ywanewiczowie
09.07.06, 23:15
Owszem, język polskiej reklamy jest specyficzny. Trochę śmieszny, nabzdyczony,
adaptujący obce, głównie angielskie słowa, czasem nużący. Nie wydaje się
jednak domeną peryferii, ale w ogóle jest czymś charakterystycznym dla
współczesnej Polski. Z drugiej strony peryferiami niekoniecznie są
przedmieścia, ani średniej wielkości miasta. Reklamy umiejscowione przy
drogach wylotowych odnoszą się do firm znajdujących się w mieście i z nim
związanych. „Studio łazienek” usytuowane będzie najczęściej gdzieś w okolicy
hipermarketu czy właśnie przy drodze wylotowej „z” i „do” miasta. Trudno, by
firma o nazwie „Świat materacy” mieściła się na krakowskim czy wrocławskim
rynku albo w małej wsi gdzieś na Podlasiu. Z kolei nazwa „Studio fryzur” w
małym miasteczku czy na wsi brzmiałaby pretensjonalnie i dziwnie. Tam raczej
wciąż funkcjonują w ogłoszeniach terminy „fryzjer”, „masaż” czy „magazynier”.
Choćby z tego powodu, że w małych miasteczkach czy wsiach nie ma tak dużej
konkurencji jak w miastach, gdzie wymyślanie nowych nazw jest wręcz
koniecznością, która ma zapewnić sukces.
Śmiałą metaforą nie wydaje się „promocja krajobrazu” jurajskiego i oburzanie
się, że słowo o charakterze handlowym dotyczy zjawiska o „niewymiernym
charakterze” przypomina trochę fałszywą deklarację systemu wartości, w której
oburzenie jest gestem sprzeciwu i stanięcia po stronie dobra. Fałszywą, bo
czyż autor artykułu nie korzysta, a więc traktuje instrumentalnie przecież, z
piękna usytuowanej pod Krakowem Jury Krakowsko-Częstochowskiej? Czy nie
chciałby, by była ona miejscem przyjemnym, tj. czystym, ładnie pachnącym,
znajdującym się pod szczególną ochroną przyrodników? Jednakowoż wciąż chciałby
mieć do niego otwarty i szeroki dostęp? Coś takiego jak „promocja” właśnie ma
mu to umożliwić i oburzanie się na to jest ciosem wymierzonym w samego siebie.
Autor podjął ciekawy temat, warto jednak wysunięte tezy poprzeć badaniami
empirycznymi.