Dodaj do ulubionych

kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy!

09.09.10, 11:32
Sprawa wydaje się błaha, ale spowodowała ogromną kłótnię. Otóż zbliżają się moje 40 urodziny, żona wczoraj poprosiła o zmierzenie mojego nadgarstka, więc zapytałem co knuje? Okazuje się, że planuje zakup zegarka, wiedząc, że nie znoszę zegarków, bransolet, pierścieni, łańcuszków itp itd Nigdy ich nie nosiłem i nie będę nosił. Inna sprawa, że moja skóra źle reaguje na metalowe "ozdoby". Powiedziałem zatem, żeby nie robiła takiego prezentu bo będzie leżał w szufladzie no i się zaczęło: "wszyscy faceci noszą obrączki i zegarki!", tłumaczyłem, że ja nie jestem "wszyscy" i nie będę tego nosił. Kłótnia na sto fajerwerków i problem dla wielu może wydawać się żaden, ale od kilkunastu lat potrafimy pokłócić się o głupotę, normalnie rozmawiamy tylko przez telefon.
Wiem też, że nie jestem łatwym partnerem, ale szanuję bardzo mówienie tego co myślę. Czy zatem powinienem zacisnąć zęby i podziękować za prezent mimo wszystko? nie czułbym się z tym dobrze. Inna sprawa, że chyba muszę poszukać specjalisty, który by nam pomógł, bo nasze kłótnie kończą się: "Ty jesteś nienormalna", "nie to Ty się lecz, jesteś nienormalny". Jest źle jak nigdy nie było i gdyby nie dzieci to pewnie bylibyśmy już daleko od siebie.
Proszę o pomoc
Homodelphinus
Obserwuj wątek
    • blue_romka Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 13:22
      Problem istotnie błahy, wydaje mi się, że macie w małżeństwie poważniejsze niż ten, ale skoro pytasz o kontretną sytuację... Dziwne, że żona po x latach małżeństwa wpada na pomysł, żeby kupić Ci coś, co Ci się zupełnie nie przyda. Ale prawda jest taka, że ma prawo dać Ci prezent taki, jaki chce. Więc przyjmij, podziękuj (wcale nie wylewnie) i ... odłóż do szuflady.
      • znowuniedziela Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 13:34
        istnieją tez zegarki na skórzanym pasku :)
        skoro Ci chce sprawić prezent, może nie na złosć, tylko dlatego, że pragnie, byś miał coś, co będzie Cię charakteryzowało jako pełnowartościowego mężczyznę-ty się upierasz-nie bo nie -i koło się zamyka i kto ma rację ? Nikt...
        czasem warto się przemóc , żeby zaskoczyć współmałżonka-zegarek może być świetnym prezentem, a rozumiem uczulenie na metal, ale żeby nie nosić obrączki bo nie i koniec -głupota ...
        • ruda110 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 13:56
          >pragnie, byś miał coś, co będzie Cię charakteryzowało jako pełnowartościowego mężczyznę<

          i się chłop w czterdzieste urodziny dowiedział, że dopiero z zegarkiem będzie pełnowartościowy
          • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 17:06
            No właśnie:) decyzja o nienoszeniu obrączki zapadła dawno temu, przeszkadzała mi i tyle, może ktoś wierzyć lub nie, może to jest jakaś choroba natręctw - nie mam zielonego pojęcia. Po prostu nie lubię nic mieć na sobie i już.
            Jak słusznie ktoś zauważył, problem jest w związku, i to od dłuższego czasu. A największy problem, że nie wiem jak sobie z nim poradzić. Każde nasze obcowanie (no 95% wspólnego przebywania) kończy się właśnie tak. Może poradzicie czy są jacyś specjaliści, których warto polecić, i czy macie jakieś doświadczenie z takich kuracji. Ja zawsze uważałem, że można ze wszystkim sobie poradzić i tylko my jesteśmy kowalami naszego losu, ale zaczynam odbijać się od ściany. A może pora rozważyć na poważnie rozstanie się? (bo na niepoważnie to już było).
            Pozdrawiam i dziękuję za konstruktywne podpowiedzi:)
            Homodelphinus
            • monzdr Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 21:11
              A ja się nie zgodzę z powyższymi poradami.Prezent ma być dla jubilata i jemu sprawić przyjemność a nie żonie.Jeśli kogoś czymś obdarowujemy,to zastanówmy się,co lubi,o czym marzy,jakie ma hobby itp. a nie jak go dopasować do naszego wyobrażenia.To na temat prezentu.
    • tully.makker Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 13:42
      Powied
      > ziałem zatem, żeby nie robiła takiego prezentu bo będzie leżał w szufladzie no
      > i się zaczęło:

      As dyplomacji z ciebie. Prezenty przyjmuje sie z wdziecznoscia, z nie pyszczy gdy ktos chce ci cos ofiarowac.
      • rumpa Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 14:01
        powiedz gdzie mieszkasz, przyślę Ci wielbłąda :)))

        a serio - żonie coś odbiło i tyle
        prezenty się robi żeby sprawić przyjemność, jak mi się wydaje
      • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 17:07
        Wiesz, dla mnie to kwestia uczciwości, bo zakładając, że przyjmę prezent i wiem, że nie będę go nosił, byłbym nieuczciwy wobec żony i siebie.
      • mehil.dam Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 20:17
        Można i przyjąć, rzucić do szuflady, machnąć ręką, ale myślę, że żona z takim podejściem o nienoszenie będzie miała ogromne pretensje. I tu będzie kolejny powód do kłótni.
    • allija Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 13:58
      A dla mnie jest głupotą robienie prezentów "dla siebie". Skoro żona wie że nie nosisz zegarków to chocby trafiła jej sie Doxa za pół darmo to i tak nie ma sensu jej kupować, przynajmniej dla męża. Ja zawsze staram się robić prezenty pod kątem obdarowywanego, nie swoim. Zęby zacisnąć i przyjąć można od obcego, żona zobaczy przecież, że zegarka nie nosisz i będzie powód do kolejnych dąsów.
      Może zaproponuj jej coś co naprawdę sprawi ci przyjemność w ramach tego prezentu. Myślę też, że sposób, w jaki to zrobisz, nie jest bez znaczenia.
      • verdana Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 14:12
        Otóż to.
        To, co zona chciała Ci kupic, to nie jest żaden prezent. To wymówka "Inni noszą i tak ma być, bo ja tak chcę". Ktos, kto kupuje prezent, o ktorym wie, ze jest niechciany, że ten drugi nie chce (a w tym wypadku nie może nawet) go używać, nie daje niczego drugiej osobie, kupuje coś dla siebie i tylko dla siebie. Dowodzi, ze albo partnera nie zna, albo nie zależy mu na sprawieniu mu przyjemnosci.
        Gdyby żona już zegarek kupila, można się sprzeczać, czy nalezy go przyjać z usmiechem, czy nie. Ale gdy zona ma tylko pomysł i mimo protestu upiera się, aby dać niechciany prezent - no, ćóż. To znaczy, ze problem nie jest z prezentem, tylko ze związkiem.
      • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 09.09.10, 17:10
        Ostatnie Twoje zdanie jest kluczowe. Nasz związek dotarł na mieliznę i patrzymy na siebie jak przeciwnicy w okopach. Krew mnie zalewa gdy staram się brać życie i sytuacje racjonalnie, tłumaczyć sobie i żonie co czuję i jak jest. Może za dużo wymagam? może dla dobra sprawy powinienem założyć maskę i poudawać kogoś innego? spalam się...
        • demonsbaby więc się nie spalaj a szukaj rozwiązania 10.09.10, 05:11
          i "zmuś" do tego żonę. Zacznijcie od rozmowy i oczekiwań od siebie. A ty najzwyczajniej zapytaj o co chodzi z tym prezentem i o co od dawna chciałbyś dostać jako prezent urodzinowy, niczym dziecko "marzy mi się"... np. żona w seksownej bieliźnie nie skrzecząca, traktująca mnie jak bożyszcze - choć jednego dnia.
          • homodelphinus Re: więc się nie spalaj a szukaj rozwiązania 10.09.10, 08:12
            Z prezentami dla mnie zawsze jest problem, wczoraj miałem zapytanie rodziny, jaki prezent bym chciał? To jest cholernie trudne pytanie, mam wiele zainteresowań, sport, muzyka, film, książki, podróże itd, ale jestem wybredny i sam sobie kupuję. Potrafię się natomiast bardzo cieszyć z drobiazgów, nawet jak ktoś wykona własnoręcznie, ale najważniejsze jest dla mnie obecność bliskich i ich wsparcie, wiem, wiem, jak to brzmi:)
            Co do relacji z żoną, kłótnia o prezent to jeden z wielu przypadków naszych kłopotów, sęk w tym, że chyba potrzebujemy obiektywnej oceny kogoś z zewnątrz na to co się u nas dzieje. Mam wrażenie, że każda nasza rozmowa prędzej czy później kończy się wytykaniem błędów, udowadnianiem własnych racji "moja racja jest najmojsza!....". Miłość? nie jestem w stanie powiedzieć czy jest, jestem w stanie powiedzieć, że zależy mi na zonie i martwię się gdy ma kłopoty, i Ona ma podobnie, ale gdy tylko jesteśmy bliżej niż kilka metrów, zaczyna się chocholi taniec, może zacząć komunikację na papierze?
            Poza tym padło tyle nieprzyjemnych słów, tyle wyzwisk, niepotrzebnych. Żona twierdzi, że nie będzie ze mną rozmawiać, a ja nie chcę, przynajmniej na razie. Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że dziś impreza w knajpie, a żona zapowiedziała absencje:)
            • demonsbaby Re: więc się nie spalaj a szukaj rozwiązania 10.09.10, 08:24
              delphinus tu nadal nie chodzi o prezent. Albo o czym my rozmawiamy... każdy ma jakiś zespół natręctw. widzimisów i reszty, nad która parcuje (albo nie), które to akceptuje (albo nei) partner. Jeżeli tych "albo nie" zaczyna być więcej, to na szalę należałoby położyć "co mi się opłaca" - liczenie na akceptację drugiej strony czy praca nad sobą. A może jedno i drugie - z priorytetem "kompromis". Z wami czasem "chuopy" jest tak, że błądzicie jak dzieci we mgle. Nie i już. No to nie ... pytanie komu to ma służyć? Też zainwestuj w kompromis, wyciągnij rękę pierwszy, spróbuj dać żonie do zrozumienia, że nie jest ci obojętna i też ciebie męczy granie na emocjach. Przy czym jasno postaw, że wysiłku w tym kierunku oczekujesz też od drugiej strony.
              • homodelphinus Re: więc się nie spalaj a szukaj rozwiązania 10.09.10, 10:34
                demonsbaby dzięki za Twoją analizę sytuacji, spróbuję to jakoś rozgryźć, ale pewnie jak opadną emocje. Kompromis to słowo klucz, tylko każde moje wyciągnięcie ręki (przyznaję, że rzadko) napotyka na komentarze "o przypomniałeś sobie o mnie" lub "nie wierzę, że to coś zmieni" itd od razu mnie obrzydza. Żona ma nadczynność tarczycy i mam wrażenie, że to też ma wpływ na Jej nastroje, muszę zatem poczekać, aż trafią się lepsze dni.
                Dziś myślę, że się nic nie zmieni, może jutro daje nadzieję.
                Dzięki i pozdrawiam
                Homodelphinus
                • demonsbaby troszkę obiektywizmu ... 10.09.10, 16:46
                  już oczywiście zauważyłeś, "o jaką pierdołę" została wytoczona artyleria ciężka i miast świętować razem twoją rocznicę, są zgrzyty. Oczywiście "pierdoła" i u ciebie i u twojej małżonki urosła do rangi toporu wojennego, niczym incydent rodzinny o porozrzucane skarpetki i skrzeczenie o niepozmywane gary ... pytanie, po co przejmować się pierdołami? Czy warto przez pierdoły wystawiać kanonadę i walić na oślep kulami? Nic tym nie wnosisz ani ty, ani żona. Chciała dobrze, wyszło jak zwykle. Ty, podobnie. Jest takie stare powiedzenie "punkt pierwszy: kobieta ma zawsze rację, a jak nie ma - patrz punkt pierwszy". I co? Powstało to bez uzasadnienia? Otóż mi istoty w 90% obdarowane szczególnym uwrażliwieniem, zdolne do wylewania potoków łez, zawsze kierujemy się emocjami, poza 10% z nas, które to zamiast ying są yang, czy inny diabeł i potrafią przeanalizować sytuację strategicznie, na chłodno, bez emocji i racjonalnie. Mamy tendencję do przekoloryzowania każdego zajścia, mały problem urasta do rangi nierozwiązalnej, chętnie się umartwiamy... rzekłabym taka nasza natura, stąd potrzebujemy opiekunów, paradoksalnie, żeby o nich się troszczyć, ale za to czuć się docenianymi i kochanymi.
                  No bzdurna rzecz jakich mało ... cholernie łase jesteśmy na komplementy (to nas buduje i poprawia samoocenę), a już szczególnie kiedy ten komplement pada z ust wybranka.
                  Cięzko nam z krytyką, często nawet zasadną, ale zasadniczo przyjąć - jest ciężko, więc z przyznawaniem racji idzie nam nie zaraz i nie natychmiastowo...
                  A co robisz ty? zamiast uciszyć emocje, które już nakręciły twoją żonę, to jeszcze sypiesz żar, żeby przypadkiem nie przygasło w kotle ... tak, tak tarczyca też ma swoje, jeśli idzie o opanowanie sytuacji stresowych / nerwowych, itp. Znając swoją żonę, jak nikt inny, po co to robisz? Sprawia Ci przyjemność jak się wq..wia? Tak, masz rację z tym prezentem, no po cholerę ci taki, ale wstrzeliłeś się nie w ten czas. Mogłeś zamiast chrypieć do kobiety "ale po co? na co? w dooopie mam taki prezent" - żonę przytulić, powiedzieć, że bardzo ją kochasz i nawet ten zegarek przykleisz sobie na klatę, pod warunkiem, że nie będzie na rękę bo czujesz się jak homoseksualista na ten przykład. Masz rację, ale sprzedajesz jej rzeczywistość w złym opakowaniu. Masz prawo się denerwować, ale im bardziej wściekasz się ty, tym bardziej ona przestaje panować nad sobą - patrz wyżej - emocje. Wóz albo przewóz. Pracujemy nad sobą (nie mylić z ustępujemy) i znajdujemy klucz do kompromisu albo drzemy koty o debiliadę.
    • tully.makker Wydaje mi sie dziewczyny, ze mylicie 2 sprawy 10.09.10, 10:43
      Gdyby napisala tu zona autora watku, to doradzilabym jej natychmiast, by zadala sobie trud wyboru takiego prezentu jaki sprawi jej mezowi szczera przyjemnosc.
      Oczywiscie nie wiemy tego, czy ona po prostu wpadla na jakis pomysl i chce cos mezowi narzucic za wszelka cene, kosztem jego satysfakcji, czy ytez moze pomysl prezetu, nawet jesli nietrafiony, byl dopracowany. najwyrazniej zona odkryla jakis brak w stanie posiadania meza i postanowila go uzupelnic, moz poswiecila godziny na lazenie po sklepach, przegladanie internetu (sama wybieram teraz zegarek dla siebie od 2 miesiecy i wiem, jaka to ciezka orka). Przychodzi do swojego chlopa z sercem dla dloni, chcac mu cos dac, a slyszy - riposte wujka Staszka.

      Czy to naprawde ma sluzyc poprawie relacji miedzy malzonkami? Co jest wazniejsze - potrzeba dostania prezentu dokladnie takiego, jakiego sie chce, czy harmonia w zwiazku, docenienie wysilkow malzonka, by sprawic nam przyjemnosc?Czy naprawde nie dalo sie tego inaczej zalatwic? Czy cena wiernosci samemu sobie ma byc ranienie uczuc partnera?

      W czasi gdy nasze malzenstwo przechodzilo kryzys, dostalam cos od chlopa, czego w danej chwili nie chcialam i nie potrzebowalam. Wlozuylam rpezent na polke i olalam. Teraz, kiedy miedzy nami jest dobrze, chlop opowiedzial mi, dlaczego to kupil ( powody byly bardzo romantyczne, choc sam przedmiot nie byl) i jak sie czul, gdy to olalam, jak to wplynelo na neigo i jego uczucia do mnie. I kurcze, jesy mi cholernie wstyd, ze go nie docenilam, ze to yl gest wyciagniecia do mnie reki, czego wtedy nie potrafil wyartykulowac, bo nie czul tej bliskosci i zaufania, jakie jest miedzy nami teraz.
      Wstyd mi i zaluje, ze rzecz materialna okazala sie dla mnie wazniejsza od uczuc mojego partnera.
    • kobieta_z_polnocy Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 10.09.10, 12:49
      Niby nic, ale ta historyjka pokazuje od razu jak u was obojga leży komunikacja i empatia.

      Żona chciała ci wręczyć zegarek, ty od razu mówisz, że nie będziesz go nosić.
      I teraz tak: niby masz rację - szczerość, itd., ale załatwiłeś to w sposób beznadziejny, bo niemalże wprost powiedziałeś jej, że jej pomysł jest beznadziejny. Tak naprawdę powinieneś w tamtej chwili bądź jeszcze wcześniej zasugerować bliskim i żonie, co byś najchętniej dostał. Czyli zamiast odtrącenia i przemowie o szufladzie - podziękowanie (niekoniecznie wprost) za dobre chęci i podsunięcie innego pomysłu. Bo tak naprawdę nie dość, że ona musi zmienić plany, to jeszcze być może nie ma pomysłu na prezent dla ciebie.

      Powtarzam: idea twoja była dobra, ale wykonanie beznadziejne.
      • kim5 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 10.09.10, 13:24
        Fajnie tak radzić, ale jeśli doradzacie autorowi wątku, żeby przyjął prezent, to w pakiecie napiszcie proszę, jak ma zareagować na niechybne pytanie żony pt. "dlaczego nie nosisz zegarka, który z takim sercem dla Ciebie wybrałam".
        Prezent ma sprawić przyjemność obdarowanemu. Kropka. To jego święto.
        Zwłaszcza, jeśli w grę wchodzi nie tylko czyjeś widzimisię, ale alergia, poczucie dyskomfortu. Myślicie, że autor będzie ciepło myśleć o żonie, spoglądając na uczulający go prezent? Taka propozycja ze strony żony jest nie OK.
        • kobieta_z_polnocy Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 10.09.10, 13:27
          Dlatego mówię, że oboje nie mają ani zdolności komunikacji, ani empatii.

          A ponieważ dają się wkręcać w takie bezsensowne spory, to potem nie sposób dojść, kto jest "winien", bo winni są oboje. Nie lubią siebie nawzajem i może należy się wreszcie z tym pogodzić.
          • kim5 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 10.09.10, 13:46
            Oj, tak, lubienie w związku jest chyba ważniejsze od miłości.
            Ja bym polecała terapię.
            Przecież coś ich kiedyś połączyło!
    • kol.3 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 10.09.10, 20:50
      Znałam faceta, który twierdził, że nie może z przyczyn różnych, m.in zdrowotnych nosić garnituru i krawata (dusił go) oczywiście ta niemożność dotyczyła sytuacji kiedy był z żoną. Na spotkanie ze znajomymi dziewczynami potrafił się ubrać w garnitur i krawat i wszystkie niemożności mu od ręki przechodziły.
      • yesss Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 11.09.10, 00:11
        1. żona po tylu latach małżeństwa powinna wiedzieć co może sprawić Ci frajdę na urodziny. Oczywiście to woje święto i jesteś bohaterem dnia, dlatego prezent powinien być maksymalnie dopasowany do obdarowywanego. Ja w tym celu prowadzę dyskretną obserwację osobnika zamieszkującego moje mieszkanie i mniej więcej wiem co by chciał. A jak nie wiem to pytam co chce.
        2. Wydaje mi się że konflikt o prezent to wierzchołek góry lodowej, a właściwie ukrytego wulkanu. Obawiam się też że wina nie leży po stronie Twoje żony wyłącznie. Sam piszesz o sobie że rzadko wychodzisz z ręką do zgody. Ty tu trochę piszesz o prezencie tak żeby poczytać jaką masz złą żonę, bo każda z nas napisze że oczywiście prezent powinieni być pod Ciebie. Taką sobie trochę gierkę wymyślasz zeby nas przekonać do swoich racji i oczyścić poniekąd sumienie. Piszesz że żona ma nadczynność tarczycy - co to ma do rzeczy, założę się że bierze leki i że kest nimi ustabilizowana. To nie jest argument fair. Robisz z niej histeryczkę bo jak wiadomo nadczynność związana jest z pewną nerwowością. A Ty wówczas jesteś cacy, przecież o ona reaguje niewspółmiernie do okoliczności - czyż nie?
        3. Obstawiam że Twoja żona mogłaby nam wiele o Tobie napisać, obawiam się również że rady jakie by tu otrzymała nie spodobałyby Ci się. Myślę że "rzuć tego socjopatę" byłaby najłagodniejsza. Taki mi się obraz Ciebie wyłania z Twoich postów.
        4. Jeśli rzeczywiście myślisz o przyszłości z tą żoną to zacznij od siebie, żaden psycholog tego za Ciebie nie zrobi, co oczywiście nie znaczy że nie powinniście skorzystać z porady. Ale jeśli tak to oboje.
        5. Przeanalizuj swoje małżeństwo i zastanów się co takiego zrobiłeś że żona ma do Ciebie tyle żalu, Ty do niej też. Bo skończycie jak w tym kawale - siedzi dziadek przy stole, babcia na przeciwko, dziadek wrzeszczy na babcię - ty suko, ty szmato, zmarnowałaś mi całe życie, gdyby nie ty to byłbym szczęśliwszy, mądrzejszy, bogatszy etc. etc. Babcia patrzy na niego zmęczonym wzrokiem i mówi - Kazek, ale ja cię prosiłam żebyś ty mi sól podał....

        Pozdrawiam:)
        • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 13.09.10, 10:29
          yesss, fajnie, że wyłania Ci się "TAKI" mój obraz, może w niewielkim procencie tak jest, poza tym, nigdy nie napisałem, że jestem bez winy. Mógłbym w ripoście napisać, że każdy ocenia innych według siebie, swoich doświadczeń, swojego systemu wartości. Na dowód mojej niedoskonałości przytoczyłaś moje słowa "rzadko wychodzę z ręka do zgody", to prawda i nie ukrywam tego. Staram się być świadom swoich wad i jestem otwarty na takie uwagi, ale powtarzam, nigdzie nie napisałem, że wina jest tylko żony albo, że ja jestem idealny. A wołanie o pomoc, wskazanie ew. specjalisty, dotyczy specjalisty od związku, nie specjalisty dla żony. Nie zgadzam się z Tobą, iż żaden psycholog mi nie pomoże, jeśli biję głową o ścianę, tzn, że sam nie potrafię sobie z tym poradzić, co można zacząć - szczególnie od siebie - jeśli pewnych spraw nie widzi się obiektywnie? Lata już minęły na nowych początkach, nowych obietnicach, niestety nie widzę zasadniczej poprawy, i jak wspomniałem, temat z prezentem był pretekstem do rozmowy.
          Jeśli Cię to usatysfakcjonuje (bo mnie tak) to przeprosiłem żonę za moją reakcję, ale tylko za czas i sposób reakcji, a nie za treść. Oczywiście prezentu od żony nie otrzymałem żadnego, a impreza była super!
          • demonsbaby hłe, hłe 13.09.10, 10:49
            delphinusie, pomijając wątek "winny / niewinny" (skromnym zdaniem oto moim twierdzę, zawsze wina leży po środku, więc dokładacie do tego oboje) skierujcie się wspólnie do obiektywnego obserwatora z fachową wiedzą, który to w postaci terapii pozwoli wam na znalezienie drogi do eliminacji tychże "dokładek" w waszym związku.
            Wyborem możesz się kierować jak najbardziej forowo - internetowym. Tudzież wrzucasz hasło w googlarkę i szukasz "terapii małzeńskiej / kryzysów w rodzinie w twojej miejscowości". Pytasz o skuteczność? No cóż przy chęci dwojga - taka terapia jest raczej skazana na powodzenie. Nie daje rozwiązań, ale wskazuje kierunek, który oboje / wspólnie przy wzajemnym wsparciu powinniście kształtować. Tak czy inaczej rzecz się sprowadza do umiejętności współpracy, którą to nabywać wcześniej czy później uczy się każdy w długotrwałym związku, tym bardziej, że "czar namiętności" rozmywa się w rutynie.
            Zatem do dzieła.
          • yesss Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 13.09.10, 22:22
            HD - Oczywiście, masz rację że każdy ocenia wedle siebie, to jest zrozumiałe w końcu opieramy się o jakieś własne a nie cudze doświadczenia. Takież będą i oceny.
            Nie napisalam że żaden psycholog Ci nie pomoże tylko że żaden nie zrobi za Ciebie pewnych rzeczy. Psycholog może Wam nakreślić jakiś kierunek działania. Myślę też że Ciebie dużo kosztowało ta wypowiedź w sieci. Być może jesteś zdesperowany na tyle że rzeczywiście chcesz coś zmienić. To jest naprawdę godne pochwały. No a przeproszenie żony jest ok, mimo że nie za całokształt.
            Nie wiem co w takiej sytuacji jak Twoja zrobić, sama bylabym w kropce. Ale myślę sobie że najlepiej zrobiłby Wam wspólny wyjazd, nie jakiś wypas czy kurort, ale może właśnie nudne miasteczko jesienią, bo wówczas dostrzec można człowieka. Jednego się obawiam. Czy po latach różnych narosłych konfliktów, żalów i pretensji będziecie w stanie spędzić ze sobą czas? Bo wiesz inaczej się spędza czas w wakacje, z dziećmi, a inaczej sami, kiedy nie ma pogody, nie trzeba ziwedzać, opalać się. Nie ma żadnych zakłóceń, nie ma żadnych spraw do załatwienia. Tylko Ty i ona. Jeden pokój, wspólne łóżko i łazienka. Myślę że wiele par po takim wyjeżdzie wzięło by rozwód. Mało kto wytrzymuje konfrontację ze sobą i z partnerem, które jest pozbawione tych wszystkich czynności których wykonanie troszkę nam zaciemnia prawdziwe relacje między partnerami. Wszak wiele małżeństw z długim stażem porównuje się do przedsiębiorstwa - ten jest od tego, tamta od czego innego i są tylko zadania do wykonania i plany do zrealizowania: dom, samochód, dzieci i ich edukacja, wakacje. Wśród tcyh wszystkich waznych spraw nie ma czasem miejsca już na czułość, rozmowę, spacer. A przecież od tego musiał się zacząć Wasz związek.
            Nie znam godnego polecenia specjalisty od małżeństw, ale na pewno kogoś kompetentnego znajdziesz w swoim mieście. Myślę że jeśli oboje będziecie chceili to możecie zbudować fajny, pozbawiony urazów związek. Wiele będzie zależało od żony, ale być może konkretna rozmowa - o co chodzi - wiele by wyjaśniła. Oczywiście zadbajcie o to żeby w tym czasie żona nie miała iinnych obowiązków - dlatego pomysł z tym wyjazdem. I wówczas wyjaśnijcie sobie wszystko, nawet się pokłóćcie - tylko z zalożeniem że i tak zostajecie w jednym pokoju, w jednym lóżku. Bo taka rozmowa to może być wóz albo przewóz w Waszym małżeństwie.
            Życzę powodzenia:)
    • doctor.no.1 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 11.09.10, 07:42
      (niesamowite jest to forum, gdzie wiekszość zaklada, że facet jest zawsze beee... )

      Ja miałam taką sytuację: na również okrągłe urodziny poprosiłam męża, by kupił mi biżuterię. Wprost zakomunikowałam swoje oczekiwania, ponieważ wcześniej dostalam od niego... skuter. Prezent super, tylko wcale go nie używam, za to mój szwagier, brat i inne pociotki chętnie :) Stąd poprosiłam miło dokładnie o to, co chciałam. Powiedziałam też, że sobie wymarzyłam taki to a taki naszyjnik, iże wyobrażam sobie, że chciałabym w dniu moich urodzin pochodzić po jubilerach i wybrać sobie to, co mi się spodoba. Moje święto - moja potrzeba.

      Efekt: w dniu urodzin dostałam od męża dwa naszyjniki, owszem ładne. Jeden noszę, drugi leży w "kącie", bo zupełnie do mnie nie pasuje. Byłam rozczarowana jego postępowaniem, choć wiem, że włożył energię, poszedł do sklepu, wysłuchał... Sytuacja ta akurat była "międlona" podczas kilku sesji terapeutycznych (bo mamy za sobą terapię małżeńską). Wnioski były takie, że mąż nie uwzględniał moich potrzeb nawet, gdy były wyraźnie zakomunikowane i w miłej formie. Wiedział lepiej, co mi ma się spodobać...

      Reasumując: jeśli obdarowywany jasno stwierdza, że za prezent dziękuje, to wciskanie mu na siłę swojego pomysłu jest BRAKIEM SZACUNKU DLA JEGO POTRZEB. Także, nawiązując do innego wątku tutaj, mamy piękny przykład sytuacji, w którym żona okazuje brak szacunku swojemu mężowi.

      Tyle, jeśli chodzi o tę konkretną sytuację. Oczywiście ważna jest forma komunikatu, czy pocalowałeś żonę w policzek, podziękowałeś jej za dobre chęci i delikatnie powiedziałeś, że nie nosisz zegarków? Jeśli tak, to Twoja żona na siłę chce CIę zminić i nie szanuje Twojej odrębności...

      ale: na pewno jest to tylko wierzchołkiem góry lodowej. Na terpię warto pójść, bowiem otwiera oczy na wiele sytuacji. Oczywiście obu stronom :)

      • kol.3 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 12.09.10, 07:51
        Ale z Twojego postu wynika, że Twój facet też był beee
        • doctor.no.1 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 12.09.10, 16:58
          To oczywiscie Twoja interpretacja...
          To byl przyklad tego, ze autor watku ma pelne prawo do zakomunikowania swoch potrzeb wzgledm prezentu i zona powinna te potrzeby uszanowac
      • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 13.09.10, 10:42
        Jestem pewien, że na taką terapię pójdziemy.
        Odpowiadając na Twoje pytanie, nie, nie pocałowałem żony w policzek, na moje pytanie "dlaczego chcesz zmierzyć nadgarstek?" usłyszałem o zegarku i poczułem się od razu bardzo źle. Zapytasz dlaczego, bo temat był kilkakrotnie przerabiany i żona wiedziała, że nie chcę zegarka, bransoletki i niczego podobnego. Mojej żonie podobają się faceci w garniturach, z markowymi zegarkami i koniecznie z obrączką na palcu. Nie jest blacharą, lecącą na świecidełka, ma taki smak i już. Ja przez lata pracowałem w garniturach, każdą zmianę mojego wyglądu konsultowałem właśnie z zoną, np. fajnie będzie Ci w krótkiej bródce i wąsikach, więc zapuściłem, ale za każdym razem drapie ją moje owłosienie - może mi ktoś to wytłumaczyć?
        Inna sprawa, że nie potrafimy już od dawna się spontanicznie przytulić, gdzieś ta potrzeba się rozmyła. Mam nadzieję, że takie czasy wrócą.
        • joanna35 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 13.09.10, 23:17
          Może i wrócą, ale ktoś musi być mądrzejszy i wznieść się "ponad", a to w sytuacji narastającego od dawna kryzysu w związku jest bardzo trudne. Ponieważ jednak męczy Cię ta cała sytuacja do tego stopnia, że napisałes na forum to widzę światełko w tunelu;-) Drogi homodelphinus w swoim życiu dostałam całe mnóstwo nietrafionych prezentów i...przeżyłam. Od tego sie nie umiera;-) Najwyżej nie będziesz nosił tego nieszczęsnego zegarka, ryzykujesz co najwyżej kolejną awanturą i pretensjami, ale teraz , w dniu Twoich czterdziestych urodzin, doceń nie sam prezent, ale to, że żona o Tobie myśli, że w swoim mniemaniu stara się kupić coś godnego Ciebie i podziękuj z uśmiechem, z ciepłym uściskiem. A jak wieczór rozpocznie się tak miło to może założenie tego zegarka choć na ten jeden wiecżór nie będzie aż tak wielkim gwałtem zadanym własnej naturze;-)
          Na koniec taka drobna prywata - jestem osobą, która przykłada ogromną wagę do właściwego doboru prezentów. Jest chyba niewiele rzeczy, którym poświęcam więcej czasu i zaangażowania jeżeli chodzi o moich bliskich i przyjaciół. Jedyną osobą, która tego nigdy nie odceniła jest mój mąż. Wolę nie opisywać sposobu w jaki przyjmuje "moje" prezenty, bo na samo wspomnienie chce mi się ryczeć.
          • homodelphinus muszę zacząć nowy wątek zatem... 14.09.10, 08:56
            Nigdy wcześniej nie miałem tyle czasu, ani opinii, do przemyślenia na temat mojego związku. Za to bardzo Wam wszystkim dziękuję.
            Zawsze wydawało mi się, że jesteśmy normalnym małżeństwem, i jako takie, napotykamy na problemy, kłopoty, z którymi trzeba sobie dać radę.
            Postaram się pokrótce opisać nasze gniazdko.
            Jesteśmy małżeństwem od 17 lat, przed ślubem byliśmy ze sobą 8. Mamy dwie córcie, wybudowaliśmy dom i wydawało się, że nic nie jest w stanie nam spieprzyć życia. Niestety demony wróciły, kilkanaście lat temu, na początku naszego związku miał miejsce incydent - zdrada mianowicie. To znaczy ja zdradziłem swoją żonę, przyznałem się do tego (może niepotrzebnie), powód?...długo się zastanawiałem, była potrzeba i tyle, faceci powiedzą: dobrze! zdrowy facet, kobiety: ty kretynie coś ty narobił? Stało się i się nie odstanie. Kobiety się spotkały, pogadały i postanowiły skonfrontować swoje stanowisko ze mną. Odbyło się spotkanie w 3 osoby, i zapadły decyzje, które rozstrzygnęły o naszym życiu. Ja postanowiłem, że chcę zostać z żoną. Żona potwierdziła, że tego chce.
            Uważam, że to jest główny problem naszego związku, może my nie daliśmy sobie rady z tym?
            Urodziła nam się druga córcia. Do 2008 roku wszystko jakoś się układało, do momentu kiedy zapadła decyzja o budowie domu i kłopotach zdrowotnych córci. Dom zawsze był moim wielkim marzeniem, od lat myślałem jak się z tym zmierzyć. Przyszedł taki czas, że podjęliśmy decyzję - budujemy!
            Budowa domu trafiła na czas kryzysu i uszczupliła nasze zasoby dość poważnie, decyzją poprzedzającą budowę była sprzedaż mieszkania (wynajem na czas budowy). Więc jak się domyślacie, czas nas gonił. Wprowadziliśmy się do domu i nasza mała córcia zachorowała dosyć poważnie. Młodzieńcze idiopatyczne zapalenie stawów, taka diagnoza po pół roku walki. Najważniejsze, że teraz jest leczona i nie ma objawów, a zaczęło się od kompletnego unieruchomienia dziecka.
            Nie wiem czy nie za dużo tych wątków? miałbym jeszcze kilka ciekawych związanych chociażby z moim porąbanym dzieciństwem, powiem tylko tyle, że żona i moja mama nie kochają się wcale, a wręcz przeciwnie.
            Mieszkamy ze sobą w naszym wymarzony domu, jest coraz lepiej pod tym względem, aklimatyzacja następuje prawidłowo, jesteśmy zadowoleni, że staliśmy się wieśniakami.
            Niemniej jednak między nami stoi wielki mur, niechęci, niezadowolenia, zawodu itd. Są dni, że potrafimy się razem śmiać i wygłupiać, ale coraz rzadziej. Były myśli o rozstaniu, ale gdzie my pójdziemy? ja nie mam takiej potrzeby żeby szukać nowego domu, żona pewnie też (chociaż tu nie mam żadnej pewności). I tak snuje się to nasz życie....
            Pewnie dla części z Was temat z prezentem otrzymał inne tło, a może teraz będzie Wam łatwiej to ocenić.
            HD
            • joanna35 Re: muszę zacząć nowy wątek zatem... 14.09.10, 09:22
              Homodelphinus , ależ ja Cię doskonale rozumiem. Tkwię w bardzo podobnym związku i właśnie jestem na etapie podjęcia decyzji czy stać mnie na ratowanie tego związku czy dam radę wznieść się ponad dawne i przyszłe urazy, żale itp. I nie wiem. Wydaje mi się, że nie, ale...są dzieci - stosunkowo małe i chore, więc może warto powalczyć? Mam pełną świadomość, że zmiany na lepsze w moim małżeństwie będą wymagały mojego zaangażowania bez oglądania się co dostaję w zamian od męża, a nie wiem czy potrafię się aż tak zaangażować. Nie wiem, ale chodzę na terapię, pracuję nad sobą i swoimi traumami z dzieciństwa....
              Wracając do Ciebie i sytuacji z prezentem urodzinowym - to, że wyjaśniłeś sytuację swojego małżeństwa niczego nie zmienia, jeżeli zależałoby mi na polepszeniu sytuacji z partnerem zrobiłabym tak jak napisałam wyżej. Twój opis pokazuje tylko po jak bardzo kruchym szkle stąpacie, jak bardzo trzeba być uważnym i pełnym dobrych chęci, żeby nie zranić drugiej strony.
              • homodelphinus Re: muszę zacząć nowy wątek zatem... 14.09.10, 10:20
                Słucham różnych opinii, mam bliskiego znajomego, który ma już 3 żonę, 6 dzieci, z każdą z nich po trochę. Twierdzi, że jest mu z tym dobrze, że szukał właściwej osoby, a życie w toksycznym związku to męczarnia, również dla dzieci. Ja moje dzieci kocham ponad życie, moi rodzice niestety byli inni, tatuś sobie poszedł jak miałem 5 lat, a mama, no cóż, łatwo jej nie było, ale wybrała alkohol na przewodnika po życiu.
                Podobnie jak Ty stoję w rozkroku, zostawienie rodziny (znajomy mówi: zostawisz trujący związek, przecież dzieci nie zostawisz), a ja czuję, że odejście, będzie tez odejściem od dzieci, przynajmniej fizycznym. Szczególnie, że nie wiem co mnie czeka po takim rozstaniu ze strony żony, wierzę, że nie będzie nastawiać dzieci na mnie źle. Ale wiara to siostra nadziei, a one to najbliższa rodzina głupich.
                Najgorsze w tym wszystkim, że to co się dzieje obecnie pochłania mnie bez reszty, zaczynam gorzej funkcjonować, gorzej pracować i kręcą się głupie myśli po głowie, może wariuję?....
                • demonsbaby a skąd ten wniosek 14.09.10, 10:26
                  że tkwisz w toksycznym związku?
                  • homodelphinus Re: a skąd ten wniosek 14.09.10, 13:54
                    demonsbaby, jeśli oboje się wykańczamy po woli i od tylu lat, to jak to inaczej nazwać?
                    • demonsbaby Re: a skąd ten wniosek 14.09.10, 14:17
                      cechy toksyn w związku wyglądają, raczej nie mają podstaw w robieniu sobie na złość czy braku porozumienia, ale chorych i destrukcyjnych zależności. Obsesyjna miłość i ciągłe wybaczanie: chlania, przemocy fiz /psych, kłamania, etc. i dostosowywania się partnera do takiej rzeczywistości wbrew własnemu poczuciu bezpieczeństwa. Nie dogadujecie się, bo coś się stało między wami. Zdecydowaliście, że zostajecie razem, mimo krzywd ... i dalej nie robiliście nic, żeby umacniać się wzajemnie w tym przekonaniu. Każdy żył sobie ... w końcu się napięcie zaczęło wyładowywać... Wróćcie do punktu wyjścia i zacznijcie od nowa. Potrzebna wam jest w tym fachowa pomoc.
                • joanna35 Re: muszę zacząć nowy wątek zatem... 14.09.10, 11:03
                  > Najgorsze w tym wszystkim, że to co się dzieje obecnie pochłania mnie bez reszt
                  > y, zaczynam gorzej funkcjonować, gorzej pracować i kręcą się głupie myśli po gł
                  > owie, może wariuję?....

                  Homodelphinus odpowiedz sobie, po co założyłeś ten wątek. Tylko bądź ze sobą szczery. Nie chcę być wobec Ciebie niesprawiedliwa i zranić twoich uczuć, ale....No właśnie....do tej pory myślałam, że otworzyłeś się na forum, bo chciałeś coś ratować, ale po przeczytaniu tego postu zastanawiam się czy to nie jest tak, że Ty już podjąłeś decyzję, a odpowiedzi w tym wątku miały Cię tylko utwierdzić w tej decyzji. Liczyłeś na zmasowany atak forumek na Twoją połowicę? Miałbyś wtedy potwierdzenie, że faktycznie jest taka zła, jak Ty ją postrzegasz i byłoby ok. bo przecież "wszyscy" mylić sie nie mogą? To tak nie działa.


                  i kręcą się głupie myśli po gł
                  > owie,
                  Czyżby już pojawiła się na horyzoncie pani, z którą uda się stworzyć nietoksyczny związek?
                  Homodelphinus masz pełne prawo odejść od żony, w życiu różnie się układa, ale zrób to z klasą i nie obarczaj jej winą za całe zło w Waszym związku - sama w nim nie była(choć pewnie bardzo samotna). Pozdrawiam
                  • demonsbaby Re: muszę zacząć nowy wątek zatem... 14.09.10, 11:11
                    joanna35 napisała:

                    > ale po przeczytaniu tego postu zastanawiam się czy to nie jest tak, ż
                    > e Ty już podjąłeś decyzję, a odpowiedzi w tym wątku miały Cię tylko utwierdzić
                    > w tej decyzji.

                    Chyba nie ty jedna masz podobne odczucie. Też mi się to nasunęło...
                    Szczególnie dziwi mnie, że za wyrocznię delficką stawiasz kumpla, który jak twierdzi dopiero w trzecim małżeństwie znalazł harmonię ... w życiu bywa róznie, ale to nie oznacza, że akurat on 2 krotnie wdepnął w gó..., ale całkiem możłiwe, że dopiero w 3 związku dorósł do potrzeb partnera.
                    Dziwi mnie także, że opisujesz swoje relacje (bądź jesteś skłonny do ich opisania), na podstawie "twierdzeń doświadczonego kumpla", że twój związek z żoną ma cechy toksyczności ... bo nie odeszła? Czy jak?

                    Rozwód krzywdą dla dzieci? Zapytaj siebie czy ty bądż żona nie wyrządzacie im krzywdy jeszcze większej będąc ze sobą... jesteś pewien, że tak jest? Bo ... zegarek, bo żona się nie uśmiecha? A co zrobiłeś, żeby jej na nowo zbudować albo pomóc zbudować wasz świat?
                    • homodelphinus Re: muszę zacząć nowy wątek zatem... 14.09.10, 13:51
                      demonsbaby, widzisz, wychodzi moje niedoświadczenie konfrontacji na takich forach. Bo to pierwszy raz. Kolega nie jest dla mnie wyrocznią, gdyby tak było to ładnych parę lat temu sprawa zostałaby rozwiązana. Napisałem, co kolega mówi, a nie, że myślę tak jak on.
                      Pytasz co zrobiłem, żeby odbudować nasz świat? odpowiedz mi proszę zatem, jak się zachować, kiedy każdy twój uśmiech czy gest napotyka podejrzliwość, do tego stopnia, że odechciewa Ci się wszystkiego. Spieprzyłem, wiem, ale jest mi to wypominane na każdym kroku, regularnie. Teraz jest gra pod tytułem: jaka to ja jestem doświadczona i nie jedno u nie jednego widziałam, zemsta? głupota? Ty mi proszę wytłumacz.
                      A teraz powiem Wam: demonsbaby i joanna35, mam wrażenie, że po opisie naszej historii Wasz obiektywizm gdzieś prysł i zaczęły do głosu dochodzić reakcje obronne kobiet, skrzywdzonych czy nie, ale jednak (może źle odczytuję...)
                      • joanna35 Re: muszę zacząć nowy wątek zatem... 14.09.10, 14:10
                        > A teraz powiem Wam: demonsbaby i joanna35, mam wrażenie, że po opisie naszej hi
                        > storii Wasz obiektywizm gdzieś prysł i zaczęły do głosu dochodzić reakcje obron
                        > ne kobiet, skrzywdzonych czy nie, ale jednak (może źle odczytuję...)

                        Pewnie to głupie i strasznie niepoprawne politycznie, ale jestem kobietą i szczęście innej kobiety zawsze będzie leżeć mi na sercu;-), a poważnie to nie Wasza historia zmieniła mój punkt widzenia w ostatnim poście - wszak wszyscy popełniamy błędy, ale ta Twoja wzmianka o koledze. Zabrzmiało to tak jakbyś mu zazdrościł doświadczeń;-)
                        Homodelphinus nie wiem co Ty powinieneś zrobić, bo faktycznie jeżeli żona regularnie odprawia wspominki to nie jest za fajnie, ale sugerowałabym jeszcze jeden wielki(choćby ostatni) zryw dla ratowania tego związku - chociażby po to, żebyś mógł kiedyś powiedzieć sam do siebie: "zrobiłem wszystko co mogłem". Tak się zastanawiałam nad Twoim problemem, a przy okazji nad swoim i doszłam do wniosku, że dziewczyny dobrze Ci radzą - terapia małżeńska. Może kiedy razem, w tym samym czasie będziecie pracować nad przywróceniem zaufania i wzajemnymi relacjami żona zobaczy , że Ci naprawdę zależy i sama zacznie się starać i odpowiadać dobrem na dobro. Ja tez mam nadzieję, ze mój mąż w końcu zgodzi się na tę terapię pójść, bo inaczej czarno widzę naszą przyszłość.


                        Ps. Dopiero dzisiaj przeczytałam wszystkie Twoje posty i dlatego wczoraj wyskoczyłam jak Filip z konopii z radami odnośnie prezentu;-)
                      • demonsbaby ach obiektywizm 14.09.10, 14:13
                        homodelphinus napisał:


                        > Pytasz co zrobiłem, żeby odbudować nasz świat? odpowiedz mi proszę zatem, jak s
                        > ię zachować, kiedy każdy twój uśmiech czy gest napotyka podejrzliwość, do tego
                        > stopnia, że odechciewa Ci się wszystkiego.

                        I oto MÓJ OBIEKTYWIZM: "nie daliście sobie czasu, wsparcia, możliwości i zrozumienia co się stało". Delphinusie ZYSKAĆ ZAUFANIE TO NIE TO SAMO CO ODZYSKAĆ.

                        Spieprzyłem, wiem, ale jest mi to wy
                        > pominane na każdym kroku, regularnie.

                        Twoja żona działa w oparciu o irracjonalne mechanizmy, ponieważ nie daliście sobie szansy na ustalenie zasad jak żyć, po tym co jak nazywasz "spieprzyłeś".
                        Wiesz to jak z nastolatkiem, któremu mówisz "nie pal". Wierzysz mu? Czy mimo wszystko łapie Cię irracjonalne przeświadczenie, że Ciebie okłamuje, bo już raz ciebie zawiódł? Co ci zostaje - walka ze sobą ... więc spróbuj popatrzeć na żonę przez pryzmat wewnętrznej walki, którą sama ze sobą toczy. Od ciebie nie może oczekiwać zrozumienia ani wsparcia, ponieważ dla ciebie te pobudki, na jakich może (nie musi) się opierać są pozbawione podstaw, ponieważ ty odgrywasz rolę NASTOLATKA, KTÓRY NIE KŁAMIE... Więc ty mi powiedz jak tutaj możecie się dogadać? Możliwe (fikcja, bo nie znam twojej żony), że potrzebuje od Ciebie: wsparcia, zachęty, żebyś dawał jej odczuć, że jest ci potrzebna - bo już raz udowodniłeś, że nie, żebyś okazywał jej "miłość", a jeśli to jest niewykonalne "ciepło"... nie musisz się uśmiechać, pokaż jej swoją zdolność do poświęcenia, tak jak ona poświęciła się dla ciebie, właśnie z tobą po zdradzie zostając... czemu została? Bała się? Może, a może po prostu chciała wierzyć (i chce w to wierzyć nadal, mimo, że sobie nie ułatwiacie), że dacie sobie radę a im bardziej wali głową w mur, tym bardziej się boi, że mogła się mylić.

                        Teraz jest gra pod tytułem: jaka to ja je
                        > stem doświadczona i nie jedno u nie jednego widziałam, zemsta? głupota? Ty mi p
                        > roszę wytłumacz.

                        Obserwacja. Obserwacja więzi u innych. Tak ja bym to nazwała.

                        > A teraz powiem Wam: demonsbaby i joanna35, mam wrażenie, że po opisie naszej hi
                        > storii Wasz obiektywizm gdzieś prysł i zaczęły do głosu dochodzić reakcje obron
                        > ne kobiet, skrzywdzonych czy nie, ale jednak (może źle odczytuję...)

                        Nie do końca żle, ale nie stawiałabym tutaj na subiektywizm. Choć, zresztą każdy kto próbuje ci pomóc (nie wetrzeć w ziemię) będzie się subiektywizmem cechował tyt. własnych doświadczeń. Nie chodzi o to (przynajmniej mojej osobie), żeby udowodnić tobie np. "jakim fiutem jesteś" bo w tym żadnych korzyści nie mam. Nagle polonia frustrata lauru na głowę mi nie nałoży za "złote myśli" i złoty środek na dobre życie.

                        Pytanie... Czemu ty już wychodzisz z założenia, że skoro żona ma "anty-postawę" (pamiętaj to jest twój odbiór) to już wszystko skreślone? A może to jej pozycja obronna po tym jak ją skrzywdziłeś i boi się zrobić pierwszy krok oczekując twojego poświęcenia i ratowania związku. No to zrób ten pierwszy krok - przytul ją, powiedz, że nadal kochasz i chcesz się nauczyć z nią rozmawiać o wzajemnych potrzebach i oczekiwaniach. Jak? Każdy już powiedział - jak. Dajcie sobie szansę - i idźcie na terapię.
                  • homodelphinus Re: muszę zacząć nowy wątek zatem... 14.09.10, 13:41
                    joanna35, nie ma innej pani i nie będzie, gdyby tak było napisałbym o tym. Otworzyłem się aż tyle, nie po to żeby kłamać, tylko spróbować zrozumieć. Być może jestem już tak zacietrzewiony w swoim podejściu, że nie dostrzegam już szans, rozwiązań. A może nie chcę. Powtarzam zupełnie szczerze, nie mam ochoty nigdzie iść, tym bardziej zostawić dzieci. Wiem, że jestem bardzo dobrym ojcem.
                    Głupie myśli po głowie nie dotyczyły nowego życia z nową panią, tylko tego czy ja jestem jeszcze normalny czy wymagam natychmiastowej wizyty w Tworkach?
                    Nie chcę też wytwarzać na forum wrażenia, wydaje mi się, że tak nie zrobiłem, iż winna jest żona. Być może Ona jest mniej winna, nie wiem.
                    Wiec jeszcze raz, bardziej zależy mi na opinii i doświadczeniu innych, czy z takiego związku jeszcze może coś być dobrego czy po tym co napisałem to raczej równia pochyła???
                    • demonsbaby Re: muszę zacząć nowy wątek zatem... 14.09.10, 14:40
                      homodelphinus napisał:

                      >
                      > Wiec jeszcze raz, bardziej zależy mi na opinii i doświadczeniu innych, czy z ta
                      > kiego związku jeszcze może coś być dobrego czy po tym co napisałem to raczej ró
                      > wnia pochyła???

                      Równią pochyłą będzie (o ile już się wzajemnie nie ściągacie w dół), jak nie zaczniecie robić "czegoś". Pytanie na czym ci zależy? Żonie / domu / normalności / miłości (choć brzmi to ostatnie banalnie po 17 latach)? To działaj. Pomóż jej wyjść z błędnego koła, w które wpędzić się mogła dzięki Tobie i w tryby które sam zaczynasz się wkręcać... No oprócz dzieci coś przed tym jak zaczęliście sobie "wzajemnie rzygać" i robić na tyle na złość, że to już boli, coś was łączyło? Co was łączyło? Seks was tylko łączył? Odpowiedz sobie co? Kogo ci brakuje w żonie? Stała się obcym człowiekiem? Naprawdę? A ty...kim jesteś ty? Nie zaczęliście pogrywać ze sobą na tyle poważnie, że sam udajesz przed nią kogoś, byle by ją mówiąc bez ogródek ... wqur.ić?
            • demonsbaby złośliwa nie będę 14.09.10, 09:28
              choć mam odruch przylania "w głupi łeb". I nie wiem jak wygląda męski punkt widzenia ze zdrowiem psychicznym faceta zdradzającym partnerkę, ale nie generalizowałabym, że ten krok służy poprawie życia.
              Wbrew pozorom mam ochotę wykonać odruch ręką, nie dlatego, że zrobiłeś samodzielnie pierwszy krok do pogrzebania małżeństwa, ale za to, że osiadłeś na laurach. Zatem pomijam wątek ZDRADY MAŁŻEŃSKIEJ i przechodzę do wątku "no to co po"?
              Jak chcecie oboje, nawet przy chęciach z obu stron, osiągnąć harmonię w związku, w którym pogrzebałeś zaufanie? To się nie uda bez SYSTEMATYCZNEJ PRACY nad związkiem i zapewnienia poczucia bezpieczeństwa kobiecie, która bezgranicznie ci ufała, a jej życie przy tobie w jednym momencie runęło ... Nie oznacza to jednak, że nawet (znów użyję kolokwializmu) "wybaczenie" twoich posunięć w stosunku do żony ma obraz skwitowania naprawy związku, a już szczególnie nie dziecko, które pojawiło się po zdradach...
              Co za zatem?? Osiedliście oboje na laurach, a twojej żonie możliwe, że tylko się wydaje, że przeszłość została pogrzebana, ale już żyć ze świadomością tego, że do zdrad jesteś zdolny będzie do końca życia. Zawiodłeś ją tak? Ona jednak chciała żyć przy tobie z różnych powodów, które zapewne ci wyjaśniła, jednak to co się stało wcześniej nie zostało bez wpływu na to co się dzieje obecnie ... choć zdawałoby się, że to sielanka. Ona ma jakieś poczucie krzywdy, może czuć się niepewnie, boli ją, że być może jej próby "zabiegania o twoje względy" (choćby durnym zegarkiem, którego nie uznajesz) spotykają się ze ścianą... wbrew pozorom i racjonalnym przesłankom każda kobieta, która doświadczyła zdrady od partnera w większej mierze czuje się mniej atrakcyjna, choćbyś ją zdradził z "pasztetem". Samoocena staje się niebezpiecznie niska, a pewność siebie zanika.
              Szczerze? Bez współpracy, dalej się będzie psuć. Co? Już wiesz co... "Wyciągam rękę do żony i mówię: zależy mi na tobie, chcę to wszystko naprawić, ale pomóż mi bo sam nie daję rady - kierunek terapeuta wydaje się sensowny".
              • kochamkotyijuz Re: złośliwa nie będę 14.09.10, 11:14
                A ja mysle ,ze u ciebie w domu wszystko musi byc tak jak zona chce-brodka fryzuka,styl-wszystko wedle zyczenia zony.
                Przez 17 lat chyba zauwazyla ,ze nie nosisz zegarkow.Podobaja jej sie faceci z zegarkami i uwaza ,ze ty w koncu tez powinienes zaczac chciec nosic dlatego zamierzajac kupic ci zegarek myslala o sobie a nie o tobie.Zareagowalabym tak samo jak ty-w koncu bierze pomiar jeszcze zegarka nie kupila, wiec mozna ja od tego pomyslu odwiesc i poszukac rozwiazania ktore was oboje uszczesliwi, no ale chyba zone masz nieelastyczna .Inna bylaby sytuacja gdyby postawila cie przed faktem dokonanym wreczajac zegarek wtedy trzeba byloby zrobic dobra mine do zlej gry.Sama w tym roku otrzymalam od meza chybiony prezent urodzinowy-zreszta nawet pisalam o tym tu na forum.
                • homodelphinus Re: złośliwa nie będę 14.09.10, 14:05
                  kochamkotyijuz, to chyba trafna diagnoza, zawsze polegałem na opinii żony, inna sprawa, że Ona ma spory dar, umiejętność jeśli chodzi o kreowanie rzeczywistości nas otaczającej, trochę zabrzmiało pogmatwanie, ale prawda jest taka, że wystrój naszego domu to większość Jej pomysłów. Podobnie jeśli chodzi o ubieranie dzieci, czy zakup ciuchów dla mnie.
                  Także jeśli chodzi o prezenty dla Niej, przestałem kupować sam, zawsze dowiaduję się co to ma być i w jakim sklepie.
                  Ostatnio na imieniny kupiłem kwiaty w doniczce i dowiedziałem się, że takie kupuje się na groby. Nie były to gerbery i wiem, że to raczej złośliwość moje żony.
                  • sebalda Re: utrata nadziei na poprawę = dystans 14.09.10, 16:32
                    To ja może napiszę od strony takiej zniechęconej żony. Mamy bardzo długi staż małżeński, jedno od niedawna dorosłe dziecko i nastolatka. Mój maż jest osobnikiem bardzo nerwowym z natury, nie poprawiały tego jego kolejne posady, musiał odreagowywać stresy z pracy w domu, na zawsze wybaczającej żonie, poźniej też na dzieciach, przy czym ja zawsze byłam między nimi buforem, nie pozwalałam na niesprawiedliwe traktowanie dzieci, co oczywiście dodatkowo go rozsierdzało.
                    Między atakami agresji słownej mąż potrafi być czarujący. Po awanturze i następujących po niej cichych dniach zaczyna podchody. Robi się miły i nadskakujący. Przy czym niemal nigdy nie przeprasza za ataki, czas ma naprawiać sytuację i leczyć rany. Przez pierwsze lata nabierałam się na to, brałam za dobrą monetę, przyjmowałam z entuzjazmem te przejawy dobroci. Z czasem, po wielu latach zaczęłam być ostrożniejsza, powoli reagowałam na jego miłe gesty, z rezerwą i dystansem, bo trudno przyjmowac za dobrą monetę miłe gesty, gdy dwa dni wcześniej było się wyzwaną od najgorszych i słyszało się okropne słowa, doznawało się pogardy i nienawiści. A po kolejnych latach takiej huśtawki teraz potrzebuję naprawdę dużo czasu, by się otworzyć na te dobre okresy męża. I jest tak, że nie od razu przyjmuję jego dobrą wolę, jeszcze się boję, jeszcze się jeżę w środku, i albo on cierpliwie czeka, aż ja odtaję i otworzę się na jego gesty dobrej woli, co owocuje powiedzmy 2 tygodniami idylli, albo nie wytrzymuje do tego czasu i urządza kolejną karczemną awanturę, obwiniając o nią oczywiście mnie i mój chłód. Ale jak nie być chłodną, z dystansem, wystraszoną, gdy otrzymało się wielką dawkę wyzwisk, poniżania, nienawiści? I do tego jest się o wszystko obwinianą, bo: TO TY MNIE SPROWOKOWAŁAŚ?
                    Aż mi głupio to wszystko opisywać, bo większość forumowiczów zna na wylot moją historię i wszyscy się dziwią, że tkwię w tym związku, ale to inna historia. Po co to wszystko tak szczegółowo opisuję? By wykazać, że jesli sprawy zaszyły za daleko, jeśli się było zbyt często źle traktowanym, jeśli mimo deklaracji druga strona wciąż powtarzała te same złe działania i wiele razy zawiodła pokładane w niej nadzieje, trudno jest dobrze odpowiedzieć na wyciągniętą na zgodę rękę, na uśmiech. Rano uśmiech i słowa miłości, radość w sercu, że może tym razem będzie dobrze, wieczorem karczemna awantura o nic z najgorszymi wyzwiskami, to bardzo boli. I tak przez wiele, wiele lat w kółko. Ileż można liczyć na poprawę? Może z Twoją żoną jest podobnie, może ona się boi Ci zaufać i się otworzyć, bo wie, że za jakiś czas znowu coś się zepsuje i będzie jeszcze bardziej bolało, bo jak się obnażamy, jak opuszczamy gardę, to cios będzie bardziej bolesny?
                    • homodelphinus Re: utrata nadziei na poprawę = dystans 14.09.10, 17:41
                      sebalda, jest tak, że czytając twoje wyznania, czuje jakby trochę były o mnie. Przynajmniej w jakimś stopniu. Chociaż u nas nie nadchodzi już etap przepraszania. Z drugiej strony jest, moim zdaniem, trochę inaczej jeśli chodzi o powody, ale o tym dalej.
                      Rozmowa o seksie, bliskości, przytulaniu, jeśli jest, to w żartach w trakcie spotkań towarzyskich.
                      Podam przykład kłótni i jej powód:
                      Całe lato żona: „Dlaczego nic nie robisz koło domu?” Tłumaczę, że nie zrobię teraz nic (chodzi o ogrodzenie, ogród itp), ponieważ to kosztuje, a nie mamy na to środków. Zaproponowałem np. ogrodzenie części działki, na to nas stać. „Nie, bo jak robić to od razu całość.” (więc koszę trawę).
                      I teraz akcja, przyjeżdżam do żony na kawę, siedzi u Niej klientka. Gadu, gadu, pokazuję zdjęcia córci w ogrodzie sąsiadów. Żonka do klientki: „nie, to nie nasz ogród, nasz to pastwisko, bo mąż nic nie robi w domu”.
                      Powiem tylko, że poznałem przed chwilą klientkę żony.

                      Szlag mnie trafił i wydarłem się w aucie. I znowu słyszę, że ty to tylko zatruć życie potrafisz, każdy ci to powie, zapytaj mamy, córek, kolegów, sąsiadów (a ja wiem, że wcale tak nie jestem odbierany, ale żonka lubi tak ponaciągać przy kłótni). W końcu mówię: posłuchaj siebie, jak klniesz i wydzierasz się na dzieci. A poza tym ja nigdy nie mówię przy nieznajomych tego co mi się w tobie nie podoba, to nasza sprawa.
                      Mówi, że nie prawda, to ja na to spytaj mamę, córek itd. Nie mieszaj w to innych słyszę i krew mnie zalewa totalnie.

                      Akcja się powtórzyła przy grillowej integracji z sąsiadami. Znowu zostałem nierobem.
                      Gdyby w tym było chociaż klika procent racji, walnął bym się w cycki i przyznał.

                      Do tego ostatnio nadużywa formy panie prezesie. Prowadzisz biznes, masz ludzi, jaki z ciebie przedsiębiorca, jak ty z ludźmi nie potrafisz rozmawiać. Mówię, że to nie ma nic wspólnego z naszym związkiem i życiem rodzinnym.

                      Dla niektórych z Was może to brzmieć jak jedna wielka żenada, ale dla mnie to naprawdę bardzo trudna sytuacja.

                      Co do dwóch kwestii jestem pewny. Pierwsza, że to co mówię podczas kłótni jest prawdą i zazwyczaj mam rację (tu kwestia Waszej wiary w to co mówię), po drugie, wiem, że sposób w jaki to robię jest nieodpowiedni. Nie potrafię zapanować nad sobą jak słyszę głupoty lub nieprawdę. (Zaraz usłyszę, że zależy mi na postawieniu żony w złym świetle, bynajmniej).
                      HD
                      • demonsbaby Re: utrata nadziei na poprawę = dystans 14.09.10, 17:50
                        homodelphinus napisał:


                        > Co do dwóch kwestii jestem pewny. Pierwsza, że to co mówię podczas kłótni jest
                        > prawdą i zazwyczaj mam rację (tu kwestia Waszej wiary w to co mówię), po drugie
                        > , wiem, że sposób w jaki to robię jest nieodpowiedni. Nie potrafię zapanować na
                        > d sobą jak słyszę głupoty lub nieprawdę. (Zaraz usłyszę, że zależy mi na postaw
                        > ieniu żony w złym świetle, bynajmniej).
                        > HD

                        Masz prawo się wqur..iać i mówić co leży na wątrobie. Milczący bronić się nie mogą, to fakt, ale chwilowo gadamy o odbiorze rzeczywistości przez Ciebie.
                        Dochodzimy do tego, że żona się "pastwi" nad twoimi porażkami, wytyka ci błędy przy nisko-dyplomatycznych zagrywkach, jest "wredną zołzą". A ty przyjmujesz gówna ile się da, pozwolisz, żeby się zagotowało, a potem przychodzi takie yebnięcie, że żona spada z krzesła, bo jej to już konkretnie "rzyg" idzie w buty? To wygląda w ten deseń? (łącznie z epitetami, które celowo koloryzuję, żeby oddać dramat spięć...)
                        • homodelphinus Re: utrata nadziei na poprawę = dystans 14.09.10, 19:02
                          Mniej więcej tak jest. Raczej od razu reaguję na te "gówna", być może "gównami". To jak dwóch torreadorów z płachtami naprzeciw siebie.
                          Stąd chyba trudności ze znalezieniem płaszczyzny, jakiejkolwiek, do podjęcia prób ratowania związku. Moje odczucia są takie, że cokolwiek teraz zrobię, powiem, zasugeruję, zostanie skopane, albo wprost, albo jakąś głupotą, odruchem.
                          Dobrze, że ktoś wymyślił telefon bo przynajmniej tą drogą rozmawiamy w miarę poprawnie.
                          Dochodzę do wniosku, po tych wszystkich dyskusjach, że może faktycznie tego gówna nazbierało się w ostatnim czasie tyle, że trzeba to przeczekać, przemilczeć. Może jak minie parę tygodni, miesięcy, podejmę próbę. Może się wchłonie, jak u sąsiadów przy dziurawym szambie?
                          Bo teraz nie czuję, że cokolwiek to da.
                      • demonsbaby chyba zaczynam ciebie rozumieć 14.09.10, 19:09
                        wbrew pozorom ...albo relacje, które starasz się przedstawić ...
                        Nie wiem czy idę w dobrym kierunku, ale zdaje się, że zacząłeś odgrywać rolę "podnóżka", który stał się wygodny dla swojej, skrzywdzonej małżonki... tzw. metoda "kulawej nogi" chyba ma u was miejsce. Pytasz czy do naprawienia, sądzę, że tak, ale chęci tu są potrzebne, a nie zniechęcenie.
                        Ileś lat wstecz zrujnowałeś małżeńskie życie swoim postępowaniem. Mniej czy więcej stało się to kryzysem, albo przeciąganiem kryzysu, którego uwieńczeniem była zdrada ... ale rolę winowajcy przyjąłeś (zakładam) na siebie, żona wybaczyła... więc zdawało się małymi krokami do przodu. Jak pisałam wcześniej wybaczenie to nie naprawa związku, ale dopiero pierwszy krok do pracy nad nim... a ty (jak sądzę) po przekroczeniu pierwszej bariery wziąłeś wszystko za dobrą monetę i nawet jeśli trwała sielanka, sądziłeś, że już po temacie ...i odtąd wszyscy mniej lub bardziej zranieni mieli żyć szczęśliwie. Zawirowania jakie przeszliście dotychczas, dom/budowa, chora mała, też wam nie ułatwiało nawiązywania więzi .. czy też umacniania.
                        Dobra, nadszedł moment kiedy nagle z kobiety (wydaje mi się, z twoich opisów) inteligentnej, dowcipnej i z pazurem, zrobiła się karykatura ziejąca ogniem... a nader wszystko ma magiczną różdżkę, którą nie zapomina ci machnąć z przekonaniem "ty spieprzyłeś, ty się staraj, bo ja już swoje zrobiłam"... HD tak reagują ludzie głęboko zranieni, którzy nie dali sami sobie szansy na przejście autentycznej "żałoby" nad krzywdą. Tak naprawdę do was nie należało NAPRAWA, wy mieliście zacząć OD NOWA, inne życie, na innych zasadach. Odkrywając siebie i własne oczekiwania względem siebie ... więc kiedy to zrobiliście?

                        Czas na rzeczy dwie: walnięciem pięścią w stół i powiedzeniem "koniec, ja już nie daję rady. pokutować za to co zrobiłem będę całe życie, tylko czemu do cholery jeszcze nie dałaś mi rozgrzeszenia"... wylać kubeł zimnej wody. To ją zaboli bardzo, bo w jej mniemaniu co ona robi źle ... przecież to ty zniszczyłeś jej świat, a ona poświęciła się zostając i ciągnąc ten wóz dalej ... Tylko, że jak pisałam na wstępie - to nie działa. Umartwianie się - to domena kobiet, nie mężczyzn. Ona też tak może reagować, bo robi to ze strachu, z żalu, wszystkich złych emocji, które gromadzą się wskutek jej irracjonalnych mechanizmów. A ty, wierze, ze ty tez się starasz, bo ileś tam lat przełykasz i w końcu zaczęło się odkładać... wiec jedyna reakcja na te stany złośliwości i rozchwiania jest możliwość zastosowania takiej krytyki wobec zony czy zagrywki, która doskonale odnosi skutek - bo zona zamyka się w sobie i obraza...

                        Zacznij działać na zasadzie - teraz ty stawiasz warunki, w tym terapia. Ostateczni sami możecie dojrzeć na takich spotkaniach, ze więcej sobie i dzieciom wyrządzacie szkód niż pożytku.
                      • rennie77 Re: utrata nadziei na poprawę = dystans 14.09.10, 19:41
                        jak zrozumialam sam nie jestes bez winy. pytanie brzmi: czy chcesz, zeby twoje bylo na wierzchu czy chcialbys sprobowac uratowac swoja rodzine? moze zamiast cokolwiek ogradzac, kupowac zegarki czy kwiaty, warto byloby siasc z zona i powiedziec szczerze: /pogubilismy sie i nie wiem co z tym zrobic, prosze poszukajmy pomocy, dajmy sobie szanse./
                        mysle, ze niewiele kobiet (jesli uslyszaloby to od ojca swoich dzieci i mezczyzny, ktorego chociazby KIEDYS kochaly) odmowiloby w takiej sytuacji.
                        to naprawde niewazne co my myslimy, bo nie znamy calej sytuacji, mysle, ze nawet wy dwoje jej nie znacie. moze warto w koncu naprawde zainwestowac w ta rodzine? nie uda sie, to przynajmniej bedziesz wiedzial, ze sprobowales wszystkiego.
                        i wybacz, ze cos wtrace na temat kolegi- ludzie nie sa czyms co mozna wyprobowac i zwrocic na zasadach rekojmi, a kiedy jeszcze sa w to zamieszane dzieci... mam wrazenie, ze kolega dosyc szybko i mocno sie zakochiwal, i kochal na zaboj... ale tylko przez pierwszych kilka lat swojego pozycia. to tez niezdrowe i dowodzi, ze kolejne problemy ciagnal przez swoje kolejne zwiazki. moze byc jeszcze tak, ze za kilka lat, to ktos jego zwroci jako wadliwy towar ;).
                  • kochamkotyijuz Re: złośliwa nie będę 15.09.10, 03:51
                    Mam nadzieje,ze nie byly to chryzantemy zlociste he he.

                    Analizujac wszystkie twoje wypowiedzi dochodze do wniosku ,ze twoje zachowanie moze byc reakcja na pretensje i nieustajace ataki na twoja osobe ze strony malzonki.
                    Napisales ,ze zdrada nastapila na poczatku malzenstwa a skoro malzenstwo trwa 17 lat to bylo to 15 -14 lat temu???To naprawde szmat czasu i niemozna wypominanie zdrady traktowac jako karty przetargowej do manipulowania i wzbudzania poczucia winy przez cale malzenstwo.Skoro zona zdecydowala sie wybaczyc ,dac szanse, nie powinna ow incydentu wypominac przy byle okazji/klotni.Jesli jednak czuje zbyt duze poczucie krzywdy ,ze nie moze sobie poradzic i z tym zyc,ze ja to przerasta, to moim zdaniem powinniscie sie rozstac.Niestety w waszym przypadku czas ran nie goi.A i tobie poczucie winny i bycie traktowanym jak podczlowiek po tylu latach moze wyjsc bokiem.

                    Piszesz ,ze zona sama zajmowala sie wystrojem domu,najlepiej wiedziala co gdzie i jak,ona rowniez zdecydowala jaki styl bedzie dla ciebie odpowiedni.Doceniles dobry gust zony i do niczego sie nie wtracales?tak?Rozumiem jest to uklad pomiedzy malzonkami.Jednak zastanawiam sie jaka bylaby reakcja twojej zony gdybys jej tak ochoczo nie przytakiwal gdybys mial komentarze badz inne wyobrazenia o aranzacji wnetrz czy slylu ubierania.Nie wiem czy dobry gust zony nie zostal ci przypadkiem narzucony,czy zgadzales sie ze wszystkim bo tak naprawde wiedziales ,ze goowno masz do powiedzienia??Czy przytakiwales bo wiedziales ,ze kadze twoje "nie" zakonczy sie klotnia, wypominaniem itp.Do takiej hipotezy sklonila mnie wlasnie sytuacja z twoim prezentem urodzinowym.Postawiles sie i zakonczylo sie to klotnia na 100 fajerwerkow o tak naprawde glupote patrzac z boku. Zona chciala ci cos narzucic ,ale sie nie udalo,wiec nastapil wybuch,pretensje ,wylewanie zolci,wytykanie braku emocji i chlodu.I po co to wszystko??Nie lepiej bylo posluchac meza i uszanowac jego wole??Wszak to jego swieto i dla niego jest ten prezent.

                    Kolejena rzecza ktora pragne skomentowac to ewidentny brak szacunku ze strony zony do twojej osoby i totalne nieliczenie sie z twoim uczuciami.Krytykowanie,wysmiewanie partnera przy obcych to chwyty ponizej pasa.Brudy powinno sie prac w domu i twoja zona nie powinna sie tak zachowywac.Ciekawa jestem ile taki ciosow przyjales na klate w swoim malzenstwie.

                    Takie sa moje refleksje.Przedstawiles swoja zone jako zolze i ja jako taka ja odebralam podpierajac sie rowniez przy tym konkretnymi przykladami swiadczacymi o tym.Byc moze jest tak jak pisze, ale rowniez zakladam,ze moge sie totalnie mylic ,ze blednie analizuje i calkowicie nie mam racji-jest to wynikiem zbyt skapych informacji i znajomoscia opini tylko od jednej ze stron .Swiadkiem naocznym nie bylam ,za reke nie trzymalam i jedynie ze zdawkowych wypowiedzi wysnuwam wnioski.Mam wrazenie ,ze jestes zdominowanym gosciem,takim wlasnie podnozkiem ktory zaczal sie buntowac i zona nie umie sobie z twoja postawa poradzic.
                    • demonsbaby o to,to 15.09.10, 05:47
                      z różnicą jedną, moim zdaniem rozstać się powinniście po "rachunku sumienia" i dania sobie szansy w kierunku mediatora.
                      Innymi słowy, ciągniesz ten "cyrk" lat naście / mniej, z nadzieją, że to się wyciszy, a tu nic. Czas usiąść i zrobić rachunek, co gdzie, jak. Po tym co piszesz, też odnoszę wrażenie, że w każdej sferze życia (może poza wychowaniem dzieci i seksem -może) napotykasz ścianę.
                      To ma swoją nazwę KRYZYS.
                      Jeżeli liczysz na to, że szambo, które się ulało wyschnie, niestety racji możesz nie mieć, a gorzej jak z szamba zrobi ci się potok pod oknem.

                      Ileś lat ogrywasz kolejne role:
                      - na próbę zwierzenia się z problemów w pracy tyt. wsparcia, szukania rozwiązań - otrzymujesz przypisaną rolę nieudolnego idioty/ debila;
                      - na czas postawienia argumentacji w zakresie pielęgnacji "obejścia" tyt. dostępnych środków - nieudolny idiota, leń, debil;
                      - podczas biesiadnych pieśni ze znajomymi - jesteś ponownie kretynem/ nieudacznikiem;
                      - podczas próby włożenia jakiegoś wkładu / własnej inicjatywy w dom - jesteś na wstępie pozbawiony możliwości, bo przecież na niczym się nie znasz...

                      Zaczyna się zatem etap: ściana, ściana, ściana, ściana, brak wyjścia.

                      Milczeniem, wyciąganiem artylerii przy każdym ścięciu fundujecie sobie regularną operację zbrojną bez wygranych, a nie rozwiązaniem narastających napięć.

                      Dzieci - co to za argumentacja? Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę oboje, że dzieci doskonale was obserwują. I to co się dzieje między wami, bez wpływu na nie i ich dorosłe życie nie pozostanie. Mama uczy córki, że mąż może odgrywać rolę szmaciarza, tata uczy córki, że żonie można "jechać bez trzymanki". Jednego z pewnością ich nie uczycie: czym jest szacunek dla siebie i wsparcie. A to co się dzieje w domu, zakładam, że dla dziewczynek stało się NORMALNE, a chyba nie tak miało być. Zatem argumentacja odnośnie - zostaję bosą dzieci - nie jest przetargowa. Zostajesz bo chcesz / szukasz porozumienia z żoną i zbudować normalne relacje lub nie masz już na to sił. Dzieci rozwody przezywają, ale przy zachowaniu rytmu spotkań, telefonowaniu, rozmawianiu nie czują się porzucone. Z czasem akceptują takie zmiany. Natomiast pytanie, czy tego właśnie chcesz...

                      Moja rada jest taka: niemilczenie, wyciszenie. Jasny rzeczowy komunikat po pieprznięciu ręką w stół: MAM DOŚĆ, nie jestem twoim pajacykiem na sznurku, przemyśl co robisz. Terapia i tam będziemy się odkrywać, po co to ciągniemy i czy jest sens to ciągnąć.

                      Twoja żona może nie widzieć, inaczej nie chce widzieć jak ciebie traktuje. Choć to brzmi irracjonalnie, tak jest. Działa przez pryzmat wydarzeń z przeszłości i nawarstwiających się problemów, bo wtedy nie daliście sobie szansy.
                    • joanna35 Re: złośliwa nie będę 15.09.10, 07:40
                      > Analizujac wszystkie twoje wypowiedzi dochodze do wniosku ,ze twoje zachowanie
                      > moze byc reakcja na pretensje i nieustajace ataki na twoja osobe ze strony malz
                      > onki.
                      No cóż...ja jednak ośmielę się wystąpić w obronie małżonki. Jako, że sama jestem w nieciekawym związku to mogę Panie i Panów zapewnić, że to tak nie działa, że tylko jedna strona jest ofiarą a druga wyłącznie katem. Te role są wymienne. Innymi słowy, owszem, zachowanie Autora wątku moze byc reakcją na pretensje i nieustajace ataki na jego osobe ze strony małżonki, ale w drugą stronę działa tak samo - zachowanie, postawa HD może generować takie a nie inne zachowanie pani.
                      I kółko się zamyka.
                      Mam wrazenie ,ze jestes zdominowanym gosciem,takim wlasnie podnozkiem kt
                      > ory zaczal sie buntowac i zona nie umie sobie z twoja postawa poradzic.
                      Ciekawe...bo ja po przeczytaniu wszystkich postów HD mam zupełnie inne wrażenie. Pozwoliłam sobie wypisać kilka użytych przez Autora określeń „Nigdy ich nie nosiłem i nie będę nosił. że ja nie jestem "wszyscy" i nie będę tego nosił. Wiem też, że nie jestem łatwym partnerem, ale szanuję bardzo mówienie tego co myślę. nie czułbym się z tym dobrze. Wiesz, dla mnie to kwestia uczciwości, bo zakładając, że przyjmę prezent i wiem, że nie będę go nosił, byłbym nieuczciwy wobec żony i siebie. każda nasza rozmowa prędzej czy później kończy się wytykaniem błędów, udowadnianiem własnych racji "moja racja jest najmojsza!....". Poza tym padło tyle nieprzyjemnych słów, tyle wyzwisk, niepotrzebnych. Żona twierdzi, że nie będzie ze mną rozmawiać, a ja nie chcę, przynajmniej na razie. Co do dwóch kwestii jestem pewny. Pierwsza, że to co mówię podczas kłótni jest prawdą i zazwyczaj mam rację (tu kwestia Waszej wiary w to co mówię), po drugie, wiem, że sposób w jaki to robię jest nieodpowiedni. Nie potrafię zapanować nad sobą jak słyszę głupoty lub nieprawdę.” Naprawdę widzisz tu zdominowanego gościa? Podnóżek? Ja widzę faceta, który ma w nosie uczucia żony i nie potrafi odpuścić nawet w tak błahej kwestii jak ten nieszczęsny prezent urodzinowy. A to jest naprawdę błaha kwestia, strach pomyśleć o tych zasadniczych.

                      Byc moze jest tak jak pisze, ale rowniez zakladam,ze moge sie totalnie mylic ,ze blednie analizuje i calkowicie nie mam racji-jest to wynikiem zbyt skapych informacji i znajomoscia opini tylko od jednej ze stron .Swiadkiem naocznym nie bylam ,za reke nie trzymalam i jedynie ze zdawkowych wypowiedzi wysnuwam wnioski.

                      A pod tym się podpisuję, mimo odmiennych wniosków. Na koniec powiem tylko jedno – w związku , w którym funkcjonują obok siebie dwa typy – agresywny i bierno- agresywny ten pierwszy zawsze będzie na przegranej pozycji, dla postronnych obserwatorów winny całego zła tylko dlatego, że „wylewa” swoje emocje na zewnątrz. Drugi typ można określić jako – „krew wypije a śladu nie zostawi”, więc postronne osoby tak naprawdę widzą czepiającą się zołzę i biednego, małego, skrzywdzonego przez wredne babsko misia. Prawdę zna tylko żona. Ta ostania uwaga była ogólna, bo w końcu nie wiem jaki typ reprezentuje Autor. Wiem natomiast doskonale jak ciężko żyje się z typem bierno- agresywnym, ale o tym już było w innym wątku.

                      • homodelphinus Re: złośliwa nie będę 15.09.10, 08:28
                        Ja bym tu, czytając bardzo dokładnie co piszecie, wyciągną pewną pośrednią opinię. Mianowicie, nie zgadzam się z tym, że jestem podnóżkiem i maltretowanym misiem. Jestem niestety coraz bardziej biernym (jeśli w ogóle można to stopniować) partnerem/małżonkiem, a to z racji tego, że każdy mój błąd lub podejrzenie jego popełnienia, jest obciążony - i tu się z Wami zgadzam - nie rozliczoną historią z kochanką.
                        Przyjąłem wariant, zapominam, nie opowiadam (mimo, że żona często dopytywała jak to było itp.) postanowiłem zamknąć ten rozdział. Aha, żona wie kiedy kłamię (nawet gdy mówię prawdę). Czyli totalny brak zaufania.
                        A to, że żona jest zołzą to prawda, wypracowała sobie przez lata grubą skórę i spojrzenie killera, a do tego przestała hamować niektóre swoje zachowania.
                        Wina jest po obu stronach (żony i teściowej;)), oczywiście, że biorę na siebie winę, że być może nie rozegrałem najtrudniejszych chwil po zdradzie jak należy, może byłem za mało czuły, może powinienem częściej powtarzać, że ją kocham itd.
                        Na samym początku to było zbyt trudne bo świeże, byłem odpychany. Potem z czasem się do tego przyzwyczailiśmy i tak zostało. Gdybym wiedział, że to będzie miało takie konsekwencje w przyszłości, próbowałby inaczej.
                        Ja jestem świnia bo nie potrafię powiedzieć po każdym ugotowanym posiłku przez żonę "było wyśmienite", mimo, że zawsze powtarzam, jak dobrze gotuje. To są takie drobne głupoty, które tworzą naszą chorą rzeczywistość.

                        Nie raz siedząc na kanapie obok żony myślałem, a może tak przytulić tą zołzę.....e lepiej nie bo dostanie mi się, bo powie, że mnie interesuje tylko jedno itd.
                        Na koniec powtórzę, jestem trudnym partnerem, mam niestety sporo zachowań zaprogramowanych przez moją mamę. Niektóre zmodyfikowałem, np. potrafię przeprosić córcię za to, że się wydarłem, albo żonę, że forma komunikatu była do dupy.
                        Oboje jesteśmy w trudnej sytuacji...
                        • joanna35 Re: złośliwa nie będę 15.09.10, 08:53
                          > Oboje jesteśmy w trudnej sytuacji...
                          Dokładnie tak. Ponieważ sama wiem jak się miotam to szczerze jest mi Was żal - i Ciebie i żony. W którymś momencie dochodzi do takiego zapętlenia, że człowiek myśli/czuje jedno a pokazuje drugie, żeby już więcej "nie oberwać", bo pod grubą skórą kryje się wrażliwość dziecka. Być może problemy żony też sięgają głębiej, być może wykorzystuje Twoją zdradę, żeby dać upust nagrmadzonej i tłumionej przez lata złości, bo. np była grzeczną córeczką mamusi, a powszechnie wiadomo, że grzeczne córeczki nie okazują uczuć, które sprawiają przykrość rodzicom. A że Ty nie jesteś rodzicem a dodatkowo sam się "podłożyłeś" no to odkręciła zawór i "poleciała". Oczywiscie, zgaduję. Wiem jedno - sama z tym też nie jest szczęśliwa. A jak Twoja żona zapatruje się na terapię małżeńską/indywidualną?
                          Jak już wcześniej pisałam - w pewien sposób Cię rozumiem, bo sama właśnie stoję przed ścianą i nie wiem co robić - rozum podpowiada mi walcz, macie dzieci, a każdą inną komórką ciała odczuwa opór przed tą walką, tym bardziej, że może okazać się (i mam tego świadomość), że walczę sama. Im bardziej myślę o ratowaniu tego związku tym większy czuję opór i tym bardziej zwiększam dystans do męża. Dla mnie - koszmar.
                          • homodelphinus Re: złośliwa nie będę 15.09.10, 09:13
                            joanna35 napisała:
                            A jak Twoja żona zapatruje się na terapię małżeńską/indywidualną?

                            Żonka głównie wspomina o konieczności udania się do specjalisty przeze mnie, samemu. Bo to ja potrzebuję pomocy.
                            Mam zamiar zaproponować żonie takie rozwiązanie, jeszcze nie wiem jak i kiedy.

                            Ja Tobie też bardzo współczuję, a najgorsze jest w tym to, że mam cholerną świadomość jednorazowości naszego życia i utraty bezcennego czasu, szkodliwości sytuacji na psychikę swoją i bliskich.
                            • tully.makker Re: złośliwa nie będę 15.09.10, 11:08
                              > Żonka głównie wspomina o konieczności udania się do specjalisty przeze mnie, sa
                              > memu. Bo to ja potrzebuję pomocy.

                              I sadze, ze zona ma racje. To, ze ona, czy wy jako paramozecie potrzebowac pomocy, to zupelnie inna para kaloszy.

                              A tak w ogole, to chyba wydrukuje soebie ten watek, zeby go dac mojej pasierbicy na 18 wraz z dobra rada - nigdy nie przyjmuj z powrotem faceta, ktory zdradzil. NIGDY.
                              To prosta droga do nieszczescia i spieprzenia sobie zycia.
                              Co wlasnei tu doskonale zostalo opisane.
                              • demonsbaby Re: złośliwa nie będę 15.09.10, 11:31
                                tully.makker napisała:

                                > A tak w ogole, to chyba wydrukuje soebie ten watek, zeby go dac mojej pasierbic
                                > y na 18 wraz z dobra rada - nigdy nie przyjmuj z powrotem faceta, ktory zdradzi
                                > l. NIGDY.
                                > To prosta droga do nieszczescia i spieprzenia sobie zycia.
                                > Co wlasnei tu doskonale zostalo opisane.

                                Tully życie ma swój odrębny scenariusz. 18latka, a kobieta dojrzała i wiele rzeczy składających się na zdradę w małżeństwie / związku partnerskim to jest różnica. Owszem takiej utraty zaufania można już nie mieć szansy odbudować... nie wszyscy mamy od urodzenia doświadczenie jak w takich sytuacjach postępować, więc i pewnie autor wątku tą wiedzą nie grzeszył.... ani nikt kto doświadczył to błędy popełniał.
                                Jednak mimo wszystko twierdzę, że umiejętność bycia z kimkolwiek po zdradach czy "występkach" rujnujących związek jest kwestią indywidualną, aczkolwiek jakiś zbiór cech może się powielać.
                                • tully.makker demonsbaby 15.09.10, 13:03
                                  Mi nie chodzilo o to, ze autor watku popełnił blad, tylko ze jego zona popełniła blad zostając z nim, mimoze jak sam rozbrajająco pisze:

                                  biorę na siebie winę, że być może nie rozegrałem najtrudniejszych chwil po zdradzie jak należy, może byłem za mało czuły, może powinienem częściej powtarzać, że ją kocham itd.

                                  o tego dochodza tyakie kwiatki:
                                  nie potrafię powiedzieć po każdym ugotowanym posiłku przez żonę "było wyśmienite", mimo, że zawsze powtarzam, jak dobrze gotuje
                                  Nie raz siedząc na kanapie obok żony myślałem, a może tak przytulić tą zołzę.....


                                  A najbardziej mi się podna stwierdzenie, ze
                                  Aha, żona wie kiedy kłamię (nawet gdy mówię prawdę).

                                  Znaczy co – zdarz się okłamywać zone, a ona ma taka paranoje, ze nie wierzy, nawet jak maz mowi prawde? No sorry, jak się klamie, to się traci wuiarygodnosc i trzeba się napracowac by ja odzyskac, a nie klamac dalej.

                                  W kontekście tego wszystkiego pada diagnoza, która ja postawilam już na [początku:

                                  Na koniec powtórzę, jestem trudnym partnerem, mam niestety sporo zachowań zaprogramowanych przez moją mamę. Niektóre zmodyfikowałem, np. potrafię przeprosić córcię za to, że się wydarłem, albo żonę, że forma komunikatu była do dupy.

                                  I to jest wlasnie kolejny przypadek, kiedy forma komunikatyu służyła wyłącznie zaognianiu konfliktu. Ta okropna zona nie jest chyba taka zla, skoro pamieta o urodzinach? Ja o urodzinach mojego chlopa w zeszłym roku zapomniałam…
                                  • demonsbaby Re: demonsbaby 15.09.10, 13:22
                                    ależ ja rozumiem doskonale żonę, której tutaj nie krytykuję, ale celowo używam "określeń" sugerujących napięcie między obojgiem, którym przestało się układać. Rozumiem też opory żony zdradzanej przed próbą współpracy, umiejętnością "przejścia ponad tym". I wiem, że czasami jest to niemożliwe, owszem bywa i tak. Jednak, moim zdaniem, umiejętność bycia ze sobą, po jakiś konkretnych zajściach / zrujnowania małżeństwa, które funkcjonowało w jakiś sposób dotychczas, jest kwestią indywidualną, a to, że autor sytuacji wcale swoim postępowaniem nie polepsza sytuacji podkreślam ... "eliminacja reakcji, które zaczynają przybierać kaliber artyleryjski". Rozumiem też w jaki sposób facet dotychczas odbiera małżonkę, którą wcześniej zawiódł. On jej nie odbiera jako "ofiary" bo przecież sam jest przedmiotem jej ataków. A ponieważ, nie widzi, jak osoby z zew. rodzaju / zalążka konfliktu - to w sposób destrukcyjny jak najbardziej postępuje - czyli zamiast eliminacji jest potęgowanie przyczyn.
                                • tully.makker demonsbaby 15.09.10, 13:09
                                  Mi nie chodzilo o to, ze autor watku popełnił blad, tylko ze jego zona popełniła blad zostając z nim, mimoze jak sam rozbrajająco pisze:

                                  biorę na siebie winę, że być może nie rozegrałem najtrudniejszych chwil po zdradzie jak należy, może byłem za mało czuły, może powinienem częściej powtarzać, że ją kocham itd.

                                  o tego dochodza takie kwiatki:
                                  nie potrafię powiedzieć po każdym ugotowanym posiłku przez żonę "było wyśmienite", mimo, że zawsze powtarzam, jak dobrze gotuje
                                  Nie raz siedząc na kanapie obok żony myślałem, a może tak przytulić tą zołzę.....


                                  A najbardziej mi się podna stwierdzenie, ze
                                  Aha, żona wie kiedy kłamię (nawet gdy mówię prawdę).

                                  Znaczy co – zdarz się okłamywać zone, a ona ma taka paranoje, ze nie wierzy, nawet jak maz mowi prawde? No sorry, jak się klamie, to się traci wuiarygodnosc i trzeba się napracowac by ja odzyskac, a nie klamac dalej.

                                  W kontekście tego wszystkiego pada diagnoza, która ja postawilam już na [początku:

                                  Na koniec powtórzę, jestem trudnym partnerem, mam niestety sporo zachowań zaprogramowanych przez moją mamę. Niektóre zmodyfikowałem, np. potrafię przeprosić córcię za to, że się wydarłem, albo żonę, że forma komunikatu była do dupy.

                                  I to jest wlasnie kolejny przypadek, kiedy forma komunikatyu służyła wyłącznie zaognianiu konfliktu. Ta okropna zona nie jest chyba taka zla, skoro pamieta o urodzinach? Ja o urodzinach mojego chlopa w zeszłym roku zapomniałam…
                                  • homodelphinus Re: demonsbaby 15.09.10, 17:53
                                    tully.makker napisała:
                                    >
                                    >
                                    > A najbardziej mi się podna stwierdzenie, ze
                                    > Aha, żona wie kiedy kłamię (nawet gdy mówię prawdę).
                                    >
                                    > Znaczy co – zdarz się okłamywać zone, a ona ma taka paranoje, ze nie wier
                                    > zy, nawet jak maz mowi prawde? No sorry, jak się klamie, to się traci wuiarygod
                                    > nosc i trzeba się napracowac by ja odzyskac, a nie klamac dalej.

                                    Bo Ty zawsze mówisz prawdę? ależ rozbrajająca szczerość. Podam Ci prosty przykład, zdarza mi się mówić nieprawdę w kontekście moich kontaktów z moją mamą, ponieważ żona dostaje spazmów jak tylko słyszy cokolwiek w tym temacie.
                                    Przepraszam Cię bardzo, ale albo masz słabszy dzień, albo słabo u Ciebie z czytaniem ze zrozumieniem, wyciągnęłaś kilka wątków, które najbardziej Cię podgrzały i nic z nich nie zrozumiałaś.

                                    A jeśli tak łatwo przychodzi Ci wyciąganie ocen z tego co o mnie przeczytałaś, to pozwolę sobie na mała złośliwość, wyglądasz mi na bardzo skrzywdzoną przez faceta/facetów osobę i to bardzo czuć. Jeśli Twoje rady mają tak wyglądać, to nie pisz proszę więcej.
                                    • tully.makker Re: demonsbaby 16.09.10, 13:17
                                      to pozwolę sobie na mała złośliwość, wyglądasz mi na bardzo skrzywdzoną przez f
                                      > aceta/facetów osobę i to bardzo czuć.

                                      A widzisz, bardzo sie myslisz. jak wiekszosc ludzi w tym wieku mam za soba mniej i bardziej przyjemne sytuacje, ale zyje w szczesliwym zwiazku z mezczyzna, ktoego kocham i szanuje. I poniewaz widze na codzien, jak moze sie zachowywac godny szacunku i milosci mezczyzna, jakim cieplem i delikatnoscia moze otaczac swoja partnerke, to moje oceny co poniektorych pajacow sa tym bardziej surowe. Zeby nie bylo, takich facetow jak ty pajacami nazywa wlasnie moj partner.

                                      Ja wiem, ze sa kryzysy, my tez przeszlismy takie i to bardzo ciezkie, ale da sie z nich wyjsc, gdy tylko sie chce i jest sie uczciwym.

                                      Bo Ty zawsze mówisz prawdę? ależ rozbrajająca szczerość. Podam Ci prosty przykł
                                      > ad, zdarza mi się mówić nieprawdę w kontekście moich kontaktów z moją mamą, pon
                                      > ieważ żona dostaje spazmów jak tylko słyszy cokolwiek w tym temacie.

                                      Cos ci opisze. Raz moj chlop powiedzial, ze jedzie cos zalatwic do pracy. Pojechal, wrocil, i krecil sie po domu jakby go pchly gryzly, chodzil za mna, przytulal sie, noe jednym slowem dziwaczne zachowanie.
                                      Po kilku godzinach wykrztusil z siebie, ze nie pojechal zalatwic czegos do pracy, tylko doradzic koledze przy kupnie samochodu. Kwestia w sumie nieistotna, ale wyrzuty sumienia, ze mnie oklamal - tez ze stachu, ze bede mu trula - tak go gryzly, ze nie mogl sobie z nimi poradzic i w koncu musial sie przyznac.

                                      Dlatego go szanuje i kocham.
                                      • homodelphinus jeszcze raz, powoli.... 16.09.10, 13:55
                                        Bardzo się cieszę, że jesteście takim zgranym i kochającym się małżeństwem, mówię to zupełnie serio. Są jednak sytuacje, w których nigdy być może nie byliście, razem czy osobno, jak np. moja historia z mamą i relacje w stosunku do żony. Dlatego być może nie zrozumiesz dlaczego, kłamię mojej żonie co mówiła moja mama o niej. Moja żona została bardzo poturbowana przez moją mamę i to przez wiele lat. Chcę Jej oszczędzić tego szajsu. Nie mówię też, że jestem idealny, ale chce, żeby kiedyś moje dzieci i rodzina powiedzieli: to był fajny gość, miał za uszami jak każdy, ale był super. Albo, wdepnął w gó..., ale naprawił i wyszedł z twarzą. I wiesz co, wierzę, że tak będzie.
                                        Poza tym nie zgadzam się na traktowanie czyjegoś uczciwego (jakkolwiek to brzmi) podejścia do wyjaśnienia sprawy, poprzez wywalanie bebechów na forum, jako pożywki w stylu: dlatego wydrukuję swojej siostrzenicy jako przykład jak nie postępować, czy nie przyjmować TAKIEGO faceta po raz drugi. Zycie pisze swoje scenariusze, bez względu co chcemy, a czego nie.
                                        A co to ma być? wydrukuj i przekaż, ale dla mnie to nie jest ani rada, ani pomoc, ani tym bardziej baza do dyskusji. Facet=palant=niewart zachodu. Nie wiesz jaka będziesz, co Cie spotka w życiu.
                                        Nie odpowiedziałaś też na pytanie, co zrobisz jak Twoja siostrzenica, czego z całą powagą Jej nie życzę, wdepnie w takie G? zawrzesz na transparencie i będziesz chodzić po mieście, próbując oszczędzić inne osoby?
                                        Z poważaniem HD
                                        • tully.makker Re: jeszcze raz, powoli.... 16.09.10, 14:12
                                          Pasierbica, a nie siostrzenica.

                                          Wdepnie - trudno. Wszyscy chcemy nasze dzieci ocalic od popepniania bledow, i wszystkim nam sie to nie udaje. Moze wydrukuje tez moim synom, zeby wiedzieli, jak bardzo mozna sobie i innym zniszczyc zycie zdrada?

                                          Twoja zona nie chce byc oklamywana. Decydowanie o tym, co ona ma wiedziec, a co nie, jest protekcjonalnym traktowaniem jej jak dziecka specjalnej troski. Zamiast tego - troche dyplomacji,taktu, ciepla... Oklamujesz zone dla jej dobra, ale gdy przyszlo do prezentu, to jakos o jej dobru nie myslales - a mi sie wydaje, ze w ohgole o nim nie myslisz, tylko o swojej wygodzie. A to nie jest droga do naprawy malzenstwa.

                                          Zycie pisze swoje scena
                                          > riusze, bez względu co chcemy, a czego nie.

                                          Wybacz, ale mam dokladnie odwrotne zdanie. mamy kontrole nad mnostwem rzeczy,. To TY wynrales sobie zona, TY ja zdradziles, TY nie potrafiles zainwestowac wysilku w naprawienie relacji po zdradzie i TY oklamujesz zone. ( co nie oznacza, ze ona nie ma swojej wyliczanki, ale zostawmy to na razie na boku)
                                          I TY mozesz wiele rzeczy naprqwic. zastanawiam sie, czemu taki opor budzi w tobie kwestia udania sie na terapie? Dalczego nie mozesz tego zrobic dla siebie i dla ratowania malzenstwa, na ktorym ci ponoc zalezy? Po co takie przepychanki - ja pojde ale jak ty uznasz, ze z toba tez jest cos nie tak i pojdziesz? Dlaczego nie mozesz zwyczajnie dac czegos z siebie, bez domagania sie wzajemnosci, najlepiej z wyprzedzniem?

                                          Nie musisz mi na to odpowiadac, odpowiedz sam sobie.
                                          • homodelphinus Re: jeszcze raz, powoli.... 16.09.10, 17:22
                                            tully.makker napisała:

                                            > Pasierbica, a nie siostrzenica.
                                            >
                                            > Wdepnie - trudno. Wszyscy chcemy nasze dzieci ocalic od popepniania bledow, i w
                                            > szystkim nam sie to nie udaje. Moze wydrukuje tez moim synom, zeby wiedzieli, j
                                            > ak bardzo mozna sobie i innym zniszczyc zycie zdrada?

                                            Jaka Ty jesteś pewna, że życie zostało zniszczone zdradą - "zniszczyć życie" u Ciebie wszystko takie definitywne jest? A skąd wiesz, że żona nie miała wspaniałych chwil ze mną i dzieci, mimo błędu, który popełniłem? Ty synom, jeśli mogę doradzić, to pokaż również jak można naprawiać, a nie tylko jak się ustrzec, zaczynam współczuć Twoim mężczyznom, chodzą na palcach przy Tobie?

                                            > a mi sie wydaje
                                            > , ze w ohgole o nim nie myslisz, tylko o swojej wygodzie. A to nie jest droga d
                                            > o naprawy malzenstwa.
                                            to bardzo źle Ci się wydaje, nie byłoby mnie tu gdyby tak było, to Ci nie przyszło do głowy? coraz bardziej zaczynam rozumieć relacje między Tobą mężem, a synami i coraz bardziej im współczuję

                                            > Wybacz, ale mam dokladnie odwrotne zdanie. mamy kontrole nad mnostwem rzeczy,.
                                            > To TY wynrales sobie zona, TY ja zdradziles, TY nie potrafiles zainwestowac wys
                                            > ilku w naprawienie relacji po zdradzie i TY oklamujesz zone. ( co nie oznacza,
                                            > ze ona nie ma swojej wyliczanki, ale zostawmy to na razie na boku)
                                            Jak tak wszyscy mamy na wiele rzeczy wpływ to dlaczego jest tyle rozwodów, bijatyk, patologii, wojen itd, zakładasz, że wszyscy Ci ludzie są źli z natury? i że nie ma przebaczenia innej drogi? że ludzie nie popełniają błędów nieświadomie? Znowu masz wielki wpływ, również na facetów

                                            > I TY mozesz wiele rzeczy naprqwic.
                                            tu się zgadzam w 100%

                                            > zastanawiam sie, czemu taki opor budzi w to
                                            > bie kwestia udania sie na terapie? Dalczego nie mozesz tego zrobic dla siebie i
                                            > dla ratowania malzenstwa, na ktorym ci ponoc zalezy? Po co takie przepychanki
                                            > - ja pojde ale jak ty uznasz, ze z toba tez jest cos nie tak i pojdziesz? Dlacz
                                            > ego nie mozesz zwyczajnie dac czegos z siebie, bez domagania sie wzajemnosci, n
                                            > ajlepiej z wyprzedzniem?

                                            I widzisz, znowu, albo nieuważnie czytasz, albo nie chcesz, kilkakrotnie napisałem, że uważam potrzebę zaingerowania bezstronnego fachowca, który pomoże zrozumieć obu stronom, ew. dać wskazówki, co z tego, że ja pójdę na terapię, jak wyjdzie, że potrzeba konfrontacji moich zeznań, że być może niektóre zachowania żony muszą ulec zmianie, i chciałbym, aby to usłyszała od obserwatora, nie ode mnie

                                            > Nie musisz mi na to odpowiadac, odpowiedz sam sobie.

                                            Pozwól, że, jako jeden z facetów, sam zadecyduję co mam robić.
                                            HD
                              • homodelphinus Re: złośliwa nie będę 15.09.10, 17:46
                                tully.makker aleś się popisała inteligencją, to ja tu od ładnych paru dni próbuję zrozumieć co się dzieje z moim związkiem, znaleźć przyczynę, zrozumieć swoje błędy i wysłuchać krytyki, a Ty o pasierbicy, żeby nigdy nie przyjmowała faceta. A co zrobisz kochana jeśli ona postąpi zupełnie inaczej? będziesz moralizować, że to prosta droga do spieprzenia sobie życia. To wydrukuj jej historię wielkiego wybuchy i postaw tezę, że nie powinien mieć miejsca, bo nigdy nie powstalibyśmy i nie byłoby kłopotu, albo lepiej przypomnij młodej dziewczynie o Ewie w raju, a to cholera, mądrości jej się zachciało.
                                Siostrzeniec żony właśnie oświadczył się dziewczynie z dzieckiem i przejściami i wiesz co zrobiłem, pogratulowałem mu bo szczęśliwy jest jak cholera.
                                Co Ty byś mu powiedziała? nawet nie chcę myśleć....
                                ps. łatwo postawić mądrą diagnozę co by było gdyby
                        • demonsbaby no i w czym jest problem? 15.09.10, 08:55
                          Rozwiązania masz dwa:
                          1) zostaję i pracuję z żoną nad układem;
                          2) odchodzę i składam broń

                          Przy czym ad 1) już wiesz, że sam nie wykonasz... No cóż, chcesz czekać, to już masz obraz tego co twoje oczekiwanie na zmianę przyniosło - nic, a nawet pogorszenie. Żona nie jest zdolna do wykonania pierwszego kroku, zaryzykuj zatem ty i nie za rok czy pół bo dojdziesz do rozwiązania ad 2).
                          • homodelphinus Re: no i w czym jest problem? 15.09.10, 09:33
                            Będę próbował wprowadzić w życie pkt 1.
                            Nie wiem wprawdzie jak i gdzie, ale spróbuję coś uknuć.

                            Jeśli pozwolicie to wrócę tu po rozmowie z żoną i opiszę jak poszło.
                            • sebalda Re: no i w czym jest problem? 15.09.10, 11:39
                              A ja chciałabym odnieść się do jeszcze jednego aspektu konfliktu. Piszesz o formie komunikatu, o słowach niemiłych, obraźliwych, że nie panujesz nad tym. Otóż to ma bardzo duże znaczenie. Język polski bardzo się zwulgaryzował ostatnio, na porządku dziennym jest słownictwo kiedyś przypisane tylko rynsztokowi, dziś panoszy się wokół bez umiaru. Niemniej słowa mogą bardzo ranić. Mój mąż na przykład uważa, że słowo "suka" wcale nie jest tak bardzo obraźliwe. Dla mnie jest. W zdenerwowaniu można przeklinać, wyzywać, obrażać, a potem udawać, że nic się nie stało, że żona przewrażliwiona, przecież nic takiego się nie stało. Otóż stało. Zostały obrażone uczucia, ja nie mogę się pogodzić z tym, że osoba przynajmniej teoretycznie bliska obrzuca mnie najgorszymi wyzwiskami, sorry. Jesteśmy ludźmi i musimy strać się hamować w agresji słownej. Bardzo mnie wkurza takie stwierdzenie: wiem, że w nerwach nie panuję nad sobą, wiem, że jestem agresywny, ale Ty mnie sprowokowałaś i już nie mogłem się pohamować. Wiem, ale nic z tym nie robię. I tak od ponad 20 lat. Czy to jest ok?
                              A może zaskocz swoją żonę i w kolejnych konfliktach spróbuj dla odmiany okazać się oazą spokoju, zagryź zęby, nie daj się sprowokować, okaż stoicyzm. I to nie raz, ale kilka z rzędu. Na pewno będzie zaskoczona. A kto wie, może po kolejnym razie sama się wyciszy, potem przyjdzie i Cię jeszcze przeprosi? Mój mąż czasami (bardzo rzadko) przeczekuje w spokoju mój nieco gorszy humor albo jakąś uwagę pod jego adresem i ja wtedy nie mogę się tym nacieszyć, od razu zmienia się moje nastawienie. Szkoda tylko, że trwa to chwilę, bo po krótkim czasie on znów odczuwa nieprzepartą potrzebę dania ujścia wszelkim złym emocjom i wszystko się zaczyna od początku.
                              • demonsbaby Re: no i w czym jest problem? 15.09.10, 11:43
                                dla mnie stosowanie wulgaryzmów w postaci "epitetów", a już szczególnie w czasie kłótni, stanowi cholerny przejaw braku szacunku i jest przekroczeniem granicy akceptacji. Po rynsztokach do siebie wzajemnie wylewanych, chyba ciężko jest przejść do porządku dziennego, ba nawet po przeprosinach "ból" i niesmak pozostaje.
                                • sebalda Re: no i w czym jest problem? 15.09.10, 13:11
                                  Otóż to, ale wytłumacz to facetowi. On ma prawo się zdenerwować, ma prawo rzucać mięsem. Ok., jak mu ktoś gwałtownie zajedzie drogę, rozumiem, ale pod adresem żony, kochanej niby żony? On twierdzi, że przesadzam, w gniewie wiele może się zdarzyć. Ja jednak uważam, że muszą być jakieś granice. Dlaczego nie wyzwie szefa, jak ten go zdenerwuje? Dlaczego nie rzuci mięsem pod adresem ojca, gdy ten mu powie coś niemiłego?
                                  Przeprosin za wyzwiska od dawna nie otrzymuję:( To już norma. Mogę się odwzajemniać pięknym za nadobne, ale ja się tym brzydzę i nie chcę tak schamieć, tak nisko upaść. Do czego to dalej prowadzi?
                                  • demonsbaby Re: no i w czym jest problem? 15.09.10, 13:26
                                    do gnoju sebalda prowadzi. Jak cię uderzy, to też stwierdzisz, że to norma? To gdzie są granice? Chciałabyś, żeby ktoś partnera / dziecko objuczył stekiem wyzwisk w nerwach? Nie, prawda. Nie - w człowieku zaczyna się budzić bunt. Chcesz być traktowana tak jak na to zasługujesz, a nawet w obliczu największych spięć lepiej jest zacisnąć wargi i przywalić głową w ścianę niż powiedzieć "ty ..uju". Sebalda, ty wiesz doskonale, że nawet wulgaryzmy "w nerwach" to jest przemoc.
                                    • sebalda Re: no i w czym jest problem? 15.09.10, 13:54
                                      > Sebalda, ty wiesz doskonale, że nawet wulgaryzmy "w nerwach" to jest przemoc.

                                      Ja to bardzo dobrze wiem, ale nie wie tego większość facetów. W tej chwili wulgaryzmów w mowie potocznej używa tyle samo mężczyzn/chłopaków co kobiet/dziewczyn, ale niestety nadal dla wielu facetów powiedzenie kobiecie "ty suko" nie jest niczym zdrożnym. Dla kobiety natomiast jest. Z czego to wynika? Jak mam wytłumaczyć to mężowi?
                                      Czy Autor wątku też tak myśli? Chyba że żona nie jest lepsza, wtedy wycofuję uwagi.
                                      • demonsbaby Re: no i w czym jest problem? 15.09.10, 13:59
                                        sebalda napisała:

                                        > , ale niestety nadal dla wielu facetów powiedzenie kobiecie "ty suko" nie jest
                                        > niczym zdrożnym.
                                        Nie wiem sebalda, czy tak właśnie jest.

                                        Dla kobiety natomiast jest. Z czego to wynika? Jak mam wytłum
                                        > aczyć to mężowi?
                                        Co masz tłumaczyć? Że w ten sposób się nad tobą znęca? Wydrukuj mu ten wątek i wrzuć parę opracowań psychologicznych z tego zakresu. Nie omieszkaj dodać jak to wpływa na poczucie wartości osoby "lżonej w nerwach".

                                        > Czy Autor wątku też tak myśli? Chyba że żona nie jest lepsza, wtedy wycofuję uw
                                        > agi.
                                        Jak tam się sypią iskry - to też tak może być... ale tego nie wiem.
                                        • hamerykanka Re: no i w czym jest problem? 15.09.10, 19:41
                                          >Wydrukuj mu ten wątek i wrzuć parę opracowań psychologicznych z tego zakresu. Nie omieszkaj dodać jak to wpływa na poczucie wartości osoby "lżonej w nerwach". <
                                          I naprawde myslisz ze jej maz, przeczyta, przemysli i zmieni sie na lepsze? Bajki dla naiwnych.
                                          Ja tak bedac nastolatka, probowalam zwrocic uwage rodzicow na zle traktowanie. Podsunelam im ksiazke "toksyczni rodzice; ze stosownie zaznaczonymi akapitami. Jedyna reakcja byla wielka awantura ze uwazam ich za toksycznych a potem foch. I tyle. Metod nie zmienili bo oni nie widza w sobie niczego zlego co trzeba by zmienic. To w tobie jest problem, nie w nich. I jak z tym polemizowac?
                                          • demonsbaby nie realną metodą 15.09.10, 19:51
                                            jest amputacja gangreny jaki likwidacja źródła zagrożenia, zatem bajkolandia ma odniesienie do człowieka, jako, że metod realnych stosować nie można. Ale można próbować odwołać się do resztek człowieczeństwa ... czegoś jaś się nie nauczył, tego jan nie będzie umiał, to z pewnością.. tyle, że i do końca nie jestem pewna, czy jan do końca życia zostać musi idiotą.
                                          • demonsbaby sądzę, że 15.09.10, 21:56
                                            kluczem jest przełamanie poczucia bezradności / chodzenia na oślep - to wstęp do działań dalszych.. nad sobą.
                                            słowna agresja, ma to do siebie, że mimo nawet świadomości naganności takiego zjawiska, w jakimś momencie, te superlatywy wyrażane inaczej zaczynają stawać się "prawdą odczuwalną" (suka, dziwka, szmata - poczucie niższości).
                                            Prawdą jest także, że w takich relacjach możliwość bezpośredniego wpływu na drugiego człowieka jest niestety niska / a nawet żadna. Pozostaje zatem "gra emocji". Jest tylko jeszcze aspekt pracy nad sobą najtrudniejszy do wykonania: zmianę własnej postawy względem osoby, od której tych krzywd się doznaje. Czyli wpłynąć pośrednio na agresora.
                                            Możliwe, że ta zmiana wymusza zmianę zachowań drugiej osoby, czyli oderwać się od "przedmiotu niezgody". Tyle, że ta druga strona, zadająca ból, jest stroną kochaną, więc cięzko się "oderwać". Możliwe, że klucz zatem leży w konsekwencji postępowania: "nie życzę sobie bo zbiór konsekwencji, realnych, które w sytuacji powtórki zostaną wyciągnięte. ale to moja "jakaś tam wizja".
                                            • homodelphinus podsumowując... 16.09.10, 12:18
                                              wczoraj odbyła się moja rozmowa z żonką, główne zarzuty w stosunku do mnie dotyczą sposobu zachowania wobec Niej, krzyków itp. chce ze mną normalnie rozmawiać. Powiedziała też, że chce być ze mną i że będzie się starać o poprawę razem ze mną.
                                              Inna sprawa, że nie chce, przynajmniej na razie, żadnych terapii małżeńskich. Potwierdziła, że ja mam problem emocjonalny i powinienem się skonsultować z lekarzem.

                                              Więc, jesteśmy zgodni co do tego, że musimy razem pracować nad rozwiązaniem. Nie zgadzamy się z tym kto powinien skorzystać z rady specjalisty.
                                              Jeśli to ma być praca, która przyniesie poprawę, będę walczył ze sobą, nie wiem jak długo, bo pewnie kiedyś wystrzelę, ale spróbuję. To mogę obiecać.
                                              Bardzo dziękuję Wam wszystkim za udział w dyskusji, był bardzo pouczający. Wrócę i opiszę nasze postępy, może się okaże, że to Wy jesteście tym "specjalistą":)
                                              Pozdrawiam
                                              HD
      • kai_30 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 15:58
        > Tyle, jeśli chodzi o tę konkretną sytuację. Oczywiście ważna jest forma komunik
        > atu, czy pocalowałeś żonę w policzek, podziękowałeś jej za dobre chęci i delika
        > tnie powiedziałeś, że nie nosisz zegarków? Jeśli tak, to Twoja żona na siłę chc
        > e CIę zminić i nie szanuje Twojej odrębności...

        Dokładnie tak zrobił mój nieślubny, przyłapawszy mnie na kilka tygodni przed swoimi urodzinami na przeglądaniu stron z męskimi zegarkami ;) Delikatnie podpytał, czy noszę się z myślą nabycia mu zegarka i równie delikatnie zasugerował, że największą radość sprawi mu jak zwykle książka. A ja tak chciałam wreszcie kupić mu porządny prezent, a nie kolejne zapychacze półek, tym bardziej, że zegarka nie ma, a na książki już się dawno miejsce skończyło ;)

        Ale cóż - jak chce, to będzie miał. Prezent ma sprawić przyjemność jemu, nie mnie. Nie poczułam się urażona, ale też i w jego komunikacie nie było nic, co mogłoby mnie urazić - ot, delikatne "wiem, kochanie, że chcesz mi zrobić niespodziankę, ale najbardziej się będę cieszył z książki, zegarka i tak będę zapominał zakładać".

        Natomiast gdyby powiedział: "Chyba cię pogrzało, przecież ja nie noszę zegarków, na głowę upadłaś?" walnęłabym fochem ;)

        Zatem pytam, drogi autorze wątku - czy Twój komunikat był podobny do pierwszego, czy drugiego cytatu? Bo może oboje powinniście popracować nad komunikacją? Terapia tak czy owak się przyda, oczywiście, bo sami chyba daleko nie zajedziecie na wózku, który każde ciągnie w swoją stronę.
        • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 17:05
          kai_30 napisała:
          > Zatem pytam, drogi autorze wątku - czy Twój komunikat był podobny do pierwszego
          > , czy drugiego cytatu?

          To było coś pośredniego. Powiedziałem, że przecież wiem, że nie będę nosił, nigdy nie nosiłem. Ale dlaczego zapytała, ja powiedziałem, że nie lubię mieć nic no sobie - zegarka, bransolety, pierścionków - już lekko podniesionym tonem. Żona na to, że jakoś wszyscy faceci noszą obrączki i zegarki. No i tu już się wydarłem, że nie jestem wszyscy i poszło...

          > Bo może oboje powinniście popracować nad komunikacją?

          Pełna zgoda, razem, bo moja żonka też, jak to jedna forumowiczka napisała, ma swoja wyliczankę
          • doctor.no.1 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 17:43
            Homodelphinusie, wygodna ta Twoja żona nie ma co... "Ty pójdź do spejalisty", "Ty się zmień"... bardzo to wygodne, ale jest to róneiż forma agresji... z tym, że biernej...

            Niemniej jednak, nawet jeśli się zaprze i nie będzie chciała nigdzie pójść, to warto udać się do psychologa dla samego siebie. Tylko że nie widać w jej postawie faktycznej chęci WSPÓŁDZIAŁANIA na rzecz wspólnego bycia razem. Nie widać, w tym co piszesz, jej gotowości do pracy nad Waszym związkiem. A na tym polega partnerstwo. Zdrada - była, stała się. Trudno. Ale tez nie może być tak, że zostałeś naznaczony jako ten niedobry, a ona jako kryształowa.

            A co do Ciebie - kup sobie worek bokserski i jak Ci się zachce krzyczeć to pędź do wora i okładaj go z całych sił :) Macie dom, więc miejsce na worek na pewno się znajdzie :)
            • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 17:55
              doctor.no.1 napisała:

              > Homodelphinusie, wygodna ta Twoja żona nie ma co... "Ty pójdź do spejalisty", "
              > Ty się zmień"... bardzo to wygodne, ale jest to róneiż forma agresji... z tym,
              > że biernej...

              to prawda, tylko, że żona przyznaje się przy mnie do swoich wad, ale uznaje, że nie wymagają wspólnej pracy ze specjalistą, że jeśli ja się poprawię to ona automatycznie, jak to powiedziała "o 360 stopni się zmieni"

              > Niemniej jednak, nawet jeśli się zaprze i nie będzie chciała nigdzie pójść, to
              > warto udać się do psychologa dla samego siebie. Tylko że nie widać w jej postaw
              > ie faktycznej chęci WSPÓŁDZIAŁANIA na rzecz wspólnego bycia razem. Nie widać, w
              > tym co piszesz, jej gotowości do pracy nad Waszym związkiem. A na tym polega p
              > artnerstwo. Zdrada - była, stała się. Trudno. Ale tez nie może być tak, że zost
              > ałeś naznaczony jako ten niedobry, a ona jako kryształowa.

              rozważam pójście samemu, chociażby po to, żeby usłyszeć, że żona musi dołączyć

              > A co do Ciebie - kup sobie worek bokserski i jak Ci się zachce krzyczeć to pędź
              > do wora i okładaj go z całych sił :) Macie dom, więc miejsce na worek na pewno
              > się znajdzie :)

              już nawet wiem czyje zdjęcia będę przyczepiał na worku:) (bynajmniej nie żony)
              • demonsbaby Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 18:56
                homodelphinus napisał:

                > do wora i okładaj go z całych sił :) Macie dom, więc miejsce na worek na
                > pewno
                > > się znajdzie :)
                >
                > już nawet wiem czyje zdjęcia będę przyczepiał na worku:) (bynajmniej nie żony)

                Hehehe nie mów, będziesz okładać siebie? ;)
                • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 19:15
                  demonsbaby napisała:
                  > Hehehe nie mów, będziesz okładać siebie? ;)

                  Namaluję wizerunek samca-chamca, bazując m.in na opisie niektórych forumowiczek i sobie go pookładam;)
                  Taki delikatny masochizm:)

                  Swoją drogą ciekawe jaki byłby wynik takiego malunku?:)
                  • demonsbaby Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 19:18
                    popatrz w lustro i pomyśl o teściowej = wyjdzie ;)
                    • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 19:54
                      Nie!!! teściową ma zajefajną:) szkoda, że matki takiej nie miałem:( ale paru z pierwszych stron gazet na ten przykład bym wybrał:)
                      • joanna35 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 19:59
                        HD nie dość, że wydajesz się sensownym gościem to jeszcze masz poczucie humoru:-) Brawo! Tak trzymaj, a będzie dobrze:-)
                        • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 20:14
                          joanna35 napisała:

                          > HD nie dość, że wydajesz się sensownym gościem to jeszcze masz poczucie humoru:
                          > -) Brawo! Tak trzymaj, a będzie dobrze:-)

                          Jak już wykaraskam się z kolejnego dołka to coś tam zaczyna się wesoło dziać, ale najtrudniej jak pikuję w dół, ale to pewnie wszyscy mają wtedy gorzej.
                          Dzięki za dobre słowo, Tobie również życzę jak najwięcej słonecznych dni:)
                          • demonsbaby będzie 16.09.10, 20:17
                            dobrze .. tylko bądżcie konsekwentni w swoim postępowaniu...czego życzę tobie delphinusie i tobie joanno. zawsze jest ten wpływ pośredni ;)
              • sebalda Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 20:22

                >to prawda, tylko, że żona przyznaje się przy mnie do swoich wad, ale uznaje, że nie >wymagają wspólnej pracy ze specjalistą, że jeśli ja się poprawię to ona automatycznie, jak >to powiedziała "o 360 stopni się zmieni"
                Jakkolwiek nielogicznie, nierealistycznie i egoistycznie by to brzmialo, ja rozumiem Twoją żonę. Gdy mój mąż ma dłuższe okresy uspokojenia i łagodności (maksymalnie 3 tygodnie, nigdy chyba nie trwało to dłużej niż miesiąc), ja naprawdę potrafię to docenić, uklada nam się dobrze, sytuacja zmienia się diametralnie, ja jestem spokojna i przez to miła i przyjemna w obyciu:) Trudno mi jest natomiast być taką, gdy dostaję porcję agresji, krzykow i wyzwisk. Zatem naprawdę dużo zależy od nastawienia mężczyzny, jego łagodności, wyrozumiałości i zwykłej ludzkiej dobroci. Umiałabym za to odpłacić stokrotnie, wiedzą to wszyscy moi bliscy znajomi i moje dzieci.
                Trochę mi zgrzyta nazywanie przez Ciebie żony żoneczką, w większości postów. Mój mąż nie znosi, gdy czasami powiem mężulek. Lekki powiew lekceważenia?

                > rozważam pójście samemu, chociażby po to, żeby usłyszeć, że żona musi dołączyć
                Znowu warunki: pójdę, ale ona też powinna. Nie oglądaj się na nią, od Ciebie zależy, czy chcesz poprawy, czy nie. A może przekonasz się, że Twoja zmiana nastawienia, Twoje złagodzenie obyczajów w domu, naprawdę zdziałają cuda? Tylko musisz wytrwać, zmiana chwilowa tylko jeszcze bardziej zaogni sprawę.
                • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 07:50
                  sebalda napisała:

                  >
                  > >to prawda, tylko, że żona przyznaje się przy mnie do swoich wad, ale uznaj
                  > e, że nie >wymagają wspólnej pracy ze specjalistą, że jeśli ja się poprawię
                  > to ona automatycznie, jak >to powiedziała "o 360 stopni się zmieni"
                  > Jakkolwiek nielogicznie, nierealistycznie i egoistycznie by to brzmialo, ja roz
                  > umiem Twoją żonę. Gdy mój mąż ma dłuższe okresy uspokojenia i łagodności (maksy
                  > malnie 3 tygodnie, nigdy chyba nie trwało to dłużej niż miesiąc), ja naprawdę p
                  > otrafię to docenić, uklada nam się dobrze, sytuacja zmienia się diametralnie, j
                  > a jestem spokojna i przez to miła i przyjemna w obyciu:)
                  Zgadzam się znowu w 100%, z małą różnicą, mianowicie to działa tak samo w drugą stronę. Jeśli moja żonka ma złe dni i rzuca mięsem, nie dostając ode mnie żadnych powodów, to musi to zrozumieć i też na tym popracować. To działa w 2 strony.

                  > Trochę mi zgrzyta nazywanie przez Ciebie żony żoneczką, w większości postów. Mó
                  > j mąż nie znosi, gdy czasami powiem mężulek. Lekki powiew lekceważenia?

                  To błędnie Ci zgrzyta, mam tak nawet wpisaną żonkę w telefonie i nie jest to wyraz lekceważenia. (jeśli zgrzytanie dotyczy zębów, to a: emocje, b: nieprawidłowy zgryz, c: pasożyt;))

                  > Znowu warunki: pójdę, ale ona też powinna. Nie oglądaj się na nią, od Ciebie za
                  > leży, czy chcesz poprawy, czy nie. A może przekonasz się, że Twoja zmiana nasta
                  > wienia, Twoje złagodzenie obyczajów w domu, naprawdę zdziałają cuda? Tylko musi
                  > sz wytrwać, zmiana chwilowa tylko jeszcze bardziej zaogni sprawę.

                  Poprawa może istotnie nastąpić, nie mówię, że nie, ale zapalniki są też, moim zdaniem, po stronie żony, i to takie całkiem niezależne od mojego udziału.
              • tully.makker Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 10:59
                > rozważam pójście samemu, chociażby po to, żeby usłyszeć, że żona musi dołączyć

                Zaden kompetentny teraputa ci tego nie powie.

                A idac na terapie z takim nastawieniem, marnujesz tylko czas i kase - ty wciaz chcesz tylko udowodnic, ze twoje na wierzchu, a przynajmniej rownie na wierzchu, jak zony.
                • demonsbaby Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 11:06
                  tully.makker napisała:

                  > > rozważam pójście samemu, chociażby po to, żeby usłyszeć, że żona musi doł
                  > ączyć
                  >
                  > Zaden kompetentny teraputa ci tego nie powie.

                  No tu bym się sprzeczała o kompetencje. Po zgłębieniu problemu przez kompetentnego terapeutę, ten możliwości skuteczności odbycia terapii małżeńskiej z pewnością by nie nie odradzał, gdyby iskry szły na linii porozumienia między dwojgiem ludzi.

                  >
                  > A idac na terapie z takim nastawieniem, marnujesz tylko czas i kase - ty wciaz
                  > chcesz tylko udowodnic, ze twoje na wierzchu, a przynajmniej rownie na wierzchu
                  > , jak zony.

                  Żona tu tez nie postępuję właściwie nawet ze znamieniem ofiary jego poczynań. Nie wychodź z założenia, że "wybaczenie" (znów ten kolokwializm) jest formą zbawienną na wszelkie zło, które ją dotknęło.
                  • tully.makker Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 12:10
                    No tu bym się sprzeczała o kompetencje. Po zgłębieniu problemu przez kompetentn
                    > ego terapeutę, ten możliwości skuteczności odbycia terapii małżeńskiej z pewnoś
                    > cią by nie nie odradzał, gdyby iskry szły na linii porozumienia między dwojgiem
                    > ludzi.

                    Oczywiscie teraputa autora watku moze zalecic terapia malzenska. Raczej samjej nie poprowadzi, bo wiekszosc polskich teraputow przestrzega zasady, ze nie mozna prowadzic jednoczesnie terapii pary i jejj czlonka, i ze prowadzac terapie pary spotyka sie wylacznie z para, by uniknac podejrzen o brak bezstronnosci.

                    Żona tu tez nie postępuję właściwie nawet ze znamieniem ofiary jego poczynań. N
                    > ie wychodź z założenia, że "wybaczenie" (znów ten kolokwializm) jest formą zbaw
                    > ienną na wszelkie zło, które ją dotknęło.

                    To ansolutnie nieistotne, czy zona postepuje wlasciwie, czy nie - to nie zona szuka tutaj porady, tylko autor watku. Byc moze optymalnie byloby, gdyby oboje poszli na terapia - ale tej optymalnej sytuacji nie ma, to jest niezaprzeczalny fakt. Auto watku moze wiec tkwic w bagnie, albo podjac jednostronna decyzje o zmianie i zaczac sie zmieniac. Dla siebie, nie dla zony. Byc moze efektem jego zmian bedzie stwierdzenie, ze nie chce zyc w tym zwiazku - i zona bedzie sie musiala pogodzic z tym, ze nie zainwestowala w ratowanie malzenstwa. Byc moze zona malzenstwa nie chce ratowac i chce, zeby sie rozpadlo.

                    Nie wiemy tego wszystkiego i pewnie sie nie dowiemy.
                • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 11:27
                  tully.makker napisała:

                  > > rozważam pójście samemu, chociażby po to, żeby usłyszeć, że żona musi doł
                  > ączyć
                  >
                  > Zaden kompetentny teraputa ci tego nie powie.

                  A skąd taki wniosek? Mam wrażenie, że masz trochę skłonności, jak zresztą wielu Polaków, znania się na wszystkim. A może będzie tak, że jeśli faktycznie specjalista powie coś co dotrze do żony, a nie docierało ode mnie, hmm?
                  >
                  > A idac na terapie z takim nastawieniem, marnujesz tylko czas i kase - ty wciaz
                  > chcesz tylko udowodnic, ze twoje na wierzchu, a przynajmniej rownie na wierzchu
                  > , jak zony.

                  Kasa nie ma tu żadnego znaczenia, jeśli chodzi o ratowanie związku, jeśli się przekonam, że lipa z terapią, to będę wiedział - jak ktoś zaznaczył na forum - że przynajmniej spróbowałem.
                  Nie chodzi o "na wierzchu", chodzi - tak mi się wydaje - o minimalną równowagę, równouprawnienie, czy jak kto woli uznanie wspólnej winy. Nie czuję, że to ja w 100% odpowiadam za stan rzeczy.
                  • tully.makker Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 12:22
                    > Nie chodzi o "na wierzchu", chodzi - tak mi się wydaje - o minimalną równowagę,
                    > równouprawnienie, czy jak kto woli uznanie wspólnej winy. Nie czuję, że to ja
                    > w 100% odpowiadam za stan rzeczy.

                    ja tez nei czuje, zebym w jakims znaczacym stopniu ponosila odpowiedzialnosc za nasz kryzys, zwlaszcza ze jego skladowa byla moja depresja, na ktora jako zywo wplyw mialam minimalny - podjelam leczenie gdy tylko stalo sie to mozliwe.

                    Moj partner sam przyznaje, ze zachowywal sie wtedy okropnie i ze sie tego wstydzi teraz. Tera moze to powiedziec, bo wie, ze nie otrzyma w zamian tryumfujacego spojrzenia, tylko glebsza refleksje z mojej strony na temat mojego wkladu w problem. Wczesniej nie przyznalby tego za nic w swiecie.

                    ja to widze tak - ktos musi sie okazac madrzejszy, albo nic z tego nie bedzie. U nas to bylam ja, u was - ty masz szanse.
                  • tully.makker Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 12:46
                    A skąd taki wniosek? Mam wrażenie, że masz trochę skłonności, jak zresztą wielu
                    > Polaków, znania się na wszystkim. A może będzie tak, że jeśli faktycznie specj
                    > alista powie coś co dotrze do żony, a nie docierało ode mnie, hmm?

                    Chodzilam na terapie malzenska z pierwszym i drugim mezem. To proces uczenia was komunikacji, terapeuta nie wyglosi wam kazania, jak sie macie zachowywac, ani nie bedize was pouczac. To wy, ciezka praca, bedziecie musieli w samych sobie odnalezc najlepsza dla was droge, kierujac sie zadaniami i pytaniami dawanymi wam przez terapeute.

                    IMHO - ale to tylko moje zdanie - bardziej skuteczna od terapii malzenskiej jest terapia indywidualna. Ale o tym przekonasz sie na wlasnej skorze.

                    Wspolczuje ci, bo widze w tobie odbicie samej siebie kilka lat temu. I wiem, ze jesli nie zmienisz podejscia, to gowno z tego bedzie. No ale do tego niestety musisz dosc sam, bo najwyrazniej mi nie wierzysz.
          • tully.makker Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 16.09.10, 20:42
            Pełna zgoda, razem, bo moja żonka też, jak to jedna forumowiczka napisała, ma s
            > woja wyliczankę

            Czytasz to. co ci jest wygodne. Tego, ze smieszne jest udawanie, ze chce sie zmian, tylko pod warunkiem,ze ta druga strona sie zmieni pierwsza, juz nie doczytales.

            Ja wiem, ze taka postawa nie jest rzadka, ale ze jest niekonstruktywna, to sie chyba nauczyles przez 15 czy ilestam lat maklzenstwa. Ale ty na obarot swoje, ona tez i tak pieknie zmarnujecie zycie sobie, a dzieciom dziecinstwo.
            • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 08:10
              tully.makker napisała:

              > Czytasz to. co ci jest wygodne. Tego, ze smieszne jest udawanie, ze chce sie zm
              > ian, tylko pod warunkiem,ze ta druga strona sie zmieni pierwsza, juz nie doczyt
              > ales.
              1. opisałem problem
              2. przyjąłem Wasze opinie, większość, oprócz niektórych Twoich, nasączonych inkwizycją - jak ktoś spaprał, zdradził - kastracja, na orbitę ziemską z nim. Po za jedną drobną uwagą o wyliczance, Ty nie przyjmujesz winy drugiej strony, skąd wiesz z czego wynikała zdrada?
              3. przyznaję się do swojej winy
              4. chyba wiem jak z tym walczyć i mam wolę żeby to zmienić
              5. rozmawiam o tym z zoną
              6. widzę światełko w tunelu

              > Ja wiem, ze taka postawa nie jest rzadka, ale ze jest niekonstruktywna, to sie
              > chyba nauczyles przez 15 czy ilestam lat maklzenstwa. Ale ty na obarot swoje, o
              > na tez i tak pieknie zmarnujecie zycie sobie, a dzieciom dziecinstwo.

              O Ty Przepowiednio moja. Dzięki za dobre słowo. Na szczęście różnimy się swoich opiniach, czy pięknie to inna sprawa, ale ja mimo swojej nieciekawej sytuacji mam chyba więcej optymizmu. Wiem, że gadać to jedno, a robić to drugie i być może będzie trudno.
              Ale na pewno ja, gdy ktoś mnie zapyta o opinię, nie powiem: "stary spieprzyłeś sprawę, a w ramach pokuty obetnij sobie dobrowolnie wybraną kończynę, może wtedy się mi spodobasz", tylko powiem: "Stary spieprzyłeś, małymi kroczkami możesz zrobić tak i tak, możesz też skorzystać z mojego doświadczenia".
              I jeszcze proszę przypomnij sobie, pisałem o gotowaniu się we własnym sobie przez te wszystkie lata, i że być może dyskusja na tym forum będzie formą terapii.
              Postawa opisana przeze mnie nie jest rzadka - zgoda, ale Ty mi powiedz - bo widzę, że jesteś doświadczoną forumowiczką (bez ironii) - czy rzadko bądź nierzadko faceci zgłaszają się w taki sposób o pomoc?

              • tully.makker Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 09:41
                > Postawa opisana przeze mnie nie jest rzadka - zgoda, ale Ty mi powiedz - bo wid
                > zę, że jesteś doświadczoną forumowiczką (bez ironii) - czy rzadko bądź nierzadk
                > o faceci zgłaszają się w taki sposób o pomoc?
                >

                A czy ja mowie ze taka postawa ogranicza sie do mezczyzn? Sama mialam taka, i taka sama mial moj chlop, co niewatpliwie przedluzylo nasz kryzys i sprawilo nam obojgu wiele bolu. Ale ja teraz juz wiem, ze zmiana w zwiazku jest mozliwa nawet wtedy, gdy zmienia sie tylko jedna strona, bo to sa naczynia polaczone.

                Ja podjelam prace nad swoja zmiana - ktora bedzie trwala jeszcze lata - nie dla zwiazku, nie dla chlopa, nie dla rodziny - tylko dla siebie. Przestala mi sie podobac osoba jaka sie stalam podczas naszego kryzysu i postanowilam, ze sie zmienie. zamiast dusic w sobie pretensje, a ptoem warczec - uczciwie stawiac granice, ale tez pamietac, ze stawiam je czlowiekowi, ktorego wybralam na zyciowego partnera. Te same rzeczy mozna powiedziec cieplo, milo, z uczuciem, tak by nikogo nie zranic, by dac mu wysc z twarza - albo wrednie, nakrecajac konflikt.

                Ale odkad pracuje nad soba, coraz mniej mam okazji by stawiac granice, bo on sam je sobie stawia.

                A wiem tez, ze sa pewne rzeczy, typu problemy z corka, ktora powoduja u chlopa bardzo zly humor. Nie pozwalam mu sie wyzywac na mnie, ale tez szanuje to, ze on ma stres i pozwalam mu dojsc do siebie, zajmujac sie w tym czasie swoimi sprawami.
              • okrent9 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 18:19
                homodelphinus, terapia indywidualna to fajna rzecz :) Człowiek ma szansę o sobie poopowiadać, być wysłuchanym (co w sytuacji, kiedy żona z różnych względów chwilowo cię nie słucha, będzie bardzo przyjemne!), a przy okazji wiele się nauczyć.

                Fakt, że żona upierała się przy kupnie zegarka dla Ciebie, kiedy przez TAKI SZMAT CZASU jesteście parą i ona doskonale wie (powinna wiedzieć!!!) że ty nie lubisz niczego na sobie nosić, i to upieranie się przy tym w kontekście TWOICH urodzin, a później okazywanie pretensji i nazywanie Cię niewdzięcznikiem (nie pamiętam teraz dokładnie co Ci powiedziała, ale tak mi się zapamiętała jej intencja), zakrawa mi na przemoc emocjonalną. I dobrze, że nie ustąpiłeś. Może wcześniej ustępowałeś (już ktoś wyżej taką hipotezę wysunął) i żona przywykła że jednak ustępujesz, co dało jej pole do wyżycia się na Tobie przy okazji urodzin - na pewno czuła, że to Cię bardziej zaboli. I teraz uwaga: przypuszczam, że jednak zrobiła to wszystko bez premedytacji, a po prostu wiedziona jakąś spaczoną intuicją, która prowadzi ją tam, gdzie Was oboje czeka konflikt i ból. Możliwe że rzeczywiście wciąż odgrywa się za tamtą zdradę, jednak to nie jest dobre dla NIKOGO, i nie jest to w porządku wobec Ciebie. Mogę zrozumieć jej ból spowodowany zdradą, jednak nawet jeśli to nie była jednorazowa sprawa a jakiś romans trwający nawet, powiedzmy, dwa lata, to od tamtej pory minęło już TYLE czasu, że teraz odgrywanie się na co dzień i powodowanie spięć w domu, w którym są też Wasze wspólne dzieci, po prostu jest nonsensem. Jej to nie pomaga sobie z niczym radzić (bo gdyby mogło, to już dawno by pomogło), męczycie się oboje, a dzieci uczą się takich dysfunkcjonalnych zachowań. Niektóre z opisanych przez Ciebie zachowań żony można zakwalifikować jako słowną agresję. Pomimo że Ty przyznajesz się do krzyków, które w teorii też byłyby rodzajem słownej agresji, nie jestem pewna, czy w praktyce tak właśnie jest, ponieważ bywa tak, że ofiara słownej agresji znajduje się w niektórych sytuacjach w stanie takiego wyczerpania umysłowego i emocjonalnego, że BRONIĄC się przed agresją podnosi głos. Polecam książkę "Toksyczne słowa" Patricii Evans, także jej autorstwa książkę "Dyktatorzy emocjonalni" i poradnik Robin Stern "Efekt gasnącego światła". Ta ostatnia wyjaśnia mechanizmy emocjonalnej przemocy w związkach, sposób, w jaki ludzie wiążą się z osobami, które stosują przemoc emocjonalną, prezentuje proste rady, jak wyrwać się z takiego, że użyję Twoich słów, "chocholego tańca". Również w "Toksycznych słowach" podano praktyczne wskazówki jak ROZPOZNAĆ słowną agresję i jak na nią reagować. To działa :)

                Także sebaldzie chciałabym polecić powyższe lektury. Z Twoich opisów wynika, że jesteś ofiarą przemocy emocjonalnej i słownej, i to od wielu wielu lat. Książki które wymieniłam, zwłasza "Efekt gasnącego światła" i "Toksyczne słowa", to taka "pierwsza pomoc", samopomoc, autoterapia, i to naprawdę skuteczna. Oczywiście męża nikt za pomocą czarodziejskiej różdżki nie zmieni w jednej chwili w aniołka, ale ważne jest, byś Ty przestała tak cierpieć. Jeśli poznasz sposoby skutecznego reagowania na objawy słownej agresji, poziom Twojego stresu i frustracji gwałtownie się obniży, gwarantuję. :) A stopniowo przez zmianę Twojego zachowania powinno się zmienić również zachowanie męża.

                Wszystko właściwie sprowadza się do stawiania granic :) Niektórzy z racji doświadczeń w dzieciństwie (np. alkoholizmu w rodzinie) mają problemy ze stawianiem granic, i niejako pozwalają na to, by ich psychiczna przestrzeń w jakiś sposób zlała się z psychiczną przestrzenią partnera. Wtedy najczęściej prędzej czy później dochodzi do projekcji własnych negatywnych uczuć na partnera; osoba dominująca w związku zaczyna wtedy w partnerze dostrzegać "same wady" (po prostu rzutuje te negatywne uczucia, z którymi sam/sama sobie nie radzi, na partnera, i w ten sposób się ich "pozbywa", a właściwie pozbywa się uczucia dyskomfortu, że jest w nim/niej coś, co nie pasuje do jego/jej obrazu samego/samej siebie). Jeśli partner w związku pozwala na taką projekcję, najczęściej po prostu dlatego, że zależy mu na utrzymaniu relacji, a nie potrafi rozpoznać objawów agresji emocjonalnej/słownej, związek może stać się koszmarem.

                Homodelphinus, pisałeś coś o swojej matce i jej piciu. Najprawdopodobniej jesteś DDA i masz skłonności do współuzależnienia (właśnie przez brak jasno określonych własnych granic, przez nieumiejętność ich stawiania, i przez brak rozeznania we własnych potrzebach, które pewnie w dzieciństwie były ignorowane). Z kolei Twoja żona z własnego domu rodzinnego na pewno wyniosła jakieś dysfunkcjonalne wzorce, pomimo, że piszesz coś o tym, jak to jej rodzina działa "lepiej" niż Twoja, a teściowie są fajni - to może być tylko pozór, a w domowym zaciszu teść teściową albo teściowa teścia, bądź też oboje siebie nawzajem, psychicznie dręczą - to tak dla pocieszenia Ci piszę :D Mam przyjaciółkę, która całe życie twierdziła, że jej rodzice byli świetnie zgranym małżeństwem, i teraz z przerażeniem widzi, że "na starość" nie są w stanie się normalnie porozumiewać. Przez dotychczasowe dorosłe życie najwyraźniej albo wypierała wszelkie złe wspomnienia o domu rodzinnym i układach w nim panujących, albo po prostu te układy wydawały jej się normą - i dopiero teraz dostrzega, że jednak można inaczej... bo z jej opowieści osoba patrząca z zewnątrz jest w stanie dojrzeć, że wcale nie wszystko było w jej rodzinnym domu idealne i że na pewno było wiele powodów do konfliktów. Jesteśmy po prostu tak "wytrenowani", że to co nas otaczało w dzieciństwie wydaje nam się często "normalne" nawet jeśli do normalności temu daleko...

                Jeszcze raz polecam i terapię indywidualną i lekturę wymienionych książek i życzę szybkich zmian na lepsze :)
                • joanna35 Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 17.09.10, 18:51
                  To ja polecam dwa tytuły "Kochaj siebie, a nieważne z kim się zwiążesz" i " Kochaj siebie a przetrwasz każdy kryzys". Z kilku powodów to nie jest łatwa lektura:-)
                  • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 21.09.10, 10:56
                    joanna35, Tobie także dziękuję, ale nie wiem czy ja już nie kocham siebie ponad życie?;)
                    To oczywiście żart, chociaż żona często nabija się ze mnie, że taki jestem w siebie zapatrzony. Osobiście nie czuję się narcyzem, ani jakoś wyjątkowo nie skupiam się na sobie, interesuje mnie raczej otoczenie i bliscy.
                    Nie lubię łatwych lektur, chociaż ostatnio zaczytuję się w opowieściach Gringo Cejrowskiego. Ten to potrafi namalować słowami swoje historie, zabawnie, inteligentnie i ciekawie. Chociażby historia jedynego motyla, którego upolował. Niestety nieświadomie, a przywiózł jego larwę w stopie:)
                    Polecam "Gringo wśród dzikich plemion". A jakby ktoś chciał totalnie przenieść się w inny świat to historie nurkowe "Mrok" "Zanurzeni w Boesmansgat" Phillipa Fincha. Są to pozycje, w których jest trochę języka specjalistycznego, ale bardzo dużo jest zawartych wyjaśnień. Finał historii głównego bohatera jest tragiczny, ale próba zrozumienia podejmowania takich wyzwań - warta.
                • homodelphinus Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 21.09.10, 10:47
                  okrent9, bardzo dziękuję za Twój tekst.
                  Co do terapii to jeszcze się zastanawiam, póki co stonowałem trochę z emocjami, staram się je studzić i chyba żona to zauważyła. A ja obserwuję co się dzieje.
                  A propo's żony doświadczeń z dzieciństwa, to też nie miała łatwo, tato wolał kumpli i bełta, niż rodzinę, chociaż teściu już nie żyje i nie wypada mówić o tych co odeszli, to pewnie nie bez znaczenia było to dla żony wychowania.
                  Na moje dzieciństwo, ja się kiedyś odważę, powinna składać się gruba książka, czasami jak opowiadam niektóre historie to ludzie przecierają oczy. Ale tak jak piszesz, dla mnie to był chleb powszedni, ja myślałem, że tak ma być.
                  Dzięki też za wskazanie pozycji książkowych, na pewno skorzystam:)
                  Pozdrawiam
                  HD
                • sebalda Re: kłótnia o urodzinowy prezent - pomocy! 21.09.10, 13:01
                  okrent9 napisała:
                  > Także sebaldzie chciałabym polecić powyższe lektury.
                  Dziękuję z polecanki. Toksyczne słowa juz dawno mi tu polecano i juz dawno je przeczytałam. To wypisz, wymaluj moje małżeństwo. Podobieństwa reakcji mojego męża sa udrzerzające. A najważniejsze w tej książce jest to, że uświadomiła mi, że w związku nie zawsze jest tak, że to obie strony są winne. Tyle lat godziłam się na złe traktowanie właśnie przeświadczona o tym, że może ja też jestem winna. Na tym bazują agresorzy, na tym wiecznym: "Ja wiem, że jestem wybuchowy, ale TO TY MNIE SPROWOKOWAŁAŚ".
                  Jest tylko jedno zastrzeżenie. Moje uświadomienie i próby stawiania granic jeszcze bardziej nakręcają męża w agresji, zaogniają sytuację. Wiedziałam, że na początku tak będzie, że nikt dobrowolnie nie zrzeka się wladzy, ale czasami jest naprawde ciężko. Następuje eskalacja przemocy i jest to bardzo bolesne. Ostatnio nawet odbija się to na moim zdrowiu, boli dosłownie fizycznie.
                  Ale się nie poddaję, już nigdy nie wrócę do roli ofiary, jestem zdeterminowana, żeby walczyć o swoje prawa do końca. Tylko kiedy to nastąpi i jaki będzie ten koniec?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka