caroline.1
14.07.10, 14:54
Dziewczyny, po prostu muszę się porządnie wyżalić, nie oczekuję słów
pocieszenia "że wszystko będzie dobrze", ale może jakiejś krytyki
konstruktywnej. Co ja robię nie tak?!
Od blisko trzech tygodni poszukuję pracy. Kończę doktorat, rozprawę złożę we
wrześniu, nie mam w planach kariery naukowej. W poniedziałki wertuję dodatki
"Praca" do GW i "Dziennika", w środę "Gratkę", codziennie przeglądam portale
internetowe typu jobpilot.pl, rozpuściłam wici po znajomych. Wysłałam blisko
30 aplikacji - mam wrażenie, że nie jest do duża liczba, ale do pracy na
stanowiskach, na które aplikowałam, miałam odpowiednie kwalifikacje i byłam
nimi naprawdę zainteresowana. Były to głównie prace biurowe i administracyjne.
W ciągu tych prawie trzech tygodni nie dostałam ANI JEDNEGO telefonu, kilka
(automatycznych!) potwierdzeń zarejestrowania CV w bazie oraz jedno napisane
ludzką ręką (o nim jeszcze później).
Do każdej aplikacji podchodziłam indywidualnie - najpierw mały research, co to
wogóle za firma, czym się zajmuje, czy odpowiada mi ich polityka itd.
Następnie siadałam i dokonywałam małej reorganizacji CV podkreślając te
epizody, które mogą być dla przyszłego pracodawcy istotne. Podobnie z listem
motywacyjnym, chociaż tutaj to właściwie w każdym przypadku pisałam nowy ;)
W CV niczego nie zatajałam: mam studia wyższe, podyplomowe, doktorat na
ukończeniu i nie koloryzowałam. Konkret, konkret, konkret. Wpisywałam też, że
posiadam "orzeczenie o niepełnosprawności lekkiej". Czy to był błąd?
Sytuacja bezrobotnego jest dla mnie dodatkowo bolesna ze względu na fakt, że
podczas studiów pracowałam w trzech miejscach i właściwie dostawałam pracę "od
ręki", chociaż bez znajomości. Rodzice śmieli się, że wysłałam w życiu trzy
aplikacje i trzy razy miałam pracę. Nie spodziewałam się, że tak będzie i tym
razem, ale żeby NIKT się nie odezwał? NIKOGO moje podania nie interesują?
Poza tym, ja wiem, że świat jest nieuczciwy, niesprawiedliwy itd. ale...
Aplikowałam też na stanowiska w administracji uczelni macierzystej, która daje
ogłoszenia na swojej stronie głównej. Czy to możliwe, aby ukazywały się one
tylko dlatego, że tak wymagają jakieś przepisy, a tak naprawdę cała rekrutacja
to fikcja, bo mają już osobę na stanowisko? To były cztery wysłane aplikacje,
w przypadku trzech ogłoszeń spełniałam nawet warunki określone jako "dodatkowe
atuty" (doświadczenie w organizacji zagranicznych konferencji, znajomość
pakietu Corel Graphic Suite i inne), w przypadku jednego ogłoszenia
"dodatkowego atutu" (a było to "mile widziane doświadczenie w pracy w
dziekanacie") nie miałam i z tego jednego, jedynego miejsca przyszedł "ludzki"
mail :/
Jeżeli do końca tygodnia NIKT się nie odezwie, to chyba wyrzucę z CV
wykształcenie wyższe i zaaplikuję do jakiejś firmy ochroniarskiej, która
poszukuje pracowników z orzeczeniem - takich ogłoszeń jest bardzo dużo. I nie
będzie to dla mnie żadną ujmą. Po prostu chciałabym pracować, zarabiać, ale
czy to źle, że chciałabym wykorzystywać również te umiejętności zdobyte na
studiach, które przyswoiłam kształcąc się za pieniądze podatników? Zwrócić ten
dług państwu i społeczeństwu. Co z tego, skoro nikt mnie nie chce: ani
instytucje państwowe, ani firmy prywatne :(