stokrotka-123
05.01.10, 16:27
Witam Panią Ekspert i forumowiczów. Mój problem nie jest może
najcięższego kalibru, czytuję tutaj o znacznie trudniejszych, ale i
mnie nie jest łatwo. Zdecydowałam się poprosić Was o radę, bo jest
ze mną chyba coraz gorzej.
Chodzi o moje relacje z mężem. Nigdy nie było między nami idealnie,
od 7 lat żyjemy na huśtawce - kilka dni sielanki, burza z piorunami,
kilka dni wrogiej ciszy, przełamanie, sielanka i tak w kółko. Jakoś
jednak trzymamy się razem, mamy też małe dziecko.
Najbardziej nie mogę sobie poradzić z wyzwiskami, które padają w
kłótniach z ust mojego męża. Dowiaduję się, że jestem materialistką,
zależy mi tylko na jego pieniądzach (mąż jest osobą bardzo majętną z
domu, nie pracuje zawodowo pomimo wyższego wykształcenia), mówi że
jestem pasożytem i nierobem. Owszem, jestem teraz na urlopie
wychowawczym, ale nie z wyboru tylko przymusu (nie miałam gdzie
wracać po macierzyńskim) ale dorabiam sobie w domu w swoim zawodzie
(wyuczonym na studiach). Nie zarabiam kokosów, ale jak na pracę
tylko wtedy, gdy dziecko śpi, to chyba nie jest źle. Mąż nie
pracuje, właściwie głównie gra na komputerze i róznymi (uczciwymi)
sposobami pomnaża swój kapitał (nie mam do niego dostępu, ma własne
konta). Mnie pieniędzy prawie nie przelewa, chociaż taka była umowa
(mamy jedno wspólne konto). Wciąż mówi, że nie ma, bo gotówkę trzyma
na jakichś lokatach, musi ją też inwestować, a gdyby mi "ciągle
przelewał" to bym zaraz całą przepuściła itd. I że odmawiając mi
pieniedzy tak naprawdę dba o mnie. Po prostu robi zakupy gdy czegoś
potrzeba i daje mi parę złotych, gdy go wyraźnie poproszę (rzadko,
bo wstyd mi prosić). Mimo to co chwilę słyszę wyzwiska. Nie
rozumiem, dlaczego tak mi wypomina te pieniądze, przecież jedyne co
kupuję to jedzenie, ubrania dla dziecka i czasem (rzadko i tanio)
dla siebie i czasem coś do domu. A on mnie traktuje tak, jakbym za
te jego święte pieniądze jeździła do SPA, bujała się po
restauracjach czy hotelach... Na wakacjach nie byliśmy od dawna (mąż
nie chce jechać z dzieckiem, bo to męczące, a ja bez dziecka, bo jej
nie zostawię na tydzień czy dwa dla własnej rozrywki).
Oczywiście, mogłabym poszukać sobie stacjonarnej pracy i zostawiać
dziecko z mamą, która się na to zgadza, ale to byłoby dla mnie
smutne - po prostu chcę być z dzieckiem przez pierwsze 3 lata jego
życia, tak jak moja mama ze mną, babcia z mamą itd. Tak zostałam
wychowana i póki nie umieramy z głodu to wolę pracować tak, jak
obecnie, nie oddając dziecka komuś innemu. Nie czuję się pasożytem,
naprawdę poświecam prawie cały wolny czas na pracę, więc uważam że
to dobre rozwiazanie. Ale mąż chciałby inaczej - dziecko sio z domu
do żłobka, ja do roboty, a on pewnie całymi dniami spokojnie grałby
sobie na komputerze. Niby możliwe do zrealizowania, ale wszystko się
we mnie buntuje na myśl o tym.
Żeby być uczciwą dodam, że w kłótniach ja też nie zostawiam na nim
suchej nitki - wyzywam go od leni, wypominam brak pracy (wyrzucli go
już z dwóch, bo się obijał, ale był tam w sumie tylko dla zabawy
więc wg niego żadna strata), krzyczę że nie zajmuje się dzieckiem
(jego opieka polega na graniu na komputerze i zerkaniu, czy bawiące
się samodzielnie dziecko nie robi sobie krzywdy). Jego moje słowa w
ogóle nie obchodzą, śmieje mi się w twarz i mówi, że przy nim jestem
nikim i mam się cieszyć, że mam co do garnka włożyć. Jego słowa za
to ranią mnie tak bardzo, że czuję się naprawdę nikim, już mu chyba
wierzę że nie jestem nic warta i niczego nie potrafię. Problemem
jest też to, że ja jestem potwornie emocjonalna i w kłótniach po
prostu płaczę, a on się tylko śmieje i szydzi ze mnie. Co robić? Jak
z tym życ? Tysiące razy próbowałam się znieczulić na jego słowa, ale
nie potrafię. Jestem kłębkiem nerwów, kompleksów i nadziei, że
kiedyś będzie lepiej. Ale nie będzie, prawda?:(