ford.ka 23.09.10, 17:42 Doktoraty z filozofii, oczywiście, można tworzyć siłą woli bez dostępu do zagranicznych bibliotek i w wolnych chwilach od pracy na pełnym etacie... Dobra Bogini, dlaczego ten facet bredzi? Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
kontakt-gw Doktorant w maśle... i zjelczalym od poczatku 23.09.10, 18:08 Zgadzam sie z Autorem, ze doktoranci przyjmuja postawy roszczeniowe calkowicie nieadekwatne do ich wiedzy po studiach i wlasnych kompetencji. Mam rowniez duze zastrzezenia do wzmacniania powszechnego systemu stypendialnego, ktory jest marnotrawieniem pieniedzy i w moim przekonaniu droga do nikad gdyz nie likwiduje zrodel obecnych problemow i patologii. Moim zdaniem silne postawy roszczeniowe biora sie z faktu braku jasnych i konkurencyjnych perspektyw w calym systemie rozwoju kariery naukowej i pracy na uczelni. Okres nauki jest zawsze okresem inwestycji w siebie i im wieksza nagroda na koncu, tym bardziej jestesmy zdolni do wyrzeczen. Glowne zlo polega na tym, ze w polskim systemie perspektywy sa statystycznie zadne, kroluje chow swobny, calkowity feudalizm i promowanie postaw BMW, ktore sa w calkowitej sprzecznosci z kwestionowaniem rzeczywistosci, stawianiem odwaznych pytan i problemow do rozwiazania jako motorow postepu w swiecie. Czy mozemy sie dziwic, ze mlody czlowiek w wieku 25 lat przyjmuje postawe roszczeniowa wiedzac, ze po zakonczeniu doktoratu, o ile w ogole dostanie prace na uczelni, to otrzyma 2 tysiace netto na reke? System stoi na glowie, ale inwestiowanie w mlodych nie powinno sie odbywac przez dofinansowanie studiow doktoranckich lecz przez powszechny system grantow badawczych, w ktorych przewiduje sie etaty zarowno dla doktorantow jak i dla mobilnych postodkow. Promotor (dla doktoranta) lub opiekun (dla postdoca), ktory zdobyl grant w procedurze konkursowej, daje prztynajmniej wieksze gwarancje ze mlody czlowiek czegos sie w tym okresie nauczy i zdobedzie doswiadczenie z pracy w grupie i roznych osrodkach. Innymi kryteriami kieruje sie profesor zatrudniajacy mlodego naukowca w ramach swojego grantu gdy ma w perspektywie koniecznosc rozliczenia sie z wynikow badan, a innymi porfesor, ktory decyduje o przydziale stypendium nie ponoszacy zadnej osobistej odpowiedzialnosci za wyniki pracy naukowej mlodego czlowieka O to jednak doktoranci nie walcza? Dlaczego? Moze marzy sie im po prostu szybka i konformistyczna kariera? Jakie maja wzorce? Nawet etycy nie widza publicznie niczego niewlasciwego w wieloetatowosci - nieprawdaz Drogi Autorze? Najlepsi jednak musza miec szanse zarowno na godne (chociaz nie w masle) zycie w okresie prcay nad doktoratem i konkretne perspektywy (tez finansowe) po obronie. Inaczej najlepsi odejda natychmiast do gospodarki, a miernoty pojda na studia doktoranckie. Wlasciwie to czesto juz tak sie dzie i jakos niewielu to przeszkadza... Odpowiedz Link Zgłoś
awuuu Re: Doktorant w maśle 23.09.10, 19:05 Panie profesorze Hartman.. Proszę się dowiedzieć ile osób robiących doktorat na Uniwersytecie Warszawskim (który szczyci się największą liczbą doktoratów w kraju, i jest to odsetek znaczący) nie otrzymuje żadnego stypendium ! Całe wydziały bez ani jednego miejsca stypendialnego. Gratuluje pracowitej doktorantki, sam znam takich ludzi, bo niespodzianka, na moim wydziale stypendiów nie ma wcale.. Więc wszyscy pracują jako byle kto i piszą doktoraty po nocach. A jak kogoś zatrudnia w korporacji, albo jak urodzi dziecko ...(Bo dziecko musi jeść ) to niestety doktoratu nie kończy wcale... Jak pączek, nie ma co. Jeśli uprawia pan Filozofie tak przygotowany jak do pisania tego artykułu, to gratuluje. Odpowiedz Link Zgłoś
awuuu Re: Doktorant w maśle 23.09.10, 19:31 Aby było śmiesznie, w pełni się zgadzam z konkluzją. Tylko prowadzące do niej wywody są uwłaczające i ukazujące ignorancje Pana Profesora co do sytuacji doktorantów. Odpowiedz Link Zgłoś
michal.oleszczyk Doktorant w maśle 23.09.10, 21:05 Moja polemika z Hartmanem, zapraszam: michaloleszczyk.blogspot.com/2010/09/doktorant-w-masle.html Odpowiedz Link Zgłoś
flamengista Protekcjonalny ton profesora 24.09.10, 00:57 który zapomniał, że żyjemy w innej epoce... 20 lat temu - 1990 rok - mieliśmy chyba najgorszy okres w nauce polskiej . Trwający przez lata 80 kryzys wypchnął z Polski 25% każdego rocznika absolewntów wyższych uczelni, spośród kadry akademickiej i z ośrodków badawczo-rozwojowych z pracy odeszło z 30%. Część wyjechała za granicę, inni na początku lat 90tych przeszli do biznesu. Praca w nauce w tym okresie to był prawdziwy "krew, pot i łzy", zajęcie dla prawdziwych pasjonatów. To bardzo chwalebne, że prof. Hartman wówczas napisał doktorat, ale na miły Bóg - nie porównujmy tych strasznych czasów z obecną sytuacją. Obecnie niestety nie jest dużo lepiej, niż 20 lat temu. A trzeba pamiętać, że obecnie młody człowiek ma nieporównywalnie więcej atrakcyjnych opcji zarobkowania, niż wybór niepewnej kariery naukowca. Warto by więc przynajmniej nie zniechęcać tych pasjonatów, którzy się do nauki garną. Tymczasem dzięki kolejnym reformom ostatecznie zlikwidowano etaty asystentów dla magistrów po studiach. Droga do doktoratu wiedzie obecnie jedynie przez studia doktoranckie. Gdyby to jeszcze wiązało się z odpowiednim ich poziomem, pomijając kwestie finansowe... Prawda jest taka, że w polskiej nauce doktorantów traktuje się dalej jak dzieci, mimo że są to już dorośli ludzie. Dorośli ludzie mają swoje rodziny i nie będą spędzać na uczelni 40 godzin i więcej w tygodniu za 1 tys. zł marnego stypendium - muszą jakoś wiązać koniec z końcem. Więc pracują zawodowo i robią naukę z doskoku, co oczywiście odbija się na poziomie ich badań oraz rozpraw doktorskich. Jasne, mamy też tłumy doktorantów-wiecznych studentów, którzy przedłużają swoją młodość nie wiedząc co dalej zrobić ze swoim życiem. Ale oni raczej na uczelniach nie zostaną, ba - większość nie napisze pracy. Więc to nie oni są problemem. Problemem jest brak warunków dla rozwoju najmłodszych kadr naukowych w Polsce, prowadzenia przez nich badań na najwyższym poziomie. Dziwię się, że Prof. Hartman tego nie widzi. Odpowiedz Link Zgłoś
kiviwa Doktorant w maśle 24.09.10, 08:20 Bardzo mi sie podobał ten artykuł. Prawda i ta dobra i ta zła ukazująca jak psuje się system studiow doktoranckich. Szkoda, bo jeśli tak dalej będzie, to cienko widzę naszą naukę i przyszlych profesorow:( Odpowiedz Link Zgłoś
pjpb Doktorant w maśle 24.09.10, 08:29 Skomentowałem wypowiedź minister Kudryckiej, w jaki sposób wspierają młodych naukowców ci, którzy mają najlpsze uniwersytety na świecie (forum.gazeta.pl/forum/w,904,116544990.html), nie będę powtarzał. Niestety profesor Hartman pisząc swój artykuł pisał z pozycji filozofa - poczas gdy temat jest bardzo praktyczny: w jaki sposób zapewnić system, w którym zyskuje i sponsor (państwo/ przemysł), menadżer (promotor) i wykonawca (doktorant). Bez zazadresowania tego tematu wszelka dyskusja jest stratą śliny. Kilka dodatkowych uwag (trochę wynikających z powyższego): 1. Wyzysk doktorantów... Aby promotor rzetelnie opiekował się doktorantem, musi być zainteresowany wynikami pracy - najlepiej jeśli jest częścią jego własnego programu badawczego. Nie widzę jak inaczej zapewnić zainteresowanie profesora i przepływ wiedzy/ doświadczenia do doktoranta. 2. Możliwości dorabiania... Taaak... Są i owszem. Nie wiem jak w Krakowie, ale w Warszawie darmowość studiów oraz brak nadzoru powoduje (a przynajmniej powodowała kilka lat temu), że doktoranci traktują studia jako metodę na zdobycie papierka, cały produktywny czas wykorzystując na (nierzadko podle płatne) dorabianie nie związane z tematem badań, czas poświęcany na doktorat to pojedyncze godziny tygodniowo. Oczywiście, taki doktor przez studia doktoranckie więcej zapomni ze studiów magisterskich niż się nauczy. Przygotowanie do samodzielnej pracy naukowej - zerowe O ile więc zgadzam się z tezą, że doktoranci są częścią bardzo źle zorganizowanego systemu, którego jakakolwiek działalność jest w dużej części wynikiem indywidualnego działania profesorów wbrew systemowi pracujących według wzorców podpatrzonych za granicą, któremu żadne dosypanie pieniędzy nie pomoże, o tyle z dużą częścią argumentacji się nie zgadzam. Odpowiedz Link Zgłoś
pablobodek Doktorant w maśle 24.09.10, 08:36 Tytułomania i dewaluacja tytułów - dla kasy i podbudowy ego.. Rzuć kamieniem, a trafisz ministra ..albo doktora. Ale każdy lekarz to "doktór". Kto powie ilu mamy ministrów ??? Minister kancelaryjny prezydencki, minister w kancelarii premiera, różni kierownicy "w randze ministra" !! Jak tajni radcy w c-k Austro-Węgrzech. Odpowiedz Link Zgłoś
hancza9m Doktorant w maśle 24.09.10, 11:55 Doskonaly artykul! Wywolal u mnie przyplyw nostalgii, przypomnialem sobie, dlaczego zabralem sie ze studiow doktoranckich na UJ i wyjechalem do Anglii. Wspominam tych wszystkich krakowskich "naukowcow" uwazajacych, ze posada na prowincjonalnym uniwersytecie, o ktorym nikt nigdzie nie slyszal, jest powodem do chwaly i dumy. Wspominam i lza mi sie w oku kreci. Pare uwag merytorycznych: - Praca naukowa w wiekszosci dziedzin nie polega na pisaniu ksiazek na sedesie. Albo inaczej, praca naukowa w wiekszosci dziedzin nie powinna polegac na pisaniu ksiazek na sedesie, choc niestety prawda ta czesto nie przebija sie do umyslow polskich "naukowcow". - Radosc, ze wypromowalo sie doktorantke, ktora teraz zacznie wykladac na macierzystej uczelni jest interesujaca. Ja bym sie tym nie cieszyl, ja bym sie tym powaznie martwil. Kiszenie sie we wlasnym srodowisku, zatrudnianie znajomych i brak jakiejkolwiek mobilnosci kadry jest dla polskich uczelni problemem, a nie powodem do cieszenia sie nad wspolnym piwkiem. - Podoba mi sie fraza "wysokie mniemanie o sobie doktoranckich elit". Doktoranci maja jeszcze szanse zostac naukowcami, ktorzy beda miec uzasadnione wysokie mniemanie o sobie, choc polskie uczelnie robia wiele, aby szanse te zmniejszyc. Wsrod polskich pracownikow naukowych 99% ma juz takie mniemanie o sobie, choc jest ono kompletnie nieuzasadnione. Polscy "naukowcy" musza spojrzec prostej prawdzie w oczy: "nic w zyciu nie osiagneliscie". Ja wiem, ze byl PRL, ze byly problemy z dostepem do literatury, ze nie bylo sie od kogo uczyc, ze nie bylo pieniedzy. Ale ta prosta prawda i przyczyny takiego stanu rzeczy to sa dwie rozne rzeczy. Polscy "naukowcy" musza uznac, ze dla nich jest za pozno, ale dla obecnych doktorantow jeszcze nie i zamiast klocic sie o glupoty typu habilitacja powinni wziac sie do wprowadzania zmian, ktore daja szanse na lepsza przyszlosc dla tego calego systemu. - Zgadzam sie, ze ocena doktoranta jest trudna, bowiem doktorant to dopiero potencjal, ktory moze sie zrealizowac lub nie. Ale to nie znaczy, ze nie mozna doktorantow selekcjonowac. Mozna, a zajmowac powinni sie tym pracownicy naukowi, ktorzy zycie poswiecaja na nauke studentow i wypatrywanie wsrod nich talentow. System oceny doktorantow i przyznawania stypendiow powinien odejsc od kuriozalnych "ocen obiektywnych". Nalezy go oprzec na subiektywnej ocenie pracownikow naukowych. Ale oczywiscie w Polsce nie da sie tego prosto przeprowadzic, bo wszyscy znamy etyczne standardy srodowiska "naukowego" w tym kraju i doskonale wiemy, ze taki system skonczy sie kumoterstwem i nepotyzmem. To jest kwadratura kola, ale warto przynajmniej dostrzec, ze problem lezy po stronie samodzielnych pracownikow naukowych, ktorych wszyscy, swiadomie lub nie, traktuja jak bandziorow z zaulka, ktorzy tylko kombinuja, jak cos przekrecic lub oszukac. Ciekawe, czemu tak sie dzieje. Panie Hartman! Moze by tak jednak pisac o wlasnym srodowisku? - Jesli chodzi o dodatkowe pieniadze na rozwoj studiow doktoranckich, to jestem ciekaw, czego pan Hartman chcialby tych wszystkich doktorantow uczyc. Prowadzenia zajec? Studiowalem na dwoch uczelniach, w wielu instytutach, i nie chcialbym, aby znaczaca czesc profesorow, na ktorych zajecia uczeszczalem, zajela sie ocena moich kwalifikacji do przekazywania wiedzy studentom. To moze zajecia merytoryczne? Przegladam listy publikacji polskich "naukowcow" i nie chce, zeby oni mnie uczyli, bo to po prostu marnowanie mojego czasu. - Pan Hartman uwaza, ze prowadzenie zajec na UJ jest powodem do chwaly. Czyny spoleczne to byla piekna idea minionych czasow, ktore jednak sie skonczyly. Ja jestem juz z nowego pokolenia i troche ciezko mi zrozumiec, dlaczego mialbym prowadzic 60 godzin zajec za darmo (bez zadnego stypendium), ktore uczelnia obludnie nazywa "praktykami". Zadaniem uczelni jest prowadzenie zajec dla studentow i na to dostaje pieniadze z ministerstwa. Realizowanie tego zadania za pomoca darmowej sily roboczej jest hanba i wstydem i mowi wszystko o srodowisku, ktore siedzi na polskich uczelniach. Teraz ja odwolam sie do minionych epok i przywolam koncepcje odpowiedzialnosci zbiorowej - kazdy samodzielny pracownik UJ ponosi odpowiedzialnosc za ten stan rzeczy i jest dla mnie po prostu... Zreszta, daruje sobie, i tak juz wyjechalem. - No i na koniec rzecz najbardziej podstawowa – nie wiem, czy pan Hartman zauwazyl, ale Polska jest juz w Unii Europejskiej. Oczywiscie polskie uczelnia moga nie placic doktorantom, moga placic smieszne pensje asystentom, moga wdrazac jeszcze wiele innych nowatorskich rozwiazan. Jacys kandydaci na studia doktoranckie i jacys kandydaci do pracy sie zawsze znajda. Bedzie ich pewno nawet duzo i a nuz tym razem ilosc jednak przejdzie w jakosc. Podsumowujac, tekst pana Hartmana jest tak absurdalny, ze najwyrazniej wielu doktorantow uwaza go za prowokacje intelektualna. Ale to nie doktoranci wymagaja prowokowania, lecz zadowoleni z siebie pracownicy naukowi, ktorzy nie umieja dostrzec, ze swiat sie zmienia, a oni zostali daleko w tyle. Koncowy wniosek z artykulu pana Hartmana i z tego co napisalem powyzej jest tylko taki, ze pracownicy naukowi gardza doktorantami, doktoranci gardza pracownikami naukowymi, a wszystkim tym zarzadza pani minister, ktora opowiada, ze za 5 lat w Polsce bedzie drugi Oxford. Alleluja! Odpowiedz Link Zgłoś
krytyka.org Sztuka konwersacji a pogarda 24.09.10, 15:47 Problem studiów doktoranckich jest wieloaspektowy i głos profesora jest bardzo istotny, muszę jednak przyznać, że jestem zniesmaczony sposobem, w jaki został on wyrażony. Formułowanie sądów o "smuteczkach topionych na krakowskich Kazimierzu" pokazuje nic innego, jak tylko pogardliwy stosunek pana profesora do swoich podopiecznych. W takiej sytuacji trudno mówić o rzeczywistej próbie dialogu, a raczej o zbiorze prawd, półprawd i złośliwości, które uchodzić mają, jak mniemam, za głos "zdrowego rozsądku". Krótko mówiąc: więcej retoryki a mniej erystyki proszę. Odpowiedz Link Zgłoś
katmoso Re: Doktorant w maśle 24.09.10, 20:59 prowadzenie zajęć prestiżem? na pewno. zwłaszcza, gdy są to najbardziej upierdliwe ćwiczenia, do których trzeba się przygotować, żeby przed studentami oczami nie świecić (może pan profesor ma już wszystkie lektury kursowe w małym paluszku, ale początkujący doktorant jeszcze nie). zajęcia trzeba ocenić, wyczekiwać aż wszyscy studenci łaskawie się pojawią na dyżurze, napiszą kolokwia i prace. potem trzeba to wszystko sprawdzić i powypisywać protokoły. plus jeszcze protokoły z zajęć promotora i co ważniejszych wykładowców w zakładzie. zabiera to w każdym semestrze mnóstwo czasu, którego doktorant nie spędza na pracy nad własnymi badaniami. zajęciami prowadzonymi przez doktorantów instytutu łątają swoje dziury finansowe. po co tworzyc nowy etat dla adiunkta, kiedy jego robotę odwalą doktoranci za marne stypendium. aha, są ydziały na których wymaga się prowadzenia zajęć ponad limit wyznaczony w programie studiów doktornackich. i za te zajęcia już się nie dopłaca do stypendium. książka może być pisana na sedesie, owszem. ale czasem trzeba ruszyć tyłek do biblioteki coś poczytać. a tam zagranicznych książek jak na lekarstwo. w wielu dziedzinach potrzebny jest wyjazd za granicę p oto, żeby zrobic research. może 20 lat temu zagraniczne odniesienia nie były wymagane. dzisiaj są podstawą. a raczej powinny byc, bo wielu profesorów, podobnie jak autor tego artykułu zatrzmyało się na tym, co było 20 lat temu. może i za wielu ludzi idzie dziś na studia doktoranckie. po co wydziały przyjmują je w takiej liczbie? ano po to, żeby dostać wyższe dofinansowanie z ministerstwa. jeden doktorant liczy się jak trzech zwykłych studentów, czy coś około tego. bez łaski panie profesorze Hartman, niemieckie uniwerstety i instytuty badawcze przyjmują młodych Polaków z radością, dają dobre warunki i szansę na prawdziwą karierę naukową. nawet nie trzeba znać dobrze niemieckiego - promotorzy poprowadzą pracę po angielsku, jednostka dofinansuje kurs języka. pomogą ze znalezieniem niedrogiego mieszkania, najlepiej rokującym dorzucą kasy, żeby mogli sprowadzić rodzinę. jeśli u nas doktorant jest w maśle, to tam chyba w bitej śmietanie od samego Sachera... Odpowiedz Link Zgłoś
bumcykcyk2 Re: Doktorant w maśle 24.09.10, 21:44 Nawet mi się nie chce szczególnie znęcać nad Panem Hartmanem, bo sam kompromituje się wystarczająco dobitnie. Może parę otwartych pytań do tego jegomościa... - 1000 złotych to jest ten "pączek w maśle"? Z jakiej choinki Pan się urwał? - Pana zdaniem to miód i malina być trzydziestoletnim studentem, za którego nikt nie płaci składek emerytalnych? Rozumiem, iż uważa Pan, że jak takowy dostanie w końcu 2000 zł pensji jako doktor w wieku lat 35 to się odkuje? - Wzorzec Siłaczki, który Pan proponuje dając dęty przykład doktorantki-pielęgniarki oraz swój własny (pisanie książek na kiblu w akademiku) jest żałosnym pitoleniem o Szopenie. W realnym życiu frajerów jest jak na lekarstwo. - Styl listu jest wprost odrażający, brzmi mniej więcej tak jak protekcjonalne wynurzenia starego przegiętego geja na ławce w parku. Ohyda! Odpowiedz Link Zgłoś
rumcajs.68 Doktorant w maśle jak pączek na uczelni 25.09.10, 04:08 Cóż, takich mamy doktorantów, jakich mamy pracowników akademickich. Skądś oni czerpią wzory. O naukowcach też można powiedzieć, że żyją sobie jak pączki w maśle (pewny etat na jednej uczelni do emerytury, bezpieczeństwo socjalne, wbrew temu, co twierdzą, nie mają dużo pracy, o czym najlepiej świadczy fakt, że chyba nie ma w Polsce grupy zawodowej tak licznie pracującej na dodatkowych etatach, dużo dni wolnych, wiele systemów dofinansowania socjalnego i zawodowego itd., itd.). Zarobki też, wbrew temu, co się mówi, nie są małe - większość z nauczycieli akademickich w prywatnym sektorze nigdy nie zarobiłoby tylu pieniędzy, ile dostają na uczelni. To dlatego tak kurczowo trzymają się swoich posadek, pomimo wiecznych narzekań, jak chude mają portfele. Wiele mówiący jest fragment tekstu prof. Hartmanna: Z drugiej strony warto pamiętać, że znaczna część doktorantów, także tych pobierających stypendia, w końcu doktoratów nie robi; prawo zezwala żądać od nich zwrotu kwot stypendiów, jakkolwiek nie jest to w zwyczaju. Panie profesorze, co to znaczy: "nie jest to w zwyczaju"? A może po prostu ktoś nie dopełnia swoich obowiązków, działając na szkodę uczelni, podatników i państwa? Nie od dzisiaj wiadomo, że na polskich uczelniach, pomimo "biedy", nikt pieniędzy nie liczy. Która instytucja mogłaby sobie pozwolić na kształcenie przez 4 lata tabunów osób, z których nic później nie ma ani ona, ani państwo? A koszt kształcenia doktoranta to nie tylko te tysiąc złotych stypendium, jakie dostaje on do kieszeni. Znam wielu doktorantów, u których już na 2 roku widać, że doktoratu nie napiszą, a ponieważ nikt nie kontroluje ich postępów w pracy naukowej, żyją sobie, nie przepracowując się, do końca studiów doktoranckich na państwowym garnuszku (a w wolnym czasie szukają dobrego etatu gdzie indziej). Z jednym zgodzę się z autorem artykułu: to nie w zbyt małej ilości pieniędzy na studia doktoranckie tkwi problem. Problem tkwi w ich sprawiedliwym, sensownym rozdziale wśród doktorantów. Dopóki doktorant odwalający swój doktorat jak najmniejszym kosztem i w ogóle nie myślący o publikacjach naukowych, a zamiast tego pracujący w wolnym czasie w prywatnej firmie bądź odwalający chałtury w różnych niedzielnych szkółkach będzie dostawał na uczelni tyle samo, co doktorant zaangażowany w swoją pracę naukową i poświęcający jej cały swój wolny czas, dopóty nawet największe pieniądze na niewiele się zdadzą. Pieniądze w nauce są, tylko że je się marnuje. Najpierw trzeba stworzyć sprawiedliwe i rozsądne kryteria rozdziału środków finansowych, a dopiero później zwiększać ich pulę. Odpowiedz Link Zgłoś
reid_malenfant Doktorant w maśle 25.09.10, 17:37 Im dluzej czytam te dyskusje o polskiej nauce, tym bardziej upewniam sie ze fundamentalnym problemem jest tu jezyk polski, ktory obejmuje slowem nauka zarowno science jak i arts. Ach, gdyby tak dalo sie powolac osobno ministerstwo "nauk scislych", a osobno "sztuk/umiejetnosci humanistycznych", i rozdzielic nazewnictwo tytulow, plany reform, i dyskusje prasowe nad nimi. Prof sztuk Hartman mialby zapewne racje, ze dobrego doktora sztuk poznaje sie po jego erudycyjnej rozprawie doktorskiej, nie wczesniej. A jego hipotetyczny kolega, prof. nauk Machefi, ze dobrego doktora nauk znac po wynikach badan opublikownaych w czasopismach z wysokim impact factorem - czesto kilka lat przed sama rozprawa, ktora teraz to takie dzielo troche ad acta. Moze zreszta problem rozwiaze sie sam? chronicle.com/article/Can-the-Humanities-Survive-/124222/ Odpowiedz Link Zgłoś
pfg Re: Doktorant w maśle 26.09.10, 17:57 Mój komentarz do artykułu Jana Hartmana: Komentarze fizyka. Odpowiedz Link Zgłoś
pbujak.ka Szerzej otwarte drzwi do doktoratu? Po co. 03.10.10, 23:18 Chciałbym znać argumenty, czemu szłuży szerszy dostęp do doktoratu, co zapewnia III etap studiów zamiast zatrudniania magistrów na etaty asystenckie. Czy potrzeby nauki są przez to większe? Jeżeli nie to upowszechnienie doktoratu tak naprawdę oznacza trzymanie studentów dłużej na studiach, a nie przyciąganie do pracy naukowej. Absolwenci, ktorzy planują karierę naukową zapewne woleliby od razu mieć prawa pracownika. Dla pozostałych magistrów każdy dodatkowy rok w murach uczelni jest obciążeniem. Dążą zatem do tego, aby jak najszybciej zacząć zarabiać w miarę przyzwoite pieniądze, samo "dr" przed nazwiskiem nie jest dla nich zbyt atrakcyjnym celem. Liczy się doświadczenie na konkretnych stanowiskach i pozycja zawodowa, którą należy zdobywać już teraz, a nie jakieś papiery i tytuły. Młodzieży nie zainteresowanej karierą w nauce nie odpowiada start na rynku pracy dopiero w wieku 28-30 lat po uzyskaniu stopnia doktora. Poza tym nie wiem, czy nawet w najdalszej przyszłości lekarz, inżynier, prawnik, finansista będą - dla osiągnięcia życiowego i zawodowego sukcesu - musieli mieć doktorat, jak niektórzy mówią. Odpowiedz Link Zgłoś