Edwin Bendyk, Jacek Żakowski
Geje a sprawa polska
Wszyscy jesteśmy gejami
„W Sejmie homoseksualiści powinni siedzieć w ostatniej ławie. Albo nawet dalej. Za murem”. Gdyby powiedział to kibol albo ideolog radiomaryjnej prawicy, można by machnąć ręką. Ale te słowa wygłosił Lech Wałęsa – noblista, ikona Solidarności i globalny symbol pokojowej walki o wolność. Trzeba odpowiedzieć.
Sprawa jest poważna. Można się było spodziewać, że spór o związki partnerskie zaktywizuje hałaśliwą reprezentację radykalnie prawicowych środowisk homofobicznych. Okazało się, że odkrył pokłady uprzedzeń i ignorancji w środowiskach zwykle umiarkowanych. Ludzie zajmujący rozsądne stanowisko wobec praw człowieka, mówiąc o związkach homoseksualnych i homoseksualistach, nieoczekiwanie sięgają po argumenty urągające faktom, wiedzy i godności innych.
Polski spór o związki partnerskie to anachronizm zakorzeniony mentalnie w czasach, gdy zastanawiano się, czy kobiety mają zdolność racjonalnego myślenia i czy wobec tego powinny mieć nie tylko prawa wyborcze, ale też równe z mężczyznami prawo do władzy nad dziećmi, samodzielnego dysponowania majątkiem i decydowania, z kim zawrą małżeństwo. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, że nie było to oczywiste. Tak jak dziś nieoczywiste dla wielu są prawa mniejszości seksualnych.
Tradycjonaliści mają rację. Prawdziwym tematem i nieuchronnym finałem trwającego sporu jest to, czego najbardziej się boją – zrównanie mniejszości seksualnych w prawach z heteroseksualną większością. Nie tylko związki partnerskie, ale też jednopłciowe małżeństwa posiadające prawo do adopcji i wychowywania dzieci. Dlaczego nie?
David Cameron, konserwatywny premier Wielkiej Brytanii, nie miał wątpliwości, gdy całym swym politycznym autorytetem popierał w Izbie Gmin ustawę o jednopłciowych małżeństwach. Wiedział, że służy konserwatywnym ideom, realizuje politykę dobra publicznego i wzmacnia instytucję rodziny (tej „podstawowej komórki społecznej”

, uznając, że podstawą jej istnienia jest miłość dwóch osób. Nie tylko kobiety i mężczyzny.
Podobnie argumentują prominentni amerykańscy konserwatyści, sygnatariusze listu do Sądu Najwyższego, który w ubiegłym tygodniu podpisało ponad stu byłych bliskich współpracowników republikańskich prezydentów, oraz republikańscy gubernatorzy, senatorowie i członkowie Izby Reprezentantów, a nawet Clint Eastwood. Ich zdaniem jednopłciowe małżeństwa sprzyjają wartościom rodzinnym, bo umożliwiają dzieciom osób homoseksualnych wychowanie przez dwójkę rodziców. Sprzyjają też wartościom konserwatywnym, bo ograniczają ingerencję państwa w prywatne życie ludzi i poszerzają przestrzeń indywidualnej wolności.
Poparcie małżeństw jednopłciowych przez brytyjskich i amerykańskich konserwatystów nie powinno dziwić. W odróżnieniu od tradycjonalistów, obecnych we wszystkich formacjach ideologicznych od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, konserwatyści nigdy nie mieli zachowawczego stosunku do instytucji, choć zwykle byli ostrożni. W epoce Bismarcka w Niemczech, w epoce wiktoriańskiej w Anglii, w Austrii Franciszka Józefa, nawet w Ameryce Busha konserwatyści przeprowadzali wielkie reformy społeczne, które tradycjonaliści uważali za koniec świata.
We Francji do przyjęcia ustawy o małżeństwach tej samej płci doprowadzili z kolei socjaliści. Nie odwoływali się, oczywiście, do wartości konserwatywnych, lecz do zdobyczy rewolucji – praw człowieka i obywatela oraz do republikańskich cnót: wolności, równości, braterstwa. W Wielkiej Brytanii, w USA i Francji opór stawili tradycjonaliści. Nigdy ich nie zabraknie. Gilles Herrada tłumaczy to w wydanej w lutym książce „The Missing Myth. A New Vision of Same-Sex Love” (Brakujący mit. Nowa wizja miłości osób tej samej płci). Tradycjonalizm, będąc częścią wszystkich krajobrazów społecznych, zajmuje stanowiska aintelektualne i ahistoryczne.
Przez wieki w imię oczywistości i wyobrażonego naturalnego ładu bronił geocentrycznej wizji świata. Czy nie jest oczywiste i naturalne, że to Słońce krąży wokół Ziemi, skoro to tu Bóg ulokował człowieka, którego stworzył na swoje podobieństwo? Czyż nie potwierdzają tego święte księgi religii? Dziś podobnie, i z podobnym uzasadnieniem, tradycjonalizm broni swojej wizji rodziny. Właśnie wizji. Nie rzeczywistości.
CDN...