asiabudyn11
11.07.10, 13:39
Zakładam ten wątek po przeczytaniu wątku "Rasizm". Zapewne bardziej na temat by było gdybym się tam dopisała po prostu, ale nie mogę. Wątek się zarchiwizował.
Chcę nawiązać szczególnie do słów Mahedy z tamtego wątku, w których stwierdziła (o ile dobrze zrozumiałam), że podróż/podróże uprzedziły ją do danych grup ludzi. Uważam, że to cenna uwaga. Nie chce i nie popieram rasizmu, chętnie położyłybym kres przejawom rasizmu występującym w Polsce gdybym mogła. Uważam jednak, że tolerancja jest czasem "dziwnie" postrzegana zarówno przez Polaków, jak i innych Europejczyków.
Niestety, z tego co zaobserwowałam Polacy są często źle postrzegani w Europie. Jako ksenofobii, zacofani, ortodoksyjni katolicy. Na początku był to dla mnie szok. Tylko dlatego, że przekroczyłam granicę muszę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Dopiero później zrozumiałam, że podobne "zarzuty" jak pod adresem Polaków padły w wątku "Rasizm" możnaby-lecz w zupełnie innym kontekście-postawić pod adresem Europejczyków w ogóle. W końcu-często szkodliwe-opinie np. o ortodoksyjnym katolicyźmie to nic innego jak uprzedzenie.
Znani mi Litwini uważają Polskę za bardzo konserwatywny kraj. Są do niego mocno uprzedzeni. Po kilku tygodniach od poznania mnie pewne Litwinki powiedziały nowopoznanemu Polakowi, że powinien być dumny, że jestem Polką podczas gdy ja NIC niezwykłego nie zrobiłam. Wyciągnęłam z tego wniosek taki, że musiały mieć bardzo złe zdanie o Polakach, skoro normalne zachowanie odbierają jako nadzwyczajne.
Wracając do tytułu wątku. Z powiedzeniem "podróże kształcą" wiąże się niejako podświadomie wniosek, że nie tylko dostarczają wiedzy (co jest niezaprzeczalne), ale też powodują rozwój osobisty. Jest tego przykładem uczenie się tolerancji. Właśnie z tym wnioskiem wiąże się upraszczanie. Niedostrzeganie, że podróże wcale nie zawsze uczą tolerancji. Że mogą uczyć nietolerancji i rodzić uprzedzenia. Właściwie to trzebaby się zastanowić nad relacją podóży i tolernacji. Uważam, że przeciętny Polak lecący do Wielkiej Brytanii pracować na przysłowiowym "zmywaku" ma większą szansę uprzedzić się do tamtejszej ludności niż nauczyć się tolerancji. Bo z jakimi ludzmi potencjalnie będzie się stykał? To jest niesamowicie istotne! Jeśli pracuje się fizycznie to zwykle na-tak wychwalanym-Zachodzie trzeba liczyć się z tym, że będzie się gorzej traktowanym. A może prawie zawsze poza granicami swego kraju jest się człowiekiem gorszej kategorii? Fajnie pokazuje to Kieślowski w "Białym". A co za tym idzie: czy Zachód jest na prawdę tolerancyjny? Czy jest tylko inaczej tolarancyjny? Czy jest tym, do czego na prawdę chcemy dążyć? Ja osobiście: nie.
Z resztą można to odnieść nie tylko do ludzi Zachodu. Gdy moja koleżanka niedawno, w czasie studiów brała ślub to opowiadała mi, że spotkała się z niezłymi uprzedzeniami. W skrócie: niektórym ludziom łatwiej było zaakceptować pary homoseksualne w swoim otoczeniu niż zrozumieć, że ktoś może po prostu chcieć wziąć ślub w młodym wieku. Zaznaczam: nie jestem uprzedzona do par homoseksualnym (tolerancji dla nich nauczyłam się przebywając właśnie na Zachodzie, ale także czytając tam polskie czasopisma) i nie zestawiłam tego na zasadzie: dobro-zło. Po prostu dostrzegam jak modnie jest "znać parę homoseksualną" a jak trąca myszką nietolerancja w stosunku do homoseksualistów w niektórych kręgach. Jest zatem elementem mody tolerancja dla homoseksualizmu. A że śluby modne nie są to w kraju ogromnych wydatów na wesela czasem trzeba czuć uprzedzenia innych wobec decyzji o zamążpójsciu. Jakie to beznadziejne!
Ale wracając do wątku: mnie podróże uprzedziły do Niemców. Tak było. Nie historia! Proszę mi tego nie zarzucać, bo to nie wina historii. Co dokładnie? Mój kolega miał wątpliwą przyjemność usłyszeć, będąc w grupie 3 Niemców: "dlaczego my właściwie pijemy z Polakiem? Przecież historia pokazała, że mieliśmy przez nich tylko kłopoty." Potem Niemcy przeszli na niemiecki i mój kolega tylko obserwował ich rozmowę, przerywaną co jakiś czas śmiechem. Potem go wielokrotnie przepraszali, ale faktem jest, że opowieść o tym, na kolegach z innych państw nie robiła większego wrażenia. Sądzę, że m.in. dlatego, że chodziło o Niemców. W końcu w relacjach: Polacy-Niemcy tylko Polaków można posądzać o uprzedzenia! Potem mojej koleżance, która studiowała w Niemczech i jest po prostu germanofilką inny Niemiec opowiadał, że tak na prawdę Wrocław jest niemiecki itp. Jasne, że jest. Tyle, że: czy Polak może być poprawny politycznie i powiedzieć, że Wilno jest Polskie? Nie. A Niemcom takie teksty uchodzą na sucho. W końcu to my jesteśmy ksenofobami, zacofani i nietolerancyjni. Sama, od jednego z tych Niemców drukrotnie usłyszałam, że jestem "typową Polką". Moje dopytywania o to, co ma na myśli nie odniosły rezultatu.
Inny, z kolei bardzo ciekawy Niemiec ponany przeze mnie w przedziale PKP bardzo silnie zakcentował to, że tylu specjalistów-Polaków wyjechało za granicę, że czasem polskie firmy szukają fachowców w Niemcech. Jego mina gdy to mówił, znaczyła dużo. Coś w sensie: "nawet do TEGO dochodzi!".
Moje uprzedzenie do Niemców zostało nabyte w czasie podóży. Kontaktów z Niemcami. Wiem, że jest zapewne krzywdzące i bardzo bym chciała się go pozbyć. Pozbyć tego przekonania, że dla przeciętnego Niemca Polak może być robotnikiem, podwładnym, ale nigdy szefem. Bo jest gorszy przecież.
Ale jak?