diabollo
03.05.15, 19:45
Pisałem niedawno o książce Jona Ronsona "So You Have Been Publicly Shamed" ("A więc skazano cię na infamię") i zapowiedziałem, że jeszcze do niej wrócę. Pretekst nasunął mi się szybciej, niż oczekiwałem.
Ronson opisuje w swojej książce ludzi, którym internet zniszczył życie. Kiedyś sieciowe afery rozgrywały się w sieci, w najgorszym wypadku groziła człowiekowi utrata konta.
Strzeż się dobrych ludzi, czyli spokojnie, ciebie też zlinczują
Dziś skutkiem internetowych nagonek jest rujnowanie komuś życia - także poza siecią. Podstawowym celem takiej nagonki najczęściej jest wyrzucenie kogoś z pracy - i to się udaje, bo pracodawcy chcą się jak najszybciej pozbyć pracownika, który jest źródłem problemów.
Ci ludzie są potem trudno zatrudnialni, bo przecież przed przyjęciem kogoś do pracy sprawdzamy go Google'em. A więc ich problemy będą za nimi szły do samego końca, Google'a lub ich.
Za jaką właściwie zbrodnię ludzi spotyka taka kara? To jest właśnie najciekawsze. Ronson analizuje kilka takich przypadków.
Lindsey Stone pracowała jako psycholog przy rehabilitacji osób opóźnionych w rozwoju. W październiku 2012 uczestniczyła w wycieczce podopiecznych do Waszyngtonu. Na takich wycieczkach Lindsey ze swoim kolegą z pracy Jamie Shuhem miała zwyczaj robienia żartobliwych zdjęć, na których udawała, że łamie jakiś zakaz. Na przykład pozowała z papierosem na tle napisu PALENIE WZBRONIONE itd.
Gdy wraz z podopiecznymi Lindsey zwiedzała cmentarz poległych żołnierzy w Arlington, tabliczka "prosimy o ciszę i szacunek" podsunęła jej pomysł ustawienia się w pozie, w której udaje, że krzyczy i okazuje brak szacunku środkowym palcem. Zdjęcie widziane w kontekście całej serii jest po prostu niezbyt mądrym wygłupem. Ale w mediach społecznościowych wszystko funkcjonuje w oderwaniu od kontekstu. Media społecznościowe reagują tak, jakby każde zdjęcie, status na Facebooku czy wiadomość na Twitterze istniały w próżni.
W oderwaniu od kontekstu to zdjęcie wygląda jak zniewaga dla poległych weteranów. Przedstawia młodą kobietę, która pokazuje im fakulca.
Reakcje internetu były przewidywalne. Ach, to wspaniałe cyfrowe społeczeństwo obywatelskie, zawsze możemy na nie liczyć, gdy chodzi o ukamienowanie grzesznicy.
Typowe komentarze brzmiały: "Mam nadzieję, że ktoś tę dziwkę zgwałci i zarżnie". Pojawił się fanpejdż domagający się wyrzucenia Lindsey z pracy. Sprawę podchwyciły media, do domu i do pracy Lindsey przyjechały ekipy telewizyjne. 22 listopada 2012 wyrzucono ją z pracy.
To samo spotkało Justine Sacco pracującą w public relations. 20 grudnia 2013 snuła się po lotnisku Heathrow, czekając na przesiadkę do RPA. W kolejnych wpisach przeznaczonych dla wąskiej grupki 170 osób obserwujących ją na Twitterze skarżyła się na jedzenie i na współpasażerów.
Wreszcie zaczął się boarding jej samolotu. Napisała "Lecę do Afryki. Mam nadzieję, że nie złapię AIDS. Żartuję, jestem biała!". I wyłączyła telefon.
Gdy go włączyła po wylądowaniu, już nie miała pracy. Ktoś z tych 170 obserwujących ją osób przekazał ten wpis dalej i zaczęła się burza, w wyniku której Justine wyrzucono z pracy, a przez pewien czas na każdym kroku towarzyszyli jej paparazzi.
Oczywiście, zgadzam się, że żarty Sacco i Stone były niesmaczne. Ale czy na pewno zasługiwały na karę publicznego piętnowania?
Nasi przodkowie nie bez powodu wycofali się z tej kary sto parędziesiąt lat temu. Jest przesadnie okrutna wobec osób, które owszem, zachowały się brzydko, ale nie powinny być traktowane jako sprawca wszelkiego zła.
Ameryka traktuje swoich weteranów podle. Prosto z frontu trafiają na zasiłek albo wręcz pod most. Ale to nie jest wina Lindsey Stone, którą tymczasem ukamienowano jako zastępczą ofiarę.
Podobnie z rasizmem. Ameryka rutynowo uniewinnia policjantów, którzy zastrzelili nieuzbrojonego człowieka, który pechowo miał ciemną skórę. Ale "walczy z rasizmem" przez lincz na Justine Sacco.
Pretekst do powrotu do książki Ronsona dała mi walka dzielnych internautów z "faszyzmem" uosobianym przez pisarza Michała Witkowskiego, który pokazał się w różowej czapeczce z napisem "SS". Spowodowało to wstrzymanie premiery jego powieści i wielką aferę, w której ochoczo mogliśmy sobie porzucać kamieniami w grzesznika.
Sytuacja przypomina mi te amerykańskie lincze, bo w Polsce faktycznie mamy problem z neofaszyzmem. Antysemickie poglądy jawnie głosi jeden z kandydatów na prezydenta.
I co? I pstro. Nikt mu nic nie zrobi. Tak samo jak Ameryka nic realnego nie zrobi w kwestii rasizmu czy traktowania weteranów. O ileż łatwiej jest zlinczować w sieci kogoś, kogo zbrodnia polegała na jednym głupim dowcipie.