Auschwitz II] i podjęli masowa eksterminację Żydów, konspiracja obozowa
        objęła po częsci ten nowy obóz. Chodziło głównie o zebranie wiarygodnych
        informacji o eksterminacji Żydów i przesłanie ich do Warszawy. Okazało
        się, że płk Jan Karcz, po przetrzymaniu 9 dni okrutnego przesłuchania w
        "bunkrze" bloku 11, został przeniesiony do Birkenau. Karcz stworzył tam
        kolejne "piatki" ZOW, głównie z więzniów przeniesionych z Auschwitz I. Nie
        ma informacji czy wciagnięto do konspiracji jakichs Żydów, którzy nie
        ulegli natychmiastowemu zagazowaniu. Zbierano informacje, rozdawano nieco
        żywnosci i lekarstw.
        Wiosna 1942 przywieziono do Auschwitz pierwsze więzniarki, które osadzono
        w obozie
        • tyka5 Re: rotmistrz Witold Pilecki - zapomniany bohater 23.02.06, 15:01
          c.d. zapomniany bohater


          Wiosną 1942 przywieziono do Auschwitz pierwsze więzniarki, które osadzono
          w obozie kobiecym Birkenau. Z czasem kilkanascie kobiet weszło do
          konspiracji obozowej. Próbowano ratować młode dziewczęta-więzniarki.
          Według Józefa Garlińskiego, wiosna 1942 roku w Auschwitz było już ok. 1000
          wtajemniczonych i zaprzysiężonych członków ZOW. Dokładne liczby sa nie do
          odtworzenia. Idea Pileckiego było zbrojne opanowanie obozu, gdyby
          zaatakowano go z zewnatrz, zrzucono tam broń i desant lub nawet tylko
          dokonano ciężkiego nalotu bombowego. Pilecki podzielił Auschwitz I na
          cztery bataliony; każdy blok miał być szkieletowym plutonem. Wyznaczono
          dowódców. Pilecki do końca wierzył, że więzniowie byli zdolni do
          opanowania obozu.
          Rozgoryczony, najwyrazniej rozmijajacy się z realiami, napisał pózniej:
          "Tragedia nasza było nie to, żesmy - jak myslała Warszawa - byli
          kosciotrupami, lecz przeciwnie, że jakkolwiek bylismy silni i lokalnie
          bieg wypadków mielismy w swoim ręku, ze względu jednak na ogólna sytuację
          - społeczeństwo, represje - ręce mielismy zwiazane i z oddali musielismy
          uchodzić za bezradnych. Potrzebny był nam rozkaz".
          Informacje z obozu przesyłano różnymi kanałami. Pilecki nawiazał kontakty
          z komandem "mierników", którzy wychodzili poza obóz dla prac mierniczych,
          wynoszac przy tym meldunki. Wciagnał w konspirację, więznia woznicę. W
          szpitalu obozowym pod podłoga gabinetu głównego lekarza, dr Dering
          zainstalował odbiornik radiowy. Zdarzały się, chociaż bardzo rzadko,
          zwolnienia więĽniów z obozu. Dzięki nim pierwszy meldunek dotarł do
          Warszawy w listopadzie 1940, a w marcu 1941 został przekazany do Londynu
          przez kuriera komendanta głównego ZWZ gen. "Grota".
          W 1942 roku kilku uciekinierów przekazało kolejne meldunki ZOW do Dowódcy
          AK.
          Na poczatku 1943 Pilecki zaczał mysleć o ucieczce z obozu. Były ku temu
          trzy powody.
          Po pierwsze, Pilecki zdał sobie sprawę, że "Warszawa" nie ma zamiaru
          zorganizowania uderzenia na obóz - postanowił więc interweniować
          osobiscie. Po drugie, docierały do niego informacje o zaciskajacej się
          wokół ZOW i niego samego pętli niemieckiej. Z końcem 1942 i poczatkiem
          1943 roku ZOW poniósł duże straty. Niemcy zgładzili wielu konspiratorów,
          którzy tkwili w ZOW niemal od poczatku. Tak zginęli np. Alfred Stössel z
          pierwszej "górnej piatki" i płk Jan Karcz, kierujacy ZOW w Birkenau. Po
          trzecie, Niemcy rozpoczęli akcję przerzucania więzniów z niskimi numerami
          do innych obozów. Pileckiemu udało się raz wyreklamować z takiego
          transportu.
          Z kilku koncepcji ucieczki, Pilecki zdecydował się na ucieczkę przez
          komando wypiekajace chleb w piekarni ulokowanej poza obozem. Od rożnych
          członków ZOW Pilecki, Jan Redzej i Edward Ciesielski otrzymali z magazynu
          odzieży cywilne ubrania, przybory do golenia, 400 dolarów, klucz do drzwi
          piekarni, srodek nasenny, preparat mylacy psy i cyjanek potasu. Każdy z
          nich wiedział zbyt dużo, żeby mogli ryzykować dostanie się żywymi w ręce
          Niemców. Podstępem, przez szpital, zostali przyjęci do komanda piekarzy.
          Uciekli w noc niedzieli wielkanocnej 26/27 kwietnia 1943. Pracujac na
          nocna zmianę w piekarni, zostali w niej zamknięci przez strażnika
          niemieckiego, uspili innego strażnika wewnatrz, przecięli kabel
          telefoniczny, otworzyli drzwi i wyszli na wolnosć. W siapiacym deszczu,
          torem kolejowym doszli do Soły, a potem do Wisły, przez która przeprawili
          się znaleziona szczęsliwie łódka. Ksiadz na plebani w Alwerni nakarmił ich
          i dał im przewodnika. Przez kilka wsi, Tyniec, okolice Wieliczki, Puszczę
          Niepołomicka dotarli do Bochni, a stamtad do Wisnicza, gdzie Pilecki
          odszukał prawdziwego Tomasza Serafińskiego. Ten ułatwił mu kontakt z
          komórkami AK, które potraktowały uciekinierów bardzo podejrzliwie. Do
          podejrzeń przyczyniły się zreszta namowy Pileckiego żeby zaatakować obóz w
          Oswięcimiu.
          25 sierpnia 1943 roku Pilecki, już w Warszawie, nawiazał kontakt z
          oficerem KG AK, dr Henrykiem Gnoińskim "Zygmuntem" [wczesniej w Referacie
          "C" III Oddz. SZP, póĽniej w ZO], który wówczas zajmował się sprawami
          kacetu w Auschwitz.
          Pilecki apelował o atak na Oswięcim, który jednak uznano za niewykonalny
          siłami AK.
          Napisał szczegółowy raport o obozie, tzw. "Raport Witolda", który został
          przekazany do Londynu. Rzad RP w Londynie bezskutecznie apelował zreszta
          wczesniej do Brytyjczyków, o zbombardowanie obozu. Istniał też plan ataku
          na obóz i otwarcia go na pół godziny, gdyby Niemcy zaczęli masowo mordować
          więzniów w Auschwitz I. W pobliże obozu wysłano dwóch cichociemnych. Jeden
          z nich, ppor. "Alfa" Stefan Jasieński, wysłany przez KG AK w lipcu 1944,
          miał przygotować rozpracowanie na rzecz planowanego uderzenia Grupy
          Operacyjnej "Odra", ranny ok. 29 wrzesnia w Malcu wpadł w ręce niemieckie,
          po czym przewieziono go do KL Auschwitz. Według londyńskich zródeł ppor.
          "Alfa" obóz przeżył, po czym od 10.V.1945 przebywał w Wielkiej Brytanii i
          tam zaginał. Innego zdania sa byli więzniowie Oswięcimia, utrzymuja oni,
          że Jasieński zginał w obozie jeszcze w 1944.
          Podziemie Pileckiego w KL Auschwitz nie spełniło zasadniczego zadania, dla
          którego "Witold" je stworzył.
          Do walki o obóz nigdy nie doszło.
          Pilecki w Warszawie zrozumiał niewykonalnosć tego w istniej±cych
          warunkach. Lojalnie przekazał te informacje konspiracyjnym kanałem do kpt.
          Stanisława Kazuby w obozie. W Warszawie skontaktował się z rodzinami
          kilkunastu więzniów i uzyskał dla nich zapomogi z funduszów AK. Pomagał im
          też w życiowych sprawach.
          W Warszawie Pilecki, pod ps. "Druh", otrzymał konspiracyjny przydział do
          Oddz. III [Brygada Informacyjno-Wywiadowcza "Kameleon"-"Jeż"] sztabu
          Kedywu KG AK. Wyczerpany obozem, w Kedywie pełnił funkcje administracyjne.
          Otrzymał awans na rotmistrza [w kawalerii odpowiednik kapitana].
          Wiosna 1944 podjał "konspirację w konspiracji".
          Zaczał pracować nad tworzeniem tajnej, kadrowej organizacji NIE,
          przygotowywanej w przewidywaniu nadchodzacej okupacji sowieckiej Polski.
          Organizacja ta dowodził płk. Emil Fieldorf "Nil", poprzednio dowódca
          Kedywu KG AK. Pilecki, pracujacy nad przygotowaniem wywiadu, podlegał
          Stefanowi Miłkowskiemu "Jeżowi" [wg. relacji por. Stanisława "Klary"
          Wierzyńskiego pseudonim "Jeż" nosił w Kedywie Stefan Wysocki].

          1 sierpnia 1944 o godzinie 17:00 w Warszawie wybuchło Powstanie.
          Pilecki, mimo, że oficerowie NIE mieli być wyłaczeni z walk powstańczych,
          ochotniczo wstapił do I batalionu w zgrupowaniu "Chrobry II" operujacym w
          Sródmiesciu-Północnym. W 1. kompanii walczył najpierw jako szeregowy,
          pózniej, gdy ujawnił swój stopień oficerski objał dowodzenie 2. kompania
          walczaca w rejonie Towarowej i Pańskiej.
          W czasie tych walk zetknał się ze swoim współtowarzyszem ucieczki z
          Auschwitz, Edwardem Ciesielskim; trzeci uciekinier, kpt. Jan Redzej,
          zginał w Powstaniu. W oddziale poznał się z ppor. Bolesławem Niewiarowskim
          "Lekiem". Losy ich splotły się w rok pózniej.
          Przed kapitulacj± Powstania, Pilecki ukrył kilkanascie sztuk broni w
          mieszkaniu matki "Leka".
          5 pazdziernika 1944 znalazł się ponownie w rękach niemieckich - tym razem
          jako oficer Armii Krajowej objęty prawami jenieckimi. Przez kilka dni
          przebywał w obozie jenieckim Lamsdorf [Łambinowice k/Opola].
          W obozie jenieckim w Murnau był małomówny, usiłował dokumentować życie
          jeńców. Miał głębokie poczucie służby i czuł się zwiazany przysięga
          wojskowa z organizacja NIE.
          Po wyzwoleniu obozu, 8 maja 1945 roku stanał w Murnau do raportu u gen.
          Tadeusza Pełczyńskiego "Grzegorza".
          Płk "Makary" Kazimierz Iranek-Osmecki, były szef II Oddz. KG AK, polecił
          mu czekać na dalsze dyspozycje. W czerwcu 1945, w Murnau rtm. Pilecki
          zgłosił chęć wstapienia do II Korpusu gen. Władysława Andersa we Włoszech
          z życzeniem powrotu do kraju.
          11 lipca 1945 został przyjęty do II Korpusu. Od płk. "Hańczy", szefa
          komórki na Kraj Oddziału II [wywiadu] Polskich Sił Z
          • tyka5 Re: rotmistrz Witold Pilecki - zapomniany bohater 23.02.06, 15:04
            c.d. zapomniany bohater

            11 lipca 1945 został przyjęty do II Korpusu. Od płk. "Hańczy", szefa
            komórki na Kraj Oddziału II [wywiadu] Polskich Sił Zbrojnych, otrzymał
            polecenie zorganizowanie grupy, która przewiozłaby do Polski większe sumy
            pieniędzy. Pilecki sciagnał z Murnau do San Giorgio we Włoszech Marię
            Szelagowska, z która współpracował wczesniej w Polsce. Spotkał też por.
            Niewiarowskiego "Leka", towarzysza broni z Powstania Warszawskiego.
            Spisywał wspomnienia oswięcimskie, które potem przechowywano w Studium
            Polski Podziemnej w Londynie.
            Po smierci płk. "Hańczy" odwołano przerzut pieniędzy, a Pilecki zaczał
            podlegać płk. Kijakowi.
            W dniach 5 i 11 wrzesnia 1945 odbył rozmowy z gen. Andersem, który
            zatwierdził jego powrót do Kraju. Zadanie Pileckiego zbierania informacji
            o sytuacji w komunistycznej Polsce zostało sformułowane ogólnikowo, zakres
            pozostawiono jego możliwosciom i decyzjom. Z końcem pazdziernika 1945,
            przez Bremen, Pragę, Pilzno i Dziedzice, Pilecki, Szelagowska i
            Niewiarowski powrócili do Polski. Pilecki wrócił jako "Roman Jezierski" i
            otrzymał w Dziedzicach dokumenty repatriacyjne.
            Po pobycie w Krakowie, 8 grudnia 1945 dotarł do Warszawy. Rozpoczał
            ostatnie półtora roku swojej pracy konspiracyjnej, tym razem pod okupacja
            komunistyczna - w rzeczywistosci sowiecka.
            W kraju szalał terror komunistyczny UB i "ludowego" Wojska Polskiego
            wspieranych przez NKWD i armię sowiecka, skierowany przeciwko dawnemu
            podziemiu antyniemieckiemu i całemu ruchowi niepodległosciowemu - a byłej
            Armii Krajowej w szczególnosci.
            Łamano krwawo wszelkie swobody obywatelskie oraz niepodległosciowe
            aspiracje Polaków. W lasach nadal przebywało bardzo dużo zdezorientowanych
            oddziałów partyzanckich. Najpierw Armia Krajowa, a póĽniej NIE - która nie
            rozwinęła swojej działalnosci [gen. Fieldorf został 7 marca 1945
            aresztowany przez NKWD w Milanówku i zesłany na Ural] i Delegatura Sił
            Zbrojnych zostały rozwiazanie, a w ich miejsce powstała obywatelska w
            swoim założeniu organizacja kierowana przez płk. Rzepeckiego "Wolnosć i
            Niezawisłosć" [WiN].
            Dla bezkompromisowego i wiernego przysiędze NIE Witolda Pileckiego
            pozostała jedynie walka.
            Po przybyciu z Włoch napisał:
            "Po Powstaniu ja też znalazłem się po tamtej stronie a rozumiałem dobrze,
            że obowiazkiem moim jest być tu w Kraju [jakkolwiek mnie tam było lepiej],
            gdyż wynikało to z obowiazków nowej pracy i nowo złożonej przysięgi".
            Dawna siatka NIE już nie istniała, infrastruktura AK-owska była zniszczona
            albo zerwana, WiN dażył do przejęcia kontroli nad oddziałami lesnymi i do
            umożliwienia powrotu tysiacom dawnych żołnierzy podziemia do w miarę
            normalnego życia ["rozładowanie lasów"] - w warunkach nowej okupacji.
            Witold Pilecki zaczał tworzyć swoja siatkę od poczatku.
            Jednym z pierwszych jego współpracowników był Makary Sieradzki, towarzysz
            broni jeszcze z 1939 roku z TAP.
            W tym czasie "Witold" mieszkał w rożnych miejscach w Warszawie, a od
            lutego 1946 przy ul. Skrzetuskiego 20 m. 1, u Eleonory Ostrowskiej.
            Pracował jako magazynier w firmie budowlanej i wraz z Szelagowska
            prowadził wytwórnię wód kwiatowych, projektujac etykietki na flakoniki.
            Spotkał się z kilkoma dawnymi współwięzniami oswięcimskimi, był nawet raz
            w 1946 roku w dawnym obozie Auschwitz. Przygotowywał ksiażkę o Oswięcimiu,
            gromadził materiały. Wiele z nich przepadło, co najmniej jedna kopia jego
            raportu wpadła potem w ręce bezpieki.
            Zdołał skupić wokół siebie kilku współpracowników: Makarego Sieradzkiego,
            Tadeusza Pluzańskiego, Tadeusza Szturm de Sztrema [socjalistę], Marię
            Szelagowska, Witolda Różyckiego [pracownika Ministerstwa Żeglugi i Handlu
            Zagranicznego]. Różycki przekazał Pileckiemu tekst umowy handlowej z ZSRR
            i wewnętrzny serwis informacyjny. Pluzański wyjechał nawet na krotko do
            Włoch, do II Korpusu, ale wkrótce powrócił do Polski. Niewiarowski "Lek"
            przekazywał pewne informacje przez kurierów i pózniej wyjechał z kraju.
            Informacje o konspiracji grupy "Witolda" pochodza prawie wyłacznie z
            materiałów UB i sadu, moga więc być w dużej częsci sfabrykowane. W każdym
            razie instrukcja sygnowana w imieniu gen. Andersa formułowała zadania
            następuj±co [fragment]:
            "Zadaniem sieci obserwacyjno-informacyjnej jest obserwacja i badanie
            stosunków na terenie Kraju, w szczególnosci w odniesieniu do postanowień i
            pociagnięć tymczasowej administracji warszawskiej, ich wpływu na życie
            wewnętrzne Polski; szczególnie ważnym jest zbieranie dowodów demaskujacych
            dażenia do zupełnej sowietyzacji Polski; badanie nastrojów w
            społeczeństwie, warunków życia, palacych potrzeb politycznych,
            gospodarczych i społecznych, nastrojów wewnatrz armii Żymierskiego,
            ogólnej sytuacji wojskowej okupanta; ważniejsze sprawy personalne
            dotyczace wybitniejszych osób ze sfer reżimu warszawskiego, okupantów
            sowieckich oraz działaczy politycznych i społecznych. Przekazywanie droga,
            według indywidualnej oceny warunków miejscowych najodpowiedniejsza,
            informacji oraz wskazówek otrzymanych od swoich komórek nadrzędnych; w
            szczególnosci chodzi o to, by możliwie szeroko docierały prawdziwe
            wiadomosci o położeniu ogólnym politycznym, rozwoju spraw polskich na
            terenie międzynarodowym, o działalnosci wojska na obczyznie, organizacji
            polskiego wychodzstwa i jego działalnosci, o działalnosci legalnego Rz±du
            RP i jego wskazaniach. [...].
            We wrzesniu 1946, kurierka II Korpusu, kpt. Jadwiga Mierzejewska "Danuta",
            przekazała Pileckiemu instrukcję dotyczaca "rozładowania lasu",
            [rozwiazania oddziałów lesnych], legalizacji i przerzucenia szczególnie
            narażonych ludzi na Zachód. Miała zmontować nowe drogi przerzutowe i
            przywiozła sugestie, aby sam Pilecki opuscił Polskę, czemu on stanowczo
            się sprzeciwił.
            Skontaktowała się z kpt. Ryszardem Jamonttem-Krzywickim "Szymonem", byłym
            adiutantem trzech komendantów polskiego podziemia, generałów Michała
            Tokarzewskiego-Karaszewicza, Stefana Roweckiego i Tadeusza Komorowskiego.
            Poleciła mu utrzymywać kontakt z rtm. Pileckim. Po pewnym czasie opusciła
            Polskę.
            Instrukcja likwidacji podziemia nakazywała zaprzestanie akcji zbrojnej i
            sabotażowej, zlikwidowanie organizacji podziemnych i skupienie się na
            akcji polityczno-propagandowej.
            "Wobec zupełnej niemożnosci podjęcia obecnie walki orężnej, wobec nikłych
            szans skutecznej walki politycznej, największy wysiłek należy włożyć w
            prace nad obrone życia i ducha narodowego przed sowietyzacja".
            "Witold", chociaż był zwolennikiem radykalnych działań zbrojnych, poprzez
            swoje kontakty przekazał te instrukcje do oddziałów lesnych w
            Białostockiem, Borach Tucholskich i na Kielecczyznie.
            Wciagnał do współpracy kpt. Wacława Alchimowicza z Ministerstwa
            Bezpieczeństwa Publicznego [pózniej potajemnie straconego przez UB]. Nie
            wiadomo czy rzekome plany "Witolda" wykonania zamachów na prominentów MBP
            i UB, płk. Józefa Czaplickiego, płk. Józefa Różańskiego i płk. Lunę
            Brystigierowa, były realne, czy też były prowokacja MBP podsunięta poprzez
            agenta Kuchcińskiego.
            W kwietniu 1947 Pilecki otrzymał now± instrukcję zbierania i przekazywania
            materiałów dowodowych o aresztowaniach, więzieniu i wywózce do Rosji,
            żołnierzy podziemia i II Korpusu, którzy powrócili do kraju. Kurier, który
            przywiózł te instrukcje, Stanisław Kuczyński, został wkrótce aresztowany.
            Pilecki rozważał nawet wówczas ujawnienie się. Tadeusz Pluzański nawiazał
            krótki, bezskuteczny kontakt z Kazimierzem Rusinkiem, dawnym współwięzniem
            ze Stutthofu, obecnie sekretarzem generalnym reżimowego Zrzeszenia
            Zwiazków Zawodowych.
            Pętla wokół Witolda Pileckiego zacisnęła się ostatecznie, prawdopodobnie
            wskutek inwigilacji Kuczyńskiego przed jego aresztowaniem. 8 maja 1947
            [według danych UB, 5 maja] Witold Pilecki został aresztowany w Warszawie.


            Wraz z nim wpadło około 100 adresów, a pózniej legendarna "skrytka
            Witolda".
            UB aresztowało natyc
            • tyka5 Re: rotmistrz Witold Pilecki - zapomniany bohater 23.02.06, 15:05
              c.d. zapomniany bohater

              Wraz z nim wpadło około 100 adresów, a pózniej legendarna "skrytka
              Witolda".
              UB aresztowało natychmiast 23 osoby, z których siedem zwolniono. Podażajac
              tropem Kuczyńskiego, UB rozbiło kilka punktów przerzutowych w Szczecinie,
              aresztuj±c kilkanascie kolejnych osób.

              14 maja 1947 w X Pawilonie więzienia mokotowskiego, Pilecki napisał wiersz
              [sic!] "Dla Pana Pułkownika Różańskiego", który kończył się tak:
              "Dlatego więc piszę niniejsza petycję,
              By suma kar wszystkich - mnie tylko karano,
              Bo choćby mi przyszło postradać me życie -
              Tak wolę - niż żyć, a mieć w sercu ranę".

              W poczatkowej fazie sledztwa Pilecki usiłował prowadzić grę ze sledczymi.
              Próbował ratować innych ludzi. Wydał skrytkę ze swoimi papierami w
              mieszkaniu Eleonory Ostrowskiej przy ul. Skrzetuskiego. Napisał list do
              płk. Różańskiego, bagatelizuj±cy działalnosć innych. Przeszedł niezwykle
              ciężkie sledztwo. Został wyjatkowo storturowany przez kilku sledczych, w
              tym sadystę Eugeniusza Chimczaka [w procesie Adama Humera i innych w 1996
              roku Chimczak został skazany na 8 lat więzienia].
              Zachowały się relacje kilku współwięzniów, według których Pilecki miał
              zdarte paznokcie, nie mógł utrzymać prosto głowy, słaniał się chodzac...
              W sledztwie nie załamał się, nie wydal innych, zachował do końca
              żołnierski honor.


              3 marca 1948 przed Rejonowym S±dem Wojskowym w Warszawie rozpocz±ł się
              proces tzw. "grupy Witolda": Witolda Pileckiego, Marii Szelagowskiej,
              Tadeusza Pluzańskiego, Ryszarda Jamontta-Krzywickiego, Maksymiliana
              Kauckiego, Witolda Różyckiego, Makarego Sieradzkiego i Jerzego
              Nowakowskiego.
              Witold Pilecki nie przyznał się do współpracy z wywiadem obcego mocarstwa,
              ani do żadnych planów zamachów, nie potępił swoich dowódców z II Korpusu,
              choć być może mógł takim oswiadczeniem kupić swoje życie. Przyznał się do
              zbierania informacji o sytuacji w Polsce na rzecz II Korpusu i do
              zorganizowania trzech skrytek broni.
              Składowi sędziowskiemu przewodniczył ppłk. Jan Hryckowian, oskarżał
              prokurator wojskowy mjr. Czesław Łapiński. Gorzka ironia był fakt, że
              kilka lat wczesniej obaj oni byli oficerami AK.
              Udział obrońców w rozprawie był raczej symboliczny...


              W ostatnim słowie przed s±dem Witold Pilecki powiedział:
              "Nie byłem rezydentem, a tylko polskim oficerem. Wykonywałem tylko rozkazy
              aż do chwili aresztowania mnie. Nie miałem przeswiadczenia, że dopuszczam
              się szpiegostwa i przy ferowaniu wyroku proszę o wzięcie tego pod uwagę".
              15 maja 1948 roku sad skazał Witolda Pileckiego, Marię Szelagowska i
              Tadeusza Pluzańskiego na karę smierci, Makarego Sieradzkiego na dożywotnie
              więzienie, Różyckiego na 15 lat, Kauckiego na 12 lat,
              Jamontta-Krzywickiego na 8 lat i Jerzego Nowakowskiego na 5 lat więzienia.

              W uzasadnieniu wyroku nazwano Witolda Pileckiego "płatnym rezydentem
              wywiadu Andersa".
              Po wysłuchaniu wyroku, Pilecki zdołał szepnać do Eleonory Ostrowskiej:
              "A więcej nikogo nie wzięli. Ja już żyć nie mogę, mnie wykończono. Bo
              Oswięcim to była igraszka".
              Do żony Marii szepnał:
              "I tak dobrze, że się tak stało".
              Szelagowska i Pluzańskiego ułaskawiono.
              Przeciwko ułaskawieniu Pileckiego wystapił cały skład sędziowski...
              Maria Pilecka napisała prosbę o łaskę do tzw. "prezydenta" Bolesława
              Bieruta. Sam Witold Pilecki napisał do Bieruta pełen godnosci list z
              prosba o łaskę.
              Bolesław Bierut z prawa łaski nie skorzystał - bo trudno było spodziewać
              się łaski od agenta NKWD...
              Wyrok smierci na rtm. Witoldzie Pileckim wykonano w starej kotłowni
              więzienia mokotowskiego wieczorem 25 maja 1948 strzałem w tył głowy.
              Istnieje relacja więĽnia, ks. Jana Stępnia:
              "Czekalismy w napięciu na ten moment. Gdy usłyszałem szept: '"już ida",
              zbliżyłem się do okna razem z dwoma współwięzniami, którzy znali Witolda
              Pileckiego. Nie zapomnę tego widoku. Prowadzono dwóch skazanych. Pierwszy
              pojawił się Witold Pilecki. Miał usta zawiazane biała opaska. Prowadziło
              go pod ręce dwóch strażników. Ledwo dotykał stopami ziemi. I nie wiem czy
              był wtedy przytomny. Sprawiał wrażenie zupełnie omdlałego. A potem salwa".
              Funkcjonariusz więzienny, prawdopodobnie Władysław Turczyński, wywiózł
              noca zwłoki w juchtowym worku i gdzies pogrzebał.
              Miejsce to dotad pozostaje nieznane, być może ciało rotmistrza pochowano
              na tzw. "łaczce", pod murem Cmentarza Komunalnego na Powazkach.
              Pozostało po rtm. Pileckim kilka tablic pamiatkowych i symboliczny grób w
              Ostrowi Mazowieckiej.
              W procesach odpryskowych od grupy Pileckiego skazano na smierć
              przynajmniej 6 osób, z których tylko jedna ułaskawiono, oraz przynajmniej
              7 osób na kary długotrwałego więzienia.
              Nad spraw± Witolda Pileckiego ciaży "długi cień" Józefa Cyrankiewicza,
              więznia KL Auschwitz, długoletniego premiera PRL.
              Józef Cyrankiewicz trafił do KL Auschwitz z więzienia na Montelupich w
              Krakowie 4 wrzesnia 1942 [nr 62933]. W obozie Cyrankiewicz współpracował z
              socjalistami oraz z komunistami niemieckimi i austriackimi, których
              podejrzewano o współpracę z Politische Abteilung [obozowym Gestapo].
              26 czerwca 1944, przed transportem do Buchenwaldu, Henryk Baroszewicz,
              członek kierownictwa ZOW, wtajemniczył Cyrankiewicza w konspirację obozowa
              ZOW. Wkrótce potem nowy więzień Auschwitz, inspektor katowicki AK, Wacław
              Stacherski, przekazał mylna informację jakoby Cyrankiewicz był przywódca
              ZOW. Na podstawie tej informacji, latem 1944, komendant Okręgu slaskiego
              AK, płk. Zygmunt Janke "Walter" mianował konspiracyjnie Józefa
              Cyrankiewicza "Rota" dowódca ZOW.
              Tak zrodziła się legenda "Cyrankiewicza-bojownika oswięcimskiego",
              rozdmuchana natychmiast po wojnie przez komunistyczna propagandę.
              Po wojnie Cyrankiewicz odszukał prawdziwego Tomasza Serafińskiego i
              dowiedział się od niego o roli Pileckiego w Auschwitz. Po powrocie samego
              Pileckiego miał mu posrednio zaproponować ujawnienie się i milczenie w
              zamian za zapewnienie bytu materialnego.
              W meldunku nr 6 z 4 wrzesnia 1946, Pilecki wspomina "C" i to, iż ten
              spotkał się z Serafińskim i szukał materiałów do referatu "Oswięcim
              walczacy".
              Maria Bielecka wspomina:
              "Kiedy po powrocie do Polski [1946] odwiedził mnie Witold Pilecki,
              powiedziałam mu, że straciłam okazję do wysłuchania relacji o Oswięcimiu.
              Witold usmiechnał się:
              "Ten odczyt się nie odbył. Miał go wygłosić Cyrankiewicz. Kiedy
              dowiedziałem się o tym, napisałem do niego, że jestem w posiadaniu
              dokumentu dotyczacego jego pobytu w Oswięcimiu. I jeżeli on osmieli się
              mówić o konspiracji w Oswięcimiu, to ja opublikuję posiadany dokument.
              Odczyt się nie odbył"...
              Już w więzieniu mokotowskim Pilecki powiedział do współwięznia, ks.
              Czajkowskiego:
              "Jeżeli Cyrankiewicz dowie się o moim [tu] pobycie - będę zgładzony".
              Cyrankiewicz odmówił prosbom oswięcimiaka Tadeusza Pietrzykowskiego i
              Ludmiły Serafińskiej o ratowanie życia Pileckiemu!
              Od PaĽdziernika 1956 blokował wszystkie wysiłki córki Pileckiego, Zofii,
              walcz±cej o rehabilitację ojca. Stan ten utrzymywał się jeszcze długo po
              smierci Cyrankiewicza, do roku 1990.
              Rehabilitacja rtm. Witolda Pileckiego przez Izbę Wojskowa Sadu Najwyższego
              nastapiła dopiero 1 pazdziernika 1990 roku.
              W styczniu 1993 roku morderstwo sadowe na Witoldzie Pileckim posłużyło
              jako jeden z trzech przykładów w liscie otwartym kombatantów i historyków
              "O sprawiedliwosć i prawdę", domagajacych się wymierzenia sprawiedliwosci
              żyjacym jeszcze w Polsce zbrodniarzom stalinowskim.
              Rotmistrz Witold Pilecki nie "wyszedł" przez komin krematorium w
              Auschwitz, nie zginał w Powstaniu Warszawskim. Zginał za wolna Polskę z
              rak polskich komunistów, a zwłoki jego pogrzebano gdzies na wysypisku
              smieci...

              Przesłuchiwany 7 czerwca 2003 przed Sadem Rejonowym w Warszawie, były
              prokurator Czesław Ł[apiński] - oskarżony o udział w "morderstwie sadowym"
              - zeznał:
              "Zażadałem dla Pileckiego kary smierci, po solennym
              • tyka5 Re: rotmistrz Witold Pilecki - zapomniany bohater 23.02.06, 15:06
                c.d. zapomniany bohater

                Przesłuchiwany 7 czerwca 2003 przed Sadem Rejonowym w Warszawie, były
                prokurator Czesław Ł[apiński] - oskarżony o udział w "morderstwie sadowym"
                - zeznał:
                "Zażadałem dla Pileckiego kary smierci, po solennym przyrzeczeniu
                Prokuratora Generalnego, że wyrok ten nie zostanie wykonany"...

                Pozostawił żonę i dwójkę dzieci.

                Jego nazwisko trafiło na listę najbardziej ocenzurowanych ludzi przez reżim
                komunistyczny w Polsce. Na pół wieku bodaj największy bohater II wojny
                światowej zniknął z książek, gazet i programów szkolnych.

                żródło: wilk.wpk.p.lodz.pl/~whatfor/biog_pilecki.htm


                Na koniec
                krótkie, ale ważne i niełatwe pytanie .. Dlaczego wciąż tak mało wiemy o tej
                pięknej postaci dziś, 15 lat po Okrągłym Stole, dlaczego tak jest, ze prócz
                waskiego kregu osób 'parających' sie historia, ta postac nie jest omawiana
                szerzej ?


    • tyka5 antykomunista z powołania 23.02.06, 15:11
      Rafał Gan-Ganowicz
      1932-2002

      "Lepiej jeden dzień przeżyć jak lew, niż całe życie jak królik."

      26 listopada w Lublinie, na starym, jeszcze dziewiętnastowiecznym cmentarzu,
      przypomina­jącym wileńską Rossę, odbył się pogrzeb Rafała Gan-Ganowicza. Żegnała
      Go najbliższa rodzina, przyjaciele, wiele młodzieży, poczty sztandarowe...

      Odprawiający Mszę św. ksiądz w pięknej homilii starał się dokończyć rozmowy,
      jakie prowadził z Ra­fałem. „Kiedy byłem u Ciebie w szpitalu, zapytałem: – Co
      mogę dla Ciebie zrobić? – Ty masz się za mnie modlić!”.

      Po Mszy członek Młodej Demokracji (młodzieżowego ugrupowania, z którym w
      Lublinie współpracował Rafał) przedstawił życiorys Zmarłego. Grób okryły wień­ce
      i kwiaty, m.in. od Unii Polityki Realnej. Kwiaty od Solidarności Walczącej
      złożyli Jadwiga Chmielowska i Pa­weł Falicki.

      – Ostatnio – wspomina Jadwiga Chmielowska – wi­dzieliśmy się z Rafałem na
      Zjeździe SW w czerwcu. Już wtedy chorował, choć nic o tym nie wiedziałam.
      Praktycznie cały czas upły­nął nam na rozmowach. Nawet nie poszliśmy na te
      oficjalne przemówienia tylko dyskutowaliśmy o Polsce. Rafał bardzo zadowolony
      był z pobytu w Lu­b­li­nie. Mówił, że znalazł tu fantastyczną młodzież, z którą
      dużo pracował.

      Cały czas – kontynuuje Chmielowska – widzę Rafała w tym parku pod Wrocławiem,
      gdy przy kuflu piwa dyskutowaliśmy o naszych udanych zmaganiach z Sowietami.

      Zmarł na raka płuc. Mi­mo choroby do ostatnich chwil był bardzo czynny. Nie
      zdążył, niestety, skończyć swej nowej ksiażki o oddziałach wartowniczych.

      Uciekinier

      Biografia Rafała Gan-Ganowicza stanowi jakby gotowy scenariusz filmu
      sensacyjnego.

      Osierocony został w czasie wojny (ojciec zginął w Powstaniu Warszawskim, matka –
      jeszcze na początku wojny). Polska Ludowa od początku nie trafiła do
      przekonania nastoletniego Rafała. Z kilkoma rówieśnikami założył nielegalną
      grupę kolportującą podziemne ulotki i malującą antykomunistyczne napisy na
      murach. Gdy w czerwcu 1950 r. bezpieka wpadła na trop młodocianych
      konspiratorów, Rafał, ratując się przed nie­uchronnym więzieniem, ukrył się pod
      pociągiem i po kilkudziesięciu godzinach wysiadł w Berlinie Zachodnim.

      Żołnierz z wyboru

      W Berlinie wstąpił do ame­rykańskiej służby wartowniczej. Kilkanaście miesięcy
      później wyjechał do Francji. Zdał maturę i odbył studia oficerskie
      organizowane przez NATO i kurs spadochroniarski. Patent podporucznika odebrał z
      rąk generała Andersa. W Paryżu uczył w polskiej szkole. W 1965 roku w Brukseli
      zaciągnął się do wojsk Mojżesza Czombego, przywódcy Konga, który walczył z
      rebelią zorganizowaną przez Związek Sowiecki. Dowodził tam batalionem. Zyskał
      opinię jednego z najlepszych na świecie żołnierzy fortuny.

      W 1967 roku, jako oficer współorganizował w Jemenie obronę przed kolejną
      sowiecką rewolucją.

      – Jeszcze po dwudziestu latach – mówi Romuald Lazarowicz – gdy w swym malutkim
      paryskim mieszkanku Rafał z zapałem opowiadał o rozbijaniu sowieckich czołgów i
      strącaniu migów, widać w nim było twardego żołnierza. Z dumą demonstrował
      pamiątkowy pistolet z tamtej wojny.

      Rafał Gan-Ganowicz całe życie starał się służyć Polsce najlepiej, jak potrafił.
      Ponieważ komunizm uwa­żał za największe zagrożenie dla Polski i świata, walczył
      z nim gdzie tylko mógł. Nie tylko zresztą bronią.

      Działacz

      Po powrocie do Francji zamieszkał w Paryżu. Pracował m.in. jako kierowca,
      elektryk, tłumacz. Działał jednocześnie w organizacjach kombatanckich. Gdy w
      kraju komuniści zaatakowali Solidarność, współorganizował demonstracje w jej
      obronie. Wspólnota ideowa i brak złudzeń co do istoty komunizmu zbliżyły Rafała
      do Solidarności Walczącej. Został jednym z jej zagranicznych przedstawicieli.
      Jego wspom­nienia, zawarte w książce „Kondotierzy” wydanej przez SW, stały się
      podziemnym bestselerem. W połowie lat 80. został korespondentem Radia Wol­na
      Europa. Jednak jego głos zniknął z anteny tuż przed okrągłym stołem. Kłuł w
      oczy, gdy przyszedł czas bratania się z ko­mu­nistami.

      Na stałe do Polski wrócił w 1997 roku. Z żarliwoś­cią i pasją poznawał teraz
      ojczyz­nę – wcześniej nie miał przecież ku temu okazji.

      Osiadł w Lublinie, którego atmosferą się zachwycał i gdzie pomagał najmłodszemu
      pokoleniu odnaleźć „Pogodne Dzieciństwo” (tak nazywa się jego fundacja).
      Młodość jego same­go nie była ani pogodna, ani łatwa.

      www.opcja.pop.pl/numer13/13gan.html
    • tyka5 kolejny wzór - mój kolega z poznańskich lat 23.02.06, 15:21
      WŁODEK FILIPEK [1957-2005]

      "Był najbardziej "prawdziwym" człowiekiem, jakiego poznałam. Nie udawał kogoś,
      kim nie jest. Żył tak jak dyktowało mu Serce. Często pod prąd. Kiedy inni
      milczeli - mówił. Kiedy uważał, że coś trzeba zrobić - działał. Czasami był w
      tym osamotniony, ale nie przypominam sobie, by kiedykolwiek zachował się
      koniunkturalnie. Mówił to, co myślał i nie trzeba było szukać w jego słowach
      drugiego dna. Miał odwagę i potrafił nazywać rzeczy po imieniu. Miał silny,
      wewnętrzny kompas."

      free.art.pl/zmiana_organizacji_ruchu/wundreteam.htm
      • tyka5 Re: kolejny wzór - mój kolega z poznańskich lat 23.02.06, 15:23
        Filipek Włodzimierz




        Paulina Suszka 25-11-2005 , ostatnia aktualizacja 25-11-2005 18:41



        15 lat temu Włodek Filipek podarował mi książkę. W dedykacji napisał, że była
        książką jego dzieciństwa, ale potem nigdy już do niej nie zajrzał. Myślę
        jednak, że książkę tę odczytywał wciąż na nowo do ostatniej sekundy swojego
        życia.

        Był najbardziej "prawdziwym" człowiekiem, jakiego poznałam. Nie udawał kogoś,
        kim nie jest. Żył tak jak dyktowało mu Serce. Często pod prąd. Kiedy inni
        milczeli - mówił. Kiedy uważał, że coś trzeba zrobić - działał. Czasami był w
        tym osamotniony, ale nie przypominam sobie, by kiedykolwiek zachował się
        koniunkturalnie. Mówił to, co myślał i nie trzeba było szukać w jego słowach
        drugiego dna. Miał odwagę i potrafił nazywać rzeczy po imieniu. Miał silny,
        wewnętrzny kompas.

        Na ludzi też patrzył Sercem, więc widział ich dobrze. Widział wyłącznie to, kim
        naprawdę są - to, co posiadają, w ogóle go nie interesowało. Nie trwonił swojej
        energii na rzeczy powierzchowne. A przecież energią tryskał.

        Był człowiekiem żarliwym, gorącym - nigdy letnim. Ta wewnętrzna temperatura nie
        ułatwiała mu życia. Nie umiał iść na układy, bawić się w dyplomację, popadał w
        konflikty, bo drażniła go głupota i małostkowość. Nie mógł znieść, gdy komuś
        działa się krzywda. Angażował się po stronie słabszych i pozostających w
        mniejszości. I cokolwiek robił - robił to całym sobą, wkładał w to całe Serce.
        Są ludzie, tacy jak ja, którzy wiele mu zawdzięczają w drobnych sprawach
        codziennego życia. Są i tacy, którzy niejedno mu zawdzięczają w sprawach
        wielkich.

        Długo szukał swojego miejsca i były to poszukiwania burzliwe. Ale w nich nie
        ustawał. Wciąż się nad sobą zastanawiał i nad sobą pracował. Pragnął zmieniać
        się na lepsze i porządkować swój wewnętrzny świat. Mam wrażenie, że w ostatnich
        latach to miejsce znalazł. I w jego życiu zagościł większy spokój.

        Obcowanie z Włodkiem było dla mnie źródłem nieustającej inspiracji - osobistej,
        zawodowej i społecznej.

        Wielogodzinne rozmowy, nigdy nudne. Rozmowy zawsze "o czymś". On tak szybko i
        tak nieschematycznie myślał! I nie trzeba było kończyć zdania, bo w lot
        wypowiedzianą myśl chwytał. I niczego tłumaczyć - bo rozumiał. I tak chętnie
        wszystkim się dzielił - ogromną wiedzą, czasem, słowem i słuchaniem. Nieraz
        myślę, że więcej dawał światu, niż od niego dostawał.

        Tak, Włodek swojego Serca nie oszczędzał. I w nocy z 22 na 23 listopada to
        przepracowane serce nagle się zatrzymało...

        Włodek umarł z Miłości do Życia.

        Czuję ogromny, ogromny żal, że już go tu nie zobaczę. Ale od tego czasu jeszcze
        większa jest wdzięczność za nasze spotkanie - Włodek wniósł w moje życie tak
        wiele, że przede wszystkim chcę powiedzieć "dziękuję".

        Książka, którą przed laty dostałam w prezencie, leży na stole obok mnie: Edward
        de Amicis "Serce".
            • tyka5 dziennikarze - święte krowy 01.03.06, 14:02
              01.03.2006 | Wywiady | Sejm | źródło: RMF FM
              Jacek Kurski gościem „Kontrwywiadu Kamila Durczoka”
              Kamil Durczok: Ustalmy najpierw: ma pan przekonanie, że występuje w wolnym
              medium?

              Jacek Kurski: Tak. Medium RMF jest medium wielkiego sukcesu, wolnym,
              nieskrępowanym. Natomiast może mieć, i na pewno ma, swoje sympatie polityczne.
              W tym kontekście można mówić o wolności, ale i pewnym samoograniczeniu.

              K.D.: Na najbliższe 6 minut przyjmijmy taką definicję wolności: Ja pytam o co
              chcę, pan odpowiada, tak jak ma ochotę.

              J.K.: Zawsze tak robię.

              K.D.: Czy powinna powstać komisja śledcza do zbadania śledztwa prowadzonego 5
              lat temu wobec dziennikarzy „Rzeczpospolitej”?

              J.K.: Wydaje mi się to trochę wydumane. Wówczas szefowa gabinetu Lecha
              Kaczyńskiego, pani minister Kruk weszła w posiadanie uzasadnionego podejrzenia,
              że dziennikarze mogą być używani do rozgrywki służb specjalnych.

              K.D.: Wobec kogo było prowadzone śledztwo? Wobec dziennikarzy czy wobec służb
              specjalnych?

              J.K.: Wydawało mi się, że postępowanie w takiej sprawie musi obejmować
              wszystkie elementy sprawy. Jeżeli dziennikarze - wg uzasadnionych podejrzeń -
              wobec ważnych polityków mieli być narzędziem, to też powinni być objęci. I oni,
              i służby specjalne. Po nitce można dojść do kłębka.

              K.D.: Postępowanie karne prowadzi się wobec osoby, wobec której istnieje
              uzasadnione podejrzenie, że popełnił przestępstwo. Jakie przestępstwo
              popełnili - pańskim zdaniem - dziennikarze?

              J.K.: Nie znam dokładnie tej sprawy, ale uważam, że w takich sprawach należy
              reagować bardzo zdecydowanie i nikt nie może być tutaj świętą krową.
              Uzasadnione podejrzenie uzasadniało podjęcie śledztwa.

              K.D.: Ale uzasadnione podejrzenie czego?

              J.K.: Tego, że dziennikarze mogą być używani. Taka była notatka przedrukowana
              przez „Rzeczpospolitą” wczoraj czy przez „Gazetę Wyborczą” – już nie pamiętam.
              To jest bardzo poważna sprawa.

              K.D.: To nie jest przestępstwo.

              J.K.: Jak to nie jest?

              K.D.: A jakie to jest przestępstwo? Czy może pan wskazać artykuł w Kodeksie
              karnym, który opisuje takie zachowanie dziennikarzy?

              J.K.: Dziennikarz musi się zachowywać w sposób wolny i nieskrępowany, a nie w
              sposób sterowany z zewnątrz.

              K.D.: Ale to nie jest przestępstwo. Musi pisać prawdę. Gdyby pisał nieprawdę,
              to by było ewentualnie przestępstwo. Ale czegoś takiego nie udowodniono.

              J.K.: Ale jest pan tutaj trochę przeczulony. Media mam wrażenie są trochę
              przeczulone.

              K.D.: Dziwi się pan mediom w ostatnich dniach?

              J.K.: Dziwię. W Polsce powstał, wyłonił się taki syndrom "świętej krowy" w
              postaci mediów. Jest przecież coś takiego jak pierwsza, druga, trzecia władza.
              One przecież powstają z wyboru; trzecia pośrednio. Natomiast czwarta władza,
              która ma aspiracje bycia czwartą władzą, chce te pierwsze trzy władze
              kontrolować, czasem kreować, czasem obalać, a sama nie podlega najmniejszej
              kontroli. Moim zdaniem te propozycje PiS służą transparentności, przejrzystości
              życia publicznego. Dziennikarze te mają wielką władzę. Pan ma gigantyczną
              władzę kreowania rzeczywistości; nazywania czy lansowania pewnych tez postaw.
              Więc niech się pan nie dziwi, że wszyscy musimy być równi.

              K.D.: Temu się nie dziwie. Pan natomiast powiedział przed chwilą coś, co mnie
              zaintrygowało – propozycje Prawa i Sprawiedliwości. O jakich propozycjach pan
              mówi, bo jak na razie mieliśmy głównie definiowanie lub krytykowanie polskich
              mediów?

              J.K.: Nie, do tej pory to Prawo i Sprawiedliwość jest przedmiotem niekiedy
              oszalałych napaści. Wystarczy wziąć np. „Gazetę Wyborczą”. Wziąłem pierwszy
              lepszy numer z ubiegłego miesiąca: pierwsza strona – cały artykuł „Ruzgi PiS”,
              itd. Jedyne co nie jest w tej gazecie o PiS-ie to nekrolog.

              K.D.: Proszę powiedzieć jakie to są propozycje?

              J.K.: Są propozycje lustracji dziennikarzy. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś kto
              ma tak gigantyczną władzę jak dziennikarze nie podlegał pewnej przejrzystości i
              wiarygodności.

              K.D.: Zgłaszane już wcześniej przez organizacje dziennikarskie, czyli nic
              nowego. Co jeszcze?

              J.K.: No świetnie, ale do tej pory jakimś dziwnym trafem na etapie propozycji
              się kończyło. Jest propozycja powołania Narodowego Centrum Monitorowania
              Mediów, które zbada chociażby źródła finansowania podstawowych mediów. W kraju,
              gdzie 12 mld zł rocznie do tej pory kosztowała afera paliwowa i każdy z nas
              tankując fundował aferzystom takie pieniądze, trzeba zbadać, czy przynajmniej
              część tych pieniędzy nie poszło na zbudowanie jakiegoś ważnego medium.

              K.D.: Media w Polsce były finansowane przez mafię paliwową?

              J.K.: Nie, ja powiedziałem, że w kraju, w którym jest tak dużo pieniędzy
              ukradzionych, trzeba zbadać, czy przypadkiem niektóre z nich nie posłużyły do
              budowania mediów, które byłyby w rękach osób niegodnych oddziaływania na opinię
              publiczną. W Polsce było dużo zła i nieprawości, związanego również z mediami -
              pewne rzeczy trzeba sprawdzić. To nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek cenzurą.
              To Prawo i Sprawiedliwość dostawało w skórę, dostawało pały, siedziało w
              więzieniach za to, żeby w Polsce były media i wolne słowo.

              K.D.: Duża część dziennikarzy także.

              J.K.: Jeżeli pan chce rzucić kamień, to niech pan będzie pierwszy bez winy. Czy
              pamięta pan, jak 7 stycznia 1999 r. wyrzucił pan ze studia Telewizji Polskiej
              polityka AWS-u tylko dlatego, że Leszek Miller – ówczesny szef SLD, sobie tego
              życzył?

              K.D.: Przypisuje mi pan siły, których istnienia w sobie nawet nie
              podejrzewałem. Rozumiem, że to jest pański punkt widzenia.

              J.K.: Nie pamięta pan tej sytuacji?

              K.D.: Nikogo ze studia nie wyrzucałem i wie pan, że była to zasada umawiania
              się na obecność określonych osób w studiu. Wie pan doskonale, że sprawa
              wyglądała inaczej, ale rozumiem – ma pan prawo do takiego punktu widzenia.

              J.K.: Ale panie Kamilu, ja wiem, że to Leszek Miller ustalił sobie skład tego
              studia, które pan prowadził.

              K.D.: Gratuluję panu tej wiedzy, bo ja tego nie wiem.

              J.K.: Ale mam nadzieję, że się pan na mnie nie obraża?

              K.D.: Na pana nie jestem w stanie. Na koniec niech pan spróbuje objaśnić, po co
              ten konflikt między PiS-em a mediami w tej chwili?

              J.K.: PiS nie chce tego konfliktu. PiS natomiast jest wmanewrowywany w ten
              konflikt po to, żeby osłabić postępowanie i decyzje PiS-u właśnie zmierzające
              do oczyszczenia polskiego życia publicznego. Nie jest przypadkiem, że
              najbardziej atakowani w Polsce to są: Jarosław Kaczyński – praktycznie na
              każdym kroku robiona jest jakaś afera, to z zasłanianiem oczu czy nie
              wypowiadaniem jego nazwiska jako świadka.

              K.D.: To może normalna krytyka?

              J.K.: Nie, to nie jest normalna krytyka. To jest Zbigniew Ziobro, Zbigniew
              Wassermann, czyli ci, którzy rzeczywiście mają do czynienia ze służbami
              specjalnymi. Bardzo często przedmiotem ataku jest Ludwik Dorn.

              K.D.: Czyli media atakują, a politycy się bronią?

              J.K.: Nie, nie media. Mam wrażenie, że ci, którzy boją się przemian i
              oczyszczenia życia publicznego proponowanego przez PiS, niekiedy używają mediów
              do obrony własnej, zagrożonej pozycji. Mam nadzieję, że tym razem im się nie
              uda i rzeczywiście będziemy mieli w Polsce wolne i nieskrępowane media.

              K.D.: Jacek Kurski, poseł Prawa i Sprawiedliwości, był gościem Kontrwywiadu. Ja
              nazywam się Kamil Durczok i nie jestem dotknięty syndromem „świętej krowy”.
              Dziękuję bardzo.

              • tyka5 Łukaszowi Opłatkowi z Aktualności 01.03.06, 14:28
                Łukasz Opłatek z Aktualności lokalnych nazwał ostatnio w artykule polskich
                żołnierzy Zygmunta Szyndzielorza ps. Łupaszka bandytami. Polecam młodemu,
                nieznającemu historii współczesnej Polski dziennikarzowi fragment tekstu
                zawierający słowa Zygmunta Szyndzielorza.

                Mamy milczeć?

                ... dobitnie przedstawił powody, dla których walka musi być kontynuowana, mjr
                Zygmunt Szendzielarz "Łupaszko", dowódca ocalonej z Wileńszczyzny kadrowej 5.
                Brygady AK. W ulotce - wydanej w marcu 1946 r., przed wyruszeniem oddziałów do
                walki z pomorską NKWD-UB - pisał: "Rodacy! Nie mamy ani prasy własnej, ani
                wolności słowa, ani wolności zebrań, ani prawa wiązania się w stronnictwa
                polityczne. Jesteśmy więc pozbawieni wszystkich dobrodziejstw demokracji!
                Jednopartyjne rządy komunistyczne biorą myśl w obcęgi, pozbawiają człowieka
                woli, przywiązań, umiłowań - tych najistotniejszych cech człowieczeństwa - i
                czynią z niego pozbawionego ducha i serca robota. Gdy chodzi o Naród - ten
                wtedy zatraca własne oblicze i przestaje istnieć! Mamy milczeć?! Mamyż poddać
                się gwałtowi, zadawanemu obcą, zbrodniczą ręką?! Mamyż pod groźbą obcych
                bagnetów wyrzec się prawa stanowienia o sobie?! Mamyż wyrzec się ducha, serca i
                zaprzeć się wiary?! Nigdy! Jeżeli zdrajcom, jurgieltnikom moskiewskim podoba
                się to wszystko - niech się wynoszą do Moskwy! Na ich niecną robotę mamy jedną
                odpowiedź: Nigdy! Za zbrodnie dokonywane na Narodzie polskim, za więzienie,
                rozstrzeliwanie i wieszanie najlepszych synów Narodu, za konszachty z Moskwą,
                za rozbiór Polski - śmierć zdrajcom! Sumienie Narodu - to my! Wyrazem jego
                buntu przeciw przemocy - my! Narzędziem sprawiedliwej kary - my! Dzień zapłaty
                za zbrodnie już się rozpoczął. Niech żyje wolna, demokratyczna Polska!".
                W innej ulotce, jakby odpowiadając na propagandową kampanię komunistów,
                skierowaną przeciwko partyzantce antykomunistycznej, pisał: "Nie jesteśmy żadną
                bandą, jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My jesteśmy
                z miast i wiosek polskich. Niejeden z Waszych ojców, braci i kolegów jest z
                nami. My walczymy za świętą Sprawę, za wolną, niezależną, sprawiedliwą i
                prawdziwie demokratyczną Polskę! Niech żyje wolność i braterstwo. Precz ze
                zdrajcami, którzy zaprzedali Kraj i Naród Polski Sowietom!".
                  • tyka5 Kij w szprychy zmian 01.03.06, 21:54
                    Kij w szprychy zmian

                    Rząd Kazimierza Marcinkiewicza przesłał do Sejmu projekt ustawy o zmianie
                    ustawy o pracownikach samorządowych, ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli oraz
                    ustawy o służbie cywilnej. Projektowana regulacja ma umożliwić przenoszenie lub
                    oddelegowanie urzędników samorządowych czy z NIK do pracy w administracji
                    rządowej, a zatem stworzy możliwość prowadzenia elastycznej i racjonalnej
                    polityki kadrowej w administracji.

                    Jest to niezbędne, gdyż postkomuniści okopali się silnie w strukturach
                    rządowych i zabezpieczyli swoją pozycję i wpływy poprzez odpowiednie regulacje
                    ustawowe.

                    Każdy projekt zmiany ustawy o służbie cywilnej, nim trafi do Sejmu, powinien
                    mieć pozytywną opinię Rady Służby Cywilnej. W swojej historii Rada, która
                    działa przy premierze, tylko dwukrotnie negatywnie zaopiniowała przedłożone
                    projekty, w tym właśnie przytoczony wyżej projekt ustawy. Tym samym wsadzony
                    został kij w szprychy zmian, jakie szykuje w administracji Prawo i
                    Sprawiedliwość. Na negatywną opinię Rady powołują się zgodnie politycy SLD i PO.


                    Obiektywizm z ustawy

                    Rada Służby Cywilnej została zapisana w ustawie o służbie cywilnej z zadaniem
                    opiniowania i doradzania premierowi w sprawach związanych z korpusem służby
                    cywilnej. Rada również ma czuwać nad prawidłowością konkursów na wyższe
                    stanowiska w administracji rządowej i jej członkowie - gdy istnieje taka
                    potrzeba - uczestniczą w procedurze konkursowej.

                    Rada liczy 16 członków i obraduje w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie
                    mieści się jej sekretariat. Została pomyślana w ten sposób, że 8 jej członków,
                    czyli połowa Rady, to uznane, apolityczne autorytety w sprawach służby
                    cywilnej, zaś pozostałych 8 członków to politycy, reprezentujący w Radzie
                    wszystkie klubu parlamentarne.

                    Ma to gwarantować nie tylko równowagę między czynnikiem apolitycznym i
                    politycznym w Radzie, ale także pomiędzy poszczególnymi klubami
                    parlamentarnymi. Obecnie, w części "politycznej" Rady, jest po dwóch
                    przedstawicieli PiS i PO, jako największych klubów parlamentarnych, a także po
                    jednym przedstawicielu z pozostałych czterech klubów: Samoobrony, SLD, LPR i
                    PSL.

                    Czy zamiar ustawodawców został spełniony i faktycznie Rada jest ciałem, które
                    dzięki swej konstrukcji może obiektywnie wypełniać swe ustawowe zadania? Rada w
                    obecnym kształcie absolutnie nie jest do tego zdolna i pierwsze jej prace
                    pokazały, że jest instrumentem walki politycznej, narzędziem PO i SLD do
                    paraliżowania zamiarów rządu.


                    "Apolityczny" Przewodniczący

                    Przewodniczącym Rady Służby Cywilnej jest prof. Marek Rocki, który został
                    powołany do Rady w dniu 28 lipca 2005 r. przez premiera Marka Belkę jako jedna
                    z 8 osób reprezentująca świat nauki, a nie polityki. Następnie prof. Rocki
                    został powołany przez tegoż premiera na Przewodniczącego Rady. Tradycyjnie i
                    zgodnie z intencją ustawodawcy premier powoływał Przewodniczącego Rady spośród
                    grona 8 osób niepolitycznych.

                    Tymczasem ów "niepolityczny" Marek Rocki w 2005 r. został wybrany do Senatu z
                    ramienia Platformy Obywatelskiej i stał się jednoznacznie polityczny. Zatem
                    równowaga, o której wcześniej była mowa, została w sposób zasadniczy zachwiana,
                    zarówno na rzecz czynnika politycznego, jak również na rzecz Platformy
                    Obywatelskiej, która w związku z powyższym ma w Radzie swoich 3
                    przedstawicieli, spośród których jeden jej przewodniczy.

                    Pozycja Przewodniczącego, jako organizatora i jednego z inicjatorów prac Rady
                    jest decydująca dla rezultatu jej prac. Jeśli Przewodniczący Rady zechce
                    pokazać jakiś projekt nowelizacji w złym świetle, może to zrobić. Może np.
                    stwierdzić, że jest on niezgodny z konstytucją. Przy tym prof. Rocki
                    upowszechnił w mediach informację, a inni przeciwnicy Prawa i Sprawiedliwości z
                    namysłem i lubością ją dalej rozgłaszają, że wszyscy członkowie Rady, poza
                    przedstawicielami PiS, byli przeciwni temu projektowi.

                    Jest to połowa prawdy. Przedstawiciel LPR poseł Edward Ośko głosował przeciwko
                    rządowemu projektowi nowelizacji, ale nie dlatego, że był jemu w ogóle
                    przeciwny, lecz dlatego, że w istotnym elemencie uznał go za niewystarczający.
                    W swojej opinii, przesłanej na ręce Przewodniczącego Rady, pisał: "Proponuję
                    nawet rozszerzenie zakresu art. 7 ust. 3 (ustawy o pracownikach samorządowych -
                    przyp. A.G.) poprzez dodanie zdania 'Za zgodą pracownika okres sześciu miesięcy
                    może być przedłużony do jednego roku'. Umożliwi to bardziej elastyczne
                    wykorzystanie pracowników samorządowych do służby cywilnej." Czy nie mamy tu
                    zatem do czynienia z manipulacją?

                    Należy też wspomnieć, że na posiedzeniu Rady, na którym omawiano projekt
                    nowelizacji, nie uczestniczyła dr hab. Maria Gintowt-Jankowicz, dyrektor
                    Krajowej Szkoły Administracji Publicznej. Wiceprzewodnicząca Rady była
                    zdziwiona sformułowaniami, które znalazły się w przegłosowanym stanowisku Rady,
                    zaproponowanym przez prof. Rockiego. Nie zgadzając się z nim całkowicie,
                    złożyła zdanie odrębne. To jednak już w świat nie poszło.


                    "Czerwoni" fachowcy

                    W Radzie mamy do czynienia z przewagą czynnika politycznego nie tylko w gronie
                    przedstawicieli partii, ale także osób formalnie apolitycznych. Nie miejmy
                    złudzeń co do apolityczności niektórych tzw. apolitycznych członków Rady.
                    Trzech z nich - Kazimierz Działocha, Grzegorz Rydlewski i Jerzy Bart - zostało
                    powołanych do Rady przez premiera Leszka Millera i jest silnie zakorzeniona w
                    starym, SLD-owskim układzie politycznym.

                    Kazimierz Działocha w latach 1995-1997 był senatorem z województwa
                    wrocławskiego, wybranym z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej, zaś w latach
                    1997-2001 był posłem na Sejm z listy SLD.

                    Z kolei Grzegorz Rydlewski od połowy lat 70. był członkiem Polskiej
                    Zjednoczonej Partii Robotniczej, a od 1997 r. w SLD. Pełnił funkcję sekretarza
                    Rady Ministrów za premiera Józefa Oleksego, był szefem Kancelarii Prezesa Rady
                    Ministrów pod rządami premiera Włodzimierza Cimoszewicza, a także kierował
                    zespołem doradców premiera Leszka Millera.

                    Najbardziej barwną postacią jest Jerzy Bart, który za rządów Leszka Millera był
                    dyrektorem generalnym MSWiA. Ten zaufany człowiek Millera zasłynął z tego, że
                    przez kilka miesięcy testował luksusową limuzynę vw passat, należącą do firmy
                    Kulczyk Tradex z Poznania. Pisało o tym "Życie Warszawy" w marcu 2004 r.

                    Zatem wobec dwóch przedstawicieli PiS w Radzie, PO może liczyć na trzech jej
                    członków, zaś SLD ma w Radzie faktycznie (choć nie formalnie) aż czterech
                    swoich ludzi, jeśli doda się do wyżej opisanej trójki jej oficjalnego
                    przedstawiciela w Radzie posła Witolda Gintowt-Dziewałtowskiego .

                    Zatem nie ma się co dziwić, że Rada negatywnie opiniuje proponowane zmiany,
                    dzięki którym będzie można wlać nieco świeżej krwi do skostniałej, czerwonawej
                    administracji. Szkoda tylko, że aż do 5 sierpnia 2006 r. (koniec kadencji
                    nominatów Leszka Millera), premier Marcinkiewicz skazany będzie na
                    tych "czerwonych" doradców.

      • tyka5 Ostatni partyzant. 02.03.06, 16:26
        Mirosław Kokoszkiewicz

        „LALEK” ostatni partyzant Rzeczypospolitej

        Jest noc z 20 na 21 października 1963 roku. Historycznie rzecz ujmując dzieje
        się to kwadrans temu.

        Półtora roku wcześniej odbył się pierwszy koncert niebiesko-czarnych. Tego roku
        olbrzymią popularność zdobywa zespół The Beatles wydając dwie płyty ”Please
        Please Me” i „With The Beatles”.

        Tegoż 1963 roku szczęśliwie wróciła na Ziemię Walentyna Tierieszkowa po 48
        okrążeniach naszego globu. Dwa lata temu powrócił w glorii chwały na Ziemię
        Jurij Gagarin, pierwszy człowiek kosmonauta.

        Pierwsze pokolenie powojenne osiąga dorosłość. Druga wojna światowa wydaje się
        być daleką przeszłością. Dzieci w szkołach czytają lekturę „O człowieku, który
        się kulom nie kłaniał”. Podziwiają bohaterskiego generała „Waltera” Karola
        Świerczewskiego, tego samego, który wraz z bolszewicką armią w 1920 roku
        zabijał polskich obrońców ojczyzny.

        Na Kremlu już od 10 lat zasiada Nikita Chruszczow zastąpiwszy ojca narodów
        Stalina. W Polsce rządzi niepodzielnie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza z
        Władysławem Gomułką na czele. Nie ma już Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego,
        jest za to Służba Bezpieczeństwa i oddziały ZOMO.

        Właśnie tej nocy z 20 na 21 października trwa tajna operacja tych służb. Czego
        może ona dotyczyć niemal dwadzieścia lat po wojnie? Co spowodowało, że kilkuset
        osobowy oddział służb specjalnych komunistycznego państwa dotarł potajemnie
        nocą do małej lubelskiej wsi Stary Majdan?

        Powodem jest jeden człowiek.

        Znalazł się zdrajca, który przy pomocy radzieckiego urządzenia
        podsłuchowego „liliput” postanowił za trzy tysiące ówczesnych złotych wydać na
        śmierć ostatniego walczącego partyzanta Rzeczpospolitej Józefa Franczaka
        ps. „Lalek”.

        Imię i nazwisko kapusia ustalił niedawno lubelski oddział IPN. Zachowało się
        również pokwitowanie odbioru tych trzydziestu srebrników. Był to członek
        rodziny niedoszłej żony Józefa Franczaka. Niedoszłej, gdyż żaden ksiądz nie
        chciał udzielić im ślubu bądź to z tchórzostwa bądź z obawy przed esbecką
        prowokacją.

        Dotychczas hańba i posądzenie niesłusznie dotykało niewinnej rodziny,
        mieszkańców tej właśnie wioski, u których często „Lalek” się ukrywał.

        Zorientowawszy się w zasadzce Józef Franczak nie poddał się. Podczas próby
        wymknięcia się ostrzeliwał esbeków. Zginął przeszyty serią z karabinu
        maszynowego. Według raportu umierał około dwóch minut. W aktach znajduje się
        nawet zdjęcie zabitego ostatniego partyzanta RP z widocznymi na piersiach
        śladami postrzałów.

        Swoją walkę o wolną Polskę rozpoczął w 1939 roku w wieku 21 lat zaś zakończył
        bohaterską śmiercią po 24 latach mając lat 45. Był żołnierzem zgrupowania
        cichociemnego Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Po śmierci swego dowódcy w 1949
        roku nie złożył broni i jak wielu innych z tego oddziału walczył jeszcze w
        czasach tak dla nas nieodległych.

        4 marca 1957 r. poległ ostatni partyzant na Białostocczyźnie, ppor. Stanisław
        Marchewka "Ryba" z WiN. W aktach IPN zachowała się notatka oficera SB mówiąca o
        tym, że leśny bunkier "bandyty" udekorowany był obrazem Matki Boskiej
        Częstochowskiej. Dopiero w lutym 1959 r. schwytano Michała Krupę ps. "Wierzba",
        a w 1961 roku Andrzeja Kiszkę „Dęba”.

        Ostatni polski partyzant Józef Franczak jako zawodowy podoficer dostał się w
        1939 roku do rosyjskiej niewoli, z której brawurowo zbiegł. Po powrocie do domu
        zaangażował się natychmiast w podziemną walkę.

        W 1944 roku ujawnił się chcąc wstąpić do drugiej armii Wojska Polskiego.
        Skierowano go do obozu internowania w Kąkolewnicy. Właśnie nieopodal tej
        miejscowości stacjonował sąd polowy, w którym masowo wyroki śmierci
        podpisywał „człowiek, który się kulom nie kłaniał” wiecznie zataczający się
        alkoholik w polskim mundurze niejaki gen. Karol Świerczewski. Zwłoki
        zamordowanych, co wykazała ekshumacja w 1990 roku grzebano potajemnie w
        Uroczysku Baran.

        Wtedy to „Lalek” poprzysiągł walkę z komunistami do samej śmierci. Po ucieczce
        z Kąkolewnicy powrócił do partyzanckiej walki kontynuując ją jeszcze 19 lat.

        Mieliśmy po odzyskaniu niepodległości hasła „grubej kreski”, „wybierzmy
        przyszłość”. Zapomniano jednak chyba celowo o pięknej przeszłości i wielkich
        prawie nieznanych bohaterach.

        Na próżno szukać dzisiaj jakiegokolwiek pomnika ostatniego polskiego
        partyzanta. Nie ma ulicy jego imienia, placu, ronda czy nawet niewielkiego
        klombu. Młodzież w szkołach nie ma zielonego pojęcia, że jeszcze w latach
        sześćdziesiątych byli tacy, którzy nie pogodzili się z komunistycznym
        zniewoleniem i walczyli z bronią w ręku.

        Żaden Polski filmowiec nie sięgnął do życiorysu Józefa Franczaka, choć jego
        życie i walka to temat wymarzony na scenariusz filmowy.

        Polska po 1989 roku zapomniała o swoich bohaterach.

        Zapomniała, gdyż zajęta była czczeniem i szybką produkcją nowych autorytetów i
        wzorów do naśladowania, do których postać „Lalka” i jemu podobnych nijak nie
        pasowała..

        • don-romano Cenzura, autocenzura i hipokryzja 02.04.06, 13:40
          Mój podziw dla bohaterskiej walki Gazety o wolność słowa zakłóca nieco
          wspomnienie sprzed niespełna roku, też z artystą, prezydentem i felietonem w
          rolach głównych. W czerwcu 2005 Kazik Staszewski przestał pisać do Gazety
          Telewizyjnej swoje felietony "Oddalenie", wyjaśniając "Powodem rezygnacji jest
          odmowa zamieszczenia przez Gazetę Wyborczą felietonu zatytułowanego: "ZOO
          jednak działa". Podstawowym warunkiem dotychczasowej współpracy z Gazetą
          Wyborczą była wolność, brak ingerencji i jakiejkolwiek cenzury w tematyce
          poruszanych felietonów. W związku z naruszeniem tych zasad Kazik zrezygnował z
          dalszego publikowania swoich felietonów dla w/w gazety.". Redakcja Gazety
          zdjęła felieton "Zoo jednak działa" bo zbyt brutalnie potraktował ówczesnego
          prezydenta Kwaśniewskiego. Gazeta i Kazik. Sukces i Gretkowska. I tu i tu jest
          artysta, jest felieton i jest obrażony prezydent, dlaczego więc w pierwszym
          przypadku mamy egzekucję świętego prawa wydawcy do niedrukowania tego czego
          drukować nie ma ochoty, a w drugim straszną autocenzurę i zamach na wolność
          słowa? Bo tego prezydenta nie lubimy? Na to wygląda i śmierdzi hipkryzją.

          Pech chciał, że dzień w którym środowiska wolność słowa miłujące wyruszyły na
          kolejną bitwę z pisowskim kagańcem, Leszek Miller wybrał sobie do wyjawienia
          pewnej wstydliwej tajemnicy sprzed lat. Uporczywie lansowany przez Wprost na
          autorytet od wszystkiego Miller zajął się tym razem mediami: "W 1999 r. brałem
          udział w operacji ratunkowej związanej z "golenią" prezydenta Aleksandra
          Kwaśniewskiego. Po przylocie z Katynia i Charkowa w mroku alejek Ogrodu
          Saskiego przekonywałem Zygmunta Solorza i Piotra Nurowskiego, aby Polsat nie
          emitował zdjęć zataczającego się prezydenta. (...) W końcu uzyskałem
          deklarację, że jeśli inne stacje nie podejmą tematu, Polsat też tego nie
          uczyni. Inni wysłannicy prezydenta przynieśli podobne ustalenia." Wysłannicy
          prezydenta musieli być bardzo przekonujący bo - jeśli wierzyć Tomaszowi Lisowi -
          Mariusz Walter "z wściekłą miną wparował do newsroomu. 'Chcecie mi stację
          wypierdolić w powietrze? Nie zgadzam się" i zamknął taśmę z Charkowa w sejfie,
          który opuściła dopiero gdy było jasne, że sprawy nagłośnionej przez Rodziny
          Katyńskie, Gazetę Polską i Życie nie da się już zamieść pod dywan.

          Ryszard Bugaj powiedział kiedyś: "Dramat dla wolności słowa zaczyna się nie
          wtedy, gdy jedne media jakąś sprawę nagłaśniają, inne zaś ją przemilczają, lecz
          wtedy, gdy zdecydowana większość mediów to samo nagłaśnia i to samo przemilcza"
          i jeśli przyjąć takie kryteria to śmiało można powiedzieć, że wolność słowa ma
          się chyba nieźle. Dzisiaj nawet gdyby prezydentowi Kaczyńskiemu przyszło do
          głowy wysyłać umyślnych na negocjacje z właścicielami mediów, to nic by nie
          wskórał a my nie czekalibyśmy kilka dni na zdjęcia. I 6 lat na wyjaśnienia
          dlaczego się spóźniły.

          kataryna.blox.pl/html/1310721,46.html

          • don-romano SFORMATOWANI NAUCZYCIELE 02.04.06, 13:56
            W Nowym Państwie przeczytać możemy artykuł o polskiej szkole. Oto jego
            fragmenty:

            W dotychczasowych dyskusjach o polskiej szkole wiele mówi się o dzieciach, ale
            niemal nic o nauczycielach. Szkoły pedagogiczne, które mają monopol na wiele
            specjalności, opuszczają osobnicy jednakowo sformatowani, źle uczeni, a przede
            wszystkim wyzuci z jakichkolwiek społecznych odruchów. Tymczasem w
            społeczeństwie ogarniętym pokomunistyczną anomią to właśnie nauczyciel jest
            jedyną nadzieją na dobrą edukację obywatelską. Jak zatem może wyrabianiem
            umiejętności potrzebnych w nowoczesnej gospodarce i polityce (elastyczność,
            inwencja, praca w grupie, odwaga intelektualna) zajmować się człowiek, który
            jest zaprzeczeniem tych cech? To, że najpopularniejsze studia w ostatnich
            latach - pedagogiczne, są tak ułomne, powinno zatrważać. Za kilka lat bowiem
            będziemy mieli do czynienia z armią słabo wykształconych, nikomu niepotrzebnych
            nauczycieli, z których pożytek dla gospodarki będzie marny, a
            prawdopodobieństwo ich frustracji i bezrobocia wielkie.

            Od wielu lat marzy mi się bardzo proste do przeprowadzenia badanie kapitału
            społecznego nauczycieli, które pokazałoby ich zaangażowanie w społeczeństwo
            obywatelskie.

            Klasycznym przykładem biurokratycznej bzdury jest model awansu
            nauczycielskiego. Nauczyciel stażysta zarabia około 800 zł. Aby podwoić pensję,
            musi przejść przez kolejne trzy stopnie hierarchii zawodowej. Awans dokonuje
            się na podstawie wysługi lat, odbycia odpowiedniej liczby najczęściej nic
            niewartych kursów oraz dostarczenia wielkiej liczby papierów, stanowiących
            dowód jego rozwoju (konspekty, projekty cyklów lekcji, bilety z teatrów itp.).
            Tego rodzaju kryteria nagradzają sprawności mało przydatne w pracy z uczniami.
            Konspekty i projekty, pełne fajerwerków metodologicznych, będących fetyszem
            komisji kwalifikacyjnych, można ściągnąć z książek i Internetu. Szkolenia mają
            nierzadko charakter pogadanek indoktrynacyjnych i nie spotkałem jeszcze
            nauczycieli szczerze zadowolonych z wydanych na nie pieniędzy.

            Kolejną kwestię stanowi nadzór pedagogiczny. Nauczyciel - mimo niewielkiego
            pensum - ma do wykonania masę domowej pracy biurokratycznej, co skutecznie
            hamuje jego rozwój intelektualny. Ambitni i wymagający stażyści mogą usłyszeć
            od swojego opiekuna, że "dzieciom wyrządza się krzywdę zbyt dużą liczbą
            zadawanych lektur, a dyscyplina i wychowanie łamie im osobowość" (cytat
            autentyczny). Najaktywniejsze jednostki są sprawnie eliminowane lub
            pacyfikowane przez ideologów z kuratorium przy użyciu biurokratycznych
            procedur, czemu patronują nierzadko wpływowi i zapobiegliwi rodzice.

            Powodem nieustannego biadolenia są dzisiaj uczniowie. Lecz uznać należy, że nie
            jest to ich wina. Odpowiedzialność za ich mizerię trzeba zrzucić w równiej
            mierze na rodziców, jak i szkołę. Słabi uczniowie są bowiem wytworem słabej
            szkoły w słabym społeczeństwie.

            www.nowe-panstwo.pl/

            • don-romano Re: SFORMATOWANI NAUCZYCIELE 04.04.06, 16:50
              To ciekawe, że artykuł o zdegenerowaniu polskiej oświaty nie budzi żadnego
              odzewu. Podobnie jest z artykułem o cenzurze w mediach [powyżej].
              To może pocztajmy artykuły z tego portalu:

              nowaonline.strefa.pl/50_Darski_J.htm
              "Gdyby zaś niezależni dziennikarze mniej starali się wypełniać instrukcje a
              trochę myśleli, postawiliby zasadnicze pytanie, czy prezydent Kaczyński uzyskał
              od prezydenta Busha zgodę na dobranie się do skóry sowieckiej agenturze w
              Polsce przewerbowanej przez Amerykanów. Bez tej zgody żadne głębokie zmiany w
              Polsce nie będą możliwe."

            • tyka5 Szkoła jakiej nie znacie? - agresja 04.04.06, 19:59
              O szkole na TVNie:

              - Ja bym tę k… od polskiego zabił. W p… bym jej wsadził "szlauf" z benzyną, a
              później podpalił. - A ja bym jej k… frajerce parę ch… puścił i bym ją k… zabił.
              Takie rozmowy uczniów w toalecie nagrała ukryta kamera.

              Nauczyciele boją się uczniów. Są obrzucani obelgami, słyszą groźby. Nie wiedzą,
              jak zachować się wobec agresji. Przyznają się do bezradności. Wolą po cichu
              znieść upokorzenia niż narazić się na pobicie, zniszczenie samochodu.

              - Z tymi uczniami rozmawia się tak, jak z kryminalistami – mówi Janusz Z.,
              nauczyciel. – Człowiek nie jest do tego przygotowany. Szedłem do pracy w
              szkole, a nie w więziennictwie. Wychodząc ze szkoły, oglądam się za siebie, czy
              ktoś za mną nie idzie.

              Kiedyś mówiło się o złym sprawowaniu. Nauczyciele przyzwyczajają się do tego,
              że agresja uczniów staje się normą. Szczególnie w szkołach zawodowych, coraz
              częściej w gimnazjach. Dla niektórych uczniów każdy powód jest dobry, by znęcać
              się nad nauczycielami – zła ocena, albo po prostu chęć „dojechania”
              nielubianemu nauczycielowi.

              - Zostałem uderzony w twarz, zaraz potem w tył głowy – mówi młody anglista. -
              Straciłem przytomność, ocknąłem się na chodniku.

              Nauczyciel został pobity przez chłopaka jednej uczennic, który zemścił się za
              obniżenie oceny ze sprawdzianu swojej dziewczyny. Niczego nie żałuje.

              - E tam, pobiłem. Uderzyłem, bo mnie zdenerwował – powiedział reporterce
              UWAGI! – Czy się wstydzę? A muszę?

              Jesienią 2003 r. całą Polską wstrząsnął ujawniony przez reporterów UWAGI! film
              wideo, na którym widać, jak uczniowie znęcają się nad nauczycielem
              angielskiego. Bezradny mężczyzna znosi wulgarne drwiny, także ze strony
              dziewcząt. Przy ogólnym aplauzie uczniów jeden z nich zakłada mu na głowę kosz
              na śmieci. Ale w polskich szkołach dochodziło do rzeczy gorszych. Osiem lat
              temu we wrocławskim liceum uczeń zaatakował nauczycielkę siekierą.

              - Na lekcję wszedł nagle Piotrek i wyciągnął siekierę – opowiada Wojciech
              Grabowski, kolega z klasy Piotra P. – Rozległ się pisk na sali, siekiera
              zaplątała się w sweter nauczycielki. Nie mógł jej z niego wyplątać, wyjął nóż
              zza paska i wyszedł.

              Piotr P. poszedł do innych klas. Nożem zaatakował dwie nauczycielki. Jedna z
              nich wskutek ran została sparaliżowana. Oprawca został skazany na osiem lat
              więzienia, wyszedł po sześciu. Do dziś nie czuje skruchy.

              Czy agresja uczniów wobec nauczycieli rzeczywiście staje się codziennością
              polskich szkół?

              Reporterka UWAGI!, która ukończyła polonistykę ze specjalnością nauczycielską,
              dostała zgodę dyrekcji jednej ze szkół zawodowych na przeprowadzenie lekcji i
              filmowanie jej ukrytą kamerą. Poleciła uczniom przeprowadzić analizę fraszki
              Jana Kochanowskiego.

              - Ale ja przecież nie umiem, czytać, no k… Ja współczuję pani, ale nie mogę

              - powiedział uczeń poproszony o odczytanie wiersza i przy rechocie kolegów
              wrócił na swoje miejsce.

              Reporterka próbowała mimo to prowadzić lekcję. Zadała pytanie, co zdaniem
              uczniów oznacza dla nich wyrażona we fraszkach Kochanowskiemu idea carpe diem
              (po łacinie – chwytaj dzień).

              - Spać cały dzień, seks – mówią uczniowie.

              Jeden z uczniów mówi nagle: - Powybijam pani oczy. Ale reporterka pyta: - Co
              robisz na co dzień?

              - Sra, bije konia, pije browara, pali marihuanę – padają odpowiedzi.

              Lekcja się kończy. Rozbawieni uczniowie opuszczają klasę. Nie udało się
              przerobić materiału. Nauczycielka wysłuchała tylko wulgarnych odzywek i
              pogróżek.

              - Długo byłem takim wojującym nauczycielem, ale już taki wojujący nie jestem –
              mówi Janusz Z. – Widzę, co się dzieję, wiem, że sam sobie nie poradzę. Pozoruję
              działania – jeśli zwracam uwagę, to z uśmiechem. 90 – 95 procent nauczycieli
              coraz bardziej się boi uczniów.

              • elmek Re: Szkoła jakiej nie znacie? - agresja 04.04.06, 20:49
                Niestety problem, o którym napisał Tyka to bolączka także złotowskich szkół.
                Może jeszcze nie w tej skali, ale jednak. Zresztą wiadomo o tym nie od dziś. Dwa
                lata temu ten temat także wypłynął:
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=461&w=11521639&v=2&s=0
              • flatower Re: Szkoła jakiej nie znacie? - agresja 08.04.06, 17:30
                Znamy takie szkoły! Znamy gorsze! Tak jak cały społeczny porządek oparty na
                ideach Uni EU, tak też porządek szkolny legł w gruzach.Znam i wiem o sytuacjach
                w szkołach średnich, które w zasadzie zobowiązywałyby dyrektorów do
                wprowadzenia sił specjalnych MSW na teren szkoły. Dyrektorzy boją sie jednak
                uznania za nieudolnych i tolerują bałagan. Do czasu aż kogoś zamordują!
                • tyka5 Wyklęci. 28.04.06, 21:13

                  Był styczeń 1988 r. Kornel Morawiecki już od listopada siedział w areszcie.
                  Nowy cios – Andrzej Kołodziej aresztowany. Natychmiast pojechałam do Wrocławia.
                  Moim stałym lokalem kontaktowym było mieszkanie śp. Oli Kostruby na Krzykach.
                  Oleńka zawiadomiła mnie, że Andrzej Kołodziej wpadł, zanim zorganizowano moje
                  spotkanie z nim. Teraz najważniejsze jest to, aby mnie się nic nie stało.
                  Bezpieka mogłaby to wykorzystać do pokazania, że "Solidarność Walcząca" została
                  rozpracowana. Pełna inwigilacja – wpadają kolejni szefowie Komitetu
                  Wykonawczego. Był to już czas, gdy nawet solidarnościowe gazetki były drukowane
                  w naszych drukarniach. Organizacja wzmacniała się. Na Śląsku mieliśmy już grupy
                  studenckie i młodzieżowe. Lubiłam przyjeżdżać do Wrocławia, rozmawiać z
                  Kornelem. Tym razem Ola zapowiedziała spotkanie z "Andrzejem" – Andrzej Zarach.
                  Był to mój ulubieniec. Rzutki umysł, świetny organizator, zbieżne z moimi
                  poglądy. Andrzej przyszedł dość szybko. Mieliśmy dużo spraw do omówienia.
                  Podpisywanie oświadczeń, ocena bieżącej sytuacji w kraju i organizacji,
                  ustanowienie kontaktów. Napisaliśmy też list do Amnesty International w sprawie
                  uwolnienia Kornela i Andrzeja. Moim obowiązkiem, jako nowego szefa Komitetu
                  Wykonawczego, było przecież walczyć o uwolnienie kolegów. Z Morawieckim
                  aresztowano też Hankę Łukowską-Karniej. Prosiłam, aby ten list przekazać jak
                  najszybciej na Zachód. Zezłościłam tym Zaracha, bo sam wiedział, jak to ważne.

                  Andrzej dał mi polecenie Rady "SW" zerwania kontaktów z "SW" nie tylko we
                  Wrocławiu, ale też na Śląsku. Od tej pory kontaktowałam się tylko przez
                  łączników. Ze względu na bezpieczeństwo miałam nie brać przez jakiś czas
                  udziału w posiedzeniach Komitetu Wykonawczego i kontaktować się tylko z nim.

                  Umówiliśmy się na kolejne spotkanie w sklepie już pod koniec lutego. Zarach
                  wiedział, że się charakteryzuję – raz wystrzałowa panienka, innym razem
                  umęczona kobieta z zakupami, damulka z pieskiem lub sportsmenka. Potrafiłam
                  przebierać się kilka razy dziennie. No i stało się. Zarach mnie nie poznał.
                  Stał pod sklepem, zaglądał do wnętrza i poszedł sobie. Ja byłam pewna, że coś
                  się stało, np. zobaczył ogon. Pobiegłam więc do Oleńki na Krzyki. Ucieszyłyśmy
                  się ze spotkania zupełnie nieplanowanego. Niestety, nie udało mi się spotkać
                  z "Andrzejem", ale Oleńka zdobyła najważniejsze informacje.

                  Gdy usłyszałam, że AI nie zamierza wystąpić w obronie Kornela Morawieckiego,
                  Andrzeja Kołodzieja i Hanki Łukowskiej-Karniej, zamurowało mnie. Zapytałam:
                  dlaczego? Co się stało? Czy łącznik niewiarygodny? Odpowiedź była paraliżująca.
                  AI stwierdziła, że "Solidarność Walcząca" jest organizacją terrorystyczną, a
                  terrorystom się nie pomaga. Dostałam też ostrzeżenie, że powinnam zdać sobie
                  sprawę z tego, że gdy ja będę aresztowana, to też nie mam co liczyć na obronę.
                  Zapytałam, skąd oni wytrzasnęli ten terroryzm, i dowiedziałam się, że AI
                  zasięgała opinii u Michnika i Kuronia. Trudno było mi w to uwierzyć, myślałam,
                  że może jakieś przekłamanie. Niestety, informacja potwierdziła się z kilku
                  źródeł. Po tym incydencie zaczęłam interesować się przeszłością Michnika i
                  Kuronia.

                  Przypomniałam sobie słowa Andrzeja Rozpłochowskiego (po zwolnieniu
                  internowanych słynna "11"została na wiele miesięcy aresztowana, wśród nich
                  m.in. Andrzej Gwiazda i Adam Michnik), który wspominał, że z aresztu nie mógł
                  nawet grypsu przemycić, a Michnik całe rozprawy pisał. Wtedy zrozumiałam, na
                  czym to wszystko polega. Oni byli tylko dysydentami. My wrogami. Oni mieli
                  wizję innego komunizmu, my – niepodległości Polski.

                  Oni zwyciężyli i realizują marksistowską wizję socjalizmu europejskiego.
                  Dlatego dla tych środowisk ważniejszy jest interes Unii Europejskiej niż polska
                  racja stanu.

                  My byliśmy niewygodni. Skazano nas na wegetację i zamilczenie.

                  www.sw.org.pl/wykleci.html
                  • tyka5 TVP nie chce pokazać widzom filmu o Wałęsie 28.04.06, 21:25
                    “Plusy dodatnie - plusy ujemne”

                    Telewizja nie dopuściła do emisji reportażu o sprawie tajnego
                    współpracownika “Bolka” - pisze "Życie Warszawy". - Trzeba go poprawić -
                    tłumaczy Romuald Bokun, kierownik redakcji programów TVP3.

                    Prawie godzinny dokument pt. “Plusy dodatnie - plusy ujemne” opowiada o sprawie
                    tajnego współpracownika “Bolka”. Film Grzegorza Brauna kończy się wywiadem z
                    byłym prezydentem Lechem Wałęsą. Były prezydent oburzony materiałami
                    przedstawionymi przez dziennikarza podarł kopie dokumentów z IPN.

                    - Byłem zawiedziony reakcją prezydenta Wałęsy. Myślałem, że skomentuje w jakiś
                    sposób przedstawione materiały, czym rzuci na nie nowe światło - mówi Grzegorz
                    Braun. - Tak się nie stało, a zachowanie byłego prezydenta jest aż nadto
                    dobitne - dodaje reżyser.

                    W reportażu “Plusy dodatnie - plusy ujemne” autor przedstawia relacje świadków
                    oraz dokumenty z początku lat 70. i późniejsze dotyczące “Bolka” oraz Lecha
                    Wałęsy. Zastrzega, że nie chce przesądzać o tym, czy dotyczą tej samej osoby. -
                    Pozostawiam to ocenie widzów - mówi Braun. - Ale w moim przekonaniu, film nie
                    pozostawia cienia wątpliwości, jakie były fakty - dodaje reżyser.

                    Innego zdania byli uczestnicy kolaudacji, podczas której miały zapaść decyzje o
                    dalszych losach reportażu. W zebraniu wziął udział także przedstawiciel IPN
                    oraz prawnicy. Materiał został słabo oceniony. Marek Maldis z TVP3, jeden z
                    uczestników zebrania, twierdzi, że zarzucano mu głównie brak symetrii i
                    nierówno rozłożone akcenty. Podważono także rzetelność dziennikarską i
                    historyczne podejście do sprawy.

                    Autor reportażu nie zgadza się z tym. Uważa, że dopełnił wszelkiej staranności
                    w zbieraniu materiałów. Podkreśla, że dotąd nie ma naukowych opracowań
                    dotyczących tej sprawy, liczył, że jego reportaż wniesie do tego tematu nowe,
                    ciekawe wątki.

                    Ewelina Wolańska, prawniczka Lecha Wałęsy, nie chce tłumaczyć zachowania byłego
                    prezydenta podczas wywiadu. Wyjaśnia, że ewentualne insynuacje, jakoby miał być
                    tajnym współpracownikiem są bezpodstawne. - Nie ma żadnych wiarygodnych dowodów
                    na to, by Lech Wałęsa kiedykolwiek współpracował z SB. To, czym posługują się
                    osoby, które go o to oskarżają, to sfabrykowane przez SB materiały stworzone po
                    to, by go skompromitować - mówi Wolańska. Przypomina, że Lech Wałęsa został
                    pozytywnie zlustrowany, otrzymał także status pokrzywdzonego.

                    Romuald Bokun, kierownik redakcji programów regionalnych TVP3, zapewnia, że
                    losy reportażu nie są przesądzone. - Zaleciliśmy autorowi wprowadzenie
                    poprawek - mówi Bokun. - Pojawiło się wiele uwag. Reportaż został zrobiony w
                    innej formule, niż początkowo zakładał scenariusz - dodaje.

                    www.glos.com.pl/strona/filmObolku.html
                    • galicjanka1 Re: Śląski poseł PiS-u 29.04.06, 09:43
                      Andrzej Sośnierz, śląski poseł PiS, znów ma szanse na objęcie fotela szefa
                      Narodowego Funduszu Zdrowia - dowiedzieliśmy się z dwóch różnych źródeł
                      zbliżonych do premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Nominację miałby odebrać na
                      początku przyszłego miesiąca. Więcej
                      wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?wid=8291068. Tak trzymać.
                    • tyka5 Hańba medialna 29.04.06, 10:22
                      Począwszy od czerwca 2004 r. „Gazeta Wyborcza” oraz inne media (Rzeczpospolita,
                      TVP, Radio Zet) obrzucały najgorszymi inwektywami Jana Kobylańskiego,
                      przewodniczącego Unii Stowarzyszeń Ameryki Łacińskiej, byłego konsula
                      honorowego Polski w Paragwaju i Urugwaju, wybitnego działacza polonijnego i
                      polityka. Jeszcze 13 kwietnia „Super express” stwierdzając, że „Jan Kobylański
                      znany jako Janusz” pisał: „W archiwach IPN odnalazły się dokumenty, z których
                      wynika, że niejaki Janusz Kobylański wydał żydowską rodzinę w ręce gestapo”.

                      Dziś okazało się to, co było oczywiste od samego początku, że pomówienia
                      stanowiły kampanię nienawiści pozbawioną jakichkolwiek dowodów. Ale oszczercy
                      milczą.

                      Szantaż

                      Dla zobrazowania nagonki skierowanej przeciwko Kobylańskiemu wystarczy
                      przytoczyć niektóre tytułu artykułów zamieszczonych w GW: „Zbrodniarz sponsorem
                      Ojca Rydzyka?”, „Za garść złotych monet”, „Kobylański
                      szmalcownikiem?”, „Ścigany sponsor ojca Rydzyka”, „Ekstradycja
                      milionera”, „Fałszywka Kobylańskiego”, „Podwójne życie don Juana”, „IPN o
                      sprawie Kobylańskiego. Wydali rodzinę żydowską gestapo.”...itd., itp.

                      Istotą zarzutów jest pomówienie, że Jan Kobylański wydał Niemcom rodzinę
                      żydowską, której miał wyrobić dokumenty pozwalające poruszać się poza gettem w
                      czasie okupacji niemieckiej. Rzecz cała oparta została na postępowaniu
                      prowadzonym w latach 40-tych przeciw ojcu Kobylańskiego, Stanisławowi
                      Kobylańskiemu. Został on pomówiony o wydanie Niemcom rodziny żydowskiej. Jego
                      syn Jan Kobylański, miał z ojcem współdziałać. Sprawa zaczęła się od pomówienia
                      Leokadii Sarnowskiej, która w czasie wojny zajmowała się wyrabianiem papierów
                      rodzinom żydowskim, a w 1945 r. usiłowała szantażować Kobylańskiego żądając
                      pieniędzy. Wobec odmowy oskarżyła go na UB o szmalcownictwo. W całej sprawie od
                      początku poza tym pomówieniem nie było żadnych dowodów wskazujących na winę
                      Stanisława Kobylańskiego, a zwłaszcza jego syna. W tej sytuacji postępowanie
                      umorzono i Stanisław Kobylański do końca życia pełnił zawód adwokata.

                      Wyborcza wkracza do gry

                      Sprawa powróciła po tym, gdy Jarosław Gugała jako ambasador Polski w Urugwaju
                      wszedł w konflikt z Janem Kobylańskim i doprowadził najpierw do odebrania mu
                      funkcji konsula honorowego, a następnie rozpoczął oszczerczą kampanię. W 2004
                      roku włączyła się „Gazeta Wyborcza” wysyłając swojego dziennikarza Mikołaja
                      Lizuta, by pod przybranym nazwiskiem dokonał prowokacji mającej na celu
                      zdobycie obciążających Kobylańskiego materiałów. Artykuł Lizuta opublikowany w
                      dodatku GW „Duży format” rozpoczął nową fazę nagonki. Uruchomiono byłego
                      prezesa Instytutu Pamięci Narodowej Leona Kieresa, który Wiadomościach TVP
                      sfilmowany nad bliżej niezidentyfikowanymi aktami oświadczył, że istnieją
                      dowody wskazujące na to, że Kobylański był szmalcownikiem. Tę sama operację
                      powtórzono z wiceprezesem Witoldem Kuleszą, który dodał, że akta sądowe sprawy
                      Kobylańskiego próbowano ukryć. W przeciągu miesiąca władze IPN oświadczyły, że
                      zgromadzono dowody w sprawie Kobylańskiego. Pani Monika Olejnik w swojej
                      audycji radiowej przygważdżała wraz z Jarosławem Gugałą Kobylańskiego
                      jako „zbrodniarza”. A wreszcie sięgnięto po Ministra Sprawiedliwości – Andrzeja
                      Kalwasa, który zapowiedział, że MS rozważy wniosek o ściganie i ekstradycję
                      Kobylańskiego, a następnie oświadczył, że wniosek taki właśnie rozważa (warto
                      by sprawdzić, czy w ogóle w MS jest dokumentacja takiego wniosku i jak ona
                      wygląda!).

                      Zablokowana ofensywa kłamstwa

                      Wszystkie etapy tego horroru ręcznie sterowanego były obficie, codziennie
                      relacjonowane przez radio i telewizję, dziennikarze przesłuchiwali archiwistów,
                      urzędników, posłów, ministrów. Nie dopuszczano do głosu nikogo, kto chciał
                      powiedzieć słowo prawdy, nie ukazywano dokumentów świadczących o fikcyjności
                      oskarżenia, nie pozwolono bronić się samemu zaocznie oskarżonemu. Przeciwnie,
                      każdy następny artykuł czy audycja przynosiły dodatkowe oskarżenia i pomówienie
                      coraz straszniejsze i obrzydliwsze. Wreszcie, po wyborach do Sejmu jesienią
                      zeszłego roku, zapadła cisza. Sprawa Kobylańskiego zeszła z wokandy. Może stało
                      się tak dlatego, że cele pomówień zostały osiągnięte, a opinia publiczna
                      zastraszona? Może po zmianie rządu atakujący utracili główne sprężyny
                      działania? Odszedł minister sprawiedliwości Andrzej Kalwas, odszedł prezes IPN
                      Leon Kieres, kruszyć zaczęła się w MSZ ekipa Cimoszewicza. A może zadecydował
                      fakt, że w listopadzie do Sądu w Warszawie wpłynął akt oskarżenia przeciwko
                      zorganizowanej grupie, która wykorzystując radio, telewizję i prasę usiłowała
                      pozbawić honoru i czci Jana Kobylańskiego poprzez pomawianie go m.in. o
                      zbrodnię szmalcownictwa?

                      Prawda na wierzch wypływa

                      Trudno to rozstrzygnąć, ale jedno jest pewne: 20 kwietnia br. blisko dwa lata
                      po rozpoczęciu nagonki Instytut Pamięci Narodowej ustami wiceprezesa i szefa
                      pionu śledczego Witolda Kuleszy, tego samego, który dwa lata temu widział
                      jakoby dokumenty świadczące o zbrodniach Kobylańskiego oświadczył:, „że
                      dotychczas nie znaleziono dowodów, by prezes Unii Stowarzyszeń i Organizacji
                      Polskich w Ameryce Łacińskiej Jan Kobylański istotnie zadenuncjował w czasie
                      wojny Niemcom małżeństwo Żydów. Nadal trwają czynności sprawdzające IPN wobec
                      tego polonijnego biznesmena z Urugwaju, uchodzącego za sponsora Radia Maryja.
                      Kurtyka dodał, że wkrótce ruszą prace, przy szerokim udziale IPN, nad
                      opracowaniem indeksu Polaków, którzy w czasie wojny zginęli za pomaganie
                      Żydom”. (serwis PAP, 20 04 2006 r.)

                      Mijają kolejne dni od opublikowania tego komunikatu przez Polską Agencję
                      Prasową, ale żadna z gazet, rozgłośni radiowych czy programów telewizyjnych tak
                      chętnie szkalujących niegdyś Kobylańskiego, nie podała tej informacji.

                      www.glos.com.pl/strona/Hanba.html
                      • tyka5 Minister Sikorski krytykuje postawę Niemiec 30.04.06, 19:30

                        Minister obrony narodowej Radosław Sikorski skrytykował w Brukseli Niemcy za
                        brak "solidarności" z innymi krajami UE, czego przejawem ma być niemieckie
                        porozumienie z Rosją w sprawie budowy Gazociągu Północnego po dnie Bałtyku.
                        "Podejmowanie decyzji, a potem konsultowanie - to nie jest nasza idea
                        solidarności" - powiedział Sikorski, który wziął udział w konferencji na temat
                        współpracy UE-USA i globalnym wyzwaniom w dziedzinie energii.

                        Dodał, że gazociąg ten, prowadzący z Rosji do Niemiec, ma m.in. służyć
                        ominięciu Białorusi i Polski, a zatem w domyśle - odcięciu dostaw gazu dla tych
                        krajów "bez zakręcania kurka dla Niemców". Powołał się przy tym na niedawną
                        wypowiedź rosyjskiego ambasadora na Białorusi Aleksandra Surikowa.

                        Szef MON powiedział też, że jest to rozwiązanie kosztowne dla odbiorców, bowiem
                        budowa gazociągu po dnie Bałtyku będzie o 6 mld dolarów droższa niż budowa
                        analogicznej nitki biegnącej przez terytorium Polski.

                        Sikorski powiedział też, że polski rząd zwrócił się do kanclerz Niemiec Angeli
                        Merkel o wycofanie się z porozumienia z Rosją.

                        "Prosiliśmy. Odmówiła" - powiedział.

                        Minister przypomniał w tym kontekście, że podczas zeszłorocznym obchodów 25-
                        lecia "Solidarności" niemiecki prezydent Horst Koehler obiecał, że Niemcy i
                        Rosja już nigdy nie będą się porozumiewały ponad głowami Polski.

                        "Tymczasem (wkrótce później) zostało podpisane porozumienie o gazociągu
                        bałtyckim" - dodał Sikorski.

                        "Polska nie jest już ciemiężona przez przemożnych i zawistnych sąsiadów, którzy
                        łączą się na jej szkodę ponad głowami jej mieszkańców" - powiedział w Gdańsku
                        Koehler. - »Nic o nas bez nas« - taki jest wymóg Polski, a my Niemcy z chęcią
                        pomożemy w tym, aby akceptowano go jak coś oczywistego".

                        W cytowanej przez Reutera wypowiedzi dla prasy Sikorski dodał w Brukseli,
                        że "Polska jest szczególnie wrażliwa na punkcie korytarzy i porozumień ponad
                        naszymi głowami. To była tradycja Locarno, to jest tradycja paktu Ribbentrop-
                        Mołotow. To był XX wiek. Nie chcemy powtórki".

                        Minister powiedział także, że między Rosją jako dostawcą surowców
                        energetycznych a Unią Europejską, która w znacznym zakresie uzależniona jest od
                        rosyjskich dostaw, nie ma równowagi.

                        "Niepokojące jest, że po jednej stronie mamy zasady wolnego handlu i
                        deregulacji rynku, zaś po drugiej - argument siły, oparty na bolszewickiej
                        zasadzie »kto kogo?«" - powiedział. I dodał: "Łatwo zgadnąć, kto w tej sytuacji
                        wygra".

                        Sikorski podkreślił, że Rosja używa swoich surowców i dostaw jako argumentu w
                        sporach politycznych. Tak samo - zauważył - "motywowane politycznie" są
                        inwestycje w dziedzinie energetycznej - nie tylko zresztą w Rosji, ale także w
                        innych krajach świata.

                        "Chcemy kupować energię, ale nie chcemy monopolu ani szantażu. Jednocześnie
                        zdajemy sobie sprawę, że niezależność w dziedzinie energetyki kosztuje" - dodał
                        minister.

                        Unia Europejska, która pokrywa rosyjskimi dostawami jedną czwartą swego
                        zapotrzebowania na gaz, protestuje przeciwko niedopuszczaniu obcego kapitału do
                        rosyjskich spółek gazowniczych i naftowych.

                        "Wszystkie inwestycje powinny opierać się na zasadach wolnorynkowych" -
                        podkreślił unijny komisarz ds. energii Adris Piebalgs, który wziął udział w
                        dyskusji z Sikorskim.

                        Dzień wcześniej na tej samej konferencji przewodniczący Komisji Europejskiej
                        Jose Manuel Barroso wezwał Stany Zjednoczone, by podczas lipcowego szczytu G-8
                        w Petersburgu wsparły dążenia UE do liberalizacji rosyjskiego rynku
                        energetycznego.

                        "Musimy wzmocnić naszą zewnętrzną (transatlantycką) współpracę i stworzyć
                        niezbędne warunki rynkowe w krajach produkcji bądź tranzytu surowców
                        energetycznych, na które gospodarka światowa liczy jako na dostawców energii.
                        Nie możemy sobie więcej pozwolić na nieprzewidywalność rynku energetycznego,
                        ani nie możemy jej zaakceptować" - powiedział Barroso.

                        Nawiązał w ten sposób do perturbacji w dostawach rosyjskiego gazu ziemnego do
                        UE w rezultacie sporu cenowego Rosji z Ukrainą w styczniu bieżącego roku.

                        • tyka5 Nareszcie. 03.05.06, 16:30
                          Ordery Orła Białego dla Gwiazdy i Walentynowicz.

                          Andrzej Gwiazda, ks. abp. Ignacy Tokarczuk oraz Anna Walentynowicz otrzymali od
                          prezydenta Lecha Kaczyńskiego najwyższe odznaczenie państwowe - Order Orła
                          Białego.
                          W święto uchwalenia Konstytucji 3 Maja prezydent wręczył im odznaczenia w
                          uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, w szczególności za
                          działalność na rzecz przemian demokratycznych i wolnej Polski.

                          Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski odznaczeni zostali: Joanna Duda-
                          Gwiazda oraz - pośmiertnie - Alina Pieńkowska.

                          Prezydent Kaczyński zaznaczył, że to "jedynie początek" jego polityki
                          przyznawania odznaczeń.

                          Traktujmy dzisiejszy dzień, jako początek powrotu do korzeni, powrotu 100-
                          procentowego. Chcemy wrócić do tego, co jest wspaniałą polską tradycją, chcemy
                          w oparciu o tę tradycję zmienić Polskę na lepsze - zadeklarował Lech Kaczyński.

                          Prezydent przypomniał też, że przez 16 lat odbywały się już podobne
                          uroczystości. Ale, jak powiedział, odznaczenia odbierali wtedy także działacze
                          poprzedniego systemu.

                          Dziś chcemy tę złą tendencję odwrócić - oświadczył.

                          Odznaczony Orderem Orła Białego Andrzej Gwiazda podkreślił, że spotkał go
                          zaszczyt. Dodał jednocześnie, że to odznaczenie dla milionów jego kolegów
                          z "Solidarności", którzy - jak mówił - znaleźli w sobie dość rozumu, żeby
                          ułożyć listę żądań strajkowych aktualnych do dziś. Według niego system
                          wartości, jaki stworzyła Solidarność, zasługuje na najwyższe odznaczenie.

                          • tyka5 Zapomniani Żydzi. 08.05.06, 10:49
                            Marek Arpad Kowalski

                            (fragment)
                            Gdy mowa o powstaniu w getcie warszawskim, wymienia się jedynie lewicową
                            Żydowską Organizację Bojową. Tymczasem w walkach równie zaciekle uczestniczył
                            prawicowy Żydowski Związek Wojskowy. Wzmianki o nim są tak nikłe, że
                            praktycznie został wymazany z historii.

                            Żydowska Organizacja Bojowa (ŻOB) ukonstytuowała się 29 lipca 1942 r. – w kilka
                            dni po tym, gdy od 22 lipca Niemcy przystąpili do codziennych deportacji 6-8
                            tys. Żydów z Warszawy do Treblinki i stało się jasne, że jest to początek tzw.
                            ostatecznej likwidacji getta.
                            Jej zaczątek jest nieco wcześniejszy. W marcu 1942 r. komórka PPR istniejąca w
                            getcie (liczniejsza, aniżeli w całej "aryjskiej" części Warszawy) zawarła
                            porozumienie z Organizacją Bojową Bloku Antyfaszystowskiego, skupiającą partie
                            i organizacje lewicowych syjonistów. Wspomniane wyżej deportacje spowodowały
                            stworzenie przez gettową komórkę Gwardii Ludowej (PPR), przez OBBA zaś – ŻOB, z
                            tym, że oba ośrodki polityczne pozostawały ze sobą w kontakcie.
                            ŻOB w tym kształcie, w jakim ją znamy, ukształtowała się ostatecznie 2 grudnia
                            1942 r. W jej skład weszły oddziały podległe PPR, Poalej Syjon Lewica (lewicowi
                            syjoniści) z młodzieżową, skautową przybudówką Haszomer Hacair (Młody
                            Strażnik), Poalej Syjon Prawica (mimo nazwy też lewicowi syjoniści) z
                            młodzieżowymi przybudówkami Dror (Wolność) i Gordonia, Organizacja Ogólnych
                            Syjonistów (lewicowi liberałowie) z młodzieżową przybudówką Hanoar Hacyjon
                            (Młodzież Syjonistyczna). Wszystkie one powołały polityczne porozumienie pod
                            nazwą Żydowski Komitet Narodowy, którego wojskowym ramieniem była właśnie
                            Żydowska Organizacja Bojowa.
                            Osobno trzymał się Bund, o charakterze socjalistycznym, zarazem
                            antysyjonistycznym, antysowieckim, antykomunistycznym, jednocześnie propolskim
                            (asymilacyjnym), bliski ówczesnej PPS. Właśnie Bund był najsilniejszą
                            organizacją getta. Ostatecznie Bund nie przystąpił do ŻKN, ale jego oddziały
                            walczyły w szeregach ŻOB.
                            *
                            Znacznie wcześniejsze były zalążki Żydowskiego Związku Wojskowego. Stworzyli go
                            oficerowie i podoficerowie (zawodowi i rezerwiści) Wojska Polskiego, którzy nie
                            posłuchali wezwania okupantów do rejestracji i przeszli do podziemia.
                            Trudno uchwycić początek. Przypada on na koniec 1939 r., pierwsza zaś nazwa
                            brzmiała Żydowska Organizacja Wojskowa (nawiązując do piłsudczykowskiej POW z I
                            wojny światowej). Jej szefem został Władysław L., zawodowy oficer WP o trudnym
                            do ustalenia stopniu wojskowym i nazwisku. Organizacja związana była z
                            prawicową partią Nowa Organizacja Syjonistyczna (tzw. Rewizjoniści),
                            zakładającą nie rolniczą kolonizację Palestyny, lecz zbrojne jej opanowanie.
                            Młodzieżowa przybudówka zwała się Betar.
                            Oprócz pierwotnej nazwy ŻOW, funkcjonowała inna: Polska Organizacja Żagiew,
                            założona ponoć w październiku 1939 r. Kiedy została przyjęta nazwa Żydowski
                            Związek Wojskowy – trudno powiedzieć. Zapewne pod koniec 1939 r., a przywódcami
                            byli porucznik Dawid Apfelbaum (zawodowy oficer WP), dziennikarz Leon Rodal i
                            student Paweł Frenkel (obaj oficerowie rezerwy WP). Niemniej długo jeszcze
                            funkcjonowała popularna nazwa organizacji: Żagiew, tym bardziej, że w kwietniu
                            1940 r. powstał własny organ prasowy ŻZW o tytule właśnie "Żagiew", notujący w
                            maju 65 abonentów, w czerwcu już 140. W tym czasie ŻZW uruchomił też własną
                            radiostację, a dokładniej stację nasłuchu radiowego. Według danych z kręgu
                            sympatyków liczebność ŻZW w styczniu 1941 r. szacowano na 2900, a kolporterów
                            organu prasowego "Żagiew" na 4000 osób. Niezależnie od oficjalnej nazwy, ŻZW
                            dosyć powszechnie określany był też jako Irgun Cwai Leumi, czyli Narodowy
                            Związek Wojskowy, a jeszcze częściej jako Oddziały Walki Cywilnej.
                            *
                            Można pogubić się w mnóstwie organizacji i ich nazw. Właściwie upraszcza się to
                            do dwóch ośrodków skupionych wokół ŻOB i ŻZW. Od początku kierowały się one
                            odrębnymi koncepcjami. Większość partii tworzących ŻOB przyjmowała, że Polska
                            stanie się terenem rewolucyjnego marszu Armii Czerwonej, przynoszącej nie tylko
                            wolność spod okupacji hitlerowskich Niemiec, ale i ustrój komunistyczny. Partie
                            zaś i organizacje tworzące ŻZW orientowały się albo na pełną asymilację ze
                            społeczeństwem polskim, albo uważały, że walka o wyzwolenie Polski (lepiej
                            przez aliantów zachodnich, aniżeli Związek Sowiecki) to wstęp do walki o
                            Palestynę: zdobycie doświadczenia wojskowego, a po wojnie wyjazd do Palestyny i
                            zbrojna walka o nią, jako państwo żydowskie.

                            (…)

    • flatower Re: polecam 09.05.06, 20:54
      Wszystkim rozgrzanym do białosci polityką polecam artykuł Zdzisława
      Krasnodębskiego w dzisiejszym Dzienniku.Tytuł"Oskarżam elity III RP o
      hipokryzję". Kapitalna lektura!Nie polecam natomiast artukułu Jacka Żakowskiego
      w dzisiejszej GW. Ciekawa jest za to dyskusja internautów na ten temat. Ton
      prawie jednoznaczny.
          • skraj100 Re: Apokaliptyczny cień Lecha Wałęsy... 10.05.06, 18:04
            szkoda, że tekst o Wałęsie nie ukazał sie w czasie stanu wojennego. Murowany
            sukces i podziekowania Biura Politycznego PZPR I KPZR.
            Lechu przezwał Kaczyńskich a PIS nigdy nie zapomina. Nie przypominam sobie
            jednak by komuna ich przesladowała. Cóz dziś można obsikać każdego bezkarnie.
            • tyka5 AGENCI WPŁYWU – NAJGŁĘBSZA TAJEMNICA UBEKISTANU 10.05.06, 21:36
              Ilu ich znamy? Czasami wymienia się kilka nazwisk, ale zawsze beż żadnych
              dowodów. Niekiedy snuje się domysły, ale zawsze bez żadnego materialnego
              poparcia. Było ich kilkuset, bardzo cennych i osobiście prowadzonych przez
              wysokich oficerów SB. Ich akta mogły być łatwo zniszczone, a mikrofilmy i
              pojedyncze oryginały znalazły się w prywatnych sejfach elity ubeckiej. Zwróćmy
              przy tym uwagę, jak gwałtowna jest reakcja, jeżeli ktoś z tej grupy zostanie
              częściowo zdemaskowany. Dobrego przykładu dostarcza Jerzy Kłoczowski
              (TW „Historyk”), pospolity agent-donosiciel od 1961 r. (krążą niepotwierdzone
              pogłoski, że także przed 1956 r.), później aktywny wśród emigracji i
              duchowieństwa, na KUL-u i wśród historyków, wreszcie, od lat 1980-tych, po
              przeniesieniu do centrali, agent wpływu, prowadzony specjalną ścieżką i
              specjalnie wykorzystywany już po 1989 r. Po śmierci senatora Stanowskiego
              natychmiast wprowadzony został do senatu. Otrzymał polski oddział UNESCO, gdzie
              urządził sobie prywatny folwark. MSZ i ministerstwo nauki finansują mu jego
              seminarium, własny instytut i wydawnictwo. Posiada rozległe wpływy w MSZ i
              ministerstwie kultury. Cały czas jest nietykalny i nawet po ujawnieniu dowodów
              jego wieloletniej współpracy z SB dostaje od prezydenta TW „Alka” order Orła
              Białego. Może dostał go właśnie za trzydziestoletnią, efektywną współpracę z
              SB. Kłoczowski jest także dobrym przykładem skutecznego lansowania jako
              wybitnego naukowca, prawdziwego patrioty i wielkiego społecznika, nie myślącego
              o swoim interesie, tylko o potrzebach kraju i innych ludzi. W każdej części
              jest to wizerunek dobrze spreparowany i zafałszowany.
              Zauważmy, że kanclerz kapituły tego orderu prof. Barbara Skarga obraziła się na
              Lecha Kaczyńskiego, kiedy ten powiedział, że polityka przyznawania odznaczeń
              przez A. Kwaśniewskiego była zła. Nie obraziła się natomiast, kiedy zobaczyły
              światło dzienne dowody na aktywność donosicielską Kłoczowskiego i nie zażądała
              odebrania mu orderu. Pozostali członkowie kapituły głośno protestowali nie
              przeciwko współpracy z komunistyczną bezpieką tylko przeciwko ujawnieniu tego
              faktu, gdyż „spotwarzało to Kłoczowskiego”. Nie odezwali się też ani słowem na
              temat dowodów jego współpracy z SB.
              Kłoczowski jest niestety jedynym przykładem agenta wpływu, o którym znamy nieco
              szczegółów i co, do którego posiadamy pewność. Zanim poznamy nazwiska innych
              należy dokładnie zbadać jego działalność i rozpoznać dokładnie metody pracy SB
              na tym przykładzie.

              nowaonline.strefa.pl/50_Darski_J_2.htm
              • tyka5 Ojciec chrzestny polskiej mafii. 14.05.06, 09:19
                O znaczeniu Fanchiniego w świecie rosyjskiej mafii może również świadczyć lista
                gości na jego ślubie na początku lat 90. Byli tam m.in. tacy bossowie jak
                bracia Najfeldowie (Borys i Beniamin). Na ślubie Fanchiniego byli też Andrzej
                Kuna i Aleksander Żagiel, którzy zasłynęli jako współorganizatorzy spotkania,
                do którego doszło latem 2004 r. w Wiedniu między Janem Kulczykiem a rosyjskim
                szpiegiem Władimirem Ałganowem.

                Przed komisją śledczą ds. PKN Orlen Aleksander Żagiel oświadczył, że poznał
                Fanchiniego przed dwudziestu kilku laty, kiedy był on w Wiedniu i kupował u
                niego zegarki. W rozmowie z "Wprost" przyznał, że gościł na ślubie Fanchiniego
                we Włoszech.

                wiadomosci.onet.pl/1322024,11,item.html
                • galicjanka1 Re Prezydent RP!! 21.05.06, 00:33
                  Prezydent Kaczyński w wywiadzie dla Polskiego Radia nazwał gruzińskiego
                  przywódcę Dżugaszwili, zamiast Saakaszwili - podało radio RMF. W Polsce
                  prezydencka wpadka przeszła bez echa, wychwyciły ją jednak media rosyjskie i
                  ukraińskie.
                  Pech chciał, że Dżugaszwili to prawdziwe nazwisko Józefa Stalina. Stąd
                  „Komsomolska Prawda” napisała o freudowskiej pomyłce polskiego prezydenta.
                  Gazeta uznała, że przejęzyczenie to dowód na ciągłe myślenie polskich polityków
                  w kategoriach przeszłości. Politykę zagraniczną mamy na bardzo wysokim poziomie.
                  Ciągle siedzi w latach powojennych. Stalin nie żyje prawie 50 lat a wspomnienia
                  Ptrezydenta bardzo żywe.wiadomosci.onet.pl/1325929,11,item.html
    • flatower Re: polecam 20.05.06, 15:03
      Polecam artykuł prof. Zybertowicza socjologa z mojej macierzystej uczelni czyli
      UMK Toruń zamieszczony w mijającym tygodniu w gazecie "Dziennik". Cymes!
        • obserwator16 Re: polecam 21.05.06, 12:43
          Jak to punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
          "Pałacyk w Wiśle pozostanie własnością Kancelarii Prezydenta. Lech Kaczyński
          przyznał, że w czasie kampanii wyborczej mówił co prawda o ograniczeniu liczby
          ośrodków prezydenckich, ale - jak tłumaczył - nie znał wtedy historii pałacyku".
          wiadomosci.onet.pl/1326134,11,item.html
        • tyka5 Re: polecam 21.05.06, 14:24
          Polecam ten blog.

          "Taka na przykład Gazeta Judaszowa piórem swojej wiceszefowej, H.Łuczywo, mówi
          mi, że muszę się zacząć wstydzić bo właśnie zaczęliśmy być pośmiewiskiem Europy
          (a może i całego świata). Jest to o tyle ciekawe, że wynikałoby z tego, iż
          dotychczas tym pośmiewiskiem nie byliśmy – najwyraźniej skorumpowana do cna
          władza, komunistyczni zbrodniarze grasujący po salonach, prezydent-alkoholik
          regularnie zalewający się w trupa podczas zagranicznych wojaży, pierwsza dama
          odwalająca podejrzane geszefy, setki tysięcy głodnych dzieci, autorytety
          moralne o życiorysach godnych najciemniejszego lochu, złodzieje w radach
          nadzorczych, najniższy w regionie PKB na mieszkańca, bezrobocie na poziomie
          Bambuko Północnego… to wszystko przez ostatnie 16 lat wstydu nam nie
          przynosiło. Ale Lepper w rządzie i owszem!

          Otóż moi drodzy Państwo, nie – nie wstydzę się. I w swoim bezwstydzie umacniał
          się będę wraz z każdym wygranym głosowaniem nad ustawami rozwalającymi ten
          chory system, jaki wrzeszczący dziś wniebogłosy akcjonariusze III RP nam
          zafundowali."

          dydelfus.blox.pl/html
          I to też polecam:

          "Ks. prof. Michał Czajkowski: Warto zacząć czytać biografie wielkich osób. To
          nieoceniona skarbnica wiedzy, doświadczeń i wskazówek, jak żyć. Pokazują drogę,
          jaką wielki człowiek musiał pokonać, zanim w końcu stał się autorytetem. Po
          przeczytaniu kilku biografii, po analizie wzlotów i upadków wielkiego człowieka
          jesteśmy po stokroć mądrzejsi. Uczymy się, jak ważna jest pokora, cierpliwość i
          determinacja w dążeniu do własnego celu i że nie można załamywać rąk. Dzięki
          biografiom można się uczyć na cudzych błędach, a nie czekać na swoje. Kiedyś
          sam się dziwiłem, że moi znajomi czytają tego typu pozycje, ale w końcu
          zrozumiałem i bardzo często do nich sięgam."

          wpisz.blox.pl/2006/05/Konfident.html




      • tyka5 Oglądacie Konfrontacje? 07.06.06, 23:04
        Nie? To poczytajcie.

        "Nie takie głupie słowa Wierzejskiego"
        Niestety muszę potwierdzić słowa Wojciecha Wierzejskiego, posła LPR: „Według
        mnie istnieje takie założenie, że najłatwiej werbować informatorów wśród
        homoseksualistów, bo oni mają coś na sumieniu”.

        Albo:

        "Zwariowałam Wiernikowskiej"
        Nastaje Jan Dworak. Wraz ze zmianą ekipy w TVP dostaje możliwość dokończenia
        dzieła, ale szybko i nowa ekipa związana z ludźmi z Platformy Obywatelskiej
        wspierana przez lewicową opcję wiecznie tam obecną, orientuje się, że „szalona
        Wiernikowska” wpadła na coś na co nie powinna, gdyby jeszcze komunistów
        obnażała, a tu pojawiają się takie szacowne osoby jak senator Smoktunowicz. I
        firma Intercommerce, o której wkrótce będzie głośno, a o której to ciągle w
        filmie mowa, a nie o Klewkach.

        www.latkowski.com/blog/id,637#637
    • flatower Re: polecam 29.07.06, 10:24
      Informacje na tej stronie to w dużej mierze dzieło złotowianina-www.pro-
      cycling.org/index.php?kategoria=wyniki&artykul=1063.
    • adasieniek Re: polecam 30.07.06, 09:20
      polecam stronkę z wypraw mojego kumpla ze studiów www.at-media.pl/mruwa/

      gościu pływał na największym żaglowcu świata, objechał skandynawię rowerem i
      dojechał na Alaskę autostopem:)

      Ps. Mam nadzieję, że po moim rejsie będę mógł polecić swoją stronkę z ciekawymi
      zdjęciami z Azji.
    • flatower Re: polecam 01.08.06, 18:09
      Wielkopolska to teoretycznie nizina. Ale tu jest procentowo najwiecej ludzi w
      MTB. Złotów oceniają tak-www.xcmtb.pl/index.php?dzial=galeria/2006/zlotow
      • sjd Re: polecam 02.08.06, 13:45
        Bardzo ciekawa strona. Nie znałem jej wcześniej. Przynajmniej jest mozliwość
        obejrzenia kolejnej porcji zdjęć z Murowanej Gośliny.
        A uczestnicy tamtejszego forum rzeczywiście chwalą sobie imprezę złotowską.
        Gratulacje i pozdrawiam.
    • flatower Re: polecam 02.08.06, 13:03
      Mistrzostwa świata w wioślarstwie- Amsterdam 2006. Jest tam Złotowianka!
      www.wkroeien.nl/content/eng/program/index.php. Newsy wkrótce!
      • flatower Re: polecam 10.08.06, 08:40
        Sukcesów nie było, choć sam udział to z pewnością już
        sukces.sport.onet.pl/0,1248749,2686,8,16,fotoreportaz.html. Ta z lewej
        jest ze Złotowa!
        • tyka5 Rozmowa ze Sławomirem Mrożkiem 01.05.07, 14:00
          Zawsze odpowiadało mi trzeźwe i uczciwe podejście Mrożka do rzeczywistości. Oto
          kilka fragmentów wywiadu z pisarzem.
          -------------------------------------------------------------------------------

          SŁAWOMIR MROŻEK: – Przez lata miałem koncepcję, by zacierać za sobą wszelkie
          możliwe ślady. Dlatego też w swoim czasie zdecydowałem się zamieszkać w
          Meksyku, dokąd wyjechałem głównie po to, by zniknąć – może nie w ogóle, ale
          zniknąć ze sceny, uciec od głupoty, która latami doskwierała mi w Paryżu, czy w
          ogóle na Zachodzie. Mierziło mnie szczególnie hasło "walki o pokój", powtarzane
          bez przerwy przez francuską lewicę i wszystkie tzw. siły postępu. Wiedziałem o
          komunizmie cokolwiek więcej niż przeciętny Francuz, gdy więc słyszałem ich
          opinie na tematy polityczne, to albo z trudem zmuszałem się do milczenia, albo
          wybuchałem. Irytowała mnie też wszelkiego rodzaju "political correctness" – gdy
          w Stanach ciągle powtarzano mi, że powinienem kochać Murzynów, czułem, że
          zaczynam stawać się rasistą. Należało uciec od tego jak najdalej.


          – I obaj Panowie (z Wojciechem Skalmowskim, przyjacielem pisarza-przyp. mój)
          jesteście przerażeni chamem, sakralizowanym – by sparafrazować Pańskie słowa –
          przez współczesną cywilizację i zidiociałą demokrację, która, tak jak w Polsce,
          rozpieszcza chama nazywając go elektoratem. To diagnoza politycznie
          niepoprawna...

          – Owszem, niepoprawna, ale pisałem o tym, bo tzw. "bunt mas" to największa
          rewolucja szeroko rozumianych naszych czasów. Drugą zaś tragedią jest wielkie
          spłaszczenie, o czym mówiłem panom, gdy przed rokiem rozmawialiśmy
          o "Baltazarze" – mianowicie spłaszczenie człowieka i spłaszczenie myśli, która
          już dawno straciła wymiar wertykalny, skutkiem czego grzebiemy się w myślowych
          odpadkach jak w cuchnącej kupie.

          – W tych listach znajdujemy wiele przykładów ostrości sądów: choćby krytyczne
          słowa o rewizjonizmie Leszka Kołakowskiego i Adama Michnika czy o "Ziemi Ulro"
          i metafizycznych koncepcjach Czesława Miłosza.

          – Nie da się ukryć: słów krytycznych nie brakuje, ale też nie widzę powodów, by
          w wolnym kraju skrywać własne krytyczne sądy, od których obaj nie stroniliśmy i
          nie stronimy.

          – Kiedyś opublikował Pan w "Kulturze" krótkie opowiadanie pt. "Płońsk", w
          którym z sarkazmem opisuje Pan, jak to w towarzystwie peerelowskich prominentów
          je obiad w prowincjonalnej knajpie. Najważniejszy z notabli tokuje, świta mu
          schlebia, a temu wszystkiemu przysłuchuje się skacowany i milczący człowiek,
          który w końcu podchodzi do biesiadników i powiada: "A ja jestem Stanisław
          Frąckiewicz i mam was wszystkich w dupie".

          – Płońsk to był jeden z symboli Polski Ludowej. Nic w tym opowiadaniu nie
          zmyśliłem. Wszystko w nim jest prawdą.

          czytelnia.onet.pl/0,1408262,1,artykuly.html
                  • tyka5 Skutki "sprawiedliwości społecznej" 23.09.07, 21:34
                    Spragnieni mięsa chłopi chcieli upolować żyrafę

                    Policja w Zimbabwe powstrzymała chłopów z przedmieść Harare przed
                    upolowaniem i zjedzeniem zbłąkanej żyrafy - poinformowały oficjalne
                    media w tym cierpiącym na poważne niedobory żywności afrykańskim
                    kraju.
                    Pracownicy służb ochrony przyrody zabrali zwierzę po tym, jak
                    policjanci opanowali tłum, pragnący zabić żyrafę "dla mięsa" -
                    napisał rządowy dziennik "Herald".

                    Zimbabwe znajduje się w głębokim kryzysie gospodarczym odkąd
                    prezydent Robert Mugabe odebrał białym rolnikom urodzajne farmy i
                    oddał ich ziemię miejscowym bezrolnym chłopom. Obecnie bezrobocie w
                    kraju osiągnęło 80 proc., a tegoroczna inflacja kształtuje się tam
                    na poziomie ok. 7.000 procent. Według ocen niezależnych ekspertów
                    inflacja w rzeczywistości zbliżyła się już do 25 000. proc., a
                    Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że pod koniec roku może
                    wynieść nawet 100 000 procent.

                    Czerwcowe rozporządzenie rządu, aby obniżyć ceny wszystkich
                    produktów i usług o połowę, doprowadziło do panicznego wykupywania i
                    gromadzenia towarów, a to z kolei do braków w zaopatrzeniu. W
                    sklepach nie ma mąki, chleba, mięsa, brakuje też benzyny i wielu
                    innych podstawowych produktów.

                    Na początku września miejscowe towarzystwo ochrony zwierząt wszczęło
                    kampanię informującą o coraz częstszych przypadkach uboju psów i
                    kotów. Organizacja tłumaczyła, że choć nie jest to nielegalne,
                    zwraca uwagę na moralne i etyczne konsekwencje takich czynów.

                    Jedną z tradycyjnych potraw w niektórych regionach Zimbabwe stały
                    się pieczone myszy. W ostatnim czasie łowcy tych gryzoni próbując
                    ogniem wypłoszyć je z pól spowodowali jeden z największych pożarów w
                    kraju. Płomienie zniszczyły pamiątkową scenerię z nakręconego w
                    latach 80. XX wieku filmu "Kopalnie króla Salomona".

                    wiadomosci.onet.pl/1610623,69,item.html

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka