marisella
25.07.10, 04:35
A jakże! Osoby z takim BMI to w ogóle nie powinny rano z łóżka wstawać, bo
sobie niechybnie krzywdę zrobią.
A tak zupełnie na serio - trafiam co jakiś czas na forach na takie różne
dziwne wypowiedzi (cytaty poniżej) i sama już nie wiem - świat zwariował czy
to ja jestem nienormalna?
Wchodzę sobie na przykład na jakieś tam forum grubasowe czy dietowe (nazwy już
nie podam, bo cytat mam ot tak wklejony z kiedyś w podręczne notatki) i czytam:
"Jest pewna czesc klienteli z BMI np. 35, ktorym proponowanie
treningu wytrzymalosciowego jest porownywalne z oferowaniem
garbatemu, aby sie wyprostowal."
Aha...
Albo jeszcze lepsze:
"Proponowanie osobie z BMI 35, lub więcej, treningu wysiłkowego, kiedy ten
ktoś ledwo chodzi, jest porównywalne z proponowaniem
sparaliżowanemu żeby wstał."
i odpowiedź na to następnego światłego obywatela:
"Z tym się zgodzę w 100% i znam ten problem z własnego doświadczenia. Nie
ćwiczę
w ogóle, bo naturę mam leniwą, a poza tym, jak na razie nie czuję się
jeszcze na
siłach podjąć ostry wysiłek fizyczny."
Dziewczyny z tym strasznym BMI powyżej 35, jeśli tu w ogóle jesteście ;),
powiedzcie mi, czy Wy naprawdę czujecie się tak kalekie? Ledwo chodzicie z
tymi waszymi nadprogramowymi kilogramami? Bo ja mam wrażenie, że ludzie,
którzy się wypowiadają o tych strasznych grubasach z BMI powyżej 35 w ogóle
kogoś takiego na oczy nie widzieli, a to "35" funkcjonuje na tej zasadzie, co
ogromna miseczka "K".
No po prostu ciśnienie mi się podnosi jak ktoś mnie traktuje jak
niepełnosprawnego tylko dlatego, że mam, dajmy na to, 40 kilo nadwagi. I co,
mam sobie na tę okoliczność strzelić w łeb? Mam się od dziś na siłowni nie
pokazywać? Bez jaj...
OK, jestem spasiona, mam ogromne BMI powyżej 40, co stawia mnie w rzędzie
patalogicznie otyłych. Przyjmuję to do wiadomości bez mrugnięcia okiem. Tak
jest, oto ja, patologicznie otyła:
marisella.home.pl/priv/IMG2244.jpg
Kumam, fakty są faktami. Ale u licha, nóż w kieszeni mi się otwiera jak
czytam, że ludzie z moją nadwagą ledwo chodzą, a proponowanie mi wysiłku
fizycznego to w ogóle kosmos, bo przecież nie jestem w stanie. Choćbym chciała
(ale przecież na pewno nie chcę!)
Noż do diaska. Wkurza mnie to. Drażni mnie, że ludzie myślą takimi schematami.
Że jak idę do poradni leczenia otyłości, to każą mi gotować na kolację
galaretkę z 4 deko piersi kurczaka, a nikt nie powie mi, czy trening mam
dobrze ułozony, czy nie jest tam czagoś za mało albo za dużo. Nikt nawet sam z
siebie nie zaproponuje, żeby się poruszać, bo sobie mogę przecież krzywdę
zrobić. Ze na trzech ortopedów u których byłam z zerwanym więzadłem, tylko
jeden był mi w stanie uwierzyć, że kuku zrobiłam sobie będąc na zajęciach
tanecznych, a nie wspinając się w hipermarkecie na półkę z największymi pakami
chipsów. Ba! Tylko ten jeden zalecił wzmocnienie mięśni jako jedną z form
rehabilitacji i tylko on zakumał, że ja naprawdę wiem, gdzie jest mięsień
czworogłowy dajmy na to. Śmieszy mnie, że jak zachodzę na aerobik, a w
recepcji jest nowy człowiek, to nikogo przede mną nie zapyta, czy aby na pewno
da sobie radę na zajeciach II stopnia, ale o mnie się zawsze zatroszczy i
wypyta instruktora, czy aby na pewno może mnie wpuścić ;)
I dziwić się potem, że tężsi ludzie mogą się nie czuć dobrze w klubach fitness
i innych takich miejscach. No jak można uwierzyć w siebie, że się potrafi i
podoła, jak wszędzie trąbią, że nie ma szans? I że się nawet nie powinno, że
ruch jest wręcz przeciwskazany!
Dobra, ja wiem, przy pewnej wadze nie powinno się biegać na przykład, bo
obciążenia stawów są obiektywnie duże. Ale to nie oznacza, że grubasowi wolno
pozwolić tylko na ćwiczenia na kanapie. Ja chodzę na aerobik, na siłownię,
aquarobik, regularnie pływam (litościwie nazwijmy to pływaniem ;)) i jeżdżę na
rowerze i żyję. Co więcej - wybieram się na rower na wakacje i zamiarzam w
czterosobowym gronie znów przejechać z namiotem i śpiworem na plecach ze
Świnoujścia do Helu.
A potem wrócę i przeczytam, że z moim BMI to ja powinnam mieć problemy z
chodzeniem i że w zasadzie ratują mnie tylko tabletki albo operacja
zmniejszenia żołądka. I jeszcze przeczytam, tak jak dziś mi się zdarzyło (i
chyba własnie to mi tak ciśnienie podniosło ;)) że nie ma szans, żebym się
akceptowała, bo ludzie tak otyli na pewno nie są w stanie się zaakceptować w
stu procentach, a twierdzą, że to robią tylko po to, żeby uciszyć swoje sumienie.
Bleh.
Nie wiem skąd to przekonanie, że otyłość to takie straszne nieszczęście, tak
szalone ograniczenie i w ogóle skaranie boskie. Pewnie, że powód do dumy i
szczęścia to nie jest, ale bez przesady. W minutę mogę wymienić przynajmniej
tysiąc gorszych rzeczy, które mogły mi się przytrafić lub się przytrafiły ;)
A przede wzsytkim ja - patologicznie otyła - wcale nie czuję się kaleką, czuję
się normalnym, względnie zdrowym, aktywnym człowiekiem i nie wiem, dlaczego
tylu ludzi chce mi wmówić, że wcale nie powinnam...