Dodaj do ulubionych

O uwewnętrznieniu

20.05.13, 11:36
Agata Bielik-Robson

Dziś będzie o tematach nieprzyjemnych i bolesnych i z góry proszę, żeby się szanowni czytelnicy nie obrażali, nie reagowali emocjonalnie i zapięli na chwilę pasy bezpieczeństwa.

Pisanie o afektach w polityce jest w ogóle zadaniem trudnym i niewdzięcznym, o ile nie chce się uczestniczyć w „republikańskim" podbijaniu emocjonalnego bębenka, tak żeby w końcu pękł w ekstazie histerii i orgazmu zarazem. W Krytyce Politycznej taką analizę afektów – spokojną i taktowną, jak na dyplomowanego psychiatrę przystało – prowadzi od jakiegoś czasu Andrzej Leder i muszę powiedzieć, że jego styl bardzo mi odpowiada. Nie wiem, czy tym razem mi się uda, ale spróbuję go trochę ponaśladować.

Chciałabym napisać o uwewnętrznieniu, czyli o bardzo powszechnym zjawisku polegającym na utożsamieniu się z obrazem, jaki na nasz temat ma wróg. Fenomen ten opisywany jest od lat przez oppression studies, a zwłaszcza przez wiktymologię, czyli naukę o behawiorze ofiar. Jest to straszna nauka, która pokazuje potęgę uspołecznienia, nawet jeśli ta socjalizacja przybiera formę uporczywego prześladowania. Ofiara, która doświadcza długotrwałej społecznej opresji, ma bowiem tendencję do tego, by jej wewnętrznie ulegać i po cichu przejmować wszystkie negatywne i pogardliwe treści, jakie się z tą opresją wiążą. Nawet jeśli na zewnątrz zachowuje postawę waleczną i opiera się prześladowaniu, wewnętrznie nierzadko poddaje się presji, ponieważ jest to jedyna znana jej forma więzi społecznej.

Nic dziwnego, że wiktymologia powstała i najżywiej rozwijała się w Izraelu, ponieważ to właśnie Żydzi musieli najbardziej intensywnie zmagać się z syndromem uwewnętrznienia: z głębokim wchłonięciem najgorszych antysemickich stereotypów, które, pomimo że okrutne i pogardliwe, to jednak wiązały ich chorą nicią wspólnoty z ich prześladowcami. Socjalizacja jest potworną siłą, a uwewnętrznienie wrogiego obrazu to jeden z najbardziej upadłych, gnostyckich mechanizmów tego świata.

W swoim słynnym eseju o antysemityzmie Jean-Paul Sartre przestrzegał, że tym, co najgorszego może się Żydowi przytrafić, to internalizacja żydowskiej tożsamości widzianej oczami przeciętnego zachodniego antysemity. I wcale nie miał tu na myśli Otto Weiningera jako typowego przedstawiciela self-hating Jew: Żyda samozawstydzonego, kajającego się przed potęgą aryjskiej cywilizacji. Miał raczej na myśli zwrot polegający na afirmatywnym utożsamieniu się z antysemickimi treściami, w którym Żyd po prostu staje się „snem antysemity", oskarżenia pod swoim adresem zamieniając w pozytyw: tak, jestem tym wszystkim, a na dodatek jestem z tego dumny!

Ta fraza, I‘m proud of it, którą ukuło amerykańskie Południe, pochodzi dokładnie z tego samego zwrotu, odwracającego resentyment w fałszywą dumę. Kiedy mieszkaniec „pasa biblijnego" od lat słyszy o sobie tylko, że jest durnym „karkiem" (red neck), to po latach upokorzenia stać go wyłącznie na jeden manewr w ramach tak rozdanej społecznej gry: odwrócić oskarżenie i wykrzyknąć światu – chrzanię, I'm a red neck, and I’m proud of it! Tymczasem w ogóle nie ma powodu, by czuć się tu dumnym, bo cała ta pozorna duma to tylko głęboko uwewnętrzniony obraz „odrażających, brudnych i złych" – żydowskiego sprytnego robactwa albo durnowatych redneków – którą się, jako ofiara, przejęło od silniejszego i narzucającego swoją wolę oprawcy.

Dlatego Emil Fackenheim, autor jednej z mocniejszych żydowskich odpowiedzi na wydarzenie Zagłady, świadomy, jak tego rodzaju cios mógł się odbić na głębokiej tożsamości postholokaustowych Żydów, postulował, by do 613 przykazań halachy, czyli żydowskiego prawa, dodać 614., które będzie wariacją kantowskiego imperatywu: „Rób wszystko tak, by nigdy nie dać Hitlerowi pośmiertnej satysfakcji!". Co należy czytać właśnie jako: nigdy nie stań się tym, czym Hitler sądził, że jesteś – istotą słabą, upośledzoną, podrzędną i unlebenswertig, niegodną tego, by żyć. Goebbels niesławnie twierdził, że zasadą propagandy jest skuteczne powtórzenie: tyle razy powtarzasz swojemu wrogowi, że jest bestią, że ten w końcu ulega i bestią się staje. Minister propagandy Trzeciej Rzeszy dobrze znał najstraszniejszy mechanizm socjalizacji, który łączy opresora z jego ofiarą, i potrafił go wykorzystać. Fackenheim, z typowym uporem Żyda robiącego wszystko „wbrew naturze" (voila!), sformułował etyczną normę, by umknąć tej ponurej oczywistości.

Studia wiktymologiczne miałyby w Polsce niejedną pożywkę, ponieważ Polska jest wspólnotą silną, jeśli chodzi o potęgę więzi społecznej, a jednocześnie potwornie chorą, bo więź ta zawiązuje się głównie po linii opresji i jej uwewnętrznienia. W Polsce wszyscy są ofiarami – i wszyscy są z tego dumni. Prawica jest ofiarą „Gazety Wyborczej" i wszechpotężnego liberalnego salonu; lewica jest ofiarą Kościoła i wszechpotężnego polskiego katolicyzmu, a obie strony przekonane są o omnipotencji swojego przeciwnika. W Polsce wszyscy trzymamy się razem, w przesocjalizowanym tłoku, nie mogąc dnia przeżyć, żeby się nie wkurwić przed TVN24 – i cała ta wspólnotowość bazuje na niezwykle intensywnym poczuciu prześladowania.

Nasza sfera polityczna pełna jest haseł, które wytworzyła ta patologiczna gra luster. Coraz częstsze prawicowe „Jestem judeosceptycznym endekiem – i jestem z tego dumny!" natrafia na symetryczne hasło z drugiej strony: „Pierdolę, nie rodzę!" (i też jestem z tego dumna, czy raczej „dumny", bo w końcu slogan ten na manifie niósł sam Seweryn Blumsztajn). Tamci uwewnętrzniają salonowy obraz prawicy jako żydożerczego prostaka – ci z kolei uwewnętrzniają katolicki obraz bezdzietnej feministki jako obrazy porządku naturalnego. I wszyscy są szalenie dumni – tylko jakby nie bardzo. Bo jakoś ta duma szczęścia im nie daje.

Piszę to, bo trochę zaniepokoił mnie ostatni Marsz Szmat. Wiem, idea szlachetna i w pełni ją popieram: uświadomić ludziom, że ofiary gwałtu i przemocy seksualnej podlegają społecznej stygmatyzacji i że o zgwałconych kobietach mawia się, iż samego sobie były winne, bo „gdyby nie ubierały się jak szmaty", to nikt by ich nie tknął. Kanadyjskie feministki, które tego rodzaju uwagę usłyszały od prefekta miejscowej policji, urządziły demonstrację pt. Slut Walk, marsz kobiet w „strojach powszechnie uznawanych za prowokacyjne", by zaprotestować – i polska odsłona tego marszu właśnie wydarzyła się w Warszawie: na zdjęciu Jaś Kapela w czerwonej sukience wygląda raczej uroczo niż prowokacyjnie, ale za to koleżanka w femenowym stylu topless już zdecydowanie tak.

Niemal jednocześnie jednak odbywa się w Poznaniu kongres kobiet konserwatywnych, których jedynym postulatem jest pozwolić kobietom rodzić, rodzić i rodzić – a w związku z tym przegonić wszystkie ruchy feministyczne, które „wykorzystują kobiety do swoich celów" (jakich?) i „uderzają w rodzinę". Fotorelacja z tego zjazdu też jest barwna i wiele mówiąca: na pierwszym zdjęciu widać starszą panią, która w typowym skłonie kościelnym (całowanie biskupiego pierścienia) składa pełen uwielbienia pokłon Jankowi Pospieszalskiemu, na tej fotografii wyglądającemu jeszcze bardziej niż zwykle jak Silvio Berlusconi.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: O uwewnętrznieniu 20.05.13, 11:37
      Tym, co mnie niepokoi, kiedy oglądam obie fotografie, jest ich symetryczność. Konserwatywne kobiety z Poznania głęboko uwewnętrzniły wrogi obraz, jaki na ich temat posiada liberalny salon, i demonstrują swoje niewolnicze, islamskie już niemal posłuszeństwo wobec mężczyzn z nadmiarowym zapałem, którego jako „zwykłe" konserwatystki, faktycznie dumne ze swoich wielodzietnych rodzin, zapewne by nie miały. Z kolei warszawskie „szmaty" także – chcąc, nie chcąc (oczywiście: nie chcąc) – głęboko uwewnętrzniły wrogi obraz, jaki na ich temat posiada katolicka moralna większość, i demonstrują swoją prowokacyjność z nadmiarowym zapałem, którego jako „zwykłe" feministki, faktycznie dumne ze swojego postępowego stylu życia, zapewne by nie miały. Na te dwa przewrotne sposoby oba obozy dają satysfakcję swoim obozom przeciwnym: zachowują się dokładnie w zgodzie z „wrogim wyobrażeniem".

      Dla mnie jednak, emocjonalnie rzecz biorąc, sytuacja ta wcale nie jest symetryczna: o ile bowiem nieszczególnie zależy mi na tym, by tradycyjna kobiecość odnalazła swoją „spokojną" tożsamość, o tyle bardzo zależy mi na tym, by taką tożsamość uzyskały ruchu emancypacyjne, bo te są znacznie bardziej narażone na złą logikę uwewnętrznienia. Kiedy porównuję mój po polsku rozedrgany stan mentalny z pewnym siebie spokojem kobiet angielskich, które już bez przeszkód realizują się i w pracy, i w domu, od początku wychowane w liberalnej atmosferze wolnej od przesądów i oskarżeń (rzecz jasna nie wszystkie tutaj są takie, ale znakomita większość tak), to sama widzę, jak głęboko uczestniczę w syndromie uwewnętrznienia. Ile we mnie samopotępieńczych nastrojów i depresji, wynikających wprost z poddawania się przez lata polsko-katolickiej indoktrynacji, której się oparłam, ale dużym psychicznym kosztem. Jestem tego świadoma i dlatego nie chcę się temu syndromowi poddawać: walka trwa, a jej areną jest tożsamość wewnętrzna.

      Jednym z powodów mojego długiego sporu z polskim środowiskiem feministycznym była i jest nadal ta właśnie kwestia, którą przedstawiam sobie jako parafrazę postulatu Fackenheima: rób wszystko tak, by nie dawać satysfakcji swoim wrogom. Jeśli więc oni myślą o tobie jak o szmacie, czarownicy i wyskrobanej dziwce (wszystko to codzienne cytaty z internetowego oceanu gówna), to rób wszystko tak, by nie przejąć tego obrazu i nie dawać im żadnych powodów do pełnych złej radochy skojarzeń (he, he, feministki znów pokazały czym naprawdę są!). Nie przyłączyłam się do pierwszej manify, w której dziewczyny wyszły na ulicę w kolorowych perukach, nie dlatego, że miałam do niej zastrzeżenia z pozycji prawicowego wroga – po prostu nie chciałam wchodzić w tę podłą grę luster. I nie chcę po dziś dzień.

      www.krytykapolityczna.pl/felietony/20130520/o-uwewnetrznieniu
      • uff.o Re: O uwewnętrznieniu 23.05.13, 18:30
        niewątpliwie symetryczność tu istnieje, ale nie tylko dlatego że wróg się cieszy z uwewnętrzenia owych oskarżeń. Czy przypadkiem ubierające się prowokacyjnie kobietki, które nie robią tego ze względów czysto zawodowych, nie wchodzą tym samym w rewiry myśliwego MaRuchy, po to by dopiąć, chcąc nie chcąc, statusu konserwatywnej 'wózkowej' (jak by to ujął prof. Mikołejko)?Wolność objawia się w swoich nadmiarach, więc nikt nie powinien wytykać nikomu owych prowokacyjnych form ekspresji, jakkolwiek osobiście uważam skrajne odzieranie się kobiety z tajemniczości, i wystawianie na linię frontu społecznych relacji, głównie swoich zalet cielesnych, za akt pewnej desperacji, jeśli nie jest to tylko jakaś mniej lub bardziej niwinna gra.Oczywiście piękno chce trwać, pomimo przemijania. I podkreślanie jego istnienia jest ważnym elementem samo-afirmacji. Dlatego choć umiar jest tutaj moim osobistym ideałem, a preferencją długie, hinduskie wielobarwne stroje, to przecież w wolnym społeczeństwie każdemu powinna być dana swoboda wyrażania swojej indywidualnej formy istnienia, w podstawowych ramach prawa. Ponadto myślę iż wraz ze wzrostem wolności, wyrażającej się również w swobodzie obyczajów, ubiorów, etc. powinnien iść w parze większy nacisk na edukację odnoszącą się tolerowania inności, tudzież zgłębianie szkodliwych, negatywnych konsekwencji braku tolerancji w społeczeństwie wolnym, czy też wyzwalającym się. Przykłady z Indii, czy krajów o skrajnej tradycji patriarchalnej i/lub muzułmańskiej, gdzie gwałty i oblewanie kobiet kwasem jest szokującym zjawiskiem tego starcia między dążeniem do równych praw dla wszystkich a pierwotnym systemem patriarchalnym tracącym swoją uprzywilejowaną pozycję, a więc reagującym mniej lub bardziej agresywnie na nieuchronne zmiany cywilizacyjne i obyczajowe. Tutaj co prawda nie miałbym tolerancji dla nietolerancji, a zatem kury domowe mogą sobie wyrażać chęć bycia kurami, jakby nie było świat ten zbudowany jest parami przeciwieństw, będących w stanie bezustannego....tarcia, byleby tylko nie starały się jak to w kurniku nie raz bywało, zadziobać inaczej wyglądającą kurkę. O innych istotach nie wspominając.
    • diabollo Pierdolę, nie uwewnętrzniam 24.05.13, 09:54
      Hanna Gill-Piątek

      Kilku rzeczy na świecie nie lubię. Na przykład cynaderek, autostrad przez osiedla i klasycznej psychoanalizy. Z tą ostatnią jest taki kłopot, że w Polsce znają się na niej wszyscy, podobnie jak na reklamie czy polityce. A już szczególnie kto bardziej wykształcony, tym szerszą grupę ma prawo diagnozować. Pokusa jest wielka, bo wtedy można z wysokości katedry bezpiecznie wygłaszać sądy: społeczeństwo to, Polacy tamto. Narzędzi jest masa, bo z wujaszka Freuda czerpały całymi garściami pokolenia filozofów. Podczas gdy psychologia poddawała jego myśl coraz bardziej krytycznej ocenie, w humanistyce psychoanaliza hyca jak młody zajączek na polu kapusty, i to w swojej najbardziej pierwotnej, nieprzepracowanej formie.

      Psychoanaliza całych grup społecznych ma pewną pułapkę: często sami diagnozujący do tych grup należą. Wysokość katedry nie ma tu nic do rzeczy. Nie widzimy rzeczy, jakimi są, widzimy je takimi, jakimi my sami jesteśmy – to stare przysłowie sprawdza się doskonale również w tym przypadku. Diagnoza, jaką wystawiamy, jest bardziej diagnozą nas samych. Często nieświadomą, zgoda.

      Jako autorka zdania „Pierdolę, nie rodzę”, które od 2008 roku noszę na koszulce na łódzkie manify, czuję się wywołana do tablicy przez Agatę Bielik-Robson . Nie tylko z tego powodu, że hasło to ma kompletnie inne znaczenie, a w każdym razie dużo innych znaczeń niż tylko płaska apoteoza „obrazu bezdzietnej feministki jako obrazy porządku naturalnego”. Autor transparentu ma niewielki wpływ na jego odbiorców. Wszak, jak było powiedziane powyżej, widzimy rzeczy zawsze przez pryzmat siebie i swoich aktualnych problemów. Akurat w 2008 miałam na myśli raczej powszechny strajk reprodukcyjny nie feministek, ale zupełnie zwykłych kobiet, które spotykam codziennie na ulicach Łodzi. Strajk przeciw niegodnym warunkom pracy, likwidacji publicznej służby zdrowia i powolnej degeneracji oświaty. Przeciw „kompromisowi aborcyjnemu” i konsensusowi społecznemu, który prywatyzuje problem opieki nad potomstwem, również tym niechcianym.

      Bardziej dotknęło mnie co innego. Owszem, zgadzam się, że opisane przez ABR uwewnętrznienie czasem następuje: widziałam na własne oczy postępowe środowiska zżarte robalem atmosfery spisków i przyzwolenia na przemoc, bo tak opisywała je druga strona. Widziałam też pryszczatych antykomunistów zorganizowanych zresztą jak KC KPZR w najlepszych czasach Nikity Chruszczowa, którzy „dla jaj” wymieniają się piosenkami o białej rasie, by w ten sposób skonsumować jakoś przylepianą im przez przeciwników brunatną gębę.

      Nie zgadzam się jednak z oceną, że uczestniczki Marszu Szmat uwewnętrzniły czyjekolwiek stereotypy. Bo kostium to nie ubranie, a teatr to nie rzeczywistość. Co innego nieświadomie przejąć czyjeś rojenia, co innego umiejętnie się nimi posłużyć. I to właśnie zrobiły dziewczyny na Marszu Szmat, które na co dzień raczej nie chodzą okryte jedynie taśmą na biustach.

      Zrozumienie tej różnicy wydaje mi się ważne, bo być może w przyszłości zwolni z poczucia winy setki osób, które w akcie protestu będą chciały posłużyć się maską stereotypu tylko po to, żeby go sparodiować czy po prostu wyrazić swoją solidarność z jego ofiarami. Dzięki temu znowu zobaczę Piotra Pacewicza w spódnicy na Paradzie Równości, a jest to widok niezapomniany.

      Mówienie o mechanizmach uwewnętrznienia jest oczywiście ważne, bo przed każdym z nas stawia lustro, każąc nam się zastanowić, czy nadal jesteśmy sobą. Gorzej, jeśli to lustro staje się manekinem, kolejnym opresyjnym stereotypem, do którego powinniśmy się dopasować, aby przypadkiem nie skopiować czegoś z dyskursu wrogiego obozu. Takiego manekina widzę w tekście Agaty Bielik-Robson i jest on spokojną angielską damą wychowaną „w liberalnej atmosferze wolnej od przesądów i oskarżeń”. Nie jestem damą. Kiedy trzeba, jestem szmatą w czerwonej sukience, a kiedy trzeba, to pierdolę i nie rodzę. Biorę taką maskę, jaka mi pasuje. Każdemu wolno.

      www.krytykapolityczna.pl/felietony/20130523/pierdole-nie-uwewnetrzniam
    • diabollo Czy Jaś Kapela uwewnętrznił szmatę? 24.05.13, 10:18
      Kinga Dunin

      Na początek pokażę dziś Państwu coś na obrazku, bo na obrazku lepiej widać.

      Co my tu mamy? Trzy kobiety i jednego pana, zresztą feministę. Panie na pierwszy rzut oka wyglądają na wyzwolone z obowiązku strojenia się, pokazywania nóżek, używania szpilek i innych niewygodnych gadżetów. Co je różni od pana, poza tym, co wiadomo? Nogi. Nogi kobiety zawsze trzymają razem. Dla bezpieczeństwa i pewności założone nawet jedna na drugą. Panom natomiast wolno je swobodnie rozłożyć. Męska pozycja jest wygodna, dobra dla miednicy i ortopedycznie słuszna. Kobieca – pilnuj się, skromnie siedź – jest dobra dla...? No właśnie, dla kogo?

      Gdyby to coś, co każe kobietom zaciskać kolana, dotyczyło tylko ciała, i tak warte byłoby przeanalizowania. Jednak ludzkie ciało jest też połączone z duszą (metafora), więc to, co widzimy, sięga dużo dalej. Czy to patriarchat? Zwał, jak zwał – ale jest. I to głęboko uwewnętrznione, nawet jeśli udało się trochę umknąć.

      A jeśli chce się być kobietą w całkowitej zgodzie z kulturą? Skoro Agata Bielik-Robson zechciała podjąć temat uwewnętrznionych norm, to skorzystajmy z tej okazji i zastanówmy się, jakie normy uwewnętrzniają kobiety – po prostu takie są i są z tego dumne. Mają być ładnie oporządzone, dbać o indywidualny styl, ale broń Boże nie przekraczać przy tym konwencji. I nie dotyczy to tylko ubrania, to także cała strategia podobania się mężczyznom, a szczególnie odpowiednim mężczyznom, legitymizowania się przy pomocy autorytetów, najlepiej męskich, delikatnej pogardy i braku zainteresowania dla innych kobiet. Zawsze obecnego podskórnego lęku – co ludzie o mnie powiedzą, czy dobrze wypadnę? Czy jestem tam, gdzie wypada, i z tymi, z którymi wypada?

      I oczywiście to nie jest żadna opresja, to jest przecież normalna kobiecość.

      Opresja zaczyna się dopiero, kiedy świat postrzega feministkę jako szmatę. Tej opresji już nie wolno zinternalizować. Słusznie, lepiej nie. Tylko przykład dobrany przez ABR do tej tezy – Marsz Szmat – nie jest najlepiej trafiony. Powiedziałabym, jak kulą w płot. To tak, jakby powiedzieć o drag queen, że uwewnętrzniła „kobiecość”, chociaż wyraźnie widać, że chodzi w tym wypadku o ostentacyjną i przejaskrawioną grę z pewnym stereotypem. Dlatego zupełnie chybiona jest też analogia z kobietami z kongresu konserwatystek. One po prostu zawsze takie są i są z tego dumne, pewno coś uwewnętrzniły, natomiast Jaś Kapela zazwyczaj nie chodzi w sukience.

      Świadomie odegrał pewną rolę odwołującą się do wyobrażeń tej kultury, jednocześnie się jej sprzeciwiając. Można to nazwać campem albo strategią subwersywną – w każdym razie dystans jest akurat solą tego przedsięwzięcia, mimo że jest to gra dosyć złożona, bo zawierająca też element identyfikacji, jednak niewynikającej z kulturowego automatyzmu zwanego uwewnętrznieniem albo internalizacją.

      Inną kwestią, do której już nie trzeba, a może nawet nie wypada zatrudniać holocaustu, jest pytanie o skuteczność takich działań. Ten spór – i bez ABR – pojawia się zarówno w ruchu feministycznym, jak i LGBT. Czy akcje kontrkulturowe, campowe nie psują nam opinii? Nie potwierdzają zarzutów? Nie ułatwiają krytyki przeciwnikom? Nie zniechęcają ludzi?

      Przede wszystkim nigdy nie są to jedyne formy działania. W tym wypadku okazało się to o tyle skuteczne, że przy okazji ABR napomknęła o gwałtach i przemocy wobec kobiet. A przecież to także lata starań feministek w garsonkach, piszących ekspertyzy czy lobbujących w sejmie, żeby gwałt był ścigany z urzędu. One jednak nie przyciągnęły jej uwagi, trzeba było użyć Jasia.

      Zwolenniczką bardziej odważnej i skandalizującej ekspresji żądań jestem jednak także z innych powodów. Chodzi o pokonanie lęku przed ośmieszeniem, a także o radykalizm. Domaganie się od niechętnej nam kultury akceptacji, bo jesteśmy normalni/normalne zawsze jest rodzajem konformizmu wobec tejże kultury. Jeśli chce się mocniej nią potrząsnąć, trzeba czasem mieć odwagę się wygłupić. Co dla kobiet jest trudnym wyzwaniem.

      O strategii można oczywiście podyskutować, choć lepiej czynić to kontekście wszystkich podejmowanych działań – również tych bardzo grzecznych. Z moich obserwacji wynika jednak, że nawet najgrzeczniejsza grzeczność nie uratuje feministki przed rozmaitymi formami stygmatyzacji.

      Negatywny obraz feminizmu jest jednym z narzędzi służących do upilnowania kobiecego stada, żeby nie zaczęło brykać i trzymało nóżki razem. I rzeczywiście, przyznanie się do feminizmu lub samo podejrzenie o to naraża kobietę na zetkniecie się z całym szeregiem często sprzecznych stereotypowych wyobrażeń.

      Rozsądną, a także dobrze uwewnętrznioną strategią dla kogoś, kto nie chce utracić społecznego szacunku, jest zatem nielubienie feminizmu. Niekoniecznie za postulaty, wystarczy za niewłaściwy sposób ich realizacji.

      Ale tak się jakoś składa, że sposób ten zawsze okazuje się niewłaściwy. Feminizm zawsze albo zbyt podkreśla różnicę płci, albo ją likwiduje, jest za grzeczny albo za niegrzeczny, feministki nie potrafią wejść do polityki albo się do niej niepotrzebnie pchają...

      ABR pisze o swoim trwającym od lat „sporze z polskim środowiskiem feministycznym”. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie sporu, który jednak wymaga słuchania i wymiany argumentów, pamiętam głównie połajanki w prawicowej prasie. Wyglądało to tak, że ABR pisała mniej więcej to co ja wówczas w „Wysokich Obcasach”, a następnie przeciwstawiała swoją mądrość „ideologicznemu frazesowi” z „Wysokich Obcasów”. Jak widać, te same tezy wypowiadane w towarzystwie Wildsteina stawały się mądrością, kiedy zaś mówiła je feministka – były jedynie ideologicznym frazesem. I może nawet jest tu coś na rzeczy, gdy chodzi o strategię. Wydawałoby się, że od koleżanki łatwiej przyjąć pewne treści niż od dziwacznych feministek, szczególnie jeśli przy okazji zostaną one skrytykowane i ośmieszone. Jednak z tych tekstów koledzy ABR wybierali tylko krytykę, tym przydatniejszą i wydawałoby się wiarygodniejszą, że płynącą ze strony wyemancypowanej kobiety. Część edukacyjna spłynęła po prawicy bez śladu, natomiast po drugiej stronie zostały blizny.

      ABR, jak sama przyznaje, od lat zarzuca feministkom błędną strategię i niewłaściwie tworzoną tożsamość. Zakładam, że spór nie dotyczy pryncypiów, że i ona jest za emancypacją i przeciwko gwałtom. Może więc w końcu, po latach, odwzajemnię się i odpowiem tym samym – strategia polegająca na dyskusji z femizmem przy pomocy ataków w prawicowej prasie nie była najlepsza. Naprawdę, dla sprawy kobiet więcej dobrego zrobił Jaś Kapela w sukience. A i dziś może nie warto podrzucać argumentów chórowi szyderców z konserwatywnych portali mieszających z błotem Marsz Szmat. Oraz tym, którzy uważają, że wszystko, co robią feministki, jest głupie, bo robią to feministki, a feminizm, wiadomo – to obciach.

      www.krytykapolityczna.pl/felietony/20130522/czy-jas-kapela-uwewnetrznil-szmate
      • uff.o sklejone nogi kobiet 24.05.13, 18:59
        zdaje się że Kościół maczał w tym swoje tłuste paluszki. No ale kobieta jako nosicielka Raju, nie tylko swojego własnego, ucieleśnienie piękna, ma w tym również jakiś interes, by nie każdy mężczyzna na jej widok zamieniał sie w Mister Alfa Hyde? Czasem można przegiąć pałę i zamiast wyłowionego z tłumu adoratora, można chycić agresywnego nienawistnika. Natomiast podkreślam iż w czasach wyzwolenia i swobód obyczajowych potrzebna jet opowiednia edukacja od dziecka uwrażliwiająca na podmiotowość człowieka, kobiety i mężczyzny, panowanie nad odzwierzęcymi instynktami, które intensyfikują się kiedy odpada moralność nakazowo-zakazowa. I te sprawy nie załatwią się same, ot z samego faktu uzyskania wolności. Nie jest to chyba kwestia jedynie indywidualnej odpowiedzialności samców, którzy w czasach wolności mają się automtycznie dostosować i zaadoptować, bo jak nie to w ciupę, dożywocie, etc.? Dużą rolę może odgrywać tu rozwój wyobrazni, empatii, ażeby smiec, potencjalny gwałciciel potrafił wczuwać się w rolę ew. ofiary, wyobrażać sobie konsekwencje takiego czynu, i ew. rozwinąć jakiś system przetrawiania frustracji, urazów i agresji, zanim one zdominują całą osobę. Rozwój osobowości poprzez spełnianie, wzmacninie tego co ludzkie w człowieku, pewne predyspozycje, dary, talenty, etc. od pierwszych lat w przedszkolu i szkole wydają mi się istotnym zadaniem, wyzwaniem dla systemu edukacyjnego, ażeby nie zaprzepaszczyć tzw. zdobyczy wolności.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka