Dodaj do ulubionych

ile można....

29.05.09, 00:38
tak zyć obok siebie?? u nas po raz kolejny awanurka... mamy 2
dzieci...9 lat stażu...bez małżeństwa... i co? i dupaaa... jak mi
emocje opadną to napisze o co komonwinkale... w sumie po co.... jest
mi tak źle... ja piernicze...więcej nie dam rady... tylko ze my
nie "umiemy" się rozstać, chociaż wiemy ze powinniśmy....buuuuuu
Obserwuj wątek
    • mearuless Re: ile można.... 29.05.09, 00:46
      ja mam podobnie,
      ciagle sprzeczki, klotnie.
      zycie obok siebie a nie razem.
      jesli gadamy to albo o kasie albo o dzieciach....
      dół goni dół, chandra na okraglo...i tylko partze jak uciec z domu do kogos,
      albo laze po parku z corkami zeby sie na jego zwloki przed telewizorem nie gapicsad
      i tez mysle ze dlugo tak nie pociagne, bo ja chce milosci, uniesien, romantyzmu
      i szalenstwa w oczach a nie jebanych,brodnych skarpet i bąkow pod kołdrą...crying
      • kowalowa Re: ile można.... 29.05.09, 00:52
        o majgadwink zupełnie identycznie..... czyli ja nie
        sama...ale....jak mi źle....i ile dam radę?.. aż dzieci podrosną? w
        dupie...ja czuję że...jednak jakiś zbłąkany rumak na koniu sie
        zjawi..smile
        • kowalowa Re: ile można.... 29.05.09, 00:54
          tfffuuuu...zabłakany książe oczywiście a nie rumakwink
          • mearuless a tam spoko 29.05.09, 01:00

            glodnemu chleb na mysli, nie?smile
            • kowalowa Re: a tam spoko 29.05.09, 01:08
              wolę książa niż rumaka...winkale pozatym....dupa dupa dupa.....
              • anetuchap Re: a tam spoko 29.05.09, 01:14
                Zabłąkany książę na rumakusmile
                A lepiej w jakimś fajnym samochodziewink

                Żartuję,ale wiem(niestetysado czym piszecie.
                W moim małżeństwie jest różnie,ostatnio lepiej,
                ale bywało bardzo źle. Ciągłe kłótnie,pretensje
                aż do tekstów,że się rozwodzimy,ja się wyprowadzam.
                Naprawdę bywa bardzo,bardzo źle i też marze o tym
                zbłąkanym księciu choćby na rowerzesmile
                Dlaczego cały czas jesteśmy razem?
                Nie wiem jak jest u Was,ale my się po prostu kochamy.
                Oboje mamy pewność,że jedno kocha drugie i ciężko nam
                żyć bez siebie. Mam już swojego księcia,choć ma wady,
                wkurwia mnie czasami,ale i tak go kocham.
                Uważam,że dopóki ludzie się kochają,to warto walczyć o związek.
                • kowalowa Re: a tam spoko 29.05.09, 01:24
                  no właśnie....a jak się nie kochają... a mają dzieci...???mnie to
                  przerasta.... i bądź tu mądry.... czas pokarze... piwko ze krwii
                  wypłynie...może mi minie?? do następnego.....buuuu
                  • liwilla1 Re: wiecie 29.05.09, 07:13
                    to jest naprawdę smutne, co piszecie. przypomina mi się bowiem moja mama i jej
                    zmagania z depresją mojego ojca, jego egotycznym charakterem. jako dziewczynka
                    widziałam, że w ich związku nie ma miłosci. a jednak wciąz sa razem. i powiem
                    Wam jedno: szkoda, ze moja mama nie rozwiodla się gdy bylismy dziecmi, a ona
                    byla mloda i miala jeszcze szanse na ulozenie sobie zycia z kims innym. inna
                    sprawa, ze byly wtedy inne czasy, a ona nie miala srodkow i zabraklo jej odwagi.
                    ale mysle, ze bylaby bardziej spelniona jako czlowiek i jako kobieta. teraz
                    niestety juz jest po ptakach. oboje za bardzo wrosli w grunt swoich
                    przyzwyczajen. i zeby nie bylo - kocham mojego tate, to dobry czlowiek,
                    ostatnimi laty wspanialy pomocny ojciec, ale z moja mama od poczatku do siebie
                    nie pasowali, mieli inne temperamenty, marzenia. widzac szamotanie sie mojej
                    mamy, jej nieszczescie i zarazem desperację, obwinialam siebie iza jej niepelne
                    zycie, bo widzialam, ze robila to dla nas - swoich dzieci. mialo to na mnie duzy
                    wplyw pozniej, mocno negatywny. jakims cudem udalo mi sie jednak znalezc fajnego
                    faceta, podobnego do mnie, tylko madrzejszego tongue_out gdybysmy jednak nie byli do
                    siebie podobni duchem, kiepsko widzialabym nasze relacje. nie chcialabym
                    skonczyc jak moja mama.
                    • cudko1 Re: wiecie 29.05.09, 08:28
                      kowalowa życie ze soboa pomio braku wzajemnej miłości, ba nawet
                      szacunku tylko ze względu na dzieci jest pomyłką (no przynajmniej ja
                      tak uważam) ale nbie tylko ja. Był tu zresztą woątek na ten temat.
                      Nikt w takim związku nie jest szczęśliwy a juz napewno nie dzieci,
                      które widzą to szarpanie się rodziców, tą ob=ojętność i sztuczność.
                      Śmiem twierdzić również że część tych negatywnych emocji (nappewnno
                      nie specjalnie) spływa na nie. Ani ojceic ani matka nie jest w
                      stanie poświecić się dziecku uszczęśliwić go jeżeli sama czuje się
                      spętana, nieszczęśliwa.... to tyle ode mnie
                      pisać co masz robic nie będę bo pewnie sama do tego dojdziesz
                      jeżeli się nic nie zmienisad
                    • tabakierka2 liwilla 29.05.09, 08:42
                      To była decyzja Twojej mamy - zdecydowała się na ślub z Twoim tatą.
                      Jesli go nie kochała wtedy, wychodząc za niego, to PO CO ZA NIEGO
                      WYCHODZIŁA. Myślisz, że już wtedy mieli rozbieżne marzenia itd.?
                      Jesli w trakcie malżeństwa zrobiły się rozbieżności, to też była ich
                      decyzja, że nie walczyli i nie dbali o to małżeństwo. Już pisałam w
                      innym wątku - nie jest sztuką odejść, sztuką jest wziąć ślub z
                      osobą, którą się kocha i zostać z nią do końca życia, niezależnie od
                      okoliczności, albo nie brać ślubu jeśli nie jest się siebie
                      pewnym...No, ale to moje zdaniewink
                      • mikita10 Re: liwilla 29.05.09, 09:07
                        Dokładnie tabakierka, ale życie pisze różne scenariusze. Czasami coś
                        się zaczyna sypać i zamiast działaś ludzie czekają "aż wrócą stare
                        dobre czasy". I to niestety bardzo źle się kończy, bo jak umiera
                        miłość to co tu ratować? Nie da się wrócić, jest nawet takie
                        powiedzenie "nie ma nic bardziej martwego niż martwa miłość".

                        A co w przypadku, gdy jest małżeństwo, dziecko, i tylko jedna strona
                        kocha? I gdy się odejdzie szukając swojego szczęścia skrzywdzi się
                        nie tylko dziecko ale również męża/żonę. Co lepsze? Udawać, że
                        wszystko w porządku (da się, choć to trudne i da się żyć spokojnie,
                        bez awantur) czy odejść... Wiem, że nikt nie da na to prostej i
                        łatwej odpowiedzi, bo takiej po prostu nie ma. Życie nie jest czarno-
                        białe.
                        • tabakierka2 Re: liwilla 29.05.09, 09:14
                          mikita10 napisała:

                          > Dokładnie tabakierka, ale życie pisze różne scenariusze. Czasami
                          coś
                          > się zaczyna sypać i zamiast działaś ludzie czekają "aż wrócą stare
                          > dobre czasy". I to niestety bardzo źle się kończy, bo jak umiera
                          > miłość to co tu ratować?

                          Myślę,że jeśli obie strony dbają o uczucie i o małżeństwo, to nie
                          opcji 'śmierci miłości', przecież nikt nie mówi, że uczucie będzie
                          zawsze takie samo, że będzie gorące jak na poczatku. Miłość którą
                          się podgrzewa, nie wypala się - widzę po rodzicach i teściach.
                          Niesamowite jest dla mnie, że nadal (po 27 latach małżeństwa moi i
                          teściowie po 35!) przytulają się, chodzą za rękę, całują na oczach
                          wnuków i dziecibig_grin słodkie tosmile mają wspólne zainteresowania,
                          spędzają razem wiele czasu. Sami wypracowali taką sytuację. Nikt za
                          nich tego nie zrobił. Nie usiedli na kanapie i nie czekali aż samo
                          się wszystko ułoży. Sztuka kompromisu, wzajemny szacunek.


                          > A co w przypadku, gdy jest małżeństwo, dziecko, i tylko jedna
                          strona
                          > kocha? I gdy się odejdzie szukając swojego szczęścia skrzywdzi się
                          > nie tylko dziecko ale również męża/żonę. Co lepsze? Udawać, że
                          > wszystko w porządku (da się, choć to trudne i da się żyć
                          spokojnie,
                          > bez awantur) czy odejść...


                          Ja bym walczyła.
                          A przede wszystkim nie wyszłabym za mąż, gdybym brała pod uwagę
                          możliwość odejścia. Moja decyzja była taka, że do śmierci i tego się
                          trzymam. Takie podejście u obojga wiele ułatwia.
                      • bernimy ja też nie rozumiem 29.05.09, 09:07
                        Ja podobnie jak Tabakierka!!!
                        Rozumiem pokolenie naszych rodziców, babć, że trwały w zwiżzkach nie
                        do końca udanych, bo nie do końca tak pobierali się z własnej woli
                        itd.
                        Ale w obecnych czasach, nie rozumiem. Nikt nikogo nie zmusza do
                        zwiazku z daną osobą! Jeżeli dwie osoby się dalej kochają, tylko np.
                        nuda czy coś innego się wkrada, to dlaczego nie powalczyć o ten
                        związek.
                        Jak było cudnie, to obydwoje ten cudny związek tworzyliście, jak
                        jest doopowo, to wina leży tylko po tej drugiej stronie??? Dwie
                        strony przykładają do tego rękę, że jest jak jest! Naprawdę nie
                        wiem, jak można tylko tę drugę stronę obwiniać? Przecież ten ktoś
                        jeszcze parę lat temu był taki cudowny, tyle macie wspaniałych
                        wspomnień, to co się dzieje? Nagle się zmienił czy nagle Wasze gusta
                        się zmieniają? Dlaczego parę lat temu się super dogadywaliście a
                        teraz rozmowa tylko o pieniądzach?
                        My też mamy lepsze i gorsze okresy, ale zawsze gdy robi się już
                        bardzo źle to jedno czy drugie zaczyna temat o tym, że galopujemy w
                        innych kierunkach! Taka pierwsza rozmowa zazwyczaj jest ciężka, dużo
                        wypominek itd. ale zawsze przynosi efekty!
                        (Pomijam w tej wypowiedzi związki, w których jednej osobie
                        ewidentnie odbija, zaczyna szukać wrażeń, bo w zasadzie niemalże już
                        w dniu ślubu wiedział, że to tylko taki plan aby mieć dzieci, a i
                        tak wróci do kawalerskiego stylu życia czy też osoby niedojrzałe
                        emocjonalnie do związków!)
                        • tabakierka2 Re: ja też nie rozumiem 29.05.09, 09:18
                          bernimy napisała:

                          > Przecież ten ktoś
                          > jeszcze parę lat temu był taki cudowny, tyle macie wspaniałych
                          > wspomnień, to co się dzieje? Nagle się zmienił czy nagle Wasze
                          gusta
                          > się zmieniają? Dlaczego parę lat temu się super dogadywaliście a
                          > teraz rozmowa tylko o pieniądzach?


                          Bernimy, nie wiem czy kojarzysz Pulikowskiego (autor ciekawych, IMO,
                          książek np.' warto być ojcem' albo 'krokodyl dla ukochanej').
                          Pracuje w poradni małżeńskiej przykościelnej.
                          Kiedys przyszedł do niego facet niezadowolony ze swojego małżeństwa.
                          I tak narzeka na żonę, że taka siaka i owaka. Na co Pulikowski:
                          ' to dlaczego się pan z nią ożenił skoro panu nie odpowiadała?'
                          facet 'kiedyś taka nie była, zmieniła się po ślubie'
                          P: 'to przy panu tak sie musiała zmienić'
                          big_grin suspicious
                          • mikita10 Re: ja też nie rozumiem 29.05.09, 09:26
                            Tabakierka masz naprawdę rację. Miłość nie umiera jak się o nią dba.
                            ale mimo tej wiedzy "człowiek jest młody i głupi" i mysli, że
                            wszsytko się samo ułoży. A tu praca, dzieci, dom, remonty czu
                            budowa, wszystko ważniejsze od tego by mieć czas na okazywanie sobie
                            uczuć. Jasne, sa pary, które wiedzą co w życiu najważniejsze, ale w
                            większości jednak ludzie zaczynają się rozmijać. I pytanie tylko w
                            którym momencie "się opamiętają". Jak jeszcze coś do siebie czują,
                            czy jak zostaje już tylko obojętność i przyzwyczajenie.
                          • bernimy Re: ja też nie rozumiem 29.05.09, 09:35
                            Jasne, że znam!!! Chyba nawet musimy wrócić do lektury....
                            To prawda, skoro był cudowny, a po ślubie zmiana, to ja go tak
                            niekorzystnie zmieniłam!
    • deprim6 Re: ile można.... 29.05.09, 09:15
      no to dołącze do Was niestety a co poradze nie wiem ja czasem poprostu się nie
      odzywam na jakiekolwiek zachowanie nie tak jak powinno czy zaczepki nie reaguje
      czasem pomaga mieknie ale też mam czasem tak ze mam już dośćsad
      • joanna266 a ja wam powiem jedno 29.05.09, 09:32
        te uniesienia,romantyzm i motylki w brzuchu o których sie marzy
        nigdy nie trwaja wiecznie.sa ludzie którzy całe zycie za tym gonia
        stale zmieniajac partnerów zeby choc na chwiele poczuc to szalenstwo
        ten brak swiata poza ukochanym cżłowiekiem a na koncu zostaja
        sami...trzeba umiec odróznic stan zakochania od kochania.ja tam wole
        tak jak jest teraz czyli stabilizacje .poczucie bezpieczenstwa moze
        motyli w brzuchu juz brak tak na co dzien no i rzecz jasna bywaja
        burze z piorunami czasem jakies kryzysiki dłuzsze niz 2 dni.poczucie
        znudzenia i monotonii ale jedno wiem napewno z kazdym innym byłoby
        albo podobnie albo gorzej juz nie wliczajac a w to faktu ze kocham
        mojego mezasmileo zwiazek trzeba walczyc a poczucie ze sie chłopa nie
        kocha bywa złudne.najgorzej jest wtedy gdy obu stronom juz nie
        zalezy i nie chce sie starac....a rumaki z ksieciami to w kalosze
        mozna se wsadzic.juz ja znam tych ksieciuniówsmile
        • setia Re: a ja wam powiem jedno 29.05.09, 09:54
          joanna266 napisała:
          a rumaki z ksieciami to w kalosze
          > mozna se wsadzic.juz ja znam tych ksieciuniówsmile

          otóż to. żyjecie kobiety marzeniami, że gdzieś indziej jest ten wspaniały,
          idealny facet, z którym do końca życia będzie pięknie i romantycznie. a tu
          doopa; potem taki okazuje się jeszcze wiekszym niewypałem niz poprzedni.
          ja myslę, że początki zawsze sa piękne, bo wtedy obie strony się starają; żeby
          byc atrakcyjnym, dobrym i wyrozumiałym dla drugiej strony itp. kiedy starać się
          przestają nadchodzi szara codzienność.
          i chyba w tym tkwi sendo - zeby się wzajemnie dla siebie starać.
          • misnomer Re: a ja wam powiem jedno 29.05.09, 11:08
            ale w imie czego? Milosci ok, ale jesli jej nie ma? Dzieci? Takim
            nieszczesliwych rodzicow predzej czy pozniej bedzie sie ten domowy
            klimat odbijac refluxem; mysle, ze lepiej miec dwoje szczesliwych
            ale osobno niz razem doliniarzy i meczennikow w imie utartych pseudo-
            norm. Nie oszukujmy sie, zycie jest jedno, meki po to tylko, aby
            umrzec madra ale nieszczesliwa nie maja sensu. Minimalizujac egoizm
            starajmy sie... szukac szczescia, ale nie tam, gdzie go juz dawno
            nie ma.
            • setia Re: a ja wam powiem jedno 29.05.09, 14:41
              misnomer napisała:

              > ale w imie czego? Milosci ok, ale jesli jej nie ma?

              a dlaczego jej nie ma? bo jesli nigdy jej nie było to po skąd ten związek, a
              jeśli jej już nie ma to czemu nie działaliście jak tylko zaczynało się psuć?
              oczywiście potrzebna jest dobra wola i starania obu stron. na pewno nie dałabym
              rady z kimś komu nie zależy, kto cały dzień zalega na kanapie przed TV i olewa
              wszelkie moje starania sikiem prostym.
              • doral2 Re: a ja wam powiem jedno 29.05.09, 17:07
                w każdym związku są najpierw uniesienia, zakochania, kwiaty i motylki, potem
                ślub (czy coś w ten deseń), dzieci, obiady, brudne skarpety i bąki pod kołdrą
                czyli proza życia.
                nie da się przez całe życie mieć sylwestra i wesołych świąt.

                po prostu wasze oczekiwania rozmijają się z rzeczywistością, nie ma księcia na
                białym koniu z pełnym skarbcem, za to jest szczypanie się z kasą, niedosypianie,
                niedojadanie, wyrzeczenia, zmęczenie i ból.

                a miało być tak pięknie, no!!
                ale tak to jest w erze albo w książkach, wierszach i piosenkach..
                a w życiu nie.
                im szybciej się to zrozumie, tym szybciej nastąpi równowaga w związku. jedna i
                druga strona musi zrobić ustępstwa, wypracować kompromis, i robić to ciągle aż
                do końca związku.

                w każdym następnym związku znów będą uniesienia, kwiaty, motylki, ślub, dzieci,
                obiady, skarpety i bąki pod kołdrą...

                zawsze tak było, jest i będzie...
                • joanna266 cos mi sie zdaje. 29.05.09, 17:11
                  ze jest tu klubik kobiet z dosc duzym doswiadczeniem zyciowo-
                  partnerowym.przybij piatke doralsmile
          • bernimy Re: Setia 29.05.09, 11:26
            "żyjecie kobiety marzeniami, że gdzieś indziej jest ten
            wspaniały,
            idealny facet, z którym do końca życia będzie pięknie i
            romantycznie. a tu doopa; potem taki okazuje się jeszcze wiekszym
            niewypałem niz poprzedni."

            albo co najwyżej tak samo, więc po kilku latach kolejna doopa tongue_out
            Zgadzam się w 100%
        • mathiola o właśnie 29.05.09, 11:18
          Ja mniej więcej to samo napisałam, tylko inaczej wink
      • pati.kowalska1 Re: ile można.... 29.05.09, 09:34
        kowalowa, co to znaczy, ze nie umiecie się rozstać? pytam poważnie,
        bo nie kumam z czego to wynika.
        nie umiecie, bo się wciąż kochacie?
        czy nie umiecie technicznie, nie chce Wam się bo się
        przyzwyczailiście?
        jeśli to pierwsze to walcz, warto.
        jeśli to drugie to zbierz dupę w troki i go rzuć.

        albo wóz albo przewóz. szkoda życia na pierdoły smile
    • mathiola ale takie rzeczy to tylko w erze.... ;) 29.05.09, 11:16
      bo ja chce milosci, uniesien, romantyzmu
      i szalenstwa w oczach a nie jebanych,brodnych skarpet i bąkow pod kołdrą...crying

      Związek z drugim człowiekiem to uniesienia i bąki pod kołdrą. Awantury i
      głaskanie po głowie. Brudne skarpety, śmierdząca łazienka i zajebisty seks w
      środę rano. Noż kuźwa, nie ma wiecznej miłości i uniesień w codziennym życiu.
      Jesteś beznadziejną romantyczną idealistką.
      • mathiola Re: ale takie rzeczy to tylko w erze.... ;) 29.05.09, 11:20
        znaczy nie, miłość to jest, zakochania nie ma.
      • anorektycznazdzira O!!! To, to, to!!!! n/t 29.05.09, 19:11
    • ez-aw Re: ile można.... 29.05.09, 11:32
      Myślisz, że jeśli odejdziesz, znajdziesz innego - to będzie super? Pewnie przez jakiś czas tak. Tylko, że o każdy związek trzeba dbać. Jestem pewna że jeśli o nowy byś nie dbała, to też będziesz mieć taką samą sytuację za parę lat. A wtedy co? Znowu będziesz szukać??
      Skoro nie umiecie się rozstać, to znaczy że coś was przy sobie trzyma. Przemyśl dobrze co to jest. Może uda się włożyć w związek trochę pracy i przywrócić dobre czasy? No dobra, dużo pracy wink
    • karra-mia Re: ile można.... 29.05.09, 12:46
      wiesz kowalowa u mnie podobnie, albo nie - tak samo nawet
      ja myslę, ze proza życia nas narazie dobija
      że męża nocne zmiany nie pozwalaja nam normalnie zyć
      Czasem poszłabym chętnie w pizdu, ale kuźwa nie mam nic, rozumiesz?
      eh nie wiem, co napisać jeszcze, bo mam takie nastrój od tygodnia,
      że wszystko naraz mi się ciśnie na klawiaturę i nic z tego nie
      wynikasad
    • krolowazla pogadaj szczerze 29.05.09, 12:54
      Kowalowa przechodziłam dokładnie to samo.
      Bycie w związku tylko dla "dobra" dzieci - to pomyłka. Popatrz jaki dzieci widzą
      obrazek. Rodzice nie są szczęśliwi. dziecko koduje sobie pewne zachowania i
      będzie powielac je w przyszłości, bo nie bedzie umiało nauczyć się miłosci,
      szacunku. Bo niby od kogo ma sie nauczyć.

      jeśli jest między wami źle ,a le jednak czujesz , że kochasz męża - to szczerze
      z nim pogadaj i może jakąś terapię małżeńską zaproponuj. Może oboje wiecie, ze
      jest źle, ale nie mówicie o tym otwarcie.
      Wkradła sie rutyna. Normalne, ale trzeba coś z tym zrobić, czekanie, ż emoze
      będzie dobrze, na nic się nie przyda.
      • kowalowa Re: pogadaj szczerze 29.05.09, 14:16
        co do naszego rozstania... nie umiemy..technicznie... dziwne to w
        sumie ale tak jest.. chciaż pan "mążniemąż" mógłby do mamy sie
        wprowadzić...ale on mi kiedyś powiedział ze jakby to wyglądało ze on
        mnie z dwójką dzieci zostawia? i że nie wobraża sobie mnie z kimś
        innym..
        mi nie chodzi o to zeby mieć kogoś nowego... na trzeźwo księciunio
        mi nie potrzebny.... bo jak pisałyście księciunio też się zmienia po
        paru latachwink poprostu mam dosyć tego... tego mijania, nie
        rozmawiania... ja wiem ze wina leży po dwóch stronach... mi sie
        wydaje ze ja sie już przestałam starać... nie wiem dziewczyny co
        dalej będzie...wiem ze macie rację co do bezsensowności bycia razem
        dla dzieci.... dojrzewam do decyzji...
        trochę chaotycznie, ale dzieć mi tu jęczy...wink
        pozdrawiam te szczęsliwe i te troszkę mniej

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka