diabollo
01.09.15, 07:47
Jan Hartman
35 lat temu Polska była pępkiem świata. Wszyscy czuliśmy, że tu, na naszych oczach (w moim przypadku – trzynastoletniego dzieciaka), dzieje się jakaś rzecz wielka. Nastroje były euforyczne i podniosłe. Takie chwile zdarzają się w każdym narodzie raz na kilka dziesięcioleci. Nam zdarzyło się wtedy, a potem, choć może z nieco mniejszą emfazą, jeszcze raz w roku 1989, który był w oczywisty sposób następstwem Sierpnia.
Z perspektywy lat porozumienia gdańskie i następujący po nich kilkunastomiesięczny „karnawał Solidarności” jawią się zupełnie inaczej niż wówczas. Wtedy wydawało się, że „naród zwyciężył z komuną” i „wywalczył wolność”. Dziś rozumiemy, że stało się raczej coś innego: konflikt społeczny znalazł pozytywne rozwiązanie, dzięki czemu uchylone zostały drzwi ku demokracji.
Jak to zwykle bywa, również Sierpień został zakłamany przez propagandę i fałszywie zapamiętany. Jedni widzą w nim wielki zryw narodowy i katolicki. Inni protest robotniczy, do którego przyłączyły się inteligenckie elity demokratyczne, nadając mu wyraźne oblicze wolnościowe. Jedno i drugie jest prawdą, a zakłamanie polega na mitologizacji kategorii „jedności”, która bynajmniej nie należy do naczelnych wartości wolnego świata i bynajmniej nie była dominantą Sierpnia. Istota rzeczy mieści się w słowie „porozumienie”, a nie „jedność”.
Zakłamany obraz Sierpnia jest „jednościowy” i jednostronny – albo zbyt silnie akcentujący (aprobatywnie bądź nie) czynnik nacjonalistyczny i religijny, albo zbyt silnie akcentujący (aprobatywnie lub nie) jeden z elementów: socjalne podłoże strajków lub postulaty wolnościowe jako napęd wielkiego ruchu Solidarności. Tymczasem wszystkie te czynniki zostały jakoś ze sobą zgrane, jakkolwiek na dłuższą metę były nie do utrzymania w harmonii. Nie da się przecież połączyć narodowego katolicyzmu z demokratyzmem.
Tym jednakże, co najskuteczniej wyparliśmy z naszej zbiorowej pamięci, jest po prostu konflikt. Do Solidarności zapisała się połowa pracujących Polaków. Druga połowa pozostała neutralna bądź niechętna. Siły Solidarności i PZPR były wyrównane, a ta ostatnia, choć w tak wielkich tarapatach, wciąż miała poparcie, którego skala w demokracji byłaby szczytem marzeń polityków. Bo to już tak jest, że największe poparcie ludu mają rządy umiarkowanie autorytarne, odwołujące się do retoryki socjalnej i nacjonalistycznej, lecz niestosujące masowego terroru. Takim zaś rządem była polska „komuna”.
Jej propaganda składała się z elementów socjaldemokracji, konserwatyzmu obyczajowego (mało kto dziś pamięta, że Gomułka i Gierek mówili z grubsza to samo co biskupi – o rodzinie, o narodzie, o pracy, o wychowywaniu dzieci „w duchu” itp.) oraz nacjonalizmu i ksenofobii. To się podobało i było prawie powszechnie akceptowane. Tym samym językiem mówi dzisiaj PiS, będące partią kontynuacji PRL, imitującą mentalność PZPR, z jej autorytaryzmem, socjalizmem, nacjonalizmem, kompleksami i konserwatyzmem. Oczywiście PZPR nie korzyła się tak jawnie przed Kościołem (robiła to dyskretniej) i nie mogła zbyt akcentować tematyki suwerenności (występowała ona w kontekście niemieckim, lecz, z oczywistych względów, nie w kluczowym wszak kontekście rosyjskim), niemniej jednak mentalność i wizja sprawowania władzy była w obu przypadkach ta sama
CDN...