postkom
29.08.08, 18:14
Zakładając, że autor jest uczonym - bo to może wynikać z
przybliżenia osoby Machcwiwcza - nie sposób przejść bezkrytycznie do
porządku dziennego nad tezami artykułu. Zaczynając od zwykłych
zamian nazw ulic i wizerunków na pomnikach, raczej trudno przyjąć to
jako politykę historyczną . Okres po roku 89 był czasem absolutnych
zmian politycznych, społeczeństwo nie wyobrażało sobie, by w wolnej
Polsce jeszcze ktoś mieszkał na ulicy Lenina, czy Waryńskiego, a
pomnik generała Waltera, czy Bolesława Bieruta zdobił plac zieleni
między szarymi blokowiskami. Zachłyśnięcie się wolnością sprawiło u
większości społeczeństwa myśl przewodnią, że teraz może być tylko
lepiej. Każdy myślał o zmianach politycznych, a tylko nieliczni
poszerzali ten tok myślenia jeszcze o ekonomię. Zmiany samych nazw
ulic były czymś tak naturalnym jak wschodzące każdego ranka słońce i
uważanie tego za politykę historyczną jest dalszą częścią gry
politycznej. To było wpisane w zwykłą codzienność i zdziwiłbym się
gdyby osoby zajmujące wysokie stanowiska resortowe w MSWiA w tamtym
okresie nie liczyły się z tym, że niedokonanie tych zmian
niepociągnie za sobą normalnych manifestacji. Tylko autor zapomniał
dodać o jednej bardzo ważnej sprawie, chodzi mianowicie o
zatrzymanie resortów siłowych w rękach komunistycznej nomenklatury.
Krasnodębski pisząc o socjotechnice doskonale wiedział na czym cała
ta akcja polegała. Dlatego dziwi mnie postawa jego dzisiejszego
adwersarza. Jak ktoś, kto przed swoim nazwiskiem stawia tytuł
naukowy próbuje (w domyśle) wmówić społeczeństwu, że tak naprawdę,
to te resorty siłowe były oczywiście komunistyczne, ale też
demokratyczne. I jak widać można być trochę w ciąży.
Następna sprawa to debata historyczna. Chyba Machcewicz nie myśli,
że przy dość dużej części elit intelektualnych nie skażonych ideą
przyszłości, udałoby się ominąć przeszłość szerokim łukiem i zacząć
na fundamencie ideologii wpajanej przez większość mediów. Okazało
się, że nie będzie to takie proste pomimo działań Wałęsy
skierowanych na odsunięcie od władzy Olszewskiego i jego Rządu.
Nadal część społeczeństwa, nie mająca aż tak wielkiej siły przebicia
starała się by duch patriotyczny chociażby trwał jeszcze w tych,
którzy nie wybierali łatwiejszych dróg kariery. Pisanie natomiast o
licznych wydaniach historycznych jest co najmniej śmieszne – i
zaryzykuję, żałosne. Chyba jedynie gdzieś na uczelni, ktoś napisał
może pracę doktorską, ale której i tak łatwo wydać się nie udało.
Życzę autorowi, żeby jego potomstwo się uczyło z podręczników
wydawanych w takich ilościach w tamtym okresie. Zobaczymy jaki
poziom intelektualny będą sobą reprezentowały? Sprawa zaś Jedwabnego
nie miała swojego finału, odwołano szczegółowe badania – między
innymi historyczne – które mogłyby dać stuprocentową pewność, czy
wspomnianych żydów mordowali tylko Polacy, czy też Polaków może było
niewielu, albo wcale?
Nie chciałbym urazić autora tekstu, ale pominął kilka bardzo ważnych
faktów, a przytoczył te jedynie wygodne i pasujące do tez.