Dodaj do ulubionych

Orędzie Kamińskiego lepsze niż spot Kurskiego

05.04.08, 09:29
Jedno i drugie było bardzo dobre.
Zwłaszcza spot Kurskiego był bardzo dobry, mimo iż Pan Prezydent
miał później zastrzeżenia. Spot Kurskiego - dopowiedział
niedowiarkom, że Traktat Lizboński trzeba zabezpieczyć.
Zarówno rząd jak i sejm - na oślep pędzą - do kąd? do czego?
Jeszcze 20 państw ma się ustosunkować - im się nie śpieszy. Do końca
roku daleko - mają czas.
Tym bardziej, że oto deputowany Niemiec zaskarżył Traktat Lizboński,
że ogranicza demokrację. Blady strach padł na liberałów i libertynów
z Brukseli.
Zobaczymy jak to się skończy. Co by to było, gdyby to był Polak i w
dodatku z PiS. Koniec świata. Szkoda gadać. Apokalipsa. Stan wojenny
wprowadziłby tym razem Tusk, Komorowski, Sikorski, Klich i
Schetyna.
Obserwuj wątek
    • manasonta 1julia11.Leki zażyłaś? To ważne w twoim stanie ! 05.04.08, 09:51
      pilnuj regularności w leczeniu, bo widzisz co wygadujesz!
      • mlasskacz Na tzw. prawicy mamy ZOO czyli menażerię. 05.04.08, 10:27
        .
      • 1zorro Re: 1julia11.Leki zażyłaś? To ważne w twoim stani 06.04.08, 16:58
        ona i pare innych z PISuarowego KCPISuar podobnie na tym forum
        bredzi.....
    • acc4 Kaczyńscy są antyeuropejscy 05.04.08, 10:52
      To ludzie tkwiący mentalnie w XIX wieku. Jarosław jest przy tym
      największym cynikiem, jaki chodził po ziemi (oczywista oczywistość,
      że nie ma to nic wspólnego ze wzrostem). Nie wierzy w nic, a już
      najmniej w swoją rewolucję moralną, którą chciał robić z Lepperem,
      Netzlem, itp. Negocjował traktat, bo chodziło mu wyłącznie o
      europejską kasę, gdyż błędnie zakładał, że porządzi w Polsce przez
      najbliższe lata. Teraz, kiedy rządy Kaczyńskiego odeszły
      bezpowrotnie w przeszłość, ujawnił prawdziwe - antyeuropejskie
      oblicze. Zgoda prezydenta na ratyfikację, to desperacka próba
      ratowania szansy na reelekcję (podpisu jeszcze nie złożył, możliwe
      są wszelkie wolty). Niestety, odetchniemy od widoku Kaczyńskich
      dopiero po roku 2010.
    • 1sejmowy Matka Tuska - Pani Ewa Tusk o Kurskim 05.04.08, 10:55
      Pani Ewa Tusk - matka premiera Tuska - w GW z dnia 24 marca (tak,
      tak w Wielki Poniedziałek) w artykule wyjaśniła sprawę dziadków
      Donka. Kurski miał rację - nie dodał niczego od siebie, nie skłamał
      w niczym. A wręcz przeciwnie, Pani Ewa w szczegółach (no nie do
      końca) podałą dzieje drugiego dziadka Donka. Otóż - on z drugi po
      ochotniku do Wehrmachtu z kolei budował kwaterę w Ketrzynie dla
      Hitlera. Po katastrofie (zawalił się jeden z sufitów - jak pisze GW)-
      Hitler osobiście poklepał go po plecach w czasie wizyty w szpitalu.

      Być serdecznie poklepanym przez Hitlera - to wyjątkowa sprawa. W
      Polskiej rodzinie nad wyraz małoprawdopodobna. A jednak.

      Pani Ewa - o Kurskim: - "znielubiłam go".
      • marcowsky Re: sejmowy ty ignorancie 05.04.08, 11:09
        nie znasz historii pomorza to sie nie wypowiadaj.Ojciec Henryka Jankowskiego
        polegl za rzesze na ukrainie.Moj dziedek w armii kajzera zostal ranny na
        bialorusi a w 1918 walczyl w powstaniu wielkopolskim.Tesc mojego kolegi plywal w
        krigsmarine po Adriatyku.Wujek kolegi walczyl pod Stalingradem-wrocil z ZSRR w
        1956,przezyl tylko dlatego ze ciagle mowil ze jest Polakiem.Wszyscy sa
        Polakami.Polacy z pomorza zostali obywatelami reszy bez swojej zgody,wezwanie do
        stawienia sie w armii niemieckiej bylo obowiazkiem, wiesz co by sie stalo z
        rodzina i osoba ktora by sie nie zglosila do armii w np.1940 lub 1943?Slyszales
        nazwe Schtuhof?
        A artkuly w gazetach czytaj ze zrozumieniem.
        • maaac Re: sejmowy ty ignorancie 05.04.08, 14:48
          On nawet zakłamuje to co było w wywiadzie. Już chyba zwolennicy PiS
          to mają we krwi, że prawda im przez usta nie przejdzie. Chyba, że
          przez pomyłkę jak to było z "białym/czarnym" Kaczyńskiego.
    • 1gracja1 Orędzie Kamińskiego lepsze niż spot Kurskiego 05.04.08, 11:07
      Również uważam że spot Kurskiego był bardzo dobrym pod względem
      dydaktycznym i percepcji społecznej. Kamiński - pokazuje
      progresywnie możliwości perswazji i uszczegółowienia tego co media
      często ucinają z braku czasu lub innych przyczyn - nie zawsze
      zrozumiałych.
      Nie potrafili w najmniejszym stopniu w sposób jasny wypowiedzieć się
      Zalewski, Ujazdowski, Selin, Polaczek - szkoda ich, zmarnowali
      karierę. Zawiść - zazdrość - w dodatku bezinteresowna - to wada
      Polaków. Nie czytali i nie znają pewnie dzieł Melchiora Wańkowicza.
      On to o bezinteresownej zazdrości wiele napisał.
    • abhaod i nikt nas nie przekona, że białe jest białe, a 05.04.08, 11:18
      czarne czarne....
      www.youtube.com/watch?v=ExKWyLATNz0
      • chilly Odzyskać młodzież 05.04.08, 12:00
        Ta nowomowa.. Nieustannie czytam o odzyskiwaniu a to młodziezy, a to
        inteligencji. Żeby cos jednak odzyskiwać, to najpierw trzeba to
        mieć. To oczywista oczywistość.
    • nabrok Orędzie Kamińskiego lepsze niż spot Kurskiego 05.04.08, 13:37
      PISiory to wyjątkowo obłudni i kłamliwi osobnicy!. Latem 2005r. w mediach publicznych mydlili oczy POPIS-em i "przyjaciołach z Platformy", a następnie zapierniczali do Torunia i razem z ajatollahem OjDyr'em Grzybem "zatapiali Platformę" i wygadywali takie treści o PO, które nie przystoją zwykłym przyzwoitym ludziom (a co dopiero "przyjaciołom"!). Najczęstszymi i najgorliwszymi w opluwaniu PO w Radyju byli: Bielan, Kamiński, Kurski, Ziobro i paru jeszcze "harcowników" No a potem były "przyjacielskie gesty" czyli: pustoszejące lodówki, spadające pluszaki, dziadek z Wehrmachtu, Poska solidarna kontra liberalna itp. podobne "znaki pokoju".
      I TEN CYNICZNY TYPEK ŚMIE TERAZ MÓWIĆ O ZAUFANIU! CÓŻ ZA OHYDA!!!
      -----
      Prawo i Sprawiedliwość --> prawo prawem, a sprawiedliwość musi być po stronie PIS-u !!! :)
      • 2_x_duck Obludnik to ty POwcu 05.04.08, 14:41
        > PISiory to wyjątkowo obłudni i kłamliwi osobnicy!. Latem 2005r. w mediach publi
        > cznych mydlili oczy POPIS-em i "przyjaciołach z Platformy", a następnie zapiern
        > iczali do Torunia i razem z ajatollahem OjDyr'em Grzybem "zatapiali Platformę"
        > i wygadywali takie treści o PO, które nie przystoją zwykłym przyzwoitym ludziom
        > (a co dopiero "przyjaciołom"!).

        Klamiesz i tyle. Ciekawe co gadali w tym RM latem 2005 co??

        Najczęstszymi i najgorliwszymi w opluwaniu PO
        > w Radyju byli: Bielan, Kamiński, Kurski, Ziobro i paru jeszcze "harcowników" N
        > o a potem były "przyjacielskie gesty" czyli: pustoszejące lodówki, spadające pl
        > uszaki, dziadek z Wehrmachtu, Poska solidarna kontra liberalna itp. podobne "zn
        > aki pokoju".

        To byla kampania wyborcza, a PO tez nie przebieralo w slowach. Niesiolowski,
        Komorowski i ta cala banda POwskich opluwaczy

        • funny5 Re: Obludnik to ty POwcu 05.04.08, 17:23
          Przeciez nabrok nie klamie i podaje argumenty a ty tylko bijesz piss-
          piane
    • allspice Niemożliwe... 05.04.08, 14:19
      Niemożliwe,że wróciło zaufanie między PO a PiS...to tylko wrazenie
      rzecznika PiS.
    • a.k.traper między PO a PiS wróciło minimalne zaufanie :))) 05.04.08, 14:58
      Znowu propaganda się rozkręca, to PO wyciągnęło ręke do prezydenta
      podczas gdy PiS spychał go w szambo. PO stara się nie iść droga
      konfrontacji, to było widac nawet podczas debaty Tusk - Kaczyński
      gdzie Jarosław sam sie pogrążył. Niedługo zapewne przeczytamy wywiad
      jak to PiS pracował nad poprawieniem stosunków z PO i je wymusił na
      Tusku
    • 1sejmowy Kamiński i Kurski - to nieprzeciętni publicyści 05.04.08, 17:13
      Kamiński i Kurski - trzymajcie się zdrowo. Jesteście nieprzeciętni w
      najwyższej klasie publicystów w naszym kraju i UE.
      Ale dla rozpalonych głów niektórych dyskutantów dla uporządkowania
      tego wątku dziadkowo-tuskowego przedstawiamy rozmowę z Panią Ewą
      Tusk - kopia z GW z dnia 24 marca. Przyjemnej lektury.

      Coś z mężczyzny Page 1 of 6
      Coś z mężczyzny Gazeta.pI
      I Roman Daszczyński 2008-03-23, ostatnia aktualizacja 2008-03-20
      12:47:28.0
      Rozmowa z Ewą Tusk, matką premiera Donalda Tuska: Zawsze można to
      pokazać w krzywym zwierciadle: jeden dziadek premiera Tuska byt w
      Wehrmachcie, drugi stracit zdrowie, budując gtówną kwaterę Hitlera.
      Tyle że obaj byli Polakami, a ich serca nie bity dla Hitlera. Ani
      ja, ani mój syn nie mamy się czego wstydzić.
      Jak to jest być matką szefa polskiego rządu?
      Zwyczajnie. Ot, więcej powodów do dumy. Dwójkę dzieci przyzwoicie
      wychowałam, Donka i o dwa lata starszą Sonię. Ich ojciec umarł
      młodo, przeżyliśmy trochę trudnych lat. No więc teraz mam ciut
      satysfakcji. Z obydwojga jestem dumna.
      Naprawdę nic się nie zmieniło w pani życiu, od kiedy syn jest
      premierem? Może ma pani choć lepszą opiekę lekarską?
      Nie, po co mi? Przez lata byłam sekretarką w Akademii Medycznej w
      Gdańsku, mam zaufanie do naszych lekarzy. Teraz słyszę, że Wałęsa aż
      do Ameryki jechał, żeby sobie wstawić rozrusznik serca. Po co?
      Przecież mamy w Gdańsku świetnych fachowców. Jak w październiku
      miałam operację, to tutaj, w naszej Akademii Medycznej. I jestem
      zadowolona.
      W październiku Donald Tusk premierem jeszcze nie był, ale znanym
      politykiem zdecydowanie tak. W szpitalu dali pani choć osobny pokój?
      Nie, mały pokoik z dwoma łóżkami. Ciasno, że szkoda gadać. Ale
      dajmy spokój. Jestem w domu i żyję życiem zwyczajnego polskiego
      emeryta.
      Zupełnie zwyczajnego?
      No, przecież pan widzi. Stuletni dom z czerwonej cegły wybudowany
      dla kolejarzy. Żadne luksusy. Trzeba się do mnie gramolić na trzecie
      piętro. Trzy pokoje z kuchnią i łazienką, bez żadnych rewelacji.
      Mieszkamy z córką Sonią, wnuczką Basią i moim drugim mężem
      zwyczajnie. Dostaję 1100 zł emerytury, reszta domowników dokłada
      swoje i jakoś wiążemy koniec z końcem.
      Zawsze może pani poprosić syna o wsparcie.
      Nie muszę prosić, sam mi daje na rehabilitację. Zresztą niewiele
      potrzebuję. Wystarczy mi radość, to, że mogę Donka zobaczyć w
      telewizji. Poza tym on niemal w każdy weekend przyjeżdża do Sopotu i
      po drodze wstępuje do mnie. Zostawia za drzwiami całe swoje
      premierowanie.
      o czym wtedy rozmawiacie?
      Najmniej o polityce. Głównie sprawy rodzinne. Ostatnio
      rozmawialiśmy o Michale, moim najstarszym wnuku, który ma plany
      małżeńskie.
      Interesuje się pani w ogóle polityką?
      Tyle co wszyscy. Jak telewizja pokaże coś ważnego albo śmiesznego,
      to sobie dyskutujemy w rodzinie. Niedawno bardzo mi się podobało,
      jak na spotkaniu ze studentami ktoś zapytał Donalda, czym się różni
      od Jarosława Kaczyńskiego. Donek na to: „Wystarczy, że jestem
      blondynem, czy mam również wstać?”.
      Ale chyba nie zawsze jest z czego się śmiać? Na przykład Jarosław
      Kaczyński, który mówi, że premier Tusk ma wilcze oczy albo zęby, że
      coś złego z niego wychodzi...
      To mnie akurat szczerze rozbawiło.
      Przy ataku na „dziadka z Wehrmachtu” już nie było chyba wesoło?
      O nie, bardzo przykro. Nie chodziło o mojego ojca, lecz o teścia -
      Józefa Tuska - ale powiem szczerze, że Jacka Kurskiego znielubiłam
      za to, co wygadywał. Jakby nie znał historii Pomorza, nie rozumiał,
      w jak upokarzającej sytuacji byli tu Polacy podczas wojny. A może
      jest jeszcze gorzej? Może świetnie zna historię, ale
      niesprawiedliwie zaatakował, bo zależało mu tylko, żeby Donaldowi
      zaszkodzić?
      Jednak dziadek Tusk służył w Wehrmachcie...
      Gdy III Rzesza zaczęła przegrywać wojnę, wielu zostało z przymusu
      wcielonych do hitlerowskiej armii. Potrzebowali mięsa armatniego, to
      brali, kogo popadnie. Politycy, którzy przy okazji wyborów
      prezydenckich uderzyli w pamięć o moim teściu, są ludźmi podłymi
      albo potwornie głupimi. Że teść uciekł z Wehrmachtu do polskiego
      wojska, to już było

      dla nich mniej ważne. Więc powinni się dowiedzieć, co z nim i jego
      najbliższymi działo się 1 września 1939. Co się działo?
      Teść Józef Tusk był urzędnikiem państwowym kolei w Wolnym Mieście
      Gdańsku, a te w całości były pod polskim zarządem. Niemcy zrobili z
      kolejarzami „porządek” już w pierwszych godzinach. Tuskowie
      mieszkali z piątką małych dzieciaków w Gdańsku, w rejonie
      dzisiejszej ulicy Kartuskiej. Teściową Juliannę z tymi maluchami
      naziści po prostu wyrzucili na ulicę. Józefa aresztowali i wywieźli
      do obozu koncentracyjnego Stutthof. Do Wehrmachtu trafił w 1943 lub
      44 roku.
      Co w czasie wojny działo się z Julianną i jej dziećmi?
      Przez rok pomieszkiwała kątem u różnych krewnych. Dzieci musiała
      rozdzielić, bo sama nie dawała rady. Przy niej
      została dwójka najstarszych, pozostałe były u rodziny. Pod koniec
      1940 roku dostała pracę w Sopocie, jako księgowa
      w małym przedsiębiorstwie wyrabiającym środki higieny. Firma
      załatwiła dla niej pokój na poddaszu. Józef wrócił z
      wojny pod koniec lata 1945 roku. Zostali już na tym poddaszu, tylko
      je powiększyli, żeby było normalne mieszkanie.
      Pani rodzice też pochodzili z Wolnego Miasta Gdańska?
      Tak Tata, Franciszek Dawidowski, pracował jako dyżurny ruchu na
      dworcu Gdańsk Główny, ale jego życie to był futbol. Grał na pozycji
      bramkarza, najpierw w Sopockim Klubie Sportowym (Zoppoter Sport-
      yerein), potem w polonijnej Gedanii Gdańsk. Należał do Związku
      Polaków w Sopocie. Przystojny, wysportowany, dziewczyny za nim
      piszczały. Dosłownie. Moja mama pierwszy raz zobaczyła go właśnie na
      boisku, w trakcie jakiegoś meczu, była na widowni z koleżankami.
      Chodziła dumna, że właśnie ona go zdobyła.
      Mama była Kaszubką?
      -Nie, rodowitą Niemką. Anna, z domu Liebke. Pracowała jako
      korektorka w sopockiej gazecie, oczywiście niemieckojęzycznej.
      I zakochała się w Polaku?
      - Zakochała się w przystojnym chłopaku z Sopotu, a to, że był
      Polakiem, nie miało znaczenia. Tylko jej mama, czyli moja babcia,
      Otylia, zaprotestowała: „Jeśli wyjdziesz za tego polskiego cara, to
      nie chcę cię znać”. Mama zlekceważyła groźbę, więc babcia Otylia
      spuściła z tonu, ale mojego tatę zawsze traktowała z rezerwą.
      A dziadek?
      - Dziadek Albert nie żył od wielu lat.
      Rodzeństwo pani mamy nie kręciło nosem na Polaka w rodzinie?
      - Nie, mówimy o drugiej połowie lat 20. Nie było jeszcze nazizmu i
      tej całej nienawiści do wszystkiego, co polskie. Sopot był w
      granicach Wolnego Miasta Gdańska, Niemcy stanowili 80 procent
      mieszkańców, a Polacy byli po prostu sąsiadami. Nie istniała bariera
      językowa, dzieciaki w szkołach uczyły się po niemiecku.
      W którym roku pani rodzice wzięli ślub?
      - W 1929. Mieli czwórkę dzieci. Ja urodziłam się w trzydziestym
      czwartym.
      Co pani pamięta ze starego Gdańska, jeszcze przed wojenną zagładą?
      - Najbardziej lubiłam dwa domy towarowe na rogu Długiej i Tkackiej.
      Jeden należał do Sternfelda, drugi do Freimana.
      Było w nich coś wyjątkowego?
      - Piękne były, z wielkimi oknami wystawowymi. Mnie oczywiście
      najbardziej interesowały lalki.
      Miała pani taką lalkę?
      - Oczywiście, nawet dużą. Dostałam ją od mojego wujka Leona
      Lalowskiego, gdy jeszcze było Wolne Miast o Gdańsk.
      Z takim nazwiskiem wypadało, żeby sprezentował mi lalkę. Jego
      dzieci: Ewa, Brygida i Wojtek, do dziś żyją w
      Trójmieście. Lalkę miałam chyba do 1950 roku.
      Zakupy w domach towarowych nie były wtedy niczym nadzwyczajnym?
      - Nie, mój ojciec przyzwoicie zarabiał, jeszcze w gdańskich
      guldenach. Po wybuchu wojny tak dobrze już nie było, stracił pracę,
      zapisali go do najniższej, czwartej grupy. Na ubraniu musiał mieć
      dużą naszywkę z literą”P”, czyli Polak. Na spacerze prosiłam: tata,
      zasłoń tę literę szalikiem. A on: „Nie, ja tego
      • 1sejmowy Re: Kamiński i Kurski - to nieprzeciętni publicyś 05.04.08, 17:20
        1sejmowy napisała:

        > Kamiński i Kurski - trzymajcie się zdrowo. Jesteście nieprzeciętni
        w najwyższej klasie publicystów w naszym kraju i UE.
        > Ale dla rozpalonych głów niektórych dyskutantów dla uporządkowania
        > tego wątku dziadkowo-tuskowego przedstawiamy rozmowę z Panią Ewą
        > Tusk - kopia z GW z dnia 24 marca. Przyjemnej lektury.
        cd. artykułu
        Mama była Kaszubką?
        -Nie, rodowitą Niemką. Anna, z domu Liebke. Pracowała jako
        korektorka w sopockiej gazecie, oczywiście niemieckojęzycznej.
        I zakochała się w Polaku?
        - Zakochała się w przystojnym chłopaku z Sopotu, a to, że był
        Polakiem, nie miało znaczenia. Tylko jej mama, czyli moja babcia,
        Otylia, zaprotestowała: „Jeśli wyjdziesz za tego polskiego cara, to
        nie chcę cię znać”. Mama zlekceważyła groźbę, więc babcia Otylia
        spuściła z tonu, ale mojego tatę zawsze traktowała z rezerwą.
        A dziadek?
        - Dziadek Albert nie żył od wielu lat.
        Rodzeństwo pani mamy nie kręciło nosem na Polaka w rodzinie?
        - Nie, mówimy o drugiej połowie lat 20. Nie było jeszcze nazizmu i
        tej całej nienawiści do wszystkiego, co polskie. Sopot był w
        granicach Wolnego Miasta Gdańska, Niemcy stanowili 80 procent
        mieszkańców, a Polacy byli po prostu sąsiadami. Nie istniała bariera
        językowa, dzieciaki w szkołach uczyły się po niemiecku.
        W którym roku pani rodzice wzięli ślub?
        - W 1929. Mieli czwórkę dzieci. Ja urodziłam się w trzydziestym
        czwartym.
        Co pani pamięta ze starego Gdańska, jeszcze przed wojenną zagładą?
        - Najbardziej lubiłam dwa domy towarowe na rogu Długiej i Tkackiej.
        Jeden należał do Sternfelda, drugi do Freimana.
        Było w nich coś wyjątkowego?
        - Piękne były, z wielkimi oknami wystawowymi. Mnie oczywiście
        najbardziej interesowały lalki.
        Miała pani taką lalkę?
        - Oczywiście, nawet dużą. Dostałam ją od mojego wujka Leona
        Lalowskiego, gdy jeszcze było Wolne Miast o Gdańsk.
        Z takim nazwiskiem wypadało, żeby sprezentował mi lalkę. Jego
        dzieci: Ewa, Brygida i Wojtek, do dziś żyją w
        Trójmieście. Lalkę miałam chyba do 1950 roku.
        Zakupy w domach towarowych nie były wtedy niczym nadzwyczajnym?
        - Nie, mój ojciec przyzwoicie zarabiał, jeszcze w gdańskich
        guldenach. Po wybuchu wojny tak dobrze już nie było, stracił pracę,
        zapisali go do najniższej, czwartej grupy. Na ubraniu musiał mieć
        dużą naszywkę z literą”P”, czyli Polak. Na spacerze prosiłam: tata,
        zasłoń tę literę szalikiem. A on: „Nie, ja tego nie zrobię”. Nie
        zabili go, bo mama była Niemką. Został wywieziony na roboty
        przymusowe.
        Dokąd?
        Do Kętrzyna, pracował jako robotnik przy budowie Wilczego Szańca.
        Był w brygadzie z angielskimi jeńcami i Polakami. Doszło do
        katastrofy budowlanej, bodajże zawalił się jakiś sufit. Wśród
        rannych był mój tatuś, położyli go w szpitalu polowym. Stracił oko,
        miał zmiażdżoną nogę. Któregoś dnia cały personel medyczny zaczął
        zachowywać się tak, jakby szedł na defiladę. I nagle - do sali
        wchodzi Hitler. Sala była duża, a on chodził od łóżka do łóżka i
        podawał chorym rękę. Tata leżał obok kolegi Polaka. Obaj powiedzieli
        sobie, że za żadne skarby nie podadzą Hitlerowi ręki, więc udawali
        umarlaków. Tata zezował tylko przez przymrużone oko, co się dzieje.
        Hitler podszedł do jego łóżka, lekko się nachylił, zobaczył, że stan
        jest ciężki, i tylko poklepał tatusia po ramieniu.
        O, to już wyobrażam sobie, jak któryś z polityków PiS mówi z
        przekąsem: „Mojego dziadka Adolf Hitler po ramieniu nie poklepywał”.
        Nie obawia się pani takich reakcji?
        - Zawsze można to pokazać w krzywym zwierciadle: jeden dziadek
        premiera Tuska, ze strony ojca, był w Wehrmachcie, drugi, ze strony
        mamy, stracił zdrowie, budując główną kwaterę Hitlera. Tyle że obaj
        byli Polakami tak jak tysiące innych Pomorzan, jak tysiące Slązaków.
        lich serca nie biły dla Hitlera. Mój ojciec nie nosił na ubraniu tej
        dużej litery „P” dlatego, że taka była moda. Nieraz na ulicy napluto
        mu w twarz z powodu tej litery. Czasy były potworne. Ani ja, ani mój
        syn nie mamy się czego wstydzić.
        To było takie ważne dla pani ojca: nie podać Hitlerowi ręki?
        - Jako dziecko też się dziwiłam, mówiłam: „A co by ci szkodziło?”.
        Ale on odpowiadał: „Wstydziłbym się do końca życia”. To żenujące, że
        dziś próbuje się wykorzystać te trudne, poplątane losy do
        politycznych rozgrywek przeciw Donkowi.
        Już się chyba nie próbuje.
        - Myśli pan? Donkowi ktoś powiedział niedawno, że wciąż szukają.
        Chcą koniecznie udowodnić, że jesteśmy Niemcami. Szkoda, że do mnie
        nie przyszli, nie mam nic do ukrycia. Może pradziadek by im się
        spodobał? Ojciec mojej mamy Albert Liebke zginął na froncie w Rosji
        w lutym 1915 roku, w jakiejś miejscowości Kamion.
        Warmii pruskiej?
        - Tak - a w jakiej miał zginąć, skoro był Niemcem? Brat mojej mamy,
        wujek Artur, też poległ w Rosji, w kwietniu 1942, podobno 60
        kilometrów od miejsca gdzie zginął ich ojciec. Obaj dostali w
        brzuch. Do tego mogę jeszcze dodać, że siostra mojego ojca Maria, a
        więc moja rodzona ciocia, była na pokładzie „Wilhelma Gustloffa”,
        gdy w styczniu 1945 roku został storpedowany przez radziecki okręt
        podwodny.
        Tam zginęły tysiące ludzi. Woda była lodowata, wyłowiono tylko 800
        żywych osób. Uratowała się?
        - Nie. Ani ona, ani trójka jej małych dzieci. Ocalał tylko jej
        najstarszy syn, ale imienia nie pamiętam. Po wojnie mieszkał
        w Niemczech, podobno już nie żyje.
        Widziała pani, jak w 1945 roku Gdańsk walił się w gruzy?
        - Nie widziałam, bo mieszkałam z rodzicami w Sopocie. Ale któregoś
        wieczoru dorośli pokazali mi wielką czerwona łunę na niebie. Płonął
        Gdańsk. Pojechałam tam później, latem. Robiłam z mamą herbatę dla
        mężczyzn pracujących przy rozbiórce ruin na ul. Długiej.
        Dorośli nie dziwili się, że Gdańsk jest tak mocno zniszczony, a
        Sopot prawie nietknięty?
        - Między sobą mówili, że to zrobili Rosjanie. Gdańsk był oczywiście
        zniszczony podczas walk, ale nie tak bardzo. Spalili go później.
        Sopot jednak ocalał...
        - To prawda. Radzieccy żołnierze spalili jedynie kasyno gry i dwa
        hotele przy „Monciaku”, jedne z ładniejszych budynków w mieście.
        Było trochę innych zniszczeń, ale to nic w porównaniu z Gdańskiem.
        Ludzie bali się Rosjan?
        - Tak, bo oni robili, co chcieli. Latem 1945 poszłam do lasu z
        mniejszymi dziećmi i Dorotą, koleżanką ze szkoły, trzynastolatką,
        ale wyrośniętą Spotkali nas Ruscy, ją zabrali, a mnie z dzieciakami
        kazali uciekać. We czterech lub pięciu zgwałcili porzucili biedną na
        mrowisku. Zaraz po tym jej rodzina spakowała się, wszyscy wyjechali
        do Niemiec. Żadna z moich koleżanek z czasów wojny, z ulicy i ze
        szkoły, nie została w Polsce. Wszystkie wyjechały i nie miałam już z
        nimi kontaktu.
        Gwałty były normą w zachowaniu czerwonoarmistów?
        - Nie, oni różni byli. Oficerowie - raczej porządni. Obok naszego
        domu, na Jana z Kolna, była radziecka komendantura. Pamiętam, że raz
        zabili krowę i podarowali nam kawał mięsa. Było to w czasie, gdy do
        jedzenia mieliśmy tylko kilka ziemniaków. Ale po tym koszmarze w
        lesie miałam do Rosjan uraz. Do dziś za nimi nie przepadam.
        Czego się jeszcze baliście?

        - Chorób. W Gdańsku i Sopocie mnóstwo ludzi umarło na tyfus, bo
        leków nie było.
        Rodzice chcieli wyjechać do Niemiec?
        - Mama i babcia chciały, w końcu były Niemkami. Obie jednak zostały
        w Gdańsku, bo tata stanowczo powiedział, że nigdzie nie pojedzie.
        Był pod tym względem nieugięty. Ja chciałam wyjechać, bo dzieci w
        szkole swastyki na tornistrze mi rysowały. Słabo mówiłam po polsku,
        więc przedrzeźniały mnie. Uratowała mnie wtedy moja nauczycielka
        pochodząca z Wilna, dobra, kochana. I tata mnie uratował, bo zaczął
        odprowadzać mnie do szkoły w swoim kolejarskim mundurze.
        Przecież nie miał nogi. Codziennie przychodził o kulach?
        - Nogę miał, ale niesprawną Chodził o jednej kuli. To nie trwało
        miesiącami, dzieciaki w końcu
        • 1sejmowy Re: Kamiński i Kurski - to nieprzeciętni publicyś 05.04.08, 17:24
          1sejmowy napisała:

          > 1sejmowy napisała:
          >
          > > Kamiński i Kurski - trzymajcie się zdrowo. Jesteście
          nieprzeciętni
          > w najwyższej klasie publicystów w naszym kraju i UE.
          > > Ale dla rozpalonych głów niektórych dyskutantów dla
          uporządkowania
          > > tego wątku dziadkowo-tuskowego przedstawiamy rozmowę z Panią Ewą
          > > Tusk - kopia z GW z dnia 24 marca. Przyjemnej lektury.
          > cd. nr 2
          dzieciaki w końcu zrozumiały, że zachowują się podle, i dały spokój.
          Kiedy poczuła się pani dobrze w polskim Gdańsku?
          - W 1950 roku, gdy skończyłam szkoły i po polsku mówiłam, jakbym z
          Warszawy przyjechała Miałam 16 lat, dostałam pracę w dobrym sklepie
          mięsnym, przy „Monciaku”.
          A jak pani trafiła do pracy w gdańskiej Akademii Medycznej?
          - To było pod koniec lat 50., gdy już miałam dzieci. Praca w handlu
          nie jest wygodna dla młodej matki, więc trzeba było coś wymyślić.
          Moja mama była tylko salową w Akademii, ale lekarze ją szanowali.
          Zapytała, czy nie znalazłoby się miejsce dla jej córki. I znalazło
          się w sekretariacie kliniki psychiatrii, u profesora Tadeusza
          Bilikiewicza. Przepracowałam tam 41 lat, na emeryturę przeszłam pod
          koniec lat 90.
          Polski personel szpitala wiedział, że pani mama jest Niemką?
          - Oczywiście, przecież ona zaczęła uczyć się polskiego dopiero po
          wojnie, miała wtedy 38 lat. Mówiła ze złym akcentem, myliła
          końcówki. Jeden lekarz dokuczał jej z tego powodu, ale pozostali
          byli przyzwoici. Po kilku latach zrezygnowała z pracy, bo jeden z
          adiunktów poprosił ją, by się zajęła wychowaniem jego córki.
          Zarabiała dwa razy więcej niż w szpitalu.
          Do kiedy żyła?
          - Do 1988 roku. Pochowaliśmy ją tak, jak chciała, z pamiątką po
          ukochanym bracie Arturze, tym, który zginął na wojnie
          w Rosji. Włożyliśmy mamie do trumny jego zaplamiony krwią notes.
          Macie jakąś rodzinę w Niemczech?
          - Prawie wszyscy po wojnie zostali w Trójmieście. Wywieziona została
          tylko kuzynka męża, Ingrid. Mieszkała w NRD,
          w Lipsku, teraz w Frankfurcie. Byłam u niej dwa czy trzy razy. Ona
          ma teraz czternastoletnią wnuczkę, która w ogóle
          nie mówi po polsku, ale chwali się przed swoimi niemieckimi
          koleżankami, że jej wujek jest polskim „kanclerzem”.
          Jak poznała pani swojego męża?
          - Na początku lat 50. Był przyjacielem mojego starszego brata Henia,
          przychodził do naszego domu. Był o cztery lata starszy ode mnie.
          Od razu wpadł pani w oko?
          - Nie, przecież młoda byłam. On najpierw mojej mamie wpadł w oko.
          Grzeczny, miły, zwracał się do niej z wielkim szacunkiem. Też
          kolejarz, bo moja rodzina i Tuskowie to byli głównie kolejarze. Mama
          uważała, że takiego kandydata na zięcia to ze świecą szukać.
          Zaręczyny były 23 stycznia 1954 roku. Po prostu przyszedł i bez
          owania w bawełnę zapytał, czy za niego wyjdę.
          Kiedy był ślub?
          - W listopadzie, oczywiście w Sopocie, w kościele św. Jerzego, tym,
          co stoi przy początku „Monciaka”. Zamieszkaliśmy
          w Gdańsku, w mniejszym pokoju u moich rodziców na Szczecińskiej. W
          większym spali rodzice i moi dwaj bracia.
          Siostra przeniosła się do cioci.
          Najpierw urodziła się wam Sonia?
          - Tak, w lipcu 1955 roku. Gdy miała roczek, dostaliśmy to
          mieszkanie, w którym teraz jestem. Tu byliśmy, gdy się urodził
          Donek, pod koniec kwietnia 1957.
          Dlaczego akurat imię Sonia?
          - Po prostu podobało mi się.

          Donek imię dostał po ojcu?
          - Zgadza się.
          Przypomina ojca?
          - Trochę, jest po nim niesamowicie rodzinny. Już od kilkunastu lat
          siedzi w Warszawie, ale na sobotę i niedzielę prawie zawsze wraca do
          domu. To są wyjątkowe sytuacje, gdy zostaje w stolicy. Ta jego
          rodzinność jest chyba właśnie po ojcu. Mój mąż raz był
          przygotowywany w Warszawie do operacji serca. Była zaplanowana na
          środę, ale dwa dni wcześniej uciekł do domu. Mówił, że nie mógł
          wytrzymać, widział umierających i było mu tak strasznie żal, że może
          nas więcej nie zobaczyć.
          Wrócił do szpitala?
          - Nie. Kilka lat później było drugie podejście, ale wyszło, że
          schorzenie nie nadaje się do operacyjnego usunięcia. Co jeszcze ma
          syn po ojcu?
          - Myślę, że skłonność do zajmowania się polityką. Mąż miał kolegę, z
          którym ciągle dyskutowali. Gdy umarł Stalin, oni wpadli na pomysł,
          że będą jeździć na Kaszuby, chodzić po chałupach i uświadamiać
          ludzi, jakim złem jest komunizm, i że śmierć Stalina niewiele w tym
          wszystkim zmienia. To było na początku naszego małżeństwa.
          Kaszubom chyba nie trzeba było specjalnie tłumaczyć. Do kołchozów
          raczej nie dali się zapędzić, w ramiona komunistów też się nie
          garnęli, trzymali się Kościoła.
          - Donald z kolegą znajdowali takie miejscowości, gdzie było komu
          tłumaczyć. Obaj byli nawiedzeni. Jak mi mąż powiedział, że trzeba
          ludziom oczy otwierać, jaka jest prawda, to myślałam, że z krzesła
          spadnę. Kłótnia była:
          Zobaczysz, komuniści tak ci oczy otworzą, że się nie pozbierasz.
          Nieszczęście sprowadzisz na całą rodzinę. Uległ mi, więcej się tym
          nie zajmował, ale w domu do końca sobie politykował. Nie cierpiał
          komunistów.
          Coś jeszcze?
          - Tak, taki gest ręki. Gdy w telewizji widzę, jak Donek wysuwa przed
          siebie dłoń z uniesionym wskazującym palcem.
          To jest po jego ojcu. Coś takiego: 0, przepraszam, ale . I jeszcze
          to errr, gdy mówi, to charakterystyczne dla
          Tusków, jego stryj Rajmund wymawia podobnie. Nic więcej po ojcu w
          Donku nie ma, bo to wykapany dziadek -
          Franciszek Dawidowski, czyli mój tata. Jest tylko szczuplejszej
          budowy.
          Po dziadku Dawidowskim ma to zamiłowanie do futbolu?
          - Tak, myślę, że takie sprawy są po prostu w genach. Jak Donek
          organizuje mecze polityków w Sopocie, to na tym boisku, na którym w
          latach 20. trenował jego dziadek. Donek grał od małego tu, pod
          domem, na trawnikach. Dosłownie od rana do wieczora mógł kopać
          piłkę, kiedyś nawet wybił komuś szybę w oknie. I od domu niedaleko
          jest do stadionu Lechii, więc został kibicem. Ciągle z zachrypniętym
          gardłem chodził, tak dopingowali swoją drużynę. Na szczęście wtedy
          jeszcze takiego bandytyzmu na stadionach nie było, więc się o niego
          nie bałam.
          Donek to był łobuziak. Jak nie szybę piłką wybił, to z kolegami
          ognisko w piwnicy rozpalił. Zupa mu nie smakowała, to potrafił ją
          przez okno wylać, sąsiadce piętro niżej szyby przez to obryzgał.
          Ciągle przychodził z podwórka z potłuczonymi kolanami i łokciami.
          Pewnego razu zszedł z rowerkiem do piwnicy, chyba jechał tym ciemnym
          korytarzem, przewrócił się prosto na potłuczone akwarium, które
          zostawił sąsiad. Krew się lała, wybiegłam z dzieciakiem na rękach na
          ulicę, zatrzymałam przypadkowy samochód. W pogotowiu zszyli mu nogę
          i założyli gips. Powiedzieli, że niewiele brakowało do przecięcia
          tętnicy, dziecko by się w tej piwnicy po cichu wykrwawiło.
          Twardy.
          - Nie, po prostu ruchliwe dziecko. Pewnego lata pojechali z Sonią na
          kolonie, Donka wyposażyłam w nowe dresy. Wkrótce przychodzi list od
          Soni: Poszliśmy na jagody i Donek swój dres mocno pobrudził, całą
          noc płakał. Więc jaki tam twardy? Dzieciak po prostu.
          Jakie były relacje Donka z ojcem?
          - Zwyczajne. Mąż był wymagający, trzymał dzieci krótko. Jak chłopak
          coś zbroił, to mógł dostać pasem, który zawsze wisiał za drzwiami w
          kuchni. W czasie choroby mąż dużo gorączkował, wypijał całe litry
          wody gazowanej. Donek codziennie po szkole chodził z domu aż pod
          halę targową i wymieniał butelki z syfonem, takie szklane. Koledzy
          wołali chodź grać w piłkę, a on z tymi butelkami. Szybko dojrzał po
          śmierci ojca.
          W którym roku umarł?
          - Pogrzeb był w lutym 1972 roku, na cmentarzu katolickim w Sopocie.
          Śnieg leżał. Sonia się rozpłakała i za żadne
          skarby nie chciała wejść do kaplicy. A Donek, choć 15 lat nie miał
          skończonych, twardo stał przy trumnie. Nie płakał,
          był skupiony. Pomyślałam wtedy, że w tym drobnym chłopcu jest już
          coś z mężczyzny.
          Potem wyszła pani za mąż po raz drugi.
          - Tak, ale nie od razu. 14 lat po śmierci męża po
          • 1sejmowy Re: Kamiński i Kurski - to nieprzeciętni publicyś 05.04.08, 17:26
            1sejmowy napisała:

            > 1sejmowy napisała:
            >
            > > 1sejmowy napisała:
            > >
            > > > Kamiński i Kurski - trzymajcie się zdrowo. Jesteście
            > nieprzeciętni
            > > w najwyższej klasie publicystów w naszym kraju i UE.
            > > > Ale dla rozpalonych głów niektórych dyskutantów dla
            > uporządkowania
            > > > tego wątku dziadkowo-tuskowego przedstawiamy rozmowę z Panią
            Ewą
            > > > Tusk - kopia z GW z dnia 24 marca. Przyjemnej lektury.
            > > cd. nr 3
            Tak, ale nie od razu. 14 lat po śmierci męża pojechałam na Kaszuby,
            na działkę do siostry i szwagra. Obok swój
            domek budował pan Wacław, inżynier ze Stoczni Północnej.
            Przypadliśmy sobie do gustu. Sonia nie chciała najpierw tego
            zaakceptować, powiedziała, że „po jej trupie”. Donkowi było „wsio
            ryba”. Dziś Wacław i moje dzieci mają bardzo dobre relacje. 0, jeśli
            ktoś w tym domu naciąga Donka na rozmowy o polityce, to właśnie
            Wacek.
            Na podwórku dzieci miały jakieś przykrości ze względu na babcię
            Niemkę albo kaszubskie pochodzenie?
            - Nigdy. Dla dzieciaków to nie miało znaczenia. Donek i Sonia byli
            wychowywani jak inne dzieciaki. Byli po prostu z miasta.
            Dzieci nauczyły się od pani niemieckiego?
            - A gdzie tam! Wciąż świetnie mówię po niemiecku, ale nie chciały.
            Mogły też nauczyć się języka od mojej mamy. Ale mała Sonia krzyczała
            mi: „Nienawidzę Niemców, nienawidzę!”. W telewizji puszczali
            wtedy „Czterech pancernych”, na podwórku chłopcy bawili się w
            strzelanie do hitlerowców Dopiero pod koniec ogólniaka przyszła
            powiedzieć, że chce się poduczyć, bo może by poszła na germanistykę.
            Ucieszyłam się, uważałam za lekkomyślność, że mogła uczyć się
            języka, a nie chciała.
            Syn nauczył się niemieckiego?
            - Tak, ale później niż Sonia, gdy już studiował historię. Powinien
            sobie poradzić, jeśli pojedzie do Niemiec jako turysta. Jak
            dowiedziała się pani, że syn działa w studenckiej opozycji?
            - 0, to była niezła historia. Tam, gdzie pracowałam, na psychiatrii,
            był mocno partyjny lekarz, Ludomir Zgirski. Poszedł
            w górę, zrobili z niego wicewojewodę. Któregoś dnia przychodzi do
            mnie i prosi o rozmowę. Mówi, że widział
            dokumenty, z których wynika, że Donek jest w grupie spiskowej i że
            grozi mu niebezpieczeństwo, bo mają w swoim
            środowisku esbecką wtykę. Mówił: „Służba Bezpieczeństwa wszystko o
            nich wie, wszystko. Niech pani ostrzeże syna,
            ale nikomu nie mówcie o tym, bo mnie razem z wami na Syberię
            wywiozą”.
            Przyzwoicie się zachował.
            - Bo to w gruncie rzeczy był przyzwoity człowiek. Od tego czasu
            zresztą nie mierzę „komuchów” jedną miarą. Byli lepsi i gorsi, a że
            służyli złej sprawie, to wszyscy wiemy.
            Co zrobił Donek, gdy mu pani powiedziała o donosicielu?
            - Przyjął to bardzo spokojnie, bo oni domyślali się, że ktoś jest
            zdrajcą. Mieli nawet wytypowane konkretne nazwisko, ale nie chciał
            powiedzieć mi jakie. Nie wiem, czym skończyła się ta sprawa. Donek
            nie zwierzał mi się.
            Nie próbowała mu pani wybić z głowy tej polityki?
            - Nie, wiedziałam, że to nic nie da. On się szybko usamodzielnił, w
            czasie studiów wyprowadził się, ożenił. W naszym domu wszyscy nie
            cierpieliśmy komuny, tego zła i zakłamania. Przecież w grudniu 1970
            to tych milicjantów nam tu
            przed domem na trawnik wysadzili z samochodów, chyba ze stu. Od razu
            zaczęli sikać na chodnik. Tak przeraźliwie się wydzierali, że chyba
            byli nafaszerowani jakimiś prochami. I takich bydlaków puszczono na
            tych biednych
            stoczniowców. Dopiero po fakcie dowiedziałam się, że Donek był pod
            komitetem wojewódzkim partii, gdy tłum podpalił budynek. Wojsko i
            policja strzelały do ludzi. Wszystko góra kilometr od naszego domu.
            Takie wydarzenia go
            kształtowały. Potem przecież był 1980 rok i Sierpień, w którym on
            poczuł się jak ryba w wodzie. Stąd do stoczni też jest najwyżej
            kilometr.
            Pewnie obaj dziadkowie byliby z niego dziś dumni.
            - Oj, byliby. Bardzo. A jego ojciec najbardziej.
            Roman Daszczyński

            Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA
            http ://www. gazetawyborcza.pl/gazetawyborcza/2029020,75248 „5
            042291 .html?sms cod... 08-03-24

    • 1gracja1 Autor artykułu pisze o ratowaniu wizerunku 05.04.08, 17:43
      Autor artykułu rozpoczął od samego początku od poprawiania
      wizerunku. Tak w istocie - to temat na czasie. Powstaje bowiem
      Centrum Propagandy przy rządzie Tuska.
      Koszty tego pomysłu - orientacyjnie mają wynieść ma 30 mln. zł.
      rocznie. Budżet to wytrzyma - ceny żywności od kwietnia wzrosły o 15
      procent.
      Poza tym jest drugi pomysł - autor Andrzej Czuma - handel bronią.
      Pistolety będą jak towar pierwszej potrzeby - do nabycia przez
      wszystkich zainteresowanych. Ustawa jest już u Komorowskiego - ten
      były minister obrony narodowej - jest współautorem tego szleńczego
      pomysłu liberałów i libertynów. Z przegłosowaniem nie będzie żadnego
      problemu z opozycją. Wystarczy zwykła większość głosów - a tę na
      razie mają.
      Wizerunku - tymi rewolwerami - rząd sobie chyba nie poprawi.
    • 1sybilla1 Obóz Stutthof 05.04.08, 18:28

      Meine liben markowsky

      Jeśli Pan ma numer więźnia - nie ma sprawy - wszystkiego można się
      dowiedzieć. Służę pomocą. A teraz odpowiadam za zgodą 1Sejmowego, bo
      on nie chciał z Panem dyskutować.
      Garść wiedzy o Stutthofie.
      Obóz w pierwszym etapie budowy był więzieniem dla przestępców i
      kryminalistów niemieckich a potem polskich z okręgu Reichsgau Danzig-
      Westpre (obszar Prusy Wschodnie). Kolejne nazwy tego obozu to:
      Zivilgefangenenlager Stutthof - Obóz Jeńców Cywilnych Stutthof
      Gefangenen - Sammellager Stutthof - Zbiorczy Obóz Jeńców Stutthof
      Konzentrationslager Stutthof - Obóz koncentracyjny Stutthof
      Gefangenenleger Stutthof - Obóz Jeńców Stutthof.
      W czerwcu 1944 r. włączono go do realizacji "Ostatecznego
      rozwiązania kwestii żydowskiej" ("Endloesung"), nabrał więc
      charakteru obozu masowej zagłady.
      O każdym więźniu obozu wszystkiego można się dowiedzieć na podstawie
      jego numeru ewidencyjnego dzięki pedantyczności faszystów
      niemieckich.
      Osadzonych w obozie wpisano do księgi ewidencyjnej, począwszy od
      numeru pierwszego. Księgi te, zwane Einlieferungsbuch, kontynuowano
      do 25 stycznia 1945 roku. Nowo przybyłym zakładano kartotekę
      osobową, do której wpisywano dane personalne, datę i przyczynę
      osadzenia oraz informacje dotyczące zmian miejsca pobytu więźnia,
      np. przeniesienia do podobozu, pobyt w szpitalu obozowym.
      Rejestrację więźniów przybywających do Stutthofu rozpoczęto od
      numeru 6600. Numery niższe otrzymali więźniowie osadzeni w
      podobozach w Granicznej Wsi (Zivilgefangenenlager Grenzdorf ) i
      Maćkach, następnie więźniowie z Nowego Portu. Aresztowani z Gdyni
      oznaczeni byli numerami od 2000 do 5000. Listy transportowe i nakaz
      osadzenia więźnia w obozie były podstawą do założenia kartoteki
      obozowej oraz do wpisu w księdze ewidencyjnej obozu, prowadzonej
      według numerów Einlieferungsbuch. Do ksiąg wpisywano kategorię
      więźnia: polityczny, policyjny, zawodowy kryminalista, asocjalny,
      Żyd, badacz Pisma Świętego, wychowawczy i inne. Po raz pierwszy
      oznaczenia te zostały wprowadzone 24 kwietnia 1942 roku, a od 7 maja
      tego roku używano pieczątek określających daną kategorię. W archiwum
      zachowało się pismo wydziału IV administracyjnego KL-Verwaltung z 6
      lutego 1942 roku do Oranienburga w sprawie zaopatrzenia obozu w
      tkaninę potrzebną do wykonania oznaczeń dla więźniów . Od wiosny
      1940 roku wydawano więźniom numery wypisane na kawałku kartonu o
      wymiarach 5x5 cm, które musieli nosić przy sobie. Do 1942 roku
      więzień nie był zobowiązany do naszywania numeru na ubraniu.
      Od 1942 roku forma oznaczania zmieniła się. Odtąd numer obozowy był
      wydrukowany na kawałku białego płótna. Przed numerem znajdował się
      trójkąt zwany winklem, którego kolor oznaczał kategorię więźnia.
      Wszystkich więźniów zobowiązano do przyszycia nadanych im oznaczeń
      (winkiel i numer) na ubraniu z lewej strony (mężczyźni - na
      marynarce i lewej nogawce spodni u góry). W KL Stutthof nie
      tatuowano więźniów
      Warunki życia od początku były bardzo ciężkie. Charakterystyczny dla
      tego terenu klimat morski z częstymi opadami i wiatrem znad morza
      przyczyniał się do zwiększonej zachorowalności.

      Baraki mieszkalne stawiane na terenie podmokłym (l m nad poziomem
      morza), chociaż budowane na palach drewnianych, nie zabezpieczały
      przed zimnem. Temperatura wewnątrz baraku w zimie niewiele różniła
      się od temperatury powietrza. Baraki podzielone na izby o
      powierzchni około 50 m2 nie były wyposażone w żaden sprzęt.
      Więźniowie spali na podłodze pokrytej cienką warstwą słomy, którą
      pod groźbą kary bicia nie wolno było się przykryć. Nie wolno też
      było palić w piecyku. Fatalną sytuację w barakach pogarszały
      dziurawe dachy. Rano więźniowie budzili się zmarznięci, a ci, co
      leżeli pod ścianą, byli narażeni na śmierć. Ściany baraku w dzień
      pokrywały się szronem, ponieważ drzwi i okna były otwarte, a kiedy w
      nocy zamykano je, szron topniał i ściekał na podłogę.

      W obozie znajdowała się tylko jedna latryna, w środku pomiędzy
      barakami wykopano dół i położono deskę. Do latryny wolno było
      chodzić ściśle wyznaczoną drogą. Latrynę oczyszczali księża i Żydzi -
      najgorzej traktowani więźniowie w obozie. Wobec braku wody, mydła,
      papieru toaletowego i ręczników więźniowie chodzili ciągle brudni i
      zawszeni. Musieli pracować i spać w tym, w czym ich przywieziono do
      obozu. Niemożność wyprania bielizny i jej zmiany, brak środków
      odkażających, brzytew, żyletek i nożyczek - wszystko to nie
      sprzyjało utrzymaniu higieny osobistej.
      Obóz został wyzwolony 9 maja 1945 r. przez 38 armię Frontu
      Białoruskiego ZSRR.

      • 1zorro Re: Obóz Stutthof 06.04.08, 17:00
        naucz sie glupku najpierw po niemiecku a potem dopiero pisz tutaj
        takie pierdoly....

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka