Dodaj do ulubionych

"Jaka religia taki świat."

23.02.08, 20:35
Przedstawię wam dwa posty z tego forum, z których jeden świetnie
oddaje (moim zdaniem) motywację wiary 90% wierzących, a drugi
niezgody na nią ze strony ateistów.


Dlaczego to robię? Bo uważam, że rację mają kościelni
przedstawiciele: "religia nie jest sprawą prywatną".


Przekonania religijne są kształtem, w jakim rozpowszechniają się w
społeczeństwie postawy egzystencjalne.


A od nich zależy polityka.


Zupełnie różne wzorce życia publicznego wynikają z różnych sposobów
bycia człowiekiem.


Nie powinniśmy ukrywać przed sobą faktu, że (zwłaszcza w naszych
czasach) jest to istotny czynnik polityki.
Obserwuj wątek
    • nick3 Post wierzącego 23.02.08, 20:38
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=902&w=76098740&a=76107956

      "Jest taki sport polegający na skakaniu ze spadochronem z małej
      wysokości i dodatkowo otwieranym jak najbliżej ziemi. Ludzie
      uprawiający ten sport ze zrozumiałych względów mają tylko jeden
      spadochron. Czy tych ludzi można nazwać odważnymi, czy też rozsądny
      człowiek nazwie ich głupcami którzy zabijają się dla adrenaliny.
      Jest bardzo wąska granica pomiędzy odwagą a głupotą, tchórzostwem a
      mądrością.
      Podejdźmy do tematu ułamków procentów czysto rachunkowo: Ja jestem w
      99,9% pewny że Bóg istnieje. Wierzę choć nie jestem pewien istnienia
      Boga na 100%. Wiara w to nie kosztuje mnie zbyt wiele. Parę zł na
      tackę, godzina czasu w kościele. Zyskuję spokój ducha, godzinę
      refleksji co tydzień, naukę czym się kierować w życiu,a w razie
      gdyby Bóg istniał unikam skutków mojej niewiary. Dla mnie rachunek
      wychodzi per+. Jestem zadowolony z tego, że wierzę w Boga.
      A co do 99,9% pewności: kiedyś nie wierzyłem, ale w sytuacji
      krytycznej zdarzył mi się przypadek, którego nie nazwę cudem, ale
      splot wielu nieprzewidywalnych okoliczności sprawił, że moja jedna
      jedyna modlitwa została wysłuchana, w sposób sugerujący udział "siły
      wyższej" lub jeśli dla Ciebie wygodniej "przeznaczenia". To
      sprawiło, że prawdopodobieństwo istnienia Boga z 1% wzrosło umnie do
      99,9%. I niech tak zostanie.
      Tak więc nazywanie mnie tchórzem nie do końca moim zdaniem jest
      logiczne. Natomiast co do odwagi intelektualnej, nie mam nic
      przeciwko temu żebyć sobie pochlebiał."


      • nick3 Post ateisty 23.02.08, 20:40
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=902&w=76098740&a=76110502

        >soultys1 napisał
        "Podejdźmy do tematu ułamków procentów czysto rachunkowo: Ja jestem
        w
        99,9% pewny że Bóg istnieje. Wierzę choć nie jestem pewien istnienia
        Boga na 100%. Wiara w to nie kosztuje mnie zbyt wiele. Parę zł na
        tackę, godzina czasu w kościele. Zyskuję spokój ducha, godzinę
        refleksji co tydzień, naukę czym się kierować w życiu,a w razie
        gdyby Bóg istniał unikam skutków mojej niewiary. Dla mnie rachunek
        wychodzi per+. Jestem zadowolony z tego, że wierzę w Boga."

        A ja jestem na 99,99% pewien, że żaden bóg/bogowie nie istnieją.
        Natomiast, że nie istnieją jacyś konkretni bogowie np. Jahwe,
        Ozyrys, Anubis, Odyn, Baal, Mot, Wisznu, Sziwa, Perun etc. etc.
        jestem pewien na 100%.
        Nie wierzę, choć nie jestem pewien nieistnienia boga/bogów w
        ogóle "zaledwie" na 99,99%!
        Niewiara w istnienie bogów nie kosztuje mnie zbyt wiele. Natomiast
        niewiara w istnienie katolickiego Boga w Trójcy Świętej Jedynego (a
        może Bogów? - niektóre religie są bardzo dziwne...) daje mi
        następujące korzyści: dodatkową godzinę wolną co niedzielę, którą
        mogę wykorzystać np. na dłuższy spacer z rodziną po lesie (bardzo to
        lubię), kilkadziesiąt/kilkaset dodatkowych złotych w budżecie
        domowym, które mogę wydać np. na zakup książek popularnonaukowych,
        które czytam razem z synem (tu dygresja do soultysa1: piszesz "parę
        złotych na tackę" - to nie dajesz po kolędzie minimum
        pięćdziesiątaka albo extra kilka stówek za sakramenty? Co z ciebie
        za katolik?). Zyskuję również: bardzo przyjemne poczucie życia w
        zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, bardziej dotleniony organizm i
        ściślejsze więzy z bliskimi (to ta dodatkowa godzina niedzielnego
        spaceru). Jeśli zaś chodzi o "naukę czym się kierować w życiu" to
        zamiast wskazówek z ambony preferuję tzw. głos sumienia. Ludziom
        religijnym trudno to zrozumieć bo są w gruncie rzeczy moralnymi
        relatywistami - nie wierzą w obiektywne ogólnoludzkie uniwersalne
        wartości, uważają, że co jest dobre a co złe rozpoznać można tylko
        na podstawie rzekomych wytycznych swojego boga/bogów. Nie wiedzieć
        czemu zupełnie naiwnie zakładają, że dany bóg jest dobry dla ludzi.
        A co jeśli jest zły, albo udaje że jest dobry, albo nagle postanowi
        przestać być dobry? Przecież wszystko mu wolno! Wracając do
        sumienia - zasadniczo podpowiada mi ono empatyczne podejście do
        życia: nie rób drugiemu co tobie nie miłe oraz rób tak jak chcesz,
        żeby inni robili tobie. Nie krzywdź, nie niszcz, buduj, twórz,
        przewiduj jak najszerzej możliwe konsekwencje swojego postępowania,
        pomagaj w potrzebie, bądż odpowiedzialny za osoby, które związały
        swe losy z twoim losem.

        Nie wierzę w boga/bogów i jest mi z tym dobrze.
        Ale jeśli istnieje jakiś bóg/bogowie (te 0,01%!) i na dodatek okaże
        sie, że jest to bóg dobry, którego (nie wiedzieć czemu) obchodzi jak
        postepował taki nieistotny w skali wszechświata byt jak ja - to
        rozsądne jest chyba przyjąć, że doceni bardziej życie według zasad
        które opisałem powyżej niż godzinne odwiedziny raz na siedem w dni w
        jakieś budowli i pianie tam zbiorowych peanów na Jego cześć.
        Coś mi się wydaje, że takiego boga takie hołdy chyba w ogóle nie
        obchodzą. Są za to świetną okazją to masowego "krojenia" kasy z
        ludzi, którzy dali sobie wmówić, że "krojący" tę kasę są
        pośrednikami samego boga - rzecz jasna wyłącznymi pośrednikami.<
        • el.es Re: Post ateisty 23.02.08, 22:50
          Swiete slowa ateisty. Niestety tak jest, ze czlowiek wierzacy (chrzescijanin w
          czasach obecnych) swoja wiare definiuje wedlug cotygodniowego spedu do kosciola
          i sakramentow za ktore slono placi.
          Pomiedzy obowiazkowymi, cotygodniowymi spedami grzeszy. Czesto postepuje zle
          calkiem swiadomie, bo wie, ze co tydzien moze udac sie na spowiedz, przyjac
          oplatek i tym samym oczyscic siebie i swoje sumienie.
          Ateista zastanowi sie trzy razy zanim zagluszy sumienie i postapi w niezgodzie z
          nim, bo wie, ze niczego nie moze juz cofnac. Z kazda wina musi zyc do konca
          zycia. To powstrzymuje go skutecznie od "grzeszenia".

          Ten jeden procent przyjmujacy iz byc moze jednak istnieje COS, co mogloby go pod
          koniec zywota podsumowac, to gotowosc na wstanie z podniesiona twarza przed tym
          CZYMS by powiedziec "skory to Ty dales mi sumienie, to wiedz, ze zylem z nim w
          zgodzie".
    • nick3 Mit 1: "Religia nie dotyczy realnego życia." 24.02.08, 00:12
      Celem mojego wątku nie jest pokazać wyższość argumentacji ateisty
      nad wierzącym (lub na odwrót).

      Celem jest raczej obalenie pewnego powszechnego wyobrażenia na temat
      funkcjonowania religii, które jest mitem:


      W religii miałyby jakoby istnieć dwie rozłączne sfery:

      a) "niedotycząca życia" sfera wiary w byty niewidzialne (która
      nikomu nie może zaszkodzić, jak się mniema, najwyżej rzetelności
      poznawczej wierzącego)

      oraz

      b) "dotycząca życia" sfera etyki (no wiadomo, "miłuj
      bliźniego", "zło dobrem zwyciężaj", etc.)
      Etyki zasadniczo identycznej z 'etyką po prostu', a więc w sumie
      religia wpływałaby tu na życie "nie religijnie lecz ogólnoludzko".
      No może etyka religijna byłaby "skrajnie idealistyczna", ale
      przecież "od nadmiaru etyki jeszcze nie stało się nic złego".


      Taki wizerunek religii to fałszywy mit, częsty wśród ateistów,
      którzy w religii chcieliby, życzeniowo, widzieć "prywatną sprawę",
      ale także mit dyskretnie wspierany przez Kościół (na "eksport")
      ("Czy to źle, że ludzie będą się bardziej miłować?":)


      Tymczasem te dwa posty mają (zalążkowo) pokazać, co mam na myśli,
      mówiąc, że religia to nie sprawa "dziwacznych mniemań" + "etyki",
      lecz sprawa EGZYSTENCJALNA.


      I w tym momencie zrozumiałe stać się może dlaczego również -
      polityczna.


      Indukowany przez wychowanie religijne stosunek "do bytów
      niewidzialnych" jest modelowaniem stosunku jednostki do całego
      życia - jak najbardziej realnego.


      Jak powiedział pewien amerykański filozof XIX wieku:

      "Nie może być szczerym demokratą, kto wierzy, że rzeczywistość jest
      Monarchią."


      Czy może powstać autentycznie solidarne społeczeństwo z ludzi,
      którzy "prywatnie" wierzą, że najlepszą strategią przetrwania w
      Bycie jest strategia Metafizycznego Tchórzostwa? (chilowo zostawiam
      na boku kwestię, czy jest to opis chrześcijaństwa)


      Dlatego jasne jest, że kształtem religii większości społeczeństwa i
      jego egzystencjalnym wpływem na wyznające ją jednostki - mają prawo
      zajmować się również niewierzący.

      Bo żyjemy w jednym społeczeństwie.

      A tu wiele zależy od tego JAK jesteśmy ludźmi.


      (Zaznaczam: nie jest to wezwanie do "prześladowania", lecz do
      (mądrej!) krytyki religii. A to wbrew pozorom nie to samo:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka