kromka
16.04.14, 20:00
Witajcie,
Swoją historię opisywałam w innym wątku. Tu chcę natomiast napisać o refleksjach, które mnie nawiedziły po lekturze forum, Waszych wypowiedzi i dyskusjach dotyczących podejścia do leczenia Hashimoto (i nie tylko) z koleżanką, która mieszka w Londynie. Nie choruje na Hashimoto, ale ma astmę.
Ponieważ niedługo wyjeżdżam (może nawet na stałe) do Anglii - moje obawy koncentrują się na dostępności do badań, konsultacji, recept itp. Jestem przerażona, bo od 5.04 biorę tyroksynę. To moje "początki" z hashi, leczeniem, badaniami, dobieraniem dawki itp. Już wiem, że w UK jest z tym bardzo trudno. Że tzw. General Practitioner rzadko zleca badania, że badanie TSH wykonuje się raz do roku, że o ft3 i ft4 można zapomnieć, że endokrynolog, to marzenie albo duży wydatek, itp. itd. I że dziewczyny przyjeżdżają do Polski - na badania, na konsultację, po recepty, po leki.
Zastanawiam się, z czego to wynika. I tu pokuszę się o zacytowanie fragmentu maila od mojej angielskiej koleżanki:
"a nie lepiej by było poczekać z tym hormonem i przyjechać tutaj i zobaczyć, co lekarze powiedzą? Tu lekarze zapisują o wiele mniej lekarstw, niż w Polsce. Ja mam astmę - w Polsce wszyscy chcieli mnie leczyć sterydami. Brałam je przez miesiąc i czułam się po nich tragicznie. Całe ciało mi dygotało, utyłam 5 kg przez miesiąc, straciłam formę na rok, a moja astma raczej się przez ten czas pogorszyła, zamiast polepszyć. Odstawiłam sama, choć lekarka mi surowo wzbraniała. Lekarze twierdzą, że steryd jest konieczny nawet przy niezbyt zaawansowanej astmie, bo astma może się bardzo szybko rozwinąć i trzeba ją kontrolować od początku. Na szczęście miałam koleżankę, która ma bardzo zaawansowaną astmę i jest na lekach od wielu lat. Ona jest od nich absolutnie uzależniona i odstawienie jest niemożliwe. Nie chcę tego dla siebie. Sterydy są straszliwe i potwornie rujnują zdrowie.
Tu poszłam do lekarza, zrobił mi spirometrię i powiedział, że mam bardzo dobry wynik (w Polsce też miałam bardzo dobry wynik spirometrii!), więc nie muszę brać żadnych leków! Zapisał mi pompkę na wypadek ataku i zalecił zwracać uwagę, czy stan się nie pogarsza.
Tu nawet na grypę nie zapisują żadnych leków. W każdej przychodni można przeczytać ulotki - "jeśli jesteś zaziębiony lub masz grypę - nie musisz przychodzić do lekarza. Odpoczywaj i pij dużo płynów. Jeśli objawy nie ustąpią w ciągu dwóch tygodni, wtedy zapraszamy. Możesz też udać się po poradę do apteki." Kilka razy byłam u lekarza z podopiecznymi z powodu wirusów zaziębienia i nigdy nic nie dostawali. Ok, Eva raz dostała syrop na kaszel.
Bardzo bym uważała z lekami, które uzależniają i które trzeba brać do końca życia. Lekarze często kooperują z firmami farmaceutycznymi, są zapraszani na "spa-konferencje", dostają prezenty itd., więc chętnie zapisują ich leki.
Jeśli tylko istnieje możliwość niebrania leku, to go nie biorę. Chemia zawsze jest szkodliwa. I raczej uważam, że polscy lekarze są skorumpowani, niż brytyjscy niedouczeni. Jeśli lekarze w UK twierdzą, że dziewczyny są zdrowe, a jednak chcą brać leki, to może mają hipochondrię? Polscy lekarze bardzo chętnie pomogą, jeśli chodzi o zapisywanie pigułek.
Jeśli nie jest to coś, co Ci bardzo przeszkadza w tej chwili, radziłabym Ci skorzystać z tutejszej służby zdrowia, która wydaje mi się po prostu lepsza.
Hmm... Cóż, za mało wiem na ten temat, żeby polemizować z koleżanką. Zastanawia mnie jednak ten problem: z czego wynika taka rozbieżność w podejściu do leczenia tu i tam? Jakie macie zdanie na temat tego, co pisze moja koleżanka? Gdzie leży problem? Dlaczego w UK nie można normalnie poddać się leczeniu, z całą gamą badań co kilka tygodni? Czy to my, Polki, jesteśmy hipochondryczkami?
Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania, zwłaszcza opartego na doświadczeniach.