wscieklyuklad
02.08.20, 11:39
im łez jak grochy nie zbywało...
Szanowni Państwo,
urodziny dziś obchodzi Gołda Tencer, twórczyni kolekcji „I ciągle widzę Ich twarze”. Z tej okazji składamy Pani Gołdzie Tencer najlepsze życzenia szczęścia, spełnienia marzeń i radości z robienia rzeczy dobrych i ważnych.
A dzięki uprzejmości autorek oraz wydawnictwa Edipresse Książki publikujemy poniżej fragment biografii „Gołda Tencer. Jidysze mame” Katarzyny Przybyszewskiej-Ortonowskiej opowiadający o tym, jak powstała kolekcja.
Jankiel i Gołda Tencer, Wiśniowa Góra 1955 rok.
Jankiel and Golda Tencer, Wiśniowa Góra, 1955.
Żydów miało nie być i tych zdjęć też miało nie być
Ramka z moją rodzinną fotografią stoi pusta…
Nigdy nie poznałam rodziców taty, a moich dziadków, nigdy nie poznałam jego licznego rodzeństwa, ich dzieci, o ile je mieli, bo przecież tego nie wiem. Długo nie znałam nawet ich imion, dat urodzenia, nigdy nie poznałam dat i miejsca śmierci.
I nigdy nie zobaczyłam ich twarzy…
Nie zachowało się żadne zdjęcie, żaden dokument, przedmiot. Nic.
Nie zostało po nich nic. Jakby ich w ogóle nie było.
Moje pokolenie nie miało szansy poznać swoich przodków. Moje pokolenie nie wiedziało, co to „dziadek”, „babcia”, „ciocia”, „wujek”. Zdawkowe odpowiedzi rodziców. Byli. Żyli. Zginęli. Zaginęli. Kiedy? Nie wiem. Gdzie? Nie wiem. Jak? Nie wiem. Nie pytaj. Do świątecznego stołu zasiadało nas niewielu. Puste krzesła, na których nikt nie usiadł, puste talerze i filiżanki, które nie doczekały się nikogo.
Smutek i cisza, modlitwa za zmarłych.
Moje pokolenie nie miało przeszłości, a milczenie rodziców nie pozwalało nam jej poznać. „Ojczyzną Żydów jest pamięć”. Zawsze to powtarzam. Tylko że trzeba mieć co pamiętać.
Może dlatego któregoś ranka wiosną 1994 roku obudziłam się z poczuciem misji. „Trzeba zebrać zdjęcia Żydów polskich” – pomyślałam. Te, które jeszcze zostały, których jeszcze nie pochłonęła historia, nie zniszczyli ludzie i czas.
Nie lubię odkładać niczego na później. Jutra może nie być. Natychmiast zadzwoniłam do przyjaciół: Małgosi Niezabitowskiej i Tomka Tomaszewskiego, by opowiedzieć im o swoim pomyśle. Tomek, doskonały, znany i ceniony w świecie fotograf, był sceptyczny.
– Gołda, to niemożliwe, by ktoś coś zachował – studził mój zapał. – Po tylu latach? Wątpię, żeby ktokolwiek przysłał choć jedno zdjęcie. Nikt już nic nie ma. Niepotrzebnie się łudzisz.
Odłożyłam słuchawkę niezrażona. Zbiegłam po schodach do pokoju, w którym stały książki, pudła pełne zdjęć i albumy rodzinne. Nerwowo przerzucałam kartki albumów. Było ich wiele. Mój brat w latach 60. zrobił tysiące fotografii. Ale nie ich wtedy szukałam. W stercie leżących luzem w pudle zdjęć odnalazłam to, o co mi chodziło. Kilka przedwojennych i powojennych fotografii mamy i jej łódzkiej rodziny.
Obracałam w palcach zdjęcia, dokładnie się im przyglądając. Jakie kryły historie? Jakie sekrety? Co opowiadały? Kto na nich był?
O pomoc poprosiłam mamę. Ona wiedziała.
Na jednej trzech chłopców: Szymek, Szmulek i Szymszo Lewkowicz z Łodzi. Byli to trzej synowie ciotecznej siostry mojej mamy, Jachet. Jachet pracowała jako prządka na Zachodniej. To ta, której mąż wyjechał do Paryża i wracał od czasu do czasu, a po jego pobycie rodził się kolejny syn. Najmłodszego Icka nie ma na zdjęciu. Tę nadpaloną fotografię mama dostała, kiedy w 1945 roku wróciła z zsyłki w ZSRR. Jak się później dowiedziała, Szymek i Icek zginęli razem ze swoją matką i babcią w łódzkim getcie. Szmulek na początku wojny pojechał do Białegostoku, ale miał narzeczoną w getcie, wrócił i prawdopodobnie też tam zginął. Szymszo, nauczyciel tańca, uciekł na wschód i słuch po nim zaginął. Chłopcy stoją na zdjęciu w mundurkach szkolnych i czapkach. Szymek i Szmulek mają krótkie spodenki i podkolanówki, Szymszo, najstarszy, już długie spodnie. Dwóch starszych chłopców trzyma pod pachą teczki. Twarz najmłodszego Szymka jest nadpalona, ledwo ją widać. Szymek i Szmulek są poważni, Szymszo – uśmiechnięty. Mama zawsze wspominała, jak zamykali się w pokoju, Szymszo stawiał jej stopy na swoich i porywał do walca. Tak uczył tańczyć małą Sonię… Nie wiem dokładnie, z którego roku mogło być to zdjęcie. Mama mówiła, że z początku lat 30.
Na drugiej fotografii starsza kobieta trzyma dziecko. Ma duże oczy, na głowie perukę, jak ortodoksyjne Żydówki, skromną ciemną bluzkę i spódnicę. Dziecko, ubrane w białe spodenki i kaftanik, ma rozdziawioną buzię. Ta kobieta to Majta Moszkowicz, moja prababcia, z wnukiem Szymszem, najstarszym synem jednej ze swoich trzech córek, Jachet Lewkowicz, późniejszym nauczycielem tańca. Zdjęcie zrobiono w Łodzi, na początku lat 20. To jedyne, na którym jest moja prababcia. Majta Moszkowicz prawdopodobnie zginęła w łódzkim getcie.
(…)
Znalazłam też dowód mojego dziadka, ojca mamy, Icyka Rubinowicza, urodzonego 14 stycznia 1895 roku w Łodzi, syna Arona i Blimy. Z dowodu można wyczytać, że był religii mojżeszowej, z zawodu piekarzem, a jego stan rodzinny to „żonaty”. Dowód wystawiono w 1923 roku. Miałam także fotografie taty i wujka Menaszego, zrobione tuż po wojnie, gdy są jeszcze, wydawałoby się, młodzi, choć oczy mają smutne.
Wszystkie zdjęcia były podniszczone, niewyraźne, naznaczone zębem czasu. Jedno z nich było nadpalone, inne urwane, pogniecione, pożółkłe. Na twardym papierze utworzyły się zmarszczki i bruzdy, jak na ludzkiej twarzy, której nie oszczędzał los. Ale skoro te fotografie przetrwały, dlaczego nie mogły przetrwać inne zdjęcia polskich Żydów?
Poczułam, że muszę je odszukać. I tak z tymi kilkoma ocalałymi fotografiami rozpoczęłam swoją krucjatę. Nie był to jeszcze czas internetu, więc z apelem, że poszukuję przedwojennych i wojennych zdjęć polskich Żydów, zgłosiłam się do telewizji i radia, wysłałam ogłoszenia do wszystkich lokalnych gazet, do czasopism dla kobiet, periodyków historycznych, nawet do magazynu strażackiego. Przyjaciele nadal pukali się w czoła, redaktorzy w mediach również nie zarazili się moim entuzjazmem.
Posiadanie fotografii Żydów było w czasie wojny zabronione, surowo karane, nawet śmiercią. Ludzie niszczyli więc wszystko, co przypadkiem do nich trafiało. Zdjęcia sąsiadów, znajomych, przyjaciół w większości spłonęły, tak jak uwiecznieni na nich ludzie. Na wieczną niepamięć.
Żydów miało nie być i tych fotografii też miało nie być.
Minęły dwa lata od mojego apelu.
Wszyscy o nim zapomnieli, ale ja nie przestałam wierzyć.
I nagle zdjęcia zaczęły napływać. Najpierw powoli, potem dzień w dzień przez rok przychodziły dziesiątki listów i fotografii. Białe, szare i brązowe koperty, małe, średnie i duże, zaadresowane ręcznie i na maszynie, gładkie i pogniecione piętrzyły się na podłodze, stole, wszystkich szafkach i parapetach w gabinecie Szymona w Teatrze Żydowskim. Zaglądaliśmy tam codziennie. Sterty listów rosły.
Ale jak te fotografie pokazać światu? Jak je przywrócić pamięci?
Do pomocy zaprosiłam kilkoro niezwykłych ludzi: Janka Jagielskiego, znawcę historii Żydów polskich, dziennikarkę Małgorzatę Niezabitowską, fotografa Tomasza Tomaszewskiego, Lecha Majewskiego, grafika i plakacistę, profesora Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, oraz reżysera i dokumentalistę Marcela Łozińskiego.
Pamiętam tamten ceremoniał. Siedzieliśmy w gabinecie Szymona, mój asystent Tadeusz rozcinał koperty, ja otwierałam i czytałam list, potem ten list trafiał do rąk Janka Jagielskiego, który zapiski archiwizował. Ostrożnie oglądaliśmy każdą fotografię, uważając, by jej nie uszkodzić. Te spotkania odbywały się przez kilka miesięcy raz, dwa razy w tygodniu.
cdn