laband
11.05.05, 11:51
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050510/sport/sport_a_1.html
JAN BANAŚ O SOBIE Strzelałem gole dla reprezentacji Polski w najważniejszych
meczach, ale po latach pozostały mi tylko wspomnienia
Kulawe śląskie szczęście
sport_a_1-1.F.jpg
(c) KRZYSZTOF MATUSZYŃSKI / EDYTOR
Urodziłem się w Berlinie w lutym 1943 roku. Moją mamą była Ślązaczka z
Katowic, a ojcem - niemiecki oficer Paul Helmig. Mama poznała go we Lwowie,
kiedy wysłano ją tam do pracy jako tłumaczkę. Zakochali się i kiedy on wracał
do Berlina, to mama z nim. I tam się urodziłem. Ojciec dał mi imiona
Heinz-Dieter, ale zostałem przy nazwisku matki - Banaś, pisane w Niemczech
Banas. Nazwiska ojca nigdy nie przyjąłem. Mama przebywała w Berlinie pół roku.
Ojciec wrócił na front i słuch o nim zaginął. Mama myślała, że zginął, i
wróciła ze mną do Katowic.
Tatuś liczy procenty
Mama wychowywała mnie sama, bez żadnej renty, w najgorszym powojennym okresie.
Po jednym z meczów reprezentacji Polski, kiedy miałem 23 lata, zadzwonił jakiś
człowiek mówiący po niemiecku. To był mój ojciec. Zobaczył mnie w telewizji,
zorientował się, że jestem znany, i postanowił zrobić na mnie interes. Okazało
się, że jest skarbnikiem drugoligowego klubu w Hof. Pisał do mnie, dzwonił,
namawiając do przyjazdu do Niemiec i obiecując grę w Bundeslidze. Sprawdzał,
gdzie za granicą gra moja ówczesna drużyna Polonia Bytom i znalazł mnie,
bodajże w Szwajcarii. Przedstawił się jako mój ojciec. Nie da się ukryć, że
całkiem zawrócił mi w głowie. Komu miałem zaufać jak nie ojcu, choćby nawet
niemającemu potrzeby widzieć nas przez ćwierć wieku.
Umówiliśmy się, że jadąc na mecz Polonii do Szwecji zostanę w Niemczech. I tak
się stało. Nasze władze natychmiast zdyskwalifikowały mnie na dwa lata,
przekazując informację do FIFA. W ten sposób miałem zakaz gry w całej Europie.
Byli ze mną jeszcze dwaj koledzy - Konrad Bajger i Norbert Pogrzeba. Po trzech
miesiącach już wiedziałem, o co chodzi. Ojciec chciał tylko na nas zarobić.
Dał mi do podpisania umowę, zgodnie z którą miał mieć z każdego mojego
transferu 10 - 12 procent. Ja nawet niemieckiego nie znałem, ale coś mi te
liczby mówiły, dałem do przetłumaczenia Pogrzebie i miałem jasność. Jeszcze
się dobrze ojcem nie nacieszyłem, a już się z nim rozstałem.
Szefem klubu Hof, w którym mogłem tylko trenować, był właściciel tamtejszego
kaufhofu. Dał mi pracę kierowcy, polubił mnie i to on postarał się, żeby
sprawdził mnie słynny wtedy klub FC Koeln. Zagraliśmy z Bajgerem w drugiej
drużynie przeciw pierwszej, w której byli między innymi Wolfgang Overath i
Wolfgang Weber, podpory reprezentacji RFN, która kilka tygodni wcześniej
zdobyła w Anglii wicemistrzostwo świata. Wygraliśmy 2:1, strzeliłem obydwie
bramki i już mnie nie chcieli puścić. Miałem mieszkanie, dobre warunki, byłem
lepszy od większości z nich na treningach, ale mecze, ze względu na
dyskwalifikację, oglądałem z trybun.
Psychicznie to było nie do wytrzymania. Ale metody treningowe, jakie tam
poznałem przez 6 - 7 miesięcy, i zawodowe podejście do gry, nieznane w Polsce,
pozwoliły mi podnieść swoje umiejętności o jakieś 50 procent. Dyrektorem
sportowym Koeln był wtedy legendarny niemiecki trener Sepp Herberger, który
zdobył z Niemcami mistrzostwo świata. Znalazłem się w jednym z najlepszych
miejsc, jakie wtedy w futbolu były. Tam nawet na treningach walczyło się do
upadłego i potem lepiej rozumiałem, dlaczego Niemcy zawsze wygrywają. Ze
względu na ojca i miejsce urodzenia mogłem zostać obywatelem Niemiec. A ja
chciałem wracać do Polski. Pisałem listy do prezesa Polonii, dzwoniłem,
badając sytuację. Powiedzieli - nic się nie bój, wracaj, i w roku 1967 byłem z
powrotem w Bytomiu.
Legendarny Górnik
Strach był, bo takie czasy. I nie stało się nic. Wezwał mnie wojewoda generał
Jerzy Ziętek, porozmawiał jak prawdziwy ojciec, powiedział, że on za młodu też
popełniał błędy, i to było wszystko. Miałem się zrehabilitować grą dla
Polonii. Kiedy błogosławieństwo dał mi Ziętek, to PZPN cofnął dyskwalifikację
i po kilku tygodniach znów mogłem grać. Wtedy zmieniłem pisownię imienia i
nazwiska na Jan Banaś.
Do Górnika trafiłem w roku 1969, kiedy w Zabrzu budowano drużynę na puchary
Europy. Hutnicza Polonia w starciu z potężnym Górnikiem i jego prezesem
Erykiem Wyrą nie miała wiele do powiedzenia. A ja się nie opierałem, bo też
chciałem grać w pucharach. Moje przejście do Górnika to był wtedy największy
transfer w Polsce, ale ileto było pieniędzy - nie pamiętam. Kilka miesięcy
później graliśmy już słynne mecze z Romą i dotarliśmy do finału rozgrywek o
Puchar Zdobywców Pucharów. Przez cztery lata byliśmy jedną z najlepszych
drużyn w Europie. Grałem w ataku z Włodkiem Lubańskim, za nami był Zyga
Szołtysik, dalej Staszek Oślizło, Jurek Gorgoń, mój kolega z Polonii "Ana"
Anczok. Piękne czasy.
Zakupy w Wiedniu
Dobrze zarabialiśmy, ale to nieprawda, że traktowano nas wyjątkowo. Nasze
premie za mecze bywały mniejsze niż zysk z tego, na czym sami zarabialiśmy.
Wywoziliśmy kryształy, wódkę, nawet monety dziesięciozłotowe. Udawaliśmy przed
celnikami, że torba leciutka, można ją nieść na jednym palcu, a w środku
leżało dziesięć butelek wódki. Celnicy na lotnisku wykręcali nam korki z butów
piłkarskich.Wracaliśmy z płaszczami ortalionowymi i tym, co akurat chodziło w
Polsce. Kiedy jechaliśmy na finał pucharu z Manchesterem City do Wiednia, to
na zakupy mieliśmy półtorej godziny i myśleliśmy bardziej o nich niż o tym
meczu, w końcu najważniejszym w życiu. O 9 rano, kiedy w domu towarowym w
Wiedniu jeszcze dobrze krat nie podniesiono, myśmy już byli w środku. Zyga
Szołtysik, najmniejszy, wczołgiwał się pod bramą, żeby było szybciej. Anglicy
za zwycięstwo w tym meczu mieli po 12 tysięcy funtów na głowę, a my 300 dolarów.
Pralnia ze wspólnikiem
W Marsylii, kiedy graliśmy z Olympique, zobaczyliśmy przed stadionem
trzynaście nowiutkich samochodów Simca. Myśleliśmy, że to jakaś wystawa. A to
były nagrody dla piłkarzy za zwycięstwo nad Górnikiem. Jak by nam coś takiego
obiecali, to zjedlibyśmy cały stadion, z trawą, i rozbilibyśmy tych Francuzów
w puch. Trzeba było dorobić handlem, przemytem, jak zwał, tak zwał. W sumie to
było przykre. Cała Polska była z nas dumna, a my - takie rzeczy, żeby
przywieźć coś rodzinie i znajomym.
Jedni inwestowali, inni nie. Ja prowadziłem pralnię ze wspólnikiem. Miałem
znajomości, więc załatwiłem lokal, a on dał pieniądze. No i niedobrze to się
dla mnie skończyło. Pieniądze się mnie nie trzymały. Ale w najlepszych czasach
jeździłem czerwonym fordem mustangiem. Chyba jeden był taki na Śląsku.
Drugiego miał w Warszawie bramkarz Legii Władek Grotyński. Omnie mówiono, że
jestem playboy.
Życie jak w Meksyku
Miałem 33 lata, kiedy w roku 1975 wyjechałem z Górnika do Wisły Chicago, gdzie
ściągnął mnie prezes Edward Mazur. Teraz o nim piszą w gazetach z innych
powodów. Ale polonijny klub to nie było to. W tym samym czasie bramkarzem
meksykańskiego klubu Atletico Espanol był Janek Gomola z Górnika i on mnie tam
ściągnął. Rok spędzony w Meksyku to był chyba najpiękniejszy okres w mojej
karierze. Mieszkałem w willi blisko stadionu Azteca, na którym rozgrywaliśmy
mecze ligowe, strzelałem bramki do spółki z Meksykanami i Argentyńczykami. Na
trybunach było zawsze 50 - 60tysięcy widzów. Miałem ciepło, trzy razy dziennie
myli mi samochód i dziesięć razy dziennie czyścili buty. Zarabiałem 80 - 100
tys. dolarów rocznie. Ale meksykańskie peso, które przez ponad 20 lat trzymało
się mocno, nagle zdewaluowało się o 300, a potem 800 procent. Nie miałem co
odebrać z banku i bez pieniędzy wróciłem do Europy. Takie już mam kulawe
szczęście.
Zatrzymałem się na chwilę w Lokeren u Włodka Lubańskiego, który pomagał mi
szukać klubu, a potem przeniosłem się do Francji. Grałem w II lidze, w
mniejszych klubach w Melun, Boulogne, Cambr