jestem nieszzesiwa mezatka, mam 2 malych dzieci. z mezem to katastrofa,
jestesmy niedobrani, nie mamy wspolnych zainteresowan, nie laczy nas juz nic-
nawet sex jest do bani.
no i oto na mojej drodze pojawil sie mezczyzna; tez uwiklany w staly,
nieszczesliwy zwiazek [ a przynajmniej tak mowi]
jest to delikatny, mily mezczyzna o romantycznym uosobieniu - czyli dokladnie
odwrotnie niz moj slubny

.
mamy tysiace tematow do rozmow,bawi nas to samo, i amy podobne podejscie do
zyciai jego problemow.
tylko tak jaknapisalam ten pan ma zonei dziecko jatez....i to nas trzyma z
daleka od siebie.
tz. spotykamy sie, a poczatku niby przypadkiem sie dotykalismy, wszystko
newinnie- ale to juznam przestalo wystarczac.
chcemy czegos wiecej, ja chce sie nim kochac on ze mna tez...chcemy byc
razem, zjesc razem sniadanie i sie nigdzie nie spieszyc, ogladac tv i trzymac
sie za rece a nieciagle biec i sie ukrywac

-chociaz skrzywdzimy wiele osob.
tylko ze ja nie wiem czy to fair...
czy moge budowac swoje szczescia na gruzowisku ludzkich uczuc?
a jak wy to widzicie???