I z żoną wielkie rozmowy mieli, ona chciała, on nie. Nie kłócili się o to, ale
ona szczęśliwa nie była, że on nie chce z nią jechać. Koniec końców z nią
pojechał, ale poród okazał się być kleszczowy więc go wyproszono. No i jak to
się mówi, upiekło mu się

Żona po kilku latach znowu w ciąży.
Problem znowu ten sam, życie przyniosło rozwiązanie. Była ona sama w domu,
zadzwoniła po karetkę gdy jej wody odeszły (on był w trasie, miał jechać
prosto do szpitala). Nie dojechał na czas, urodziła w karetce.
Nie minęło 8 m-cy, ona w ciąży.
Znowu rozmowy w trakcie ciąży, że może tym razem, on jako argument mówi: po
co, dwa razy urodziłaś beze mnie to i teraz dasz radę. I taki tam.
Termin coraz bliżej.
Niedziela tydzień temu. Ona w domu z mężem, dziećmi i teściową.
Mówi:
- o kurcze mam pierwsze skurcze, i wody mi odeszły.
Oni w szoku.
Ona się łapie za krocze, i krzyczy:
- dziecko wychodzi !!!
Panika, dzwonią po karetkę.
I .... mąż odbiera poród. I pępowinę przecina.
Krzyczą w panice przy tym wszyscy, teściowa, on, ona i dzieciaki ryczą.
Sąsiedzi myślą że się u nich ktoś kłóci.
Urodziła córę, zdrową.
Karetka dojechała w 13min.od zgłoszenia.
A on tak nie chciał, tak się zapierał. A życie samo pokazało.
No i morał "Nigdy nie mów nigdy" ;P