uffo
29.07.10, 00:16
jak to jest ze jedni na starosc gorzknieja i staja sie nieznosni dla
otoczenia, drudzy chocby nie wiem co sie dzialo promieniuja
usmiechami jak jakies .... niemowleta (tych jest mniej ale
widzialem), cieszace sie kazdym okreuchem zycia? Od czego to zalezy?
bo chyba nie od tego ze jednym dostaje sie od zycia i chorob mniej,
a drugim wiecej? Ostatnio otoczony jestem wlasnie starymi ludzmi, no
i sam wchodze w ten okres i widze pewna ewolucje i specyfike
zachowan roznych ludzi. Ciekawe czy to jakas genetycznie i
srodowiskowo uwarunkowana zaleznosc, czy wewnetrzna samodyscyplina.
Takie stopniowe, czasem przyspieszone rozpadanie sie ciala. A tu
trzeba ciagle trwac na mostku kapitanskim i usmiechac sie do
wszechswiata, albo zyc maskami ormalnosci, albo zglaszac pretensje
do natury, Boga, czy tych innych, niewidzialnych zielonkawych sil?
Starosc jest jednak paskudna. Na miejscu Boga puknalbym sobie w
glowe. od czasu do czasu.