wscieklyuklad
27.02.12, 14:11
Gdy tylko drzwi wejściowe bileter otworzył,
pognali wraz po schodach, by zasiąść na Loży.
Tradycja tak ustala, a życie uznaje,
że miejsce to - najlepsze - elita dostaje.
Aby z piętra poziomu sztukę obserwować,
treści wątku, ubiory, tudzież grę smakować,
a czasem także lorgnon trzymając przy licy,
rozejrzeć się uważnie tuż po okolicy.
Piętra aż po sam sufit, na górze - jaskółka,
widzowie jako książki złożone na półkach,
głowa przy głowie tylko, spod igły kreacje,
najpiękniejsza z nich która ? Tamta ? Tak, masz rację !
Znajomy metrów parę, cylinder uchyla,
drugi dzwonek - na grzeczność odpowiednia chwila.
Jeszcze rzut oka jeno na programu kartę,
streszczenie tego zwięzłe, co uwagi warte.
Światła rampy przygasły, szmer przycicha zatem,
dzwonek trzeci tnie ciszę, jak powietrze batem.
Kurtyna w górę sunie, sceny deski kuszą,
ot za chwilę wzruszenie targnie czyjąś duszą.
Braw dyskretnych zachęta, chrząknięć także kilka,
wszyscy patrzą cierpliwie, siedzą, jak na szpilkach.
W tle - gdzieś w głębi ukryte, szare wisi płótno.
- Nie grają ? Czemu ? - nagle robi się tak smutno.
Może jutro ? Za tydzień ? Bileter otworzy
drzwi teatru, a wtedy popędzą do Loży.
Tymczasem czas odchodzić. Czym kunszt bez oklasków ?
Rozstania są bolesne. Zwłaszcza te ... o brzasku.