kociara_85
29.03.12, 10:46
Witam, chciałam się dowiedzieć czy pracodawca mojego męża nie posuwa się za daleko. Rzecz wygląda tak, że ma nakaz pracy od poniedziałku do piątku po 12 godzin. Do niedawna miał co trzecią sobotę dyżur, pozwalał sobie być wtedy rano godzinkę później i wyjść po około 7 godzinach (ale zdarzało się i tak że wracał w tę sobotę i po 12 godzinach, jak wystąpiła jakaś awaria). Wczoraj mąż pokazał mi kartkę z grafikiem wszystkich pracowników na soboty. Teraz ma być już co drugą a nie co trzecią.
Jestem załamana tą sytuacją. Mąż chodzi niewyspany (potrzebuje jeszcze 2 godzin dziennie na dojazdy). Już 2 razy zasnął za kierownicą, na szczęście obudził się na krawężniku i skończyło się na porysowaniu i lekkim pognieceniu blachy. W ogóle nie mamy czasu dla siebie, tym bardziej że ja zawsze pracuję w co najmniej jeden dzień weekendu. Szukamy innych ofert pracy, ale w jego zawodzie ciężko jest od ręki znaleźć coś odpowiedniego. Nie możemy sobie pozwolić na jego bezrobocie dłuższe niż 2 miesiące.
Więc pytam jak to jest z tymi sobotami wg prawa pracy. Może ktoś mi wyjaśni czy pracodawca postępuje zgodnie z prawem. Nie ma czegoś takiego jak dzień wolny w zamian za sobotni dyżur. Jeśli chodzi o wynagrodzenie, to do stałej podstawy ma co miesiąc doliczany ryczałt za nadgodziny (czyli nie ważne ile ich będzie, kwota zawsze identyczna). Oczywiście kwota tego ryczałtu jest godna politowania. To nie jest tak, że mąż się sfrajerował, nie umiał wywalczyć więcej. Takie są zasady, każdy pracownik w firmie, niezależnie od stanowiska dostaje tyle samo ryczałtu.
Czy jest sens z tym walczyć czy należy przeczekać trudny okres i liczyć, że za jakiś czas będzie lepiej? Raczej nie widzę tutaj możliwości, żeby wszyscy solidarnie się zbuntowali, wielu pracowników jest jedynymi żywicielami rodziny i tacy zwyczajnie boją się fikać, żeby nie zostać na lodzie..