tyka5
02.03.06, 16:04
Stanisław Remuszko
Dług honorowy
Podobna sytuacja wydarzyła się już raz, we Francji, sto jedenaście lat temu,
kiedy to kapitan sztabu generalnego Alfred Dreyfus w wyniku fałszywych
oskarżeń spreparowanych przez służby specjalne został osądzony i skazany. W
Polsce, pięć lat temu, wiceminister obrony Romuald Szeremietiew w wyniku
wspólnej akcji służb specjalnych i mediów został zdymisjonowany i oskarżony,
a teraz rozpoczął się jego sądowy proces. We Francji prawda wyszła na jaw
dopiero po dwunastu latach, kiedy to Dreyfusa ostatecznie oczyszczono i
zrehabilitowano. Jak długo będzie wychodziła na jaw prawda o Szeremietiewie?
Przypomnijmy elementarne fakty. W lipcu 2001 roku w
dzienniku „Rzeczpospolita” ukazał się artykuł pióra Bertolda Kittla i Anny
Marszałek pt. „Kasjer z ministerstwa obrony”, stawiający Romualdowi
Szeremietiewowi szereg zarzutów, które dyskwalifikowały go jako człowieka i
jako osobę publiczną. Te i następne doniesienia natychmiast zostały
nagłośnione przez bodaj wszystkie ogólnokrajowe gazety, radia i telewizje,
wskutek czego premier zawiesił oskarżonego wiceministra, prokurator wszczął
śledztwo, a fiskus wziął małżeństwo Szeremietiewów pod rentgen i mikroskop. W
ciągu następnych tygodni i miesięcy rzekomą aferę wałkowano na wszelkie
możliwe sposoby.
Romuald Szeremietiew od początku wskazywał na fałszywość oskarżeń. Udowadniał
czarno na białym, że nie zgadzają się podane w „Rzeczpospolitej” fakty, daty
i liczby, że przywoływani świadkowie w rzeczywistości nie istnieją, że
kluczowe zdarzenia miały inny przebieg, że twierdzenia autorów artykułu są
wzajemnie sprzeczne. Ale te argumenty nigdy nie przebiły się do opinii
publicznej. Media wydały na Szeremietiewa zbiorowy wyrok, a redaktor
Marszałek w nagrodę za swe dokonania została ogłoszona „Dziennikarką Roku”.
Po latach okazuje się, że zarzuty „Rzeczpospolitej” były co do jednego
wyssane z palca. Szeremietiew nie brał ani nie dawał łapówek, nie zdradzał
tajemnic, nie ustawiał przetargów, nie wydawał więcej niż zarabiał, fundusze
na kampanie Wałęsy i AWS zbierał legalnie, a nadto nie kręcił, nie kłamał i
nie oszukiwał. Akt oskarżenia rodził się w męczarniach przez trzy lata i
zmieniał się jak w kalejdoskopie, podobnie zresztą jak prowadzący tę sprawę
prokuratorzy. Z jednych pierwotnych wątków prokuratura sama wycofała, inne
umorzyła z braku jakichkolwiek dowodów, jeszcze inne upadają przed sądem.
Urząd Skarbowy prawomocnie orzekł, że państwo Szeremietiewowie są majątkowo i
podatkowo czyści jak łza. Ale tych wiadomości próżno by szukać w mediach,
które przedtem odsądziły Romualda Szeremietiewa od czci i wiary.
Obserwatorzy od dawna nie wątpią, że za tamtą serią artykułów
w „Rzeczpospolitej” stały potężne siły i interesy, zresztą nie tylko polskie.
Wiceminister Szeremietiew, odpowiadając w MON za największe w historii naszej
armii zakupy uzbrojenia, przygotowywał i forsował koncepcje zasadniczo inne
niż te, które po jego zdymisjonowaniu zostały zrealizowane. W grę wchodziły
kontrakty (m.in. na samolot wielozadaniowy, rakietę przeciwpancerną i kołowy
transporter) warte kilka miliardów dolarów. Aby te pieniądze wydać na
sprzęt „właściwy”, trzeba było nie tylko odsunąć Szeremietiewa od przetargów,
lecz przede wszystkim podważyć jego fachowość i odebrać mu wiarygodność –
tak, by jako oczywisty przestępca nie mógł zabierać głosu, alarmować opinii
publicznej, dobijać się prawdy. To zadanie zostało wykonane na piątkę z
plusem.
* * *
Jak wiadomo, spiskowa teoria dziejów głosi fałsz z jednego przynajmniej
powodu: tego nie da się zrobić. Wielu by chciało, i w starożytności pewnie
było to nawet możliwe, ale od dawna już nie jest, ze względu na złożoność
społeczeństwa oraz stopień komplikacji hipotetycznego nim sterowania. Jednak
w skali lokalnej i regionalnej - poczynając od bloku mieszkalnego czy zakładu
pracy, poprzez miasto czy gminę, a kończąc na suwerennym państwie - rozmaite
spiski, podchody i knucia są wciąż częstą metodą „walki o byt”. Wciąż jedni w
cichym porozumieniu z drugimi starają się wygryźć tych trzecich po to, by
opanować jakąś niszę gospodarczą, polityczną, albo ideową, zagwarantować
sobie w danej dziedzinie jak największy wpływ na rzeczywistość i jak
największe profity.
W III Rzeczpospolitej działaniom takim sprzyja wysoki stopień oligarchizacji
państwa. Oligarchia, podług słownikowej definicji, to rządy stosunkowo
niewielkiej grupy ludzi połączonych wspólną cechą lub interesem. W
dzisiejszej potocznej polszczyźnie powiedzielibyśmy, że chodzi po prostu o
osławioną GTW, czyli o grupę (lub grupy) ludzi trzymających władzę,
działających dyskretnie i skutecznie, z pozornym zachowaniem reguł
demokracji. Jednak ostatnie lata wyraziście pokazały, co jest głównym
składnikiem współczesnego systemu oligarchicznego: niepisany kartel
większości środków masowego przekazu. Parafrazując arcytrafne określenie
Ryszarda Bugaja, dramat dla demokracji zaczyna się nie wtedy, gdy jedne media
jakąś sprawę nagłaśniają, inne zaś ją przemilczają, lecz wtedy, gdy
zdecydowana większość mediów to samo nagłaśnia i to samo przemilcza.
Na naszych oczach demokrację monteskiuszowską (parlament, rząd sądownictwo)
coraz bardziej zastępuje oligarchia medialna – czyli ustrój oparty na
niejawnych i nieformalnych układach biznesowo-politycznych, w którym ważni
redaktorzy są ważniejsi od posłów, ważni nadredaktorzy od ministrów, a
właściciele i dysponenci czołowych pism i anten od prezydenta, premiera i
prymasa razem wziętych. Czołowe media (choć z wyjątkami) coraz częściej i
coraz bardziej demonstracyjnie zachowują się w sposób urągający starej
dziennikarskiej deontologii. Oto ich grzechy główne: gangstersko-mafijne
metody działania („anonimowi informatorzy”, „tajemnica
dziennikarska”, „dziennikarskie śledztwa”, oczywiste przypadki współpracy ze
służbami specjalnymi), cuchnące i bezkarne personalne nagonki prasowe,
niedrukowanie sprostowań, stałe gwałcenie zasady audiatur et altera pars,
wydarzenia i tematy tabu, itp., itd. Innymi słowy, zamiast pełnić rolę
informacyjno-kontrolną, środki masowego przekazu biorą bezpośredni udział w
sprawowaniu realnej władzy. Ale to władza dla demokratycznego państwa
szczególnie groźna, ponieważ nie pochodzi z wyboru, praktycznie za nic nie
ponosi odpowiedzialności, a niemal wszyscy politycy boją się jej jak diabeł
święconej wody.
* * *
Jestem głęboko przekonany, że IV Rzeczpospolitej nie uda się zbudować bez
ograniczenia władzy mediów. Jak to zrobić, aby nie ograniczyć wolności słowa,
która jest fundamentalnym gwarantem wszystkich innych wolności? Sądzę, że
trzeba zrobić trzy rzeczy:
Po pierwsze, trzeba wreszcie zlustrować dziennikarzy. Nie przypadkiem ta
kluczowa grupa zawodowa wciąż pozostaje – mimo wielu środowiskowych apeli i
legislacyjnych przymiarek - poza zasięgiem ustawy. Najnowsze poselskie
projekty przewidują rozszerzenie lustracji również na radnych, oficerów
wojska i policji oraz radców prawnych (w sumie ponad 100 000 osób). Proszę
bardzo. Uważam jednak, iż wszyscy oni razem wzięci nie mają na społeczeństwo
takiego wpływu jak kilkusetosobowa, może nawet tylko kilkudziesięcioosobowa
grupa dziennikarzy (oraz kierownictwo) najważniejszych mediów.
Po drugie, trzeba tak zmienić prawo, aby osoby skrzywdzone wskutek
dziennikarskiej nierzetelności mogły w rozsądnym czasie wyprocesować od
redakcji milionowe odszkodowanie - również wówczas, gdy oznaczałoby to
bankructwo wydawcy (w przypadku recydywy). Tak jest w Ameryce, światowej
ojczyźnie ludzkich i obywatelskich praw i swobód.
Po trzecie, trzeba przywrócić kontrolę nad służbami specjalnymi – zwłaszcza
wykluczyć możliwość samodzielnego upr