Dodaj do ulubionych

Rodzice na starość

12.07.08, 20:51
Moi rodzice są po 6o-tce. Mieszkamy blisko siebie. Zawsze
byli nadopiekuńczy, nadwrażliwi,krytyczni wobec nas,
wtrącali się we wszystko.
Ja i moja siostra uważałyśmy że tak powinno być i było to
normalne dla nas. Po prostu taki model.
Od kilku lat ja i siostra jesteśmy mężatkami i mamy małe dzieci.
A rodzice dalej żyli naszym życiem ,a my ich.
Zaczęło się:
- zaczęłam budowę domu i miałam własne zdanie nt urządzania.
Mój mąż odizolował się całkowicie od mojego taty który chciał
pomagać, decydować, meblować itp.
Dodam że jestem niezależna finansowo.

- to jak wychowuję moją córę nie podoba się mamie.
Córa przedszkolanka od zawsze nie lubi być beze mnie.
I nie chce zostawać sama u dziadków. Dla rodziców
coś jest nie tak w tym zachowaniu.
Poza tym mama uważa że za bardzo chwalę córę i jestem dla niej
za dobra.

- moja siostra ma bee męża. Rodzice nie zaakceptowali go od dnia
ślubu. Cały czas trajkoczą za uszami na jego temat, a siostra go
broni.

Efektem było to, że i ja i siostra kłócimy się z mężami po
takim ich gadaniu.
Od dwóch tygodni mama się poobrażała dnia na swoje córki.
Jest niemiła, dogaduje, nie pyta się co u nas słychać,
próbuje robić na złość.
Czy teraz to tak już będzie do końca ???
Czy oni tetryczeją ???
Próbowałam z mamą rozmawiać a ona mnie odtrąca i słyszę tylko: daj mi spokój,
nie chcę o tym rozmawiać, nie zmienię się.
A ja żyję w poczuciu winy, bo przecież byłam dla nich taaaka niedobra
że się ode mnie odsunęli:-(



Obserwuj wątek
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Rodzice na starość 12.07.08, 23:11
      Rodzice nie tetryczeją, tylko tacy są. Trudno żeby się zmienili bo
      nie mają powodu do tego. Rozmowy z nimi nic nie pomogą , bo oni nie
      widzą w swoim zachowaniu problemu. Problem mają dzieci, ale też
      przez takich rodziców nie jest on dostrzegany, raczej traktowany
      jako fanaberia czy niezrozumiałe pretensje. Nie zmieni ich Pani i
      tak może być do końca.
      Datego należy robić swoje. Rodzice się od Pani nie odsuwają, tylko
      apodyktycznie żądają określonych zachowań. A obrażanie się i to co
      Pan nazywa odsunięciem to jest tylko narzędziem do przeprowadzenia
      swojej woli. Przez lata , kiedy byłyście małe i zależne to
      narzędzie było bardzo skuteczne, więc stosują je do dziś.
      Nie ma Pani winy w separacji i odejściu od nich do swojego życia.
      Trzeba sobie to powtarzać i żyć po swojemu. Pozdrawiam. Agnieszka
      Iwaszkiewicz
      • yadrall Re: Rodzice na starość 13.07.08, 11:48
        Ja mam podobny klopot z rodzicami...
        Wprawdzie daleko od nas mieszkaja,ale jak podejmujemy jakas
        decyzje,ktora im sie nie podoba to albo milczymy i jest spokoj,albo
        jak oni juz sie dowiedza to tez sa dasy, fochy i nadawanie... I tez
        ciagle slysze,ze jakbym byla dobra corka to np. kupilabym mniejszy
        telewizor,bo ten wg mojej mamy jest za duzy i psuje mi oczy...
        Niewazne,ze SPRAWDZILAM jakie musza byc odleglosci TV od oczu
        ogladajacego-mama wie lepiej! I takich spraw jest wiecej...
        Juz nie wspominajac,ze ciagle slysze,ze moj maz jest taki i siaki i
        oni mi zapewnia pomoc i opieke gdybym jednak zmadrzala i zdecydowala
        sie z nim rozwiesc (jestesmy 5 lat po slubie i naprawde jest ok-
        rozwodu nie planuje)...
        Ja poprostu sie uodpornilam na ich gadanie i lapie jednym uchem,a
        wypuszczam drugim... Juz sie powoli orientuja,ze jak zaczynaja cos
        gadac co mnie nie interesuje to ja zamiast odpowiadac na pytania w
        danym temacie zaczynam gadac na temat pogody :)
        Jedyna szkoda jaka w tym momencie odnosze jest taka,ze niestety
        niekiedy nie wylapuje naprawde dobrych i sensownych rad jakaie od
        nich otrzymuje-gdyby mniej gledzili,a czasem powiedzieli cos co jest
        naprawde madre to mialabym z tego wiecej zysku...
        Ps. tez jestesmy niezalezni finansowo od moich rodzicow :)
        • bj32 Re: Rodzice na starość 13.07.08, 13:01
          To jak z moimi teściami, którzy nigdy mnie nie zaakceptowali, przez
          lata byli przyzwyczajeni, że mąż leciał im pomagać na każdy gwizdek,
          potem, jak nam sie urodziła córka też wiecznie było coś nie tak: a
          to przekarmialiśmy, a to za cienko ubieraliśmy, a to pozwalaliśmy na
          zbyt wiele ["Dziecko musi wiedzieć, że nie jest najważniejsze" -
          powiedział teść i usłyszła ode mnie kilka "ciepłych" słów na ten
          temat], a to wyszukiwali problemy zdrowotne i diabli wiedzą, co
          jeszcze. No i przyłazili do nas o dowolnej porze i bez zapowiedzi.
          Zgniewało mnie to w końcu i powiedziałam meżowi krótko: albo
          uspokoisz rodziców, albo się do nich wyprowadzisz. Teraz teść jest
          obrażony i nie przychodzi [zresztą i tak byśmy go nie wpuścili],
          teściowa przychodzi rzadko i sie nie wcina. I nie proszą męża o
          przysługi w rodzaju: wymień uszczelkę, podlej działkę, pomóż mamie w
          zakupach na Święta [Świat od dawna nie spędzamy wspólnie]. Oni sie
          nie zmienili. Oni po prostu jako stresogenni zostali przez męża
          wykopani w kosmos i postawieni przed prostym wyborem: albo będą sie
          z nami kontaktować na naszych warunkach, albo wcale. Na początku
          mężowi nie było łatwo, ale teraz widzę, ze mu to słuzy:) Mi też:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka