Słuchajcie mam nie lada problem, po prostu "zgłupiałam", nie wiem kompletnie
co mam zrobić, jaką podjąć decyzję. Wiem, że na Was mogę liczyć, podpowiedzcie
co byście zrobiły?
Otóż: dzisiaj byłam w firmie na rozmowie z szefową o powrocie do pracy;
ponieważ dziewczyna która pracuje na moje zastępstwo zaszła w ciążę, ciążą
okazała się zagrożona i już do pracy nie wróci; wobec czego ja mogę skrócić
swój wychow. o m-c i wrócić od X.09r. W czerwcu będąc na rozm. o warunkach
finansowych, szefowa obiecywała 1000 zł netto podwyżki i pytała jeszcze czy
będę zadowolona (wcześniej też nęciła kasą, bym szybciej wróciła); dla mnie
było ok. (w między czasie - 20 m-cy mojej nieobecności takie były średnio
podwyżki w
całej firmie). Dziś przyszło do konkretów i okazało się, że
netto dostałam równo 266 zł - poczułam się rozczarowana i zawiedziona. I nie
chodzi tu do końca o kasę, ale o to że mam wrażenie, że szefowa mnie okłamuje
i zataja pewne informacje o mnie przed zarządem: np. wątpię, że wspomniała, że
"siedząc z dzieciem w domu" zrobiłam studia podyplomowe i zamierzam robić
kolejne - aktualnie mam większe kwalifikacje od niej, więc boi się, że ją
wygryzę??? Każdy w firmie mówi, że podwyżki były zauważalne i odczuwalne

ludzie są zadowoleni; rozumiem, że nie było mnie 19 m-cy, ale KAŻDY wie,że
jestem bardzo dobrym, sumiennym i odpowiedzialnym pracownikiem i
współpracownice cieszą się, że jak wrócę bedzie łatwiej; Czy poszłybyście
bezpośrednio do zarządu (chodzi o HR-owca) i porozmawiały jeszcze raz w
sprawie swojego wynagrodzenia? Czy można tak zrobić - ominąć bezpośrednią
szefowa? Czy to wypada? Czy sobie nie zaszkodzę? Czy może zamknąć teraz
jadaczkę i co 3 m-ce truć jej łeb, że czuję się wykorzystywana i wiem, że
powinnam dostawać wyższą kasę? Nie wiem, po prostu nie wiem co robić....