aga_ta_78
06.02.08, 03:38
Chciałam przedstawić moją historię i zapytać co o tej sytuacji
myślicie.
W styczniu tego roku urodziłam synka. Jest to moje pierwsze
dziecko, pierwszy wnuk w mojej rodzinie i drugi w rodzinie męża.
Sprawa dotyczy właśnie mojej rodziny. Przez całą ciążę (na początku
leżałam, bo miałam plamienia oraz z racji tego, że miałam już jedno
poronienie na koncie) bardzo pomagała nam rodzina męża. Tylko i
wyłącznie. Przyjeżdżali, przywozili obiady, choć blisko nie mieli,
bo mieszkają w odległości 120 km od nas (identycznie zresztą jak
moi rodzice). Nie jest to chyba jednak jakaś zawrotna odległość,
chociaż moi rodzice zawsze się usprawiedliwiają, że to tak daleko,
ale gdyby było bliżej, to wszystko wyglądałoby inaczej... Tak
więc „moi” przez całą ciążę odwiedzili mnie tylko raz. Myślałam, że
jak urodzi się dzieciątko, na które w mojej rodzinie bardzo długo
czekali (starszy brat z bratową mieli problemy i dopiero w tym
roku, po 9 latach małżeństwa pojawi się w ich rodzinie dziecko), to
sytuacja się zmieni. A jednak się pomyliłam. Znowu. Bo gdy leżałam
po poronieniu najpierw w szpitalu, a później w domu, to moja mama
też nie mogła mnie odwiedzić.
Mój synek ma 5 tygodni, a rodzice jeszcze go nie widzieli, bo nie
mogą po prostu się wyrwać z domu... Obydwoje na emeryturach.
Jeszcze przed rozwiązaniem prosiłam moją mamę, żeby mi na początku
pomogła przy maluchu w domu. Obiecywała, że tak będzie, że mnie nie
zostawi w potrzebie i jakoś się ze wszystkim zorganizuje.
Zorganizuje, bo rodzice opiekują się babcią. Ale nie są sami, w tym
samym mieście mieszka jeszcze siostra mojej mamy, również na
emeryturze. Zresztą przychodzi do babci codziennie i pomaga przy
niej całymi dniami. Parę dni przed rozwiązaniem, mama zadzwoniła do
mnie i oznajmiła, że „muszę zdawać sobie sprawę z tego, że nie
przyjedzie do mnie, bo po prostu nie może zostawić babci samej”.
Babcia była wtedy tak jak ja w szpitalu. Jak urodziłam sytuacja się
powtórzyła, bo babcia znowu trafiła do szpitala i mama znowu nie
mogła się wyrwać. Znowu mogłam liczyć na pomoc tylko rodziny męża.
Jest mi strasznie przykro. Nie mogę sobie tego wszystkiego
poukładać. Wszystko inne, wszyscy inni są ważniejsi od mojego
dziecka. Mój ojciec codziennie jeździ na budowę i załatwia
wszystkie formalności oraz dogląda budowy domu mojego brata. Gdy
bratowa musiała jechać do lekarza (leczyła się przed ciążą) 200 km,
to mój tato z nią jechał samochodem, bo brat nie mógł brać tak
często urlopu. Gdy bratowa leżała w szpitalu na początku swojej
ciąży (akurat w tym samym czasie gdy ja rodziłam) oddalonym prawie
100 km od domu rodziców, to mój tato mógł się wybrać z wizytą do
niej, a do mnie już nie.
I nie wiem czy ja wymyślam sobie problemy, czy niepotrzebnie
histeryzuję, ale jest mi tak smutno z tego powodu, że nie chce mi
się nawet z nimi gadać, do nich dzwonić.
Wczoraj zadzwonili z okazji moich imienin i mama ze śmiechem mi
powiedziała, że raczej my musimy się do nich wybrać z wnuczkiem, bo
oni nie będą mieli jak i kiedy. I faktycznie chyba tak może być.
Dodam jeszcze tylko, że jak widzę jak się zachowuje rodzina męża,
jak nam pomaga, jak się cieszą z wnuka (już planują, że zabiorą go
na tydzień do siebie na wieś), i fakt, że wszyscy z tej rodziny już
widzieli naszego synka, to łzy mi napływają do oczu, bo z mojej
nikt go nie widział i wcale się nie zanosi... Przepraszam za
rozmiar mojego listu, może za chaotyczne przedstawienie całej
sytuacji, ale jest dość późno, poza tym jest we mnie tyle emocji,
że chyba zwariuję.