wrocek2015
18.09.06, 08:18
Polscy żołnierze z międzynarodowych misji są największym atutem naszej dyplomacji
Zpolską armią jest jak z wódką Belvedere. Francuzi się nią zachwycają, na
amerykańskim rynku okazała się hitem. Tylko Polacy nie wiedzą, że jest dobra.
Najgorszą opinię o polskiej armii mają ci, którzy w niej służą. Od lat
niezadowolenie deklaruje ponad 80 proc. wojskowych. Na tym tle trudno
interpretować inaczej niż jako kurtuazję pochwały dla Polaków, serwowane przez
sekretarza obrony USA Donalda Rumsfelda czy głównodowodzącego w Iraku gen.
George'a Caseya. Tak samo można też odbierać słowa uznania dowódców z Kosowa,
Afganistanu czy Konga. Gen. Christiane Demay w Kinszasie mówił "Wprost", że
"jest mocno zaskoczony, iż żołnierze z Polski są aż tak profesjonalnie
wyszkoleni i przygotowani do misji". Te opinie dotyczą jednak tylko jednostek
eksportowych, które przeszły chrzest bojowy w Iraku, Afganistanie czy Kongu.
Te jednostki i ich żołnierze mogą sprostać najwyższym standardom. Reszta jest
milczeniem.
Debiut w piekle
To, że mamy kilka eksportowych jednostek, wystarczyło, by na przykład włoski
rząd zabiegał o wspólną służbę z Polakami, gdy zaczęto negocjować skład
kontyngentów misji ONZ w Libanie. Podobne sygnały docierały od Hiszpanów,
którzy mają bardzo dobre doświadczenia z Polakami w Iraku i Pakistanie. - Nie
przekłada się to na razie na konkrety, bo misja w Libanie wciąż jest w fazie
planowania - zastrzega wiceminister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski.
Potwierdza jednak, że nieformalnie, kanałami dyplomatycznymi, pytania o
wspólną służbę zadali Belgowie podczas niedawnego szczytu w Brukseli.
Skąd tak dobra opinia o polskich żołnierzach za granicą? Polacy uczestniczą w
misjach pokojowych od 1953 r. Wysłaliśmy wtedy po raz pierwszy obserwatorów na
Półwysep Koreański. 20 lat później pierwszy kontyngent wojskowy pojechał na
wzgórza Golan i półwysep Synaj, by tam nadzorować porozumienie między Izraelem
a Syrią i Egiptem. Od tego czasu była tylko jedna poważna wpadka - stanowisko
dowódcze podczas jednej z misji w Azji objął tak niekompetentny Polak, że
trzeba go było dyskretnie odwołać już po kilku miesiącach.
Dobrą markę polscy żołnierze zaczęli sobie wyrabiać od operacji GROM na Haiti
w 1994 r. Przy tej okazji w Warszawie wybuchła awantura o to, kto ma dowodzić
jednostką i czy jest ona dostatecznie wyszkolona do zadań specjalnych. Kiedy
jednak po dwóch miesiącach komandosi wracali z misji w kraju, który wcześniej
Amerykanie nazywali Hell Hole, czyli piekielną dziurą, ocena zarówno
jednostki, jak i kompetencji dowódcy płk. Sławomira Petelickiego była
jednoznacznie pozytywna. Jako pierwszy cudzoziemiec Petelicki otrzymał Medal
for Military Merit, a podziękowania rządowi w Warszawie słał ówczesny
sekretarz obrony USA William Perry. Później komandosi GROM swoją klasę
potwierdzali m.in. w Bośni i Hercegowinie oraz w Zatoce Perskiej. Podobne
sukcesy, choć utrzymywane w większej tajemnicy, odnosiła też grupa specjalna
płetwonurków Formoza. To te jednostki wraz z 1. Pułkiem Specjalnym Komandosów
z Lublińca, który prowadził operacje w Jugosławii, Afganistanie i Iraku, stały
się polską marką rozpoznawalną na świecie.
Polska specjalność
Przełomem dla naszej armii była misja NATO w Kosowie, gdzie Polska wysłała
1800 żołnierzy. Dowodzący polskim kontyngentem ppłk Roman Polko pierwszy
postawił na CIMIC, czyli jednostki odpowiedzialne za kontakty z ludnością
cywilną i projekty odbudowy. Wkrótce potem Jerzy Szmajdziński, który w
październiku 2001 r. został ministrem obrony, zaczął forsować pomysł, by
właśnie tego typu jednostki stały się naszą specjalnością podczas misji ONZ,
NATO czy UE. W dużej mierze dzięki działaniom CIMIC polscy żołnierze odnieśli
sukces w Iraku, bo choć świat jednoznacznie uznaje tę misję za wielką porażkę,
jednak strefa kontrolowana przez naszych żołnierzy jako jedyna w tym kraju
jest względnie spokojna. Docenia to minister obrony Iraku, który był w
Warszawie w ubiegłym tygodniu