grosz-ek
08.10.12, 01:31
2 lata temu, leżąc w łóżku, w obcym mieszkaniu, z dala od swojego domu i dzieci, przy zapalonej lampce, około 1 w nocy odebrałem telefon od lekarza, że komisja etyczna potwierdziła śmierć mojej żony. Jakkolwiek byłem na ten telefon przygotowany, to niemniej był on dla mnie ogromnym szokiem. Szokiem, z którego właściwie do tej pory się nie otrząsłem. W swoich najgorszych snach się nigdy nie spodziewałem, że z dnia na dzień zostanę samodzielnym ojcem 4 dzieci. To było nie do pomyślenia. Lila była zdrowsza, bardziej sprawna, bardziej spostrzegawcza ode mnie. To Ona uczyła dzieci przechodzenia przez pasy. A jednak to ją potrącił samochód. Po prostu, nie wierzę. Takie rzeczy w życiu się nie zdarzają. A mimo to ...
2 lata. Dopiero 2 lata. Raptem 730 dni. Czy tyle wystarcza, aby się z tym wszystkim pogodzić? Niestety nie. To ciągle i nadal za mało. Jestem cały czas blisko tego miejsca, w którym tak nagle się znalazłem. Może dlatego, że nie chcę się stąd ruszać. Chcę być nadal przy mojej Miłości. Chcę nadal czuć jej obecność. Czuć jej zapach, jej dotyk, jej głos. Cieszyć się jej widok. A nade wszystko - kochać Ją i być przez Nią kochanym. I choć jej samej już nie ma na tym świecie, to została nasza miłość. Miłość, która choć boli, to jednak daje oparcie, radość i sens życia. Tylko tak łatwo mi przychodzi o tym zapomnieć. I wtedy czuję się nieszczęśliwy. Kiedy odwracam się do niej plecami.
Dlatego, Kochanie, w tę 2 rocznicę Twojego powołania do wyższych celów, pragnę Ci powiedzieć, że Ty jesteś moim szczęściem i radością. Tak po prostu. Kocham Cię.