diabollo
25.08.10, 17:46
Jacek Żakowski
Nadszedł czas polskiej reformacji
Czas reformacji
Krzyż na Krakowskim Przedmieściu to nie jest problem Kościoła. Ani prezydenta,
premiera, rządu czy władz Warszawy. To część polskiego problemu.
Strażnicy krzyża mi nie przeszkadzają. Jak chcą przed pałacem posiedzieć,
niech siedzą. Jak ktoś inny chce, żeby się sprzed pałacu wynieśli, i uważa, że
powinien dać temu wyraz – niech daje. Taki jest folklor żywej demokracji.
Przed pałacami władzy w całym demokratycznym świecie naturalną rzeczą są
demonstracje, pikiety, sitingi. Chodzą, stoją, siedzą. Czasem tygodniami,
miesiącami, latami. Dlaczego w Warszawie miałoby być inaczej?
Zwłaszcza że nie siedzą bezowocnie. Dzięki nim coś się w innych budzi. Tym,
którzy tam siedzą, najwięcej zawdzięczają nie ci, którzy im dziękują, ale ci,
którzy ich krytykują albo się z nich śmieją. Bo po raz pierwszy w III
Rzeczpospolitej ich głos stał się słyszalny, a słowa znaczące.
Ktoś powiedział, że Kościół wziął III RP w jasyr. Nie całą Polskę i nie cały
Kościół. Życie prywatne pozostało strefą laicką. W jasyr wzięte zostało nasze
życie publiczne. A wzięła je w jasyr konserwatywna, integrystyczna część
polskiego Kościoła. Nie tylko dlatego, że w końcówce pontyfikatu Karola
Wojtyły integryści i konserwatyści zdominowali polski episkopat. Przede
wszystkim dlatego, że kulturowo dobrze pasowali do postkomunistycznej
świadomości dużej części Polaków, a zwłaszcza elit politycznych.
Mechanizm polityczny był prosty. Gdy upadł PRL, jedyną sprawną, praktycznie
nienaruszoną, ogólnonarodową instytucją był Kościół. Jego potęga imponowała na
tle słabego państwa, raczkujących partii, wykluwającego się społeczeństwa.
Każdy polityk szukał więc w Kościele oparcia.
Trzy klucze Kościoła
1
Klucz do władzy. Na początku zdawało się, że poparcie Kościoła ma zasadnicze
znaczenie dla uzyskania władzy. W 1989 r. Solidarność wygrała z komuną mając
poparcie Kościoła. Miał je też w 1990 r. Wałęsa, wygrywając z Tymińskim i
Mazowieckim. Ale już wynik pierwszych całkiem wolnych wyborów parlamentarnych
(1991 r.) tę tezę podważył. Wyborcza Akcja Katolicka, jawnie popierana przez
dużą część księży, zdobyła niespełna 9 proc. głosów. Mniej niż nielubiana
przez episkopat Unia Demokratyczna (12,3 proc.), a nawet niż SLD (11,9). Dwa
lata później mit, że klucz do władzy ma Kościół, prysł definitywnie.
Faworyzowany przez episkopat BBWR Wałęsy dostał niespełna 5,5 proc. głosów, a
władzę przejęła koalicja SLD-PSL, która zdobyła 303 mandaty.
2
Klucz do reform. Gdy stało się oczywiste, że jednak można wygrać wybory na
przekór episkopatowi, pojawiła się teza mówiąca, że „wbrew Kościołowi można
zdobyć władzę, ale reformować państwa się nie da”. Stała się ona ponadczasowym
i ponadpartyjnym aksjomatem polskiej polityki. W bardzo zbliżonej formie
głosili ją Lech Kaczyński, Bronisław Geremek, Aleksander Kwaśniewski
utrzymujący (i chyba przekonani), że tylko autorytet Kościoła może stworzyć
emocjonalną i polityczną poduszkę łagodzącą wstrząsy transformacji. Ta teza
brzmiała najmocniej, gdy rząd Millera szedł na kompromisy z Kościołem, by
kupić poparcie biskupów i papieża dla głosowania „tak” w referendum unijnym.
3
Klucz do moralności. Uzupełnieniem tej tezy był równie powszechnie i mocno
głoszony przez polityków pogląd, że roli Kościoła pomniejszać nie wolno, bo
tylko on dostarcza Polakom system etyczny konieczny, by społeczeństwo
działało. Jeszcze tego lata mówił tak Aleksander Kwaśniewski w dyskusji
zorganizowanej przez „Tygodnik Powszechny”.
Nie z tego świata
Wiara w trzy klucze sprawiała, że od początku III RP władza przyznała
Kościołowi prawo funkcjonowania poza powszechnym systemem. Zwłaszcza w
sprawach przyziemnych. Księża nie płacili cła za sprowadzane auta, bez
problemu zatrudniali na czarno, dochody Kościoła zwolniono z ewidencji,
uprzywilejowano darowizny na cele religijne. W rezultacie przedsiębiorczy
księża stworzyli wielką szarą strefę wybuchającą bezlikiem lokalnych aferek
(np. handel samochodami, darowizny), a od czasu do czasu poważnymi
kryminalnymi sprawami ze słynną aferą należącego do gdańskiej kurii
wydawnictwa Stella Maris i z bezlikiem tajemniczych opisywanych w mediach
interesów robionych przez biznesmenów w sutannach, z dyr. Rydzykiem na czele.
Księża i biskupi swoje przywileje powszechnie uważają za rzecz naturalną. To
się po prostu należy. Za tysiącletnią służbę. Za obronę polskości. Za Dobrą
Nowinę. W Polsce do dziś nie ma na przykład ustawy reprywatyzacyjnej. I
Kościół się o nią głośno nie upomina. Ale swoje prawo do odzyskania nie tylko
nieruchomości, lecz także dzieł sztuki (np. gdański ołtarz) uważa za rzecz
oczywistą. I egzekwuje je bez zahamowań (odbierając np. budynki szpitalne i
uniwersyteckie) – często z bulwersującą lub nielegalną nawiązką. Podobnie było
z częstotliwościami dla rozgłośni kościelnych. Prawo do nich dał Kościołowi
jeszcze rząd Rakowskiego. Potem Krajowa Rada nadała im zwalniający z opłat
koncesyjnych status nadawców społecznych. Jedynym jego warunkiem jest
nienadawanie reklam. Ale księża nadają reklamy, a za koncesje nie płacą.
Trudno za to winić tylko księży. Kościół robi to, na co mu państwo pozwala. A
państwo od początku trzeciej niepodległości pozwala Kościołowi praktycznie na
wszystko. Na to, o co Kościół prosi, i na to, o co nawet nie prosi. Zawsze
znajdzie się jakiś „arcykatolicki” polityk, który chce być lepszy niż inni i
do długiej listy kościelnych przywilejów coś jeszcze dorzuci. Na początku
Kościół prosił na przykład o religię w szkołach, a rząd dorzucił pensje dla
katechetów wcześniej opłacanych z pieniędzy parafialnych. Potem doszli
kapelani w służbach mundurowych. I ksiądz na każdej publicznej uroczystości.
Oczywiście ksiądz katolicki.
CDN...