Dodaj do ulubionych

Pomocy, nie radzę sobie:(

05.01.10, 16:27
Witam Panią Ekspert i forumowiczów. Mój problem nie jest może
najcięższego kalibru, czytuję tutaj o znacznie trudniejszych, ale i
mnie nie jest łatwo. Zdecydowałam się poprosić Was o radę, bo jest
ze mną chyba coraz gorzej.
Chodzi o moje relacje z mężem. Nigdy nie było między nami idealnie,
od 7 lat żyjemy na huśtawce - kilka dni sielanki, burza z piorunami,
kilka dni wrogiej ciszy, przełamanie, sielanka i tak w kółko. Jakoś
jednak trzymamy się razem, mamy też małe dziecko.
Najbardziej nie mogę sobie poradzić z wyzwiskami, które padają w
kłótniach z ust mojego męża. Dowiaduję się, że jestem materialistką,
zależy mi tylko na jego pieniądzach (mąż jest osobą bardzo majętną z
domu, nie pracuje zawodowo pomimo wyższego wykształcenia), mówi że
jestem pasożytem i nierobem. Owszem, jestem teraz na urlopie
wychowawczym, ale nie z wyboru tylko przymusu (nie miałam gdzie
wracać po macierzyńskim) ale dorabiam sobie w domu w swoim zawodzie
(wyuczonym na studiach). Nie zarabiam kokosów, ale jak na pracę
tylko wtedy, gdy dziecko śpi, to chyba nie jest źle. Mąż nie
pracuje, właściwie głównie gra na komputerze i róznymi (uczciwymi)
sposobami pomnaża swój kapitał (nie mam do niego dostępu, ma własne
konta). Mnie pieniędzy prawie nie przelewa, chociaż taka była umowa
(mamy jedno wspólne konto). Wciąż mówi, że nie ma, bo gotówkę trzyma
na jakichś lokatach, musi ją też inwestować, a gdyby mi "ciągle
przelewał" to bym zaraz całą przepuściła itd. I że odmawiając mi
pieniedzy tak naprawdę dba o mnie. Po prostu robi zakupy gdy czegoś
potrzeba i daje mi parę złotych, gdy go wyraźnie poproszę (rzadko,
bo wstyd mi prosić). Mimo to co chwilę słyszę wyzwiska. Nie
rozumiem, dlaczego tak mi wypomina te pieniądze, przecież jedyne co
kupuję to jedzenie, ubrania dla dziecka i czasem (rzadko i tanio)
dla siebie i czasem coś do domu. A on mnie traktuje tak, jakbym za
te jego święte pieniądze jeździła do SPA, bujała się po
restauracjach czy hotelach... Na wakacjach nie byliśmy od dawna (mąż
nie chce jechać z dzieckiem, bo to męczące, a ja bez dziecka, bo jej
nie zostawię na tydzień czy dwa dla własnej rozrywki).
Oczywiście, mogłabym poszukać sobie stacjonarnej pracy i zostawiać
dziecko z mamą, która się na to zgadza, ale to byłoby dla mnie
smutne - po prostu chcę być z dzieckiem przez pierwsze 3 lata jego
życia, tak jak moja mama ze mną, babcia z mamą itd. Tak zostałam
wychowana i póki nie umieramy z głodu to wolę pracować tak, jak
obecnie, nie oddając dziecka komuś innemu. Nie czuję się pasożytem,
naprawdę poświecam prawie cały wolny czas na pracę, więc uważam że
to dobre rozwiazanie. Ale mąż chciałby inaczej - dziecko sio z domu
do żłobka, ja do roboty, a on pewnie całymi dniami spokojnie grałby
sobie na komputerze. Niby możliwe do zrealizowania, ale wszystko się
we mnie buntuje na myśl o tym.
Żeby być uczciwą dodam, że w kłótniach ja też nie zostawiam na nim
suchej nitki - wyzywam go od leni, wypominam brak pracy (wyrzucli go
już z dwóch, bo się obijał, ale był tam w sumie tylko dla zabawy
więc wg niego żadna strata), krzyczę że nie zajmuje się dzieckiem
(jego opieka polega na graniu na komputerze i zerkaniu, czy bawiące
się samodzielnie dziecko nie robi sobie krzywdy). Jego moje słowa w
ogóle nie obchodzą, śmieje mi się w twarz i mówi, że przy nim jestem
nikim i mam się cieszyć, że mam co do garnka włożyć. Jego słowa za
to ranią mnie tak bardzo, że czuję się naprawdę nikim, już mu chyba
wierzę że nie jestem nic warta i niczego nie potrafię. Problemem
jest też to, że ja jestem potwornie emocjonalna i w kłótniach po
prostu płaczę, a on się tylko śmieje i szydzi ze mnie. Co robić? Jak
z tym życ? Tysiące razy próbowałam się znieczulić na jego słowa, ale
nie potrafię. Jestem kłębkiem nerwów, kompleksów i nadziei, że
kiedyś będzie lepiej. Ale nie będzie, prawda?:(

Obserwuj wątek
    • moreno68 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 16:46
      Pytanie zasadnicze,do czego jest Ci potrzebny taki związek?I jak
      widzisz takie życie dalej?Dla mnie jakaś chora toksyczna
      sytuacja.Nie lepiej na jakis czs się rozstac i niech płaci alimenty
      na dziecko.
      • stokrotka-123 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 17:02
        Dziecko kocha ojca nad życie. Gdy mamy dobre okres (kilka dni,
        czasem tydzień) jest po prostu idealnie - dogadujemy się, dziecko aż
        piszczy ze szczęścia biegając ode mnie do taty i z poworotem, czasem
        wychodzimy gdzieś, kupujemy coś "wspólnie" - na ogół coś do domu, bo
        od niedawna mieszkamy w nowym miejscu. Jest dobrze-po prostu
        normalnie. W tych dobrych chwilach mąż mnie zapewnia, że tamte
        wyzwiska są nieprawdziwe, że mówi tak tylko po to, żeby mi dogryźć,
        żeby zranić jak go wkurzam.
        Wiele razy chciałam odejść, ale wciąż zadaję sobie pytanie, czy mam
        prawo rozdzielać dziecko z ojcem dla własnego widzi-mi-się. Może
        gdybym umiała uodpornić się na te złe słowa i nie wszczynać awantur
        (żeby dziecko nie widziało jak się kłócimy) byłoby lepiej? Może to
        moja wina że go denerwuję (czepiając się że nie ma ambicji, mało
        pomaga przy dziecku, mało sprząta w domu, tylko ciągle gra w głupią
        grę) i powinnam zaakceptować go takiego, jaki jest. Stać go na
        lenistwo więc moze powinnam się faktycznie odczepić... Tylko mnie
        jest tak strasznie przykro, że mam męza tak zamożnego, że nie musi
        pracować, a sama ciągle widzę dno na koncie i nie stać mnie nawet na
        dobry ciuch. I jeszcze słyszę, że jestem z nim dla kasy. To boli.
        • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 17:06
          > Wiele razy chciałam odejść, ale wciąż zadaję sobie pytanie, czy mam
          > prawo rozdzielać dziecko z ojcem dla własnego widzi-mi-się.

          Wcale nie jest powiedziane, że po rozstaniu z nim to Ty będziesz wychowywać
          dziecko.

          > Tylko mnie jest tak strasznie przykro, że mam męza tak zamożnego,
          > że nie musi pracować, a sama ciągle widzę dno na koncie i nie stać
          > mnie nawet na dobry ciuch. I jeszcze słyszę, że jestem z nim dla
          > kasy.

          Przecież to widać na pierwszy rzut oka. Cierpisz, że mąż ma kasę i Ci jej nie
          daje
          • demonsbaby Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 20:16
            krzysztof-lis napisał:

            > > Wiele razy chciałam odejść, ale wciąż zadaję sobie pytanie, czy mam
            > > prawo rozdzielać dziecko z ojcem dla własnego widzi-mi-się.
            >
            > Wcale nie jest powiedziane, że po rozstaniu z nim to Ty będziesz wychowywać
            > dziecko.

            A ty w jakim kraju na świecie żyjesz? Od kiedy sąd nie kieruje się dobrem
            emocjonalnym dziecka? Tatuś płąci alimenty mamusia wychowuje, obudź się - małe
            dzieci pozostają z matkami, bo z tymi mają większą więź emocjonalną (poza
            patologią).
            >
            > > Tylko mnie jest tak strasznie przykro, że mam męza tak zamożnego,
            > > że nie musi pracować, a sama ciągle widzę dno na koncie i nie stać
            > > mnie nawet na dobry ciuch. I jeszcze słyszę, że jestem z nim dla
            > > kasy.
            >
            > Przecież to widać na pierwszy rzut oka. Cierpisz, że mąż ma kasę i Ci jej nie
            > daje
            • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 21:19
              > A ty w jakim kraju na świecie żyjesz?

              W sumie to masz rację.

              W Polsce dzieci dostanie matka nawet, gdy jest pijaczką i nie ma się za co
              utrzymywać. Wystarczy bowiem, żeby była...

              > O kobietę trzeba dbać, jak chciał się facet bawić w dom, to mógł
              > do wyra zaprosić koleżankę, do obsługi domu odpłatną gosposię.
              > Kobieta, żona, matka - decydująca się wychowywać dziecko, dbać o
              > gospodarstwo domowe w lit. naszego prawa i moralności również
              > pracuje dla męża.

              Ja absolutnie nie twierdzę, że nie należy go zagonić do domowej roboty. Wręcz
              przeciwnie. Podział obowiązków w rodzinie powinien być możliwie równy.

              Z drugiej strony to nie jest tak, że cokolwiek kobieta postanowi, mąż musi się
              dostosować. Podział obowiązków i ustalenie, kto zajmuje się dzieckiem, domem i
              zarabianiem, musi być WSPÓLNY. Nie wiem, czy tak było w tym przypadku
              • demonsbaby Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 23:00
                krzysztof-lis napisał:

                >
                > W Polsce dzieci dostanie matka nawet, gdy jest pijaczką i nie ma się za co
                > utrzymywać. Wystarczy bowiem, żeby była...

                tu się mylisz, nie jest tak do końca. Jeżeli istnieje możliwość wykazania
                patologicznych zachowań matki, nawyków - prawa do dziecka zostaną odebrane. KRO
                od kilku dobrych lat przeszedł przemianę i nie jest tak jak kiedyś. Fakt, że
                dużo zależy od tego na jakiego sędziego orzekającego się trafi. Znajomy
                wychowuje malutką córeczkę - żona narkomanka została na 1-szej sprawie
                pozbawiona praw do dziecka. Natomiast ojcu umilono życie pobytem córki w
                pogotowiu opiekuńczym zanim zweryfikowano wieloma uwłaczającymi metodami "co oby
                na pewno pedofilskich zachowań nie wykazuje". Ale wygrał i córcię wychowuje.

                Co do reszty - ok, kij ma zawsze dwa końce. Najczęściej historie tu opisywane
                będą subiektywne.
                • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 06.01.10, 10:18
                  Ale widziałaś jakąś statystykę, która wskazywałaby, że się to zmienia? Ja się
                  tematem nie interesuję, wiem tyle, co gdzieś przypadkiem zobaczę czy usłyszę,
                  mogę rzeczywiście się mylić...
        • marzeka1 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 17:08
          "Mój problem nie jest może
          najcięższego kalibru,"- nie??? Nieszanowanie, przemoc ekonomiczna, wyzwiska,
          niskie poczucie własnej wartości (dal siebie tyle, co nic, i tanie)- to mały
          kaliber? Masz chyba problemy z osądem rzeczywistości.

          PO CO CI związek z facetem, dla którego jesteś zerem?
          Kocha dziecko nad życie? Napisz tylko, że jest dobrym ojcem, a padnę! Facet,
          który kocha dziecko nad życie, jest dobry dla jego matki, szanuje ją, stara się
          stworzyć z nią dziecku rodzinę.To, co opisałaś to jakiś dysfunkcyjny,
          patologiczny układ.

          "Może to
          > moja wina że go denerwuję (czepiając się że nie ma ambicji, mało
          > pomaga przy dziecku, mało sprząta w domu, tylko ciągle gra w głupią
          > grę)"- mówisz jak ofiara przemocy, "bo mąż się zdenerwował".Przerażające.
          W imię kasy znosić to, być 3 lata w domu z dzieckiem, bo ty tak byłaś
          wychowywana i znosić nie wiadomo w imię czego takie jazdy??? Żal tylko dziecka,
          bo podrośnie i zacznie rozumieć wasz chory układ.
          • stokrotka-123 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 17:24
            marzeka1 napisała:
            > W imię kasy znosić to, być 3 lata w domu z dzieckiem, bo ty tak
            byłaś
            > wychowywana i znosić nie wiadomo w imię czego takie jazdy???

            Czemu w imię kasy? Ja nie mam udziału w jego kasie, na swoje zakupy
            zarabiam sama, dlatego też są takie skromne. Jego nie prosze o
            pieniądze, wstyd mi żebrać, a do tego to się sprowadza (nawet jeśli
            dałby bez gadania, to w kłótni by mnie odpowiednio podsumował).
            I nie chcę być z dzieckiem tylko dlatego, że tak mnie mama
            wychowywała, tylko po prostu żal mi dzieciństwa córki, dzieci są tak
            krótko dziećmi. Teraz nie zarabiam mało, pewnie w pracy stacjonarnej
            byłoby podobnie (przynamniej na początku) a kosztowałoby mnie to
            rozstanie z maluchem. I musiałabym porzucić obecną pracę, a to
            naprawdę świetne rozwiązanie dla mamy małego dziecka, nikt przy
            zdrowych zmysłach by z tego nie rezygnował.
            • marzeka1 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 17:31
              "nikt przy
              zdrowych zmysłach by z tego nie rezygnował. "- wiesz, moim zdaniem nikt przy
              zdrowych zmysłach nie tkwiłby w związku z facetem, który pomiata, stosuje
              szantaż finansowy,ma ciebie za lenia,materialistkę, nie tworzy rodziny (gra na
              kompie, nie pracuje, nie zajmuje się dzieckiem, nie TWORZY rodziny). Dziwię się,
              że nie widzisz koszmaru układu, w ktorym jesteś.
              • stokrotka-123 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 17:41
                On mi często mówi, że nie jesteśmy rodziną, bo ze mną się nie da jej
                stworzyć z powodu moich ciągłych pretensji i awantur.
                A koszmar widzę tylko podczas kryzysów i cichych dni, potem on
                zawsze zaciera złe wrażenie, stara się przed kilka dni. Aż do
                następnej kłótni, gdy znowu widzę jak bardzo jest źle.
                • marzeka1 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 17:47
                  "Aż do
                  > następnej kłótni, gdy znowu widzę jak bardzo jest źle. "- i JAKI przekaz
                  dostanie córka? Mamusia jest nieważna, jest zerem, z którym liczyć się nie
                  trzeba. Dla dziecka w życiu nie znosiłabym takich jazd, dla dziecka, jeśli sama
                  nie potrafisz zauważyć, że szacunek wobec drugiej osoby w związku to podstawa.
                  Masz koszmarnego z opisu męża, koszmarnego.
                  • stokrotka-123 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 17:58
                    Może problemem jest to, ze ja też straciłam cały szacunek do męża?
                    Poznaliśmy się na studiach, przed ślubem zarzekał się że majątek
                    rodziny go nie obchodzi, że chce zdobyć zawód i samodzielnie się
                    dorabiać. A teraz? Studia ledwo skończone, nigdy nie pracował w
                    zawodzie, za to korzysta z możliwości jakie mu daje rodzina.
                    Potrafię mu powiedzieć, że nie ma ambicji, że każdy może dostać
                    pieniądze i to żadna jego zasługa. On wtedy pyskuje, żebym sama
                    sobie dostała od rodziny kasę (wie, że moja rodzina nie jest
                    zamożna) i wtedy będziemy równi.
                    Nie mam już siły, nie wiem co robić. Może to tylko ja to wszystko
                    tak źle widzę? Może incydenty w czasie kłótni powinnam traktować jak
                    zły sen a wierzyć w to, co mówi i jak się zachowuje w dobrych
                    okresach? Może naprawdę nie myśli tego, co mówi, tylko chce mnie
                    zranić za to, że ja obrażam jego?
                    Jeśli odejdę, to on może mi zabrać dziecko. Z jego pieniędzmi,
                    znajomosciami rodziców, to bardzo możliwe. Tego bym już nie
                    przeżyła. Więc trwam. Tylko robię się coraz mniejsza i mniejsza.
                    • sanna.i Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 03.02.10, 09:01
                      >Jeśli odejdę, to on może mi zabrać dziecko. Z jego pieniędzmi,
                      znajomosciami rodziców, to bardzo możliwe. Tego bym już nie
                      przeżyła. Więc trwam. Tylko robię się coraz mniejsza i mniejsza.

                      I to jest clue sprawy,tak naprawdę.Moja rada: połóż laskę na to małżeństwo,
                      odseparuj się emocjonalnie, powiedz sobie,że to już koniec.Spotkaj się z dobrym
                      prawnikiem. Przygotuj się do rozwodu.Dobry prawnik powinien podpowiedzieć ci,
                      jakie zebrać dowody,żeby nie doszło do sytuacji jakiej się boisz.Niestety, takie
                      rzeczy się zdarzają,zwłaszcza w mniejszych miastach-wpływowa rodzinka potrafi
                      przekupić tzw. "wymiar sprawiedliwości".Musisz sie zabezpieczyć, musisz być
                      przebiegła. Może nagrywaj go, to co mówi, to jak się "opiekuje" dzieckiem.
                      Przydałby się jakiś sprzęt do nagrywania. Moim zdaniem z tego "związku" nic już
                      nie będzie,zamęczysz się.Przygotuj się solidnie do ciężkiej batalii.Powodzenia!
              • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 18:55
                > nie tworzy rodziny (gra na kompie, nie pracuje,

                Że facet nie pracuje to akurat nikt nie ma prawa mu wyrzucać.
          • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 18:54
            > Kocha dziecko nad życie? Napisz tylko, że jest dobrym ojcem, a
            > padnę! Facet, który kocha dziecko nad życie, jest dobry dla jego
            > matki, szanuje ją, stara się stworzyć z nią dziecku rodzinę.To, co
            > opisałaś to jakiś dysfunkcyjny, patologiczny układ.

            Czy działa to w drugą stronę tak samo?

            Czy kobieta jest dobrą matką tylko wtedy, gdy kocha ojca dziecka, szanuje go i
            stara się stworzyć z nim rodzinę?
        • katarzynkowo83 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 19.01.10, 09:10
          Nie rozdzielisz dziecka dla własnego widzi-mi- się..., ale po to żeby normalnie żyć. Pamiętaj...głupia i prosta prawda... dziecko jest szczęśliwe gdy matka jest szczęśliwa, a Ty na pewno nie jestes. Poza tym może gdy nie będzie miał dziecka na codzień, lepiej wykorzysta wspólnie spędzony z nim czas. A tak na marginesie...nie rozumiem jak dorosły facet moze nic nie robić tylko całymi dniami przy kompie siedzieć...to chyba jest najgorsze :(
      • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 17:04
        > Pytanie zasadnicze,do czego jest Ci potrzebny taki związek?

        Jak to do czego?

        A kto ją będzie sponsorował?

        Do pracy przecież nie pójdzie, bo jej będzie smutno!
        • ki_czort Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 18:13
          O tak, na pewno facet, który nie umie zająć się dzieckiem i generalnie ma je
          gdzieś, będzie walczył jak lew o opiekę.
          Kasa to jedna rzecz, zaangażowanie wychowanie dziecka - druga. Koleś, który nie
          potrafi się podzielić z ż o n ą swoją kasą to skończony egoista.
          Normalni ludzie, kiedy mają pieniądze, uszczęśliwiają nimi najbliższych. Nie
          pie... od rzeczy, że ktoś na nich pasożytuje, tylko chcą, by kochana przez
          nich osoba żyła na jak najwyższym poziomie. Na ich poziomie. A nie by z nizin
          popychanej służącej od czasu do czasu popatrzyła na tryb życia księcia.
          W tym wypadku o miłości nie ma mowy, facet się po prostu wyżywa. Wykorzystuje
          silniejszą pozycję na wszystkie sposoby. Żałosne.
          A zanim zaczniesz kpić KL, to wbij sobie do głowy, że niektóre kobiety bardzo
          boleśnie znoszą rozłąkę z małym dzieckiem i nie ma w tym nic śmiesznego.
          • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 18:59
            > O tak, na pewno facet, który nie umie zająć się dzieckiem
            > i generalnie ma je gdzieś, będzie walczył jak lew o opiekę.

            Nie byłbym taki pewien...

            > Koleś, który nie potrafi się podzielić z ż o n ą swoją kasą to
            > skończony egoista.

            Napisz jeszcze, że jest niedojrzały, bo powinien sfinansować żonie wszystkie
            zachcianki aby tylko mogła spędzać z dzieckiem tak dużo jego dzieciństwa, jak chce.

            > Normalni ludzie, kiedy mają pieniądze, uszczęśliwiają nimi
            > najbliższych.

            Tak naprawdę to nie wiemy ani ILE facet ma pieniędzy, ani CO z nimi robi.

            Jakbym ja miał dużo kasy na kontach to bym ją zbierał tak długo, aby móc być
            rentierem, a nie wydawał na byle co aby potem być zmuszonym do powrotu do pracy.

            > A zanim zaczniesz kpić KL, to wbij sobie do głowy, że niektóre
            > kobiety bardzo boleśnie znoszą rozłąkę z małym dzieckiem i nie ma
            > w tym nic śmiesznego.

            Doskonale to rozumiem, ale wrabianie faceta w finansowanie własnych życzeń bo
            "źle zniosłabym rozłąkę" to nic innego, jak pasożytowanie.
        • kaz-oo Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 18:33
          Te twoje komentarze Krzysztofie-l są żałosne i smutne. Obrazują sposób myślenie
          i postrzegania związków męsko-damskich przez współczesnych osobników
          męsko-podobnych.
          • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 19:00
            > Te twoje komentarze Krzysztofie-l są żałosne i smutne. Obrazują
            > sposób myślenie i postrzegania związków męsko-damskich przez
            > współczesnych osobników męsko-podobnych.

            Między innymi po to się tu wypowiadam
            • triss_merigold6 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 19:31
              Kręci się, kręci. Kwestia doboru partnera.
              • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 21:20
                > Kręci się, kręci. Kwestia doboru partnera.

                Jasne
    • demonsbaby Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 18:15
      stokrotka-123 napisała:

      > . Ale nie będzie, prawda?:(
      >
      Nie stokrotko, będzie gorzej. Niedyskretnie zapytam, tatuś bogaty z domu, z
      czego was utrzymuje? Z pieniędzy teściów, czy lubi się nielegalnie bawić?
      Powiem tak, poczekaj, aż znajdziesz pracę (chyba, że twoja matka Ci pomoże
      teraz) na pełen etat. Składaj pozew i się uwolnij dziewczyno. Jesteś
      wykształcona, masz malutkie dziecko i duże szanse na poukładanie sobie życia z
      kimś normalnym. Dziecku z pewnością krzywdy większej nie wyrządzisz niż
      pozostawienie go w środowisku, które je otacza - tatuś-nierób obwiniający matkę,
      pan i władca z żoną na łasce i niełasce. Tego chcesz dziecka nauczyć?
      Zabieraj się stamtąd i układaj sobie życie z człowiekiem, który nauczy twoje
      dziecko SZACUNKU. Ścieranie, ścieraniem, ale 7letnie emocjonalne huśtawki to
      szkoda w życiu i psychice człowieka. Oboje prawdopodobnie macie podobne
      charaktery i żadne z was nie ustąpi. Zatem te relacje zamiast się uzupełniać,
      będą pogłębiać, ale w negatywnym znaczeniu.
      • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 19:01
        > tatuś-nierób

        Jesteś nieuczciwa.

        Mianem NIEROBA nie można określić kogoś, kto nie pracuje, bo nie musi...
        • velluto Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 19:23
          Gość jest jak najbardziej nierobem, bo korzysta z owoców cudzej pracy, sam
          niczego nie robiąc. Skoro nie musi pracować, bo tak mu się przelewa, to dlaczego
          jego żona i dziecko klepią biedę? skoro matka musi żebrać o pieniądze na
          utrzymanie i własne, niewygórowane potrzeby, to stawia się na pozycji służącej.
          Fajny, partnerski związek, gdzie jedno stara się zgnoić drugie.

          Dla dobra dziecka należałoby kopnąć takiego ojca w tyłek - po to choćby, żeby
          nie nasiąkało przekonaniem, że kobieta to gorszy gatunek człowieka i nie zaczęło
          wierzyć, że matka jest zerem nie zasługującym na minimum szacunku.
          • petelka79 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 20:14
            Smutna ta Twoja historia...W jakim dokładnie wieku jest Wasze
            dziecko? Ktoś Cię posądził,że jesteś z mężem dla kasy. Wierzę,że tak
            nie jest, ale odpowiedz(przede wszystkim sobie)dlaczego z nim
            jesteś,co daje Ci ten związek. Tobie,nie dziecku. Nie zasłaniaj się
            dobrem dziecka, to motywacja najgorsza z możliwych. Twój mąż nie
            jest dobrym ojcem, bo nie szanuje swojej żony. Masz zamiar zacisnąc
            zęby i tłumaczyc samej sobie,że nie jest tak źle, że przecież czasem
            mąż ma dzień dobroci dla domowników i łaskawie na Was patrzy...do
            następnego razu.Masz zamiar szukac winy w sobie, dostosowywac się do
            jego oczekiwań w imię pozornego świętego spokoju.Wasze relacje są
            zaburzone, nie ma partnerstwa. Mąż czuje nad Tobą przewagę,
            wykorzystuje ją, by Cię upokarzac i to się będzie utrwalac.Ty
            trwając a takim układzie utwierdzasz go w przekonaniu, że nie musi
            się zmieniac, bo "rodzina" dalej funkcjonuje-na jego zasadach.
          • krzysztof-lis Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 21:22
            > Gość jest jak najbardziej nierobem, bo korzysta z owoców cudzej
            > pracy, sam niczego nie robiąc.

            Czy tylko ja przeczytałem w wypowiedzi wątkotwórczyni, że facet "legalnie
            pomnaża te pieniądze"?

            Rezygnacja ze studiów nie była może rozsądna, podobnie jak rezygnacja z etatu,
            do którego być może kiedyś będzie musiał wrócić. Ale jeśli rodzina ma
            zabezpieczoną teraźniejszość i przyszłość, to nie ma się co faceta czepiać.

            Czy naprawdę uważasz, że pracować powinien każdy, nawet ten, kto NIE MUSI?

            > Skoro nie musi pracować, bo tak mu się przelewa, to dlaczego
            > jego żona i dziecko klepią biedę?

            Przepraszam, musiałem przeoczyć te fakty świadczące o klepaniu biedy przez matkę
            i dziecko. Czy byłabyś łaskawa mi je wskazać?

            > Fajny, partnerski związek, gdzie jedno stara się zgnoić drugie.

            To nie związek tu trzeba przebudowywać, bo podstawy ma (moim zdaniem) rozsądne,
            tylko walczyć z tym, że facet jest niezrównoważony. Iść do psychologa czy
            psychiatry, jak najbardziej.
            • stokrotka-123 do krzysztofa 05.01.10, 21:39
              Czytam to forum od dawna i co trafiam na twój wpis, to dotyczy tego
              samego. Aż się dziwię, że jeszcze nie zasugerowałeś, że wrobiłam
              męża w dziecko.
              Zarzucasz forumowiczom, że nie czytają ze zrozumieniem, a sam też
              tego nie potrafisz - mój mąż skończył studia (ledwo, ale jednak), a
              z etatów nie rezygnował, tylko zostawał wyrzucony za braki wyników.
              Dwukrotnie.
              I faktycznie nie mogę powiedzieć, żebym klepała biedę (w sensie nie
              mieć co jeść, chodzić w łachach itd), ale to zasługa tak samo moja,
              jak męża, bo ja pracuję (w domu, ale czy to gorsza praca niż w
              biurze? zarobki podobne) a on po prostu ma. Dodam jeszcze, że nawet
              gdy pracowałam normalnie na etacie, w biurze, przed ciążą, to
              obrywało mi się w kłótniach dokładnie tak samo, bo zarabiałam mniej,
              niż on "miał". I też byłam pasożytem, byłam nikim, bo byłam "gorsza"
              od niego.
              I powiem ci coś jeszcze, krzysztofie lisie. Twoje komentarze są
              bezczelne, niewyważone i odrealnione, ale wiesz co? W mojej własnej
              sprawie podobają mi się najbardziej ze wszystkich, które tu
              otrzymałam. Wiesz dlaczego? Bo teoretycznie dają mi nadzieję, że to
              jednak we mnie jest wina, że mąż jest w porządku a cały problem
              tworzę ja sama. To by oznaczało, ze wystarczy żebym się zmieniła i
              wszystko będzie dobrze, mój związek wyzdrowieje, a mąż zacznie mnie
              lepiej traktować. Bardzo, bardzo chciałabym w to uwierzyć.
              • kaz-oo Re: do krzysztofa 05.01.10, 22:02
                To by oznaczało, ze wystarczy żebym się zmieniła i
                > wszystko będzie dobrze, mój związek wyzdrowieje, a mąż zacznie mnie
                > lepiej traktować.


                Nie zacznie, będzie nadal tobą pomiatał, poniżał i tłamsił. A wiesz dlaczego? Bo
                jest zerem, które nic samo w życiu nie osiągnęło i nie może znieść, że jesteś od
                niego lepsza. Dlatego będzie cię gnoił aż uwierzysz, że nic nie jesteś warta. A
                Ty jesteś młoda, wykształcona, potrafisz w przeciwieństwie do swego męża,
                zapracować na siebie. To więcej warte niż lokowanie odziedziczonego kapitału.
                Wystarczy mała bessa, nieoczekiwany krach i twój mąż może zostać w samych
                skarpetkach. Ty masz kapitał w głowie, zdobytych umiejętnościach, a tego nikt ci
                nie odbierze. Nie musisz być ofiarą frustrata, nie musisz godzić się na takie
                traktowanie.
                • stokrotka-123 Re: do krzysztofa 05.01.10, 22:24
                  Mój mąż nie gra na giełdzie.
                  Ja od dawna podejrzewam, że on leczy sobie na mnie kompleksy, ale
                  nie potrafię nic z tym zrobić. Jestem już (jeszcze?) tak słaba, że
                  tylko płaczę i krzyczę - na przemian. To go utwierdza w swojej
                  wyższości, wiem o tym, ale nie potrafię tego zmienić. Wciąz sobie
                  obiecuję, że następnym razem jak powie coś okropnego to zaśmieję mu
                  się w twarz, wzruszę ramionami, pokażę że to po mnie spływa. Ale gdy
                  słyszę te straszne słowa, łzy same płyną, daję radę tylko wykrzyczeć
                  jaki jest podły i dorzucić z bezsilności swoje byle-jakie wyzwiska.
                  Jestem taka słaba, że aż mi wstyd za siebie. Kolejny dowód na to, że
                  jestem beznadziejna i może warta takiego traktowania. Mój ojciec
                  traktował mnie dokłądnie tak samo a ja reagowałam identycznie jak
                  teraz. Czyli to we mnie jest skaza, to ja prowokuję takie
                  zachowania...
                  Niestety jestem w tym wszystkim całkiem sama. Teściowie trzymają
                  stronę syna, co jest oczywiste, moja mama płacze nad moim dzieckiem
                  a mnie każe się palnąć w głowę i nie kłócić z mężem. Nie mogłabym
                  liczyć na ich pomoc finansową/mieszkaniową, najwyżej psychiczną, ale
                  i to warunkowo. A już z całą pewnością cała dalsza rodzina (moja i
                  męża) to mnie obarczy winą za rozpad rodziny, bo mąz przecież nie
                  pije, nie bije, oficjalnie nie zdradza, kasę ma i dom utrzymuje.
                  Publicznie podobno dobrze o mnie mówi i nawet liczy się z moim
                  zdaniem, co często wmawia mi teściowa. Ideał mam, babć i cioć. Kto
                  zrozumie moje tłumaczenia? Zostanę nie tylko bez męża, ale i bez
                  rodziny, moje dziecko straci dziadków, pradziadków. Czy to nie zbyt
                  wysoka cena? W sumie chodzi tylko o moją godność i spokój, może to
                  wcale nie tak dużo. Jestem przerażona tym wszystkim.
                  • marzeka1 Re: do krzysztofa 05.01.10, 22:31
                    Współczuję sytuacji, może wybierz się na jakąś terapię, bo męża wybrałaś,
                    czerpiąc ojca za wzór, niestety.
                  • kaz-oo Re: do krzysztofa 05.01.10, 22:50
                    Jesteś ofiarą przemocy psychicznej. Wrzuć sobie to hasło w wyszukiwarkę.
                    Jest sporo na ten temat. Powinnaś moim zdanie szukać pomocy na zewnątrz, jakaś
                    terapia, ew. niebieska linia.
                    • stokrotka-123 Re: do krzysztofa 05.01.10, 22:59
                      Już mi to kiedyś ktoś powiedział. Gdy powtórzyłam to męzowi,
                      powiedział że on jest taką samą ofiarą przemocy psychicznej jak ja,
                      bo ja również go wyzywam i próbuję upokorzyć (np. mówiąc że nic sam
                      nie osiągnął). Jakby nie patrzeć - ma rację. Chyba oboje jesteśmy
                      toksyczni, ale on ma tę przewagę że jest silny i zadowolony z
                      siebie. A ja, cóż, jak wspominam siebie przed tym związkiem, to
                      płakać mi się chce. Byłam samodzielna, atrakcyjna, pewna siebie. A
                      teraz? Pies z kulawą nogą by mnie już nie zechciał. Boję się
                      samotności, wrogości rodziny, ataków męża, walki w sądzie, krzywdy
                      jaką to wszystko moze wyrządzić dziecku. Czasami myślę, że najlepiej
                      by było wyskoczyć przez okno, ale wiem, że dzieci noszą potem to
                      piętno do końca życia. To ostatnie, czego chcę dla córki.
                      • kaz-oo Re: do krzysztofa 05.01.10, 23:12
                        A czego chcesz w takim razie dla córki? Wzoru ukochanego tatusia-przemocowca?
                        Tak jak ty wybrałaś partnera podobnego do twego ojca, tak prawdopodobnie w
                        przyszłości wybierze ona. Takiej przyszłości chcesz dla swojej córki?
                        • stokrotka-123 Re: do krzysztofa 05.01.10, 23:23
                          Masz rację. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zawalczyć o siebie i
                          córkę, choć ona nadal będzie miała tego samego ojca, który będzie
                          jej o mnie źle mówił, a swoją next traktował zapewne tak, jak mnie
                          teraz (a dziecko będzie na to patrzyło i się uczyło). Kiedyś dam
                          radę. Dziś jestem zbyt samotna i zbyt słaba. To chyba typowe dla
                          kobiet mojego pokroju. Ale spróbuję się zapisać na jakąś terapię
                          albo chociaż pojedynczą wizytę u dobrego psychologa.
                      • demonsbaby stokrotka 06.01.10, 10:35
                        stokrotka-123 napisała:

                        > Już mi to kiedyś ktoś powiedział. Gdy powtórzyłam to męzowi,
                        > powiedział że on jest taką samą ofiarą przemocy psychicznej jak ja,
                        > bo ja również go wyzywam i próbuję upokorzyć (np. mówiąc że nic sam
                        > nie osiągnął). Jakby nie patrzeć - ma rację.

                        Częściowo ma, wychodzę również z założenia, że macie podobne charaktery i na tym
                        samym stopniu jesteście uparci / zawzięci, etc. rozwiązania są dwa albo któreś z
                        was przynajmniej wykaże dobre chęci i zacznie być "bardziej układnym", po to,
                        żeby namówić drugie na wspólną małżeńską terapię. Ustalicie zasady, że mimo, iż
                        takie słowa padały, ani jedno ani drugie nie rości sobie praw do wzajemnego
                        ubliżania. Wyjaśnienie racji następuję dopiero po ochłonięciu, a nie w trakcie
                        kłótni, gdzie padają po obu stronach krzywdzące teksty. Jak się któreś wqr..wi,
                        to idzie sobie pokrzyczeć do łazienki, na taras / balkon, do ogrodu / na browara.
                        Takie jest pierwsze rozwiązanie: praca nad sobą, terapia, współpraca

                        Chyba oboje jesteśmy
                        > toksyczni, ale on ma tę przewagę że jest silny i zadowolony z
                        > siebie.

                        Jesteś pewna, że ma tą przewagę? Skoro sam przyznaje, że potrafisz mu nieźle
                        dokopać, to pewnie brak pewności siebie jest widoczny u gościa, tym bardziej, że
                        słysz o swoim nieróbstwie i braku ambicji (not y mu pokazałaś, że umiesz zawód
                        pogodzić z małym dzieckiem i spełniasz się w roli profesjonalistki, skoro
                        czerpiesz z tego przyjemność).


                        A ja, cóż, jak wspominam siebie przed tym związkiem, to
                        > płakać mi się chce. Byłam samodzielna, atrakcyjna, pewna siebie. A
                        > teraz? Pies z kulawą nogą by mnie już nie zechciał.

                        Skoro byłaś atrakcyjna, to nie wierzę, że ciąża i macierzyństwo wszystko z tej
                        atrakcyjności odebrało. Zapewne twoja atrakcyjność jest dojrzalsza i bogatsza w
                        znamiona macierzyństwa. Zechciałby nie jeden niekoniecznie okulawiony pies -
                        reszta to twoja pesymistyczna wizja i brak chęci do życia / szczęścia.

                        Boję się
                        > samotności, wrogości rodziny, ataków męża, walki w sądzie, krzywdy
                        > jaką to wszystko moze wyrządzić dziecku.

                        Dlaczego masz się skazywać na samotność? Zawsze u boku będzie córa. Wrogość
                        rodziny? Możliwe, że teściów, ale ze swoimi rodzicami bądż szczera i wyjaśnij,
                        że nie jesteś szczęśliwa. I tu się ujawnia drugie rozwiązanie: przy braku
                        chęci do wspólnej pracy i terapii - najrozsądniejszym i korzystnym dla
                        wszystkich: dziecka, ciebie i męża będzie ROZWÓD
                        . Powtórzę się większą
                        krzywdę wyrządzasz dziecku, które chłonie toksyczną atmosferę w domu i ojciec
                        oraz ty uczycie ją, że człowiek to szmata, nie zasługujący na szacunek.

                        Czasami myślę, że najlepiej
                        > by było wyskoczyć przez okno, ale wiem, że dzieci noszą potem to
                        > piętno do końca życia. To ostatnie, czego chcę dla córki.
                        Kobieto weź się w garść i zacznij albo w jeden albo w drugi sposób rozwiązywać
                        problem. Za niedługi czas zaliczysz taką depresję, że rzeczywiście to
                        rozwiązanie z zamykaniem oczu na wieczny sen będzie dla ciebie jedynym możliwym
                        rozwiązaniem. Przestanie ci w końcu zależeć na szczęściu i będziesz siedzieć jak
                        ten skwaśniały wiecznie narzekający piernik, unieszczęśliwiający własne dziecko
                        i męża, który ten stan zakończy wykopaniem cię w dupsko z domu. Wtedy skończysz
                        w sposób od jakiego dziś próbujesz się odżegnać. Zimny prysznic i do roboty, a
                        nie lament i załamywanie rąk.
              • sanciasancia Re: do krzysztofa 05.01.10, 23:35
                Stokrotka na terapię. Krzysztof Lis pewnie też, bo mu się ta frustracja
                małżeńska ulewa wszystkimi otworami.
                Małżeństwo to jest gra zespołowa. Albo gra się razem w tym samym zespole zgodnie
                z podobnymi, wypracowanymi razem regułami, albo gra się przeciw sobie, co MSZ
                jest stratą czasu. I moją i współmałżonka.
                Stokrotko, nie możesz pozwolić się tak traktować i powtarzać schematy, które
                wyniosłaś z domu rodzinnego. Masz dziecko i to, jak je wychowasz i jakie
                pokażesz mu wzorce związków i relacji, jest najważniejszym jego dziedzictwem i
                spadkiem po Tobie. Nie przekazuj tego właśnie schematu, bo jest on wart co
                najwyżej zakopania w najdalszym kącie piwnicy.
                Kontaktami z rodziną się nie przejmuj, rzadkie są lepsze niż częstsze i toksyczne.
                Pójdź na konsultację psychologiczną, specjalista po rozmowie doradzi Ci formę
                terapii, czy indywidualną, czy może małżeńską.
              • krzysztof-lis Re: do krzysztofa 06.01.10, 10:20
                > Zarzucasz forumowiczom, że nie czytają ze zrozumieniem, a sam też
                > tego nie potrafisz - mój mąż skończył studia (ledwo, ale jednak), a
                > z etatów nie rezygnował, tylko zostawał wyrzucony za braki wyników.
                > Dwukrotnie.

                Co do studiów masz rację, przeoczyłem.

                Co do pracy na jedno wychodzi
    • marianka_marianka Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 05.01.10, 22:59
      Jesteś zaradna, samodzielna, praktycznie sama opiekujesz się dzieckiem, nie masz nałogów - nie obawiaj się żaden Sąd nie zabierze Ci dziecka.
      Napisano Ci tyle dobrych rad, że nie będę powielać.
      Dodam tylko, że można pozazdrościć mężowi takiego psychicznego komfortu - nie chce pracować nie musi - chce to może przebierać w ofertach. Generalnie nie musi robić w życiu nic i uważam że ma do tego święte prawo.
      Uważam również, że skoro kocha Ciebie i jesteś dla niego najważniejsza, powinien chcieć dzielić się z Tobą majątkiem. Powinno być Was stać na wspólne, jak i indywidualne przyjemności. Co to znaczy, że nie można wyjechać z dzieckiem na wakacje? Można i to bezproblemowo - opiekunki są do dyspozycji w każdym hotelu.
      Generalnie szkoda się rozpisywać - po 7 latach widać doskonale w jakim kierunku zmierza Wasz związek. Nie mogłabym być z człowiekiem, który mnie poniża i traktuje jak zero.
      Mój mąż w tej chwili sam zarabia na rodzinę - ja jestem w domu z dwójką maluchów. I dzieli się ze mną swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi z radością, sam proponuje abym pojechała spotkać się z koleżankami, rozerwać się, kupiła sobie książkę, płytę, pochodziła po galerii itp. Dlatego dziwi mnie niezmiernie podejście Twojego męża - jemu pieniądze przyszły łatwo - tym łatwiej powinien z przyjemnością się nimi dzielić.
      Myślę, że problem nie tkwi w pieniądzach, ale jego charakterze, osobowości. On się nie zmieni, lubi Cię poniżać, a z czasem będzie gorzej.
      Niestety, na pewno widziałaś to wcześniej, więc związując się z nim trochę jesteś sobie winna.
    • kicia031 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 06.01.10, 10:40
      Materialistka to IMHO komplement, nie wyzwisko. I jak wszystkie
      komplementy, nieprawdziwy. Nie rozumiem, jak mozna sie wpedzic w
      sytuacje takiej kompletnej finasowej zaleznosci ? jak mozna zyc z
      czlowiekiem, ktory nie ma w zyciu zadnych celow i aspiracji oprocz
      grania na kompie?

      No ale to ja.

      Malzonek nie robi ci laski, lozac na rodzine, ma taki obiowiazek.
      oto stosowne paragrafy w KRIO:

      Art. 27.
      Oboje małżonkowie obowiązani są, każdy według swych sił oraz swych
      możliwości
      zarobkowych i majątkowych, przyczyniać się do zaspokajania potrzeb
      rodziny, którą
      przez swój związek założyli. Zadośćuczynienie temu obowiązkowi może
      polegać
      także, w całości lub w części, na osobistych staraniach o wychowanie
      dzieci i na
      pracy we wspólnym gospodarstwie domowym.

      Art. 28.
      § 1. Jeżeli jeden z małżonków pozostających we wspólnym pożyciu nie
      spełnia
      ciążącego na nim obowiązku przyczyniania się do zaspokajania potrzeb
      rodziny, sąd może nakazać, ażeby wynagrodzenie za pracę albo inne
      należności przypadające temu małżonkowi były w całości lub w części
      wypłacane do rąk drugiego małżonka.
      § 2. Nakaz, o którym mowa w paragrafie poprzedzającym, zachowuje moc
      mimo
      ustania po jego wydaniu wspólnego pożycia małżonków. Sąd może jednak
      na
      wniosek każdego z małżonków nakaz ten zmienić albo uchylić.
      • demonsbaby albo weż radę kici do serca 06.01.10, 11:00
        i złóż pozew renty alimentacyjnej na dziecko i siebie (tak, możesz w trakcie
        trwania małżeństwa)
    • ne-zi Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 06.01.10, 10:51
      Stokrotko bardzo współczuję sytuacji i rozumiem Cię doskonale. U
      mnie jest podobnie. Mąż jest chorobliwie zazdrosny i pedant(taki
      przesadny)- i nawet nie będę pisała jakie wyzwiska "idą" w moim
      kierunku :( Sam chyba mocno niedowartościowany, bo nie wiem z czego
      to wynika. Długo starałam, sie tłumaczyłam i już straciłam wiarę w
      polepszenie, jest coraz gorzej. Myślę poważnie o rozstaniu ale
      najgorzej boję się walki o dziecko. Mąż napewno zrobi wszystko w tej
      kwestii. Najgorsze to, że ostatnia kłótnia krzyczy przy córce i
      nawet teksty typu "mama rozbija naszą rodzinę", "widzisz...mama taka
      juz jest.." - to mnie dobiło i właśnie dla dziecka myślę o
      rozstaniu. Nie wiem czego mogę sie spodziewać, co robić? SPakować
      się? Uciec do rodziców? Co z walką w sądzie o dziecko?
      Jak udowodnić jego znęcanie się nade mną?wyzwiska? bo przy innych
      jest ideałem, grzeczny, miły, pracowity...ech
      • stokrotka-123 do ne-zi 06.01.10, 11:31
        Nezi, jesli masz ochotę, napisz do mnie na gazetowego. Bardzo
        chciałabym porozmawiać z kimś, kto jest w podobnej sytuacji. Nie
        żeby się nawzajem dobijać, tylko wspierać i może podjąć jakieś kroki
        do ratowania nas obu. Nie wiem jak Ty, ale ja wciąż boję się mówić
        rodzinie i przyjaciołom jak bardzo jest u mnie źle. W najwięszych
        kryzysach wypłakuję na ich ramieniu część koszmaru, ale cały do kupy
        nawet mnie samej cięzko jest ogarnąć, a co dopiero innym. To, co tu
        napisałam to tylko część problemu, nawet tutaj bałam się opisać
        wszystko. Czemu? Pewnie dlatetego że wiem, jakie byłyby odpowiedzi.
        A ja potrzebuję choć grama nadziei:(
        Znalazłam już dobrego terapeutę, zacznę sama, jeśli terapeuta powie
        że warto, wezmę męża. On nie będzie się przed tym bronił,
        wielokrotnie rozmawialiśmy o takim rozwiazaniu, ale nigdy się nie
        zebraliśmy. Więc moze teraz...
        Wszystkim bardzo dziękuję za komentarze. Nawet krzystofowi lisowi, u
        którego w domu jest/było chyba bardzo źle i z którym łączę się w
        bólu.
        Dziękuję Wam za rady, dzięki Wam dziś zapisuję się na leczenie.
      • demonsbaby Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 06.01.10, 11:58
        ne-zi napisała:

        > Myślę poważnie o rozstaniu ale
        > najgorzej boję się walki o dziecko. Mąż napewno zrobi wszystko w tej
        > kwestii.
        Czego się boisz dziewczyno? Masz sobie coś do zarzucenia jako matka? Nie dbasz o
        dziecko, krzywdzisz je? Nie sądzę, więc o decyzyjność sądu bądź spokojna.

        Najgorsze to, że ostatnia kłótnia krzyczy przy córce i
        > nawet teksty typu "mama rozbija naszą rodzinę", "widzisz...mama taka
        > juz jest.." - to mnie dobiło i właśnie dla dziecka myślę o
        > rozstaniu.

        Tu Ciebie popieram, ale spróbuj wpierw wyczerpać wszystkie możliwości z terapią
        włącznie.

        Nie wiem czego mogę sie spodziewać, co robić?
        Porozmawiać z mężem. Ustalić zasady, określić współpracę. Jeśli nici z tego -
        podejmij decyzję o rozstaniu.

        SPakować
        > się? Uciec do rodziców?
        Jasne, jeżeli mogą Ci pomóc - to odejdż tam, gdzie będziesz z dzieckiem bezpieczna.

        Co z walką w sądzie o dziecko?
        Będzie bezpardonowa, ale skoro nie jesteś matką, októrej rzec by można
        "patologia", "furiatka" to powtórzę po raz kolejny: o decyzję sądu bądź spokojna.

        > Jak udowodnić jego znęcanie się nade mną?wyzwiska?
        Nagrywaj, nagrywaj i jeszcze raz nagrywaj. Jak doprowadzi Ciebie do
        ostateczności - dzwoń na niebieską linię i załóż mu kartotekę. Zgłoś się do
        najbliższej fundacji / instytucji w swojej miejscowości udzielających pomocy
        rodzinie w kryzysie. Na pewno znajdzie się dobra dusza, która z tobą porozmawia
        i pokieruje, a z pewnością pomoże uzmysłowić jakie kroki należy podjąć.


        bo przy innych
        > jest ideałem, grzeczny, miły, pracowity...ech
        Nie szkodzi. Pedofile też mają często wizerunek szanowanych obywateli. Faktem
        jest, że udowodnienie przemocy psychicznej jest trudne - stąd też skieruj się po
        pomoc do ośrodków kryzysowych (taka pomocą i psychologiczna i prawna jest
        nieodpłatna).
        • ne-zi Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 06.01.10, 12:42
          bardzo dziękuję za odp. Kryzys u nas już trwa dość długo, dopiero
          zaczęłam czytać....szukać pomocy. Najpierw napewno skontaktuję się z
          instytucją, psychologiem i poproszę o pomoc.

          .
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 10.01.10, 21:20
      Podjęcie decyzji o psychoterapii jest bardzo słuszne, ponieważ razem z mężem
      tworzycie związek, w którym jest dość silny rys sado - masochistyczny.
      Niestety, Pani zajmuje w nim pozycje masochistyczną. Oznacza to, w dużym
      uproszczeniu, znoszenie upokorzenia i cierpienia, tutaj psychicznego w nadziei
      osiągnięcia celu wyższego. W tym wypadku utrzymaniu rodziny w całości,
      nie"odbieranie" ojca dziecku. Pozwalam sobie na takie stwierdzenie po
      przeczytaniu większości Pani wypowiedzi w tym wątku. Obserwowałam Pani
      tendencję do brania winy na siebie za sytuacje i sprawy, które w ogóle do tego
      nie predystynują. Widzę też w Pani dużo lęku. Te dwa elementy powodują spadek
      poczucia wartości i szacunku do siebie, który zaczyna Pani pielęgnować i robić z
      niego jakąś szczególna wartość. Nie jest tu istotny problem finansowy i jego
      realne rozstrzygnięcie. Stanowi natomiast świetny teren do tej właśnie, sado -
      masochistycznej gry. Mąż, stosując bierną agresję upokarza Panią, Pani na
      zewnątrz się broni, ale zaraz ma poczucie winy, które paraliżuje możliwość
      jakiekolwiek zmiany. A to zachęca męża do ponawiania ataków i tak co i raz
      odgrywa się ta sama scena. Zmiana polega na tym, że Pani czuje się coraz mniej
      warta. I to nie tylko dla męża, ale dla samej siebie. I coraz bardziej
      przywiązana do tej sytuacji. A wzmacnia to nadrzędny cel, że wszytko warto
      znieść dla dobra dziecka, rodziny. I warto, ale nie w sytuacji gdy zachowanie
      rodziny w całości jest sztandarem w służbie zachowań autodestrukcyjnych.
      Podobnie reagują żony alkoholików czy ofiary długotrwałej przemocy. U Pani nie
      jest tak drastycznie, ale to może tylko usypiać czujność.
      Świetny pomysł z leczeniem, które może pomóc zmienić pozycje w Pani związku i
      tym samym zachować 2 rzeczy: własną godność i całą rodzinę, ale na innych
      warunkach niż obecne.
      • phantomka Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 19.01.10, 10:01
        Na pewno jak kazda matka chcesz dla swojego dziecka jak najlepiej.
        Spojrz teraz trzezwo na swoje zycie. Napisalas, ze Twoj ojciec
        traktowal Cie podobnie, jak maz. Oczywiscie wina obarczylas siebie.
        Natomiast prawda jest taka, ze dom rodzinny spowodowal niskie
        poczucie wartosci, przez co weszlas nieswiadomie w kolejny, podobny
        uklad. To typowe dla ofiar roznego typu przemocy. Dzieci alkoholikow
        z reguly wchodza w toksyczne zwiazki i Ty zrobilas to samo. Nie
        dlatego, ze Ty jestes zla, ale dlatego, ze nie znasz innego wzorca.
        Dlatego wyobraz sobie, ze Twoja mala corka za 20 lat bedzie
        poniewierana przez swojego meza. Podoba Ci sie ten obraz? Pewnie
        nie, to ja ratuj. I nigdy nie patrz na innych, co oni sobie pomysla.
        Najwazniejsze, zebys Ty przezyla to zycie w poczuciu godnosci i
        spokoju. Nikt Ci pozniej nie odda tych straconych lat, a uwierz, ze
        obudzisz sie kiedys z mysla, ze przegralas. Nie dopusc do tego.
    • ewag12 Re: Pomocy, nie radzę sobie:( 19.01.10, 13:35
      Phantomka ma racje.
      I strasznie smutne jest to co piszesz, że podczas "lepszych" dni
      córka jest bardzo szczęśliwa, biega od ciebie do taty bo
      prawdopodobnie czuje że idylla kiedy sie skończy a ona gromadzi
      zapasy miłości na gorsze dni, dni awantur i wyzwisk.

      A jak zachowuje sie Wasza córka kiedy obrzucacie się nawzajem
      błotem, kiedy Ty płaczesz a on śmieje sie z Ciebie? Co robi? Tylko
      nie pisz że napewno nic jeszcze nie rozumie...

      Ja tez wyrastałam w domu pełnym kłótni, cichych dni, awantur,
      wyszukanych wyzwisk i obiecałam sobie że choćby nie wiem co - moje
      dzieci nie będą wiedziały co to znaczy. I nie wiedzą. Wystarczy, że
      ja znam ten strach, bezradność, potrzebę by schować sie w mysiej
      dziurze żeby tylko nie słyszeć...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka