nick3 Przegrane życie świętej. 01.07.08, 02:36 (Na wstępie zaznaczam, że nagłówek postu ma charakter prowokacyjny. Nie można tak apodyktycznie osądzić treści życia żadnego człowieka. Ponieważ jednak Matka Teresa funkcjonuje jako wzór osobowy, więc mam prawo ocenić postać, jaka się wyłania z wypowiedzi i działań Matki Teresy, takich jakimi je znamy.) Artykuł Dorosza przedstawia sobą sedno tego, co uważam za patologiczny charakter biblijnej religii Transcendencji. Postać Matki Teresy dostarcza zaś ilustracji owoców życiowych tego typu duchowości, o ile przeżywana konsekwentnie. Jak zatem brzmi ten mój zarzut wobec chrześcijaństwa? Najkrócej? Że jest ono nieautentyczne, bo transcendentne (tj. antycielesne). Wiara to Teatr motywowany Trwogą. Uważam, że "wiara" w rozumieniu chrześcijańskim ("wiara nadprzyrodzona") już z definicji jest, jeśli bliżej się przyjrzeć - zjawiskiem w sumie werbalnym! Pewnym sposobem "zagadywania" (mistyfikowania) własnego życia. Bardzo proszę chrześcijan o staranne uchwycenie myśli, bo zapewniam, że nie o inwektywę mi tu chodzi. Chrześcijanie rzadko słuchają argumentów, bo z góry są przeświadczeni, że żadne argumenty nie są w stanie mierzyć się z siłą perswazyjną wiary. A jednak może tak nie jest!;) O co mi chodzi z tym Teatrem? Na początek, dla dodania wagi rozumowaniu;), przytoczę zaskakujące zdanie z pism młodego Ratzingera: "Czym się różni Kościół od teatru? Tym, że teatr nie ukrywa, że jest teatrem." "Wiara" w tak antynaturalistycznej tradycji, jaką jest religia biblijna, sama jest "zjawiskiem nadprzyrodzonym", czyli "dostępnym wyłącznie wzrokowi wiary". Koło się zapętla. Pobożność katolicka przezornie nie rozwija tego paradoksalnego wątku (choć ma on miejsce oczywiście i w katolicyzmie). Ale Dorosz jest protestantem, a protestantyzm stawia kropkę nad "i". Nic, co daje się w jakikolwiek sposób doświadczyć w ludzkim przeżywaniu, nie jest "wiarą" w sensie chrześcijańskim. W rezultacie jednak "wiara nadprzyrodzona" nie jest niczym innym niż rodzajem gadania! Wiara jest nie-przeżyciem. Najlepszym obrazem (mimowolnie stworzonym przez gorliwego protestanta) jest tu baśń Andersena "Nowe szaty cesarza". Tym właśnie jest "życie wiary". Sposobem mówienia o czymś, czego w ludzkim przeżywaniu nie ma! Tylko że cesarz nie jest tym dobrotliwym pierdołą z baśni. Cesarzem jest Trwoga. "Strach Abrahama, Izaaka i jakuba" (tak brzmi w najstarszych fragmentach Biblii dosłowne znaczenie słowa tłumaczonego jako "Bóg") Wołanie Dziecka ("Król jest nagi!") jest przez Poddanych ignorowane z grobowo nieporuszoną twarzą. Ale przecież, mógłby ktoś powiedzieć, w jaki sposób mówić o nieautentycznosci życia Świętej. Można mówić o "nieautentyczności życia księży". Ale Świętej? Jak można w jej przypadku nazywać wiarę - werbalizmem? Przeciez "wiara" tak bardzo zmieniła jej życie. A jednak. Czynnikiem zmieniającym życie chrześcijan nie jest to, co oni sami na ten temat chcą wierzyć. Jest nim wpojona przez wychowanie religijne trwoga przed samym sobą "niekochającym Boga". Wychowawcy religijni wpajają dziecku niezdolność do zaakceptowania samego siebie, o ile nie będzie się "kochać Boga" (który przecież "tak bardzo się poświęcił"). Następujaca wskutek tego desperacka próba ucieczki od samego siebie stoi za Werbalizacją (tym, co chrześcijanie nazywają "wiarą"). Oczywiście Werbalizacji mogą towarzyszyć "wielkie dzieła wiary" (tj. samoumartwienia - bo działania charytatywne, o ile "motywowane wiarą", są w sumie motywowane autoagresją. Jedynym sposobem "miłości" do Nie-Przeżycia może być de facto tylko "umartwienie" sfery przeżyć.) Mówiąc publicystycznie: wychowanie chrześcijańskie to skierowanie anoreksji i pasji samobójczych młodych dziewcząt - w koleiny pracy charytatywnej;) Odpowiednio ukierunkowując te instynkty Kościół potrafi osiagnąć niemało!;) Ale to jest produkowanie człowieka kompulsywnego. Który sprawia wrażenie żywego człowieka, a jest "trupem pobudzanym pradem". Który wierzy, że kocha, a tylko nienawidzi siebie, o ile nie pasuje do Wymogu. Czy takie życie można nazwać szczęśliwym? Och, trzeba tylko patrzeć "spojrzeniem wiary"!:) Wszak chyba nikt nie oczekuje, że Skarb chrześcijańskiego życia ukaże się oczom patrzących w sposób naturalny... "nowe szaty cesarza"... I tak chrześcijanie wpadają w upiorną pułapkę "wiary". Pułapkę totalnego zideologizowania życia, którego to zideologizowania nie wolno im (i w związku z tym nie chcą) nawet dostrzec. Przykład rozjaśniający: chrześcijańskie "szczęście" w małżeństwie. Bez spojrzenia wiary o niejednym chrześcijańskim małżeństwie moglibyśmy powiedzieć, ze się nie kochają i są nieszczęśliwi. He he... Ale "sprawiedliwy z wiary żyć będzie";) Macie sakrament? Więc macie miłość. Nie macie tej "widzialnej". Tym lepiej ("Wypłyń na głębię":))) - macie niewidzialną! Nie jesteście szczęśliwi? Jesteście. Nie widzicie tego oczyma ciała, ale przecież "spojrzeniem wiary" widzicie ("być z Chrystusem to szczęście", nie wierzycie w to?;). To nazwałem WERBALIZMEM. Transcendentny charakter chrześcijańskiego "Skarbu" sprawia, że przymiotnik "chrześcijański" staje się przymiotnikiem niwelującym (tak jak niegdyś "socjalistyczny"). "Chrześcijańska radość" to nie-radość. "Chrześcijańskie szczęście" to nie-szczęście. Myślę, że nie muszę tłumaczyć, jak wiele cierpienia może wywoływać (i wywołuje) wymuszanie na ludziach udziału w tym Teatrze. Uważam, że Matka Teresa nie była szczęśliwym, ani wewnętrznie harmonijnym człowiekiem. I dlatego, pomimo całego swojego tytanizmu, nie potrafiła kochać ludzi (miałem bardzo ciekawy link na stronę Psychologicznego Iowarzystwa "Humanitas", gdzie rozważano na konkretach postawę życiową Matki Teresy. Niestety strona już nie działa:( Jest na ten temat bardzo wiele niezależnych od siebie świadectw ludzi, którzy Matkę Teresę spotkali. Ale, to fakt, w zdecydowanej większości pochodzą one od ludzi, którzy patrzyli na Świętą bez "spojrzenia wiary"... A artykuł Dorosza jest klinicznym przykładem tego, co rozumiem przez antycielesność (antypercepcyjność) chrześcijaństwa. Tyle, że to jest właśnie to, co nazwałem nieautentycznością. Dosadniej: zakłamywaniem. Narzucaniem pewnych schematów mówienia o rzeczywistości jako obowiązujących (dokładnie na tym polega fenomen totalitarnej "nowomowy"): >Czy mamy prawo podejrzewać w niej zaburzenia depresyjne lub >wzruszyć ramionami i zarzucić jej chrześcijańskie cierpiętnictwo, >zwłaszcza gdy mówi, że jej własne cierpienie może sprawić Mu >radość? A z jakiej motywacji mamy uznać, że nie mamy tego prawa? Chyba tylko z przytłoczenia patosem kreowanym takimi pytaniami retorycznymi. Dalej następuje zaklinanie rzeczywistości: >Dlatego miłosny język tej wiary wydaje się czasem wymuszony, czasem >sentymentalny. Lecz sentymentalny w gruncie rzeczy nie jest. Właśnie jest. A zwłaszcza sentymentalny jest język Dorosza (słuchałem go kilka razy na żywo - jest to nieznośne. A wynika z jego oderwania od uczciwego rozpoznawania swoich uczuć - za sprawą wiary odejmującej wagę uczuciom). Co to znaczy "sentymentalny"? Czy to znaczy "uczuciowy"? Zgoła przeciwnie! Sentymentalizm jest tam, gdzie się mówi o uczuciach nieswoimi słowami. A chrześcijanin nie może mówić swoimi słowami, bo nie żyje w sobie, lecz "w niewidzialnym Panu". I tak właśnie Dorosz mówi to, czego żąda od niego doktryna ("Pan"): >sentymentalny ... nie jest ... dlatego, że duchowa miłość Matki >Teresy spełnia się z dala od uczuciowych doznań. Właśnie dlatego jej mowa o uczuciach jest sentymentalna! Jeśli chcemy pozostać prawdziwi wobec własnych przeżyć, wobec własnej osobowości (która przecież nie jest "pozaprzeżyciowym" obiektem w Odpowiedz Link Zgłoś
nick3 Przegrane życie świętej cd. 01.07.08, 02:40 Jeśli chcemy pozostać prawdziwi wobec własnych przeżyć, wobec własnej osobowości (która przecież nie jest "pozaprzeżyciowym" obiektem wiary!) - nie możemy dać się przytłaczać "Skarbom Pozaprzeżyciowym". One tylko nam Grożą (swoją Utratą), a nie budzą realnie przeżywanej miłości. Odpowiedz Link Zgłoś
przedsesja Matka Teresa od ciemności 01.07.08, 10:43 chyba jestem tępa, bo niewiele rozumiem, chociaz mam niejasne przeczucie, ze może jednak coś tam rozumiem....a może to tylko moje nieobiektywne tłumaczenie tego tak, aby wyszło "po mojemu"? czyżby święta odkryła, ze Boga nie ma, a jednak nie mogła w to uwierzyć i z całych sił starała się Go szukać, aby potwierdzić to, co wyniosła z dzieciństwa, aby jej świat nie zniknął w gruzach...? bo jednak kościół, czy to katolickim czy inny, tak naprawdę nie jest jedyną drogą do Boga, Absolutu czy jak Go tam sobie nazwiemy... jedyna droga wiedzie przez nasze własne serce... cokolowiek jest lub nie jest Prawdą, kochajmy i czyńmy ten świat lepszym... popełniajmy błędy i uczmy się na nich, dążmy do doskonałości...nie pozwólmy ogarnąć się ciemności i zwątpieniu.... bla..bla...bla? Odpowiedz Link Zgłoś
hefajstos-q Re: Matka Teresa od ciemności 03.07.08, 16:52 Jej trudna wiara, bez odzewu (ciemność) może być wynikiem jej pragnienia, aby kochała Boga, jak nikt nigdy dotąd (zawarte w tekście). Otrzymała więc taką miłość. Może czasem nie warto, żądać czegoś wyjątkowego. Odpowiedz Link Zgłoś
nick3 Re: Matka Teresa od ciemności 03.07.08, 19:28 Chorobliwa jest sama idea "porównywania się w miłości", czy jakiegokolwiek "egzaminu" z miłości (a są to idee nieuniknione, gdy patrzymy na życie moralistycznie (Sąd Ostateczny), a na miłość jako na istotę cnoty). Jako istota miłości musi się wtedy przedstawiać wytrwałość w udręce (Co w istocie Ewangelia czyni: "Nie ma większej miłości, niż jak kto odda życie...") Tylko czy rzeczywiście ludzie szczególnie wytrwali w znoszeniu udręk dla czegoś, co nazywają "miłością do Boga", są ludźmi, z którymi chcielibyśmy w życiu przebywać? Odpowiedz Link Zgłoś
mikewodzowski I Ty jesteś bogiem. 01.07.08, 12:41 Religia Chrześcijańska to niestety bardzo dziwna mutacja, która od początków jej powstania ciągle mutuje i w stronę ciemności. Przykaz aby kochać Boga jest jak najbardziej słuszny, ponieważ każdy z nas jest Bogiem. Każdy z nas ma więc kochać siebie samego ale i każdego innego człowieka bo on także jest częścią Boga. Wiele rzeczy zostało na przestrzeni wieków zafałszowane oraz pominięte, szczególnie w naukach KK. Myślę że nie warto o nich dyskutować, prawda i tak kiedyś wypłynie. Niech każdy z nas będzie dobrym człowiekiem dla siebie i dla innych. "Święta z Kalkuty" została jak widać rozdarta między fałszywą wiarą którą Jej wpojono a sobą samą. Na pewno wielu z nas ma takie dylematy wiec czas tworzyć oczy :) Odpowiedz Link Zgłoś
zyta2003 Re: I Ty jesteś bogiem. 03.07.08, 16:48 Dylematy Matki Teresy, jak bardzo pomimo wszelkich watpliwosci nalezy kochac Boga, niestety w dzialalnosci charytatywnej czesto zamienialy sie w okrucienstwo. Jak podaja zrodla, "zbierani" z ulic Kalkuty chorzy i umierajacy niewiele mniej cierpieli w jej osrodkach. Oprocz tego, ze juz nie lezeli na ulicy, a pod dachem. Ona byla calkowita przeciwniczka srodkow przeciwbolowych, co jest absolutnym zaprzeczeniem wspolczesnej opieki prenatalnej. Zachowanych jest wiele swiadectw ludzi, ktorym cierpienie polecala jedynie poswiecic bogu. W Nowym Jorku nie wybudowala hospicjum, poniewaz przepisy zabraniaja budowac budynki 4-pietrowe i wiecej bez windy. A ona w swym umartwaniu nie ustapila. Lepiej nie miec hospicjum, lub tylko hospicjum, gdzie umierajacy z obsluga usiluja wczolgac sie na wyzsze pietra..... Byla silna osobowoscia, ogarnieta swoimi obsesjami. Nie znam sie, wiec nie wiem czy kwalifikuje sie na swieta kk. Na pewno nie chcialabym byc pod skrzydlami jej milosierdzia, ani jej podwladna. Odpowiedz Link Zgłoś