Dodaj do ulubionych

Rydzyk i przyjaciele

31.03.21, 09:52
wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,26920639,rydzyk-i-przyjaciele-tomasz-piatek-na-tropie-teczki-ojca.html
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Rydzyk i przyjaciele 01.04.21, 07:36
      "Rydzyk i przyjaciele". Tomasz Piątek na tropie teczki Ojca Dyrektora
      Piotr Głuchowski

      W swej nowej książce Piątek sprawdza opinię Jarosława Kaczyńskiego. "Po naszej stronie działają aktywnie rosyjskie służby specjalne. Radio Maryja jest dziś głęboko antyzachodnie, prorosyjskie, wcale nie nieżyczliwe PRL-owi (...). Czyż targowica nie była właśnie taka: narodowa, katolicka?".

      Sprzedana cztery lata temu w ponad 100 tysiącach egzemplarzy książka o byłym szefie MON opisywała nici (i osoby) łączące Macierewicza z Moskwą, a szczególnie z rosyjskim wywiadem. Gdy eksminister złożył w prokuraturze zawiadomienie o literackim „zamachu na funkcjonariusza publicznego” (kara do trzech lat), autora Tomasza Piątka wzięło w obronę 10 międzynarodowych organizacji wspierających wolność słowa (m.in. Reporterzy bez Granic i Amnesty International) oraz ponad 11 tysięcy osób prywatnych, które zaapelowały do polskich władz, by „zaniechały działań wobec Piątka i wycofały kryminalne oskarżenia związane z pracą dziennikarza śledczego”. Przedstawiciel ds. wolności mediów OBWE Harlem Désir zażądał tego samego od polskiego MSZ. Ostatecznie warszawska prokuratura okręgowa odmówiła wszczęcia śledztwa z doniesienia Macierewicza.

      Nowa książka Piątka „Rydzyk i przyjaciele” może wzbudzić podobne emocje, bo autor nie tyle domniemywa, ile stwierdza, że dyrektor Radia Maryja od lat działa na rzecz Rosji, a w początkach kariery miał tajemnicze związki z esbekami, którzy z kolei utrzymywali kontakty z KGB.

      Teczka na każdego księdza

      Za oś narracji w „Rydzyku…” Piątek przyjmuje wcześniejszą książkę Jacka Hołuba i niżej podpisanego, „Imperator. Sekrety ojca Rydzyka”, ale koncentruje się na jednym sekrecie – relacji zakonnika z komunistycznymi oraz postkomunistycznymi tajnymi służbami. Zaczyna od zniknięcia TEOK (Teczki Ewidencji Operacyjnej na Księdza). Jedna z esbeckich instrukcji głosiła: „Zauważywszy (...), że każdy ksiądz jest nosicielem obcej nam ideologii, że kler stanowi jedyny oficjalny i zorganizowany ośrodek opozycji ideologicznej (…), że notujemy wystąpienia wręcz wrogie, postanowiono, zgodnie z instrukcją, na każdego księdza świeckiego i zakonnego założyć teczkę ewidencji operacyjnej”.

      Teczka Ojca Dyrektora powinna się znajdować do dziś w IPN, ale nie figuruje ani w papierowym spisie esbeckich akt, ani w archiwum cyfrowym Instytutu. A zatem została zniszczona, wykradziona lub przeniesiona w niedostępne dla historyków i dziennikarzy miejsce. Na przykład do zbioru zastrzeżonego IPN, który zawiera akta nadal wykorzystywane operacyjnie przez służby III RP (o tym zaraz).

      „Były też takie teczki – pisze Piątek w „Rydzyku…”– które oddano po cichu... władzom duchownym. Mniej więcej w połowie 1989 r. wszechwładny minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak uznał, że czas pogodzić się z Kościołem. W tym celu bezprawnie przekazał biskupom część akt kleru. Co z tymi dokumentami zrobili biskupi? Na ten temat wypowiadał się publicznie Jerzy Dziewulski, PRL-owski milicjant-antyterrorysta, w III RP poseł (…), według Dziewulskiego episkopat, gdy tylko dostał papiery (…), kazał je zniszczyć, gdyż zapisano w nich zbyt wiele faktów, które kompromitowały i hańbiły księży”.

      Czy TEOK o. Tadeusza należała do sprezentowanych biskupom? Zdaniem Piątka – nie. Dlatego że „sekrety Rydzyka mogły mieć szczególną naturę (…), która wykluczałaby dzielenie się nimi z episkopatem”.

      Najwyższy stopień zaginięcia
      Papierowo-celuloidowe archiwa i pierwsze komputerowe bazy danych SB mają to do siebie, że nawet pojedynczy dokument, meldunek czy donos (a tym bardziej teczka) odnotowywany był w wielu miejscach – także na przechowywanych osobno mikrofilmach. Pożar, zalanie czy wybuch gazu w którymś z archiwów nie mógł oznaczać utraty wyników tysięcy wieloletnich śledztw i operacji. Gdyby teczka przyszłego Ojca Dyrektora została zwyczajnie zniszczona lub oddana hierarchii kościelnej, byłyby po niej ślady jak po teczkach księży Henryka Jankowskiego, Franciszka Cybuli czy biskupa Stanisława Wielgusa. Tymczasem, pisze Piątek, TEOK księdza Rydzyka zostaje „zbiorem dokumentów o najwyższym stopniu zaginięcia”.

      Z odcyfrowanego przez Piątka esbeckiego formularza Mkr-1 (o nim dalej) wiadomo, że jeszcze w 1988 r. dokumentacja „na księdza Tadeusza” była w Krakowie, gdzie – obok Katowic – procent brakujących po 1989 r. TEOK jest najniższy w kraju. Wiadomo też, że w wolnej Polsce krakowscy archiwiści odtworzyli – na podstawie śladów w innych zasobach, a czasem ze ścinków papieru – wiele akt uszkodzonych, wybrakowanych czy zmieszanych ze śmieciami w tzw. worach ewakuacyjnych – przeznaczonych do spalenia lub zmielenia w papierniach w latach 1989-90.

      CDN...
      • diabollo Re: Rydzyk i przyjaciele 01.04.21, 07:38
        – TEOK o. Rydzyka nie należy i do tej kategorii – zauważa Piątek. – Co zatem obserwujemy? Po pierwsze, zaginięcie. Po drugie, nieodnalezienie. Po trzecie, nieodtworzenie. Po czwarte, niepozostawienie żadnego śladu. Prawie żadnego.

        Anty-Solidarność
        Co wiadomo o wspomnianym zbiorze zastrzeżonym IPN? W latach 2005-15 politycy PiS domagali się odtajnienia tych dokumentów, bo miały kompromitować przedstawicieli obozu liberalnego. W 2017 r. „dobra zmiana” ogłosiła wielkie ujawnienie, ale tylko ogłosiła. Historycy i dziennikarze nie poznali nawet tytułów nadal tajnych teczek. Piątek: „O ile mi wiadomo, utajnione dokumenty spoczywają w magazynach IPN. Inne ukryto głębiej, w szafach pancernych ABW, która samowolnie je przetrzymuje. W 2019 r. prezes IPN Jarosław Szarek rozważał nawet podjęcie kroków prawnych wobec Agencji, aczkolwiek nie wiadomo, czy tę groźbę należało traktować serio. Komentatorzy podejrzewali bowiem, że ABW i IPN wspólnie nie chcą ujawniać teczek (…). W takim przypadku rolę złego policjanta utajniającego dokumenty wzięłaby na siebie Agencja, gdyż historykom takiej roli grać nie wypada. Sprawą zajmował się opozycyjny senator Krzysztof Brejza, [który] w lutym 2021 zapytał IPN o to, jak zakończył się (...) spór o zamknięte akta. Gdy oddawałem tę książkę do druku, Brejza wciąż czekał na odpowiedź”.

        A co wiadomo o innych – poza TEOK – esbeckich dokumentach dotyczących o. Rydzyka? Razem z Jackiem Hołubem dotarliśmy przed ośmiu laty do trzech teczek. Jedna to zbiór pozornie nudnych akt paszportowych (o nim dalej), druga nosi kryptonim „Fanfaroni” i dokumentuje próby rozbicia w roku 1973 toruńskiej edycji festiwalu piosenki religijnej Sacrosong, w którego przygotowaniu ksiądz Tadeusz uczestniczył. Wynika z niej, że już wtedy działalnością redemptorysty na odcinku młodzieżowym zajmował się sam szef toruńskiej SB Zygmunt Grochowski. W papierach „Fanfaronów” roi się od literówek, jedna jest ciekawa. Nazwisko kapłana ktoś zapisał wielkimi literami, ale jako „O. RYDRYK”. Gdy w 1980 r. mnich został przeniesiony przez zakon – najpierw do Szczecinka, gdzie odważnie wieszał krzyże w szkołach, a potem do Krakowa, gdzie organizował duszpasterstwo akademickie – toruńska SB musiała dosłać pod Wawel „materiały na księdza”, bo w trzeciej ze znalezionych przez nas teczek (rozpracowanie krakowskich duszpasterstw studenckich prowadzone przez małopolską SB pod kryptonimem „Wierni”) pojawia się ten sam błąd literowy („RYDRYK”). Oraz informacja, że w roku 1984 przybyły z Torunia duchowny korzystał u krakowskich redemptorystów z powielacza ksero, czyli urządzenia potencjalnie groźnego dla władzy.

        Teraz fragment relacji innego zakonnika z „Imperatora”: „W starej części krakowskiego klasztoru była kopiarka. Ojciec Rydzyk z różnymi ludźmi odbijał tam jakieś ulotki. Do czego wzywające? Tego nie potrafię powiedzieć. Zgromadził wokół siebie przedziwnych ludzi, opozycjonistów, ale też jakieś postacie z kręgów ówczesnej władzy i aparatu bezpieczeństwa. Przełożeni klasztoru nie wiedzieli, co to za ludzie, co oni robią, o co im chodzi... Którejś nocy schowali po prostu kopiarkę, by obcy nie mogli z niej korzystać. Bali się, żeby nie dać się w coś wmanewrować”.

        Aby odpowiedzieć w co, wróćmy do Torunia. Nieżyjący już szef tamtejszej SB ppłk Grochowski i co najmniej trzej jego podwładni (major Wiesław Zapałowski, major Henryk Misz i kapitan Marek Kuczkowski), nawiązując do najlepszych tradycji Czeki, NKWD i KGB, powołali w 1984 r. fikcyjną konspirację o nazwie Grupa Kierownicza Organizacji Anty-Solidarność Regionu Kujaw i Pomorza (OAS). Rzekoma organizacja (a faktycznie bojówka SB) porywała działaczy prawdziwego podziemia (m.in. późniejszego posła i senatora Antoniego Mężydłę), torturowała ich, a przy okazji uwiarygodniała tajnych współpracowników ulokowanych w nielegalnej „Solidarności”. Tomasz Piątek pisze w swej książce: „Anty-Solidarność zajmowała się nie tylko porywaniem i torturowaniem. Wykonywała też subtelniejsze zadania. Grochowski i Misz z OAS zwalczali (…) Solidarność za pomocą przekazu... religijnego. Propagandę antysolidarnościową ubierali w język najbardziej radykalnej dewocji i bigoterii. Między innymi rozrzucali ulotki, w których można było wyczytać, że Solidarność to bestia opisana w biblijnej Apokalipsie. Z licznych dowodów i świadectw wynika, że ludzie Grochowskiego z OAS współdziałali z sowieckimi służbami specjalnymi.”

        Czy o. Tadeusz i jego znajomi „z kręgów ówczesnej władzy i aparatu bezpieczeństwa” drukowali w krakowskim klasztorze ulotki z fake newsami OAS? Tego nie udało się ustalić z pewnością ani nam, autorom „Imperatora”, ani Tomaszowi Piątkowi.

        Wyjeżdżał, gdzie chciał
        Zakładając, że Rydzyk współpracował z SB, trzeba odpowiedzieć: kto mógł być jego resortowym opiekunem? Piątek unika określenia „oficer prowadzący”. Raczej nie był to Grochowski, skoro nie potrafił poprawnie zapisać nazwiska zakonnika. Piątek typuje krakowską funkcjonariuszkę Wydziału IV (do walki z Kościołem), nieżyjącą już starszą inspektor Marię Gwóźdź-Łopatkę. Ta należała do PZPR i Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, była też specjalistką od infiltracji zakonów, podczas której – jak oceniali szefowie – „ujawniała własną inwencję, organizując źródła informacji”. Piątek: „przełożony esbek nie użył [w formularzu oceny] określenia tajni współpracownicy lub agentura , mogło więc chodzić o nieformalnych informatorów luźniej związanych z SB, na przykład o tak zwane kontakty operacyjne ”.

        Takim KO był np. prałat Henryk Jankowski z Gdańska. Człowiek-kontakt nie podpisywał deklaracji o współpracy i nie brał wynagrodzenia za przekazywane informacje. Ale mógł liczyć na życzliwość SB w wielu sprawach. Jak choćby w sprawie paszportu. To właśnie towarzyszka Gwóźdź-Łopatka pozwalała Tadeuszowi Rydzykowi wyjeżdżać w latach 80. na Zachód, czego ślady zachowały się w jego teczce paszportowej. Duchowny wyjeżdżał po kilka razy do Niemiec, Austrii, Włoch i Francji, raz do Szwajcarii, raz do Indii. Poza Łopatką jego wyjazdy aprobowali w Krakowie wojująca ateistka, towarzyszka Barbara Piórko oraz należący od lat 70. do słynnej esbeckiej Grupy D (porwania i morderstwa księży) Kazimierz Aleksanderek, też członek TPPR, który tydzień po zabójstwie księdza Jerzego Popiełuszki bezskutecznie starał się o wyjazd do Moskwy. W odróżnieniu od niego młody Rydzyk wyjeżdżał, kiedy chciał i gdzie chciał; SB nigdy mu nie odmówiła paszportu (z jednym wyjątkiem, który został rozstrzygnięty pozytywnie dla księdza po wewnątrzresortowej apelacji). Duchowny mógł nawet załatwić przyspieszony paszport dla znajomego, np. studenta teologii KUL Ireneusza Cieślika, późniejszego publicysty „Tygodnika Powszechnego”. Cieślik (w „Imperatorze”) wspomina, jak redemptorysta strofował funkcjonariuszy paszportówki, którzy dla niego przedłużyli godziny pracy w biurze.

        – Trudno przypuścić, by osoby typu Aleksanderek, Gwóźdź-Łopatka i Piórko, zarówno z racji zawodu, jak i z przekonania wrogie duchowieństwu, bezinteresowne służyły paszportem księdzu – mówi mi Tomasz Piątek. – Moim zdaniem on coś bezpiece dawał.

        Mademoiselle Briend i herr Paszkowski
        Chcąc ruszyć na Zachód, obywatel PRL musiał nie tylko poprosić SB o paszport, ale też okazać zaproszenie od mieszkańca kraju, do którego (zgodnie z obowiązkowo składaną w siedzibie SB deklaracją) chciał jechać. Ksiądz Rydzyk przedkładał zaproszenia od kilku osób, w tym od 23-letniej paryżanki Claire Marcelle Briend. Piątek skontaktował się z ponad 60-letnią dziś panią i usłyszał, że zapraszała do Francji wiele osób z Polski, ale nigdy księdza Tadeusza. Wykluczyła luki w pamięci, bo od czasu studiów literackich na Sorbonie utrzymuje kontakty z Polakami, odwiedza Polskę, tłumaczy polską poezję i wie, kim jest dyrektor Radia Maryja.

        CDN...
        • diabollo Re: Rydzyk i przyjaciele 01.04.21, 07:42
          „Nasuwa się pytanie – pisze Piątek – kto mógł mieć dostęp do esbeckiej dokumentacji paszportowej? Kto mógłby przerobić zaproszenie przeznaczone dla innej osoby, tak żeby figurował na nim ksiądz Rydzyk?”. Najprostsza, zdaniem autora, wydaje się odpowiedź: sami esbecy.

          Do Niemiec (gdzie Rydzyk przedzierzgnął się z anonimowego zakonnika w medialnego ewangelizatora) zapraszał księdza Roman Paszkowski z Norymbergi. Deklarował, że jest jego kuzynem, ale ani rodzina zakonnika z Olkusza, ani współbracia z klasztorów w Braniewie, Szczecinku, Krakowie i Toruniu o nim nie słyszeli. „W latach 1986-88 Rydzyk chwalił się swoją ówczesną zależnością od Paszkowskiego [jedynie] ludziom dość szczególnego sortu, mianowicie esbekom – pisze Piątek. – Dlaczego?”.

          Paszkowski to były milicjant i członek PZPR od 1962 r. do lat 70. W 1980 r. uciekł na Zachód i cztery lata później założył firmę Panexim GmbH oferującą Niemcom flaki do wędlin. Ubiegał się (bezskutecznie) o zmianę obywatelstwa z polskiego na niemieckie. Dwuzdaniową notatkę o tym Piątek odnalazł luzem w aktach osobowych byłego milicjanta. Co w tym dziwnego? Autor: „Starania Paszkowskiego o zgodę władz PRL na zmianę obywatelstwa powinny były zostać udokumentowane w zupełnie innym miejscu, mianowicie w osobnej teczce. Nie w postaci dwóch zdań, które ktoś nabazgrał na świstku, tylko w postaci profesjonalnie przygotowanych i opracowanych akt. Władze i służby PRL uznawały zmianę obywatelstwa – jak również samo wyrażenie woli zmiany obywatelstwa – za okoliczność (…) wręcz gardłową, która świadczyła jak najgorzej o postawie polityczno-moralnej obywatela. Zmianę obywatelstwa na zachodnioniemieckie traktowano niemal jak zdradę narodową. Próżno jednak szukać teczki Paszkowskiego w aktach SB [a także] w całym archiwum cyfrowym IPN (…). Nasuwa się pytanie: czy brak tych akt ma związek ze zniknięciem akt SB dotyczących Rydzyka?”.

          Dalej autor dowodzi, że tak jak Rydzyk musiał mieć akta TEOK, tak i jego gospodarz w Norymberdze musiał mieć teczkę przynajmniej w Wydziale II (kontrwywiad), bo w Częstochowie i Łodzi zachowały się części dokumentacji z jego rozpracowania przez dwójkę. Miejscowi wywiadowcy śledzili Paszkowskiego, gdy przyjeżdżał do Polski po stanie wojennym i zabawiał się z dziewczynami w hotelach. Stosowne notki zostały sporządzone w paru egzemplarzach, dwa zapewne podpięto do teczek Paszkowskiego: pierwszą niechybnie założono mu, kiedy prosił o zmianę obywatelstwa, drugą – kontrwywiadowczą – gdy wjechał do kraju po latach spędzonych w Niemczech. Obie teki znikły.

          Pisze Piątek: „Brak tylu powiązanych ze sobą akt prowadzi do wniosku, że w sprawie Rydzyka i Paszkowskiego mamy do czynienia z sekretem ważnym dla kogoś, kto mógł wpłynąć na kształt kartotek i archiwów (…). Czy chodzi o esbeków? Czy jednak o funkcjonariuszy służb specjalnych III RP? (…) A może to ktoś z władz lub pracowników IPN – na przykład jakiś wyznawca dyrektora – bezprawnie wyniósł akta? Cóż… taki wyznawca musiałby być obdarzony wieloma umiejętnościami. Mówilibyśmy o kimś, kto umiałby nie pozostawiać śladów – ani na papierze, ani na serwerze. Mówilibyśmy też o kimś, kto byłby w stanie przeprowadzić taką operację w kilku archiwach położonych w różnych miastach. (…) Co więcej, taki wyznawca Rydzyka musiałby dobrze wiedzieć, gdzie i czego szukać. Zatem musiałby być głęboko wtajemniczony w mroki przeszłości Rydzyka i meandry losów Paszkowskiego (…). Trudno przypuścić, żeby tego wszystkiego mógł dokonać jeden spontanicznie działający wyznawca księdza. Prędzej coś podobnego mogłaby przeprowadzić grupa – gdyby istniała. To jednak fantazyjna hipoteza (…), znacznie bardziej prawdopodobna, prosta i logiczna jest wersja wydarzeń, według której dokumenty zostały ukryte przez esbeków [lub] byłych esbeków”.

          Sygnatura OMA-001

          Co dokładnie robił ksiądz Tadeusz, gdy kręcił się przez kilka lat po Europie Zachodniej i Bałkanach, nie wiadomo. Na pewno zarabiał na wysyłaniu do Polski samochodów bez cła i na organizacji niemieckich pielgrzymek do Medziugorie („golimy dewocyjne babcie” – wspominał jego współbrat Stanisław Kwiatkowski). Uczył się, jak robić katolickie radio, i ukrywał zarówno przed władzami redemptorystów, jak i władzami PRL. Ale w kwietniu 1988 r. złożył w polskim konsulacie w Kolonii wniosek o wznowienie dawno nieważnego paszportu. Pozytywna decyzja zapadła, co normalne w przypadku Rydzyka, tego samego dnia. Ale wydelegowany do konsulatu szef wydziału paszportów z Krakowa, podpułkownik Jerzy Zawojski wysłał do warszawskiej centrali (Biura C) dwa standardowe pytania (na formularzu Mkr-1): „Czy daną osobą ktoś z SB już się zajmuje względnie zajmował?”, „Jakie informacje lub dokumenty na temat osoby mogą posiadać inne jednostki służby?”.

          Odpowiedź na oba pytania zachowała się w aktach paszportowych Rydzyka, lecz ktoś ją zamazał z jednej strony przed rokiem 2012, gdy kwit Mkr-1 odnalazł Jacek Hołub. Piątkowi udało się teraz – z pomocą specjalisty – odczytać ukrytą treść: „Drugostronnie wymieniony(a) figuruje w kartotece. Teczka na księdza [TEOK] w Wydz(iale) IV [antykościelnym] WUSW Kraków do w(glądu) 26/105. Mat(eriały) w 01 835 Wydz. IV WUSW Toruń przesła(no) do Wydz(iału) IV WUSW Koszalin (…) OMA-001364/76. Z Wydz(iału). IV WUSW Toruń przesłano mat(eriały) do Wydz. IV WUSW Elbląg (…)”.

          Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych z Koszalina zajmował się o. Tadeuszem, gdy ten pracował z młodzieżą w Szczecinku. Elbląski – gdy mieszkał w klasztorze redemptorystów w Braniewie. Toruński i krakowski – już wiemy.

          – Co chciano ukryć, zamazując tę treść? – pyta Piątek. – I kto mógł to zrobić?

          W książce tłumaczy: „Możliwe odpowiedzi przypominają nieco te, które rozważaliśmy w sprawie zaginionych papierów Romana Paszkowskiego [i] mają jeden mankament. Ktokolwiek chciałby ukryć to, że istniały dokumenty obciążające księdza Rydzyka, powinien był zabrać kartę Mkr-1 z jego teczki, wynieść ją z archiwum i zniszczyć (jeśli chciał chronić Rydzyka) lub schować (jeśli chciał szantażować księdza)”.

          CDN...
          • diabollo Re: Rydzyk i przyjaciele 01.04.21, 07:44
            Ale w ruch poszedł czarny flamaster.

            Dalej Piątek: „Kto mógł się zachować w sposób tak niedbały, a może bezczelny? Widzę dwie odpowiedzi. Pierwsza zapewne usatysfakcjonuje zwolenników Rydzyka: ksiądz jest niewinny, w jego teczkach nie ma nic obciążającego, ale perfidni wrogowie je ukryli, żeby stworzyć odwrotne wrażenie. A potem jeszcze zaczernili niewinną odpowiedź na niewinne zapytanie o niewinne teczki. Tylko po to, żeby wścibscy dziennikarze w rodzaju Głuchowskiego, Hołuba i Piątka snuli podejrzenia. (…) Druga odpowiedź brzmi prościej, a przede wszystkim mówi nam, kiedy mogło dojść do zamazania karty Mkr-1. Kartę zaczernił esbek, być może sam ppłk Jerzy Zawojski. Stało się to w 1988 r. lub w pierwszej połowie 1989 r. Przypomnę, że wielkie niszczenie dokumentów zaczęło się dopiero jesienią 1989 r. Do tego czasu esbecy dbali o swoje akta. (…) Przeważnie starali się jak najmniej naruszać system teczek. Byli żywo zainteresowani tym, żeby cały mechanizm działał w sposób skuteczny. (…) Rzecz jasna, chodzi też o konsekwencje służbowe ewentualnego przyłapania na wynoszeniu lub niszczeniu materiałów (...). Esbek, który zdecydowałby się na samowolne usunięcie informacji z systemu, zapewne starałby się zatrzeć wszystkie ślady, żeby uniknąć kary. Zupełnie inaczej jednak mógł się zachować odpowiedzialny szef jednostki [paszportowej z Krakowa], który (...) zdecydował o usunięciu informacji z akt. Jeszcze w 1988 r. taki szef mógł zaczernić część treści karty, zamiast zabrać ją z teczki. Właśnie po to, żeby jak najmniej zaburzyć działanie systemu”. Ale czemu ppłk Zawojski miałby zamazywać zdawkową odpowiedź centrali? Czy dlatego, że sama w sobie brzmi groźnie?

            „Zaczyna brzmieć niebezpiecznie po skojarzeniu jej z innymi informacjami na temat księdza, które Zawojski mógł otrzymać mniej formalną drogą – pisze Piątek. – [Esbek] działał przecież w tym samym WUSW, co opiekunowie [zakonnika] z antykościelnego Wydziału IV, m.in. towarzyszka Gwóźdź-Łopatka. Bardzo prawdopodobne, że Zawojski się z nią skonsultował. Kto bowiem poluje na informację daleko, na przykład w stołecznych archiwach [jak Biuro C], zapewne też poszuka jej bliżej”.

            – Wygląda na to, że materiały wysyłane z Torunia raz do Koszalina, a raz do Elbląga stanowiły uzupełnienie wędrującej za duchownym teczki osobowej TEOK – tłumaczy Piątek. – Podczas toruńskiej działalności księdza na przełomie lat 70. i 80. wydarzyło się coś ważnego. Coś, co w oczach esbeków naznaczyło Rydzyka na lata. Być może miało to związek z działaniami toruńskiej SB, która pod wodzą Grochowskiego zwalczała „Solidarność” brutalnie i bezwzględnie, zaś Rydzyka traktowała powściągliwie.

            Pytam, co znaczy sygnatura OMA-001… itd., którą nadano toruńskim materiałom.

            – To jest najciekawsze. W opracowaniach IPN numery OMA bywają określane jako ewidencyjne lub rejestracyjne. Zwróciłem się do historyków, archiwistów i byłych esbeków z pytaniem, czy wiedzą, jakiego typu materiały oznaczano takimi numerami, i czy dokumenty OMA różniły się czymś od spraw i osób, które rejestrowano bez takich liter. Większość nie miała pojęcia, o co chodzi. Dopiero pod koniec badań trafiłem na dwie dobrze poinformowane ekspertki.

            Pod czarnym tuszem
            OMA to oznaczenie korespondencji między departamentami MSW. Takie numery, ale bez dwóch zer, noszą np. esbeckie dokumenty zgromadzone na przyjaciela Jana Pawła II, księdza Mieczysława Malińskiego, którego zarejestrowano w Krakowie jako TW „Delta” (OMA-210277/71). Tak też było w przypadku komentatora sportowego Jana Ciszewskiego – zwerbowanego w 1971 r. i zarejestrowanego w Katowicach jako kontakt operacyjny „Sprawozdawca” (OMA-1-19629). W obu przypadkach trzy litery oznaczały, że agentów kontroluje centrala MSW. Ale w żadnym z nich nie ma dwóch zer, które występują w przypadku Rydzyka.

            Piątek: – Ustaliłem, że jeśli po literach OMA numer rozpoczynał się od dwóch zer, pismo miało najwyższy gryf niejawności: tajne specjalnego znaczenia. Te dwa zera sugerują ponadto jakiś związek z tzw. działaniami specjalnymi, czyli m.in. akcjami Grupy D, która była z kolei związana z KGB.

            Najgłośniejsze specakcje tej samodzielnej Grupy Operacyjnej do zadań Dezintegracyjnych to oczywiście zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki i nieudana próba skompromitowania Jana Pawła II przez spreparowanie pełnego pikantnych szczegółów „pamiętnika” jego krakowskiej znajomej Ireny Kinaszewskiej. Szczególny nadzór ze strony KGB wyrażał się zaś w częstych wzajemnych wizytach, które ze strony sowieckiej były właściwie kontrolami. Funkcjonariusze Grupy wyjeżdżali do ZSRR – oficjalnie – 25 razy. Oficerowie KGB wizytowali D czterokrotnie. Twórca grupy, generał MO Konrad Straszewski, w 1975 r. podpisał w Moskwie plan jej wspólnych przedsięwzięć operacyjnych z Zarządem V KGB. Cele: zwalczania Kościoła rzymskokatolickiego oraz rozpracowanie Watykanu. Współpracę zacieśniono po wyborze Karola Wojtyły na papieża.

            Piątek: – Numer OMA mówi, że działalność Rydzyka dokumentowano nie tylko w wojewódzkiej jednostce SB, ale też w ministerstwie, które korespondowało na jego temat z lokalnymi WUSW. Ministerialna centrala powinna przechowywać tę korespondencję lub dotyczące jej zapisy. Z powodu dwóch zer wypada przypuścić, że ministerstwo miało księdza Rydzyka pod lupą. Zatem powinno też posiadać wierną kopię TEOK lub jej skróconą wersję. Ale niczego takiego nie dało się znaleźć. A przecież materiały OMA-001364/76 mogłyby odpowiedzieć, czy Rydzyk miał coś wspólnego z porwaniami opozycjonistów na terenie ppłk Zygmunta Grochowskiego lub pobiciami i włamaniami krakowskiej Grupy D, które to akcje dokumentowała opiekunka księdza Maria Gwóźdź-Łopatka. Jak widać, wiele się kryje pod czarnym tuszem, ale najważniejsze, że prócz TEOK Rydzyka istniała też esbecka korespondencja międzywojewódzka na jego temat. Były co najmniej dwie przesyłki: jedna z Torunia do Koszalina, druga z Torunia do Elbląga. Korespondencja dotyczyła spraw tajnych specjalnego znaczenia. Uczestniczyło w niej MSW. Zatem dokumentacja powinna przetrwać w esbeckich kartotekach co najmniej czterech miast: Torunia, Koszalina, Elbląga i Warszawy, nie mówiąc o Krakowie. Tymczasem brak jakichkolwiek śladów prócz zamazanego tuszem świstka z teczki paszportowej.

            – Brak też dowodów, a nawet mocnych poszlak uzasadniających tezę, że Rydzyk był sowieckim agentem – zauważam.

            Piątek: – Mamy żelazne dowody na to, że Rydzyk przez lata cieszył się konsekwentną protekcją esbeków szczególnie blisko związanych z ZSRR i sowieckimi służbami. Dam przykład: co zrobiła starsza inspektorka Gwóźdź-Łopatka w kwietniu 1988 r., gdy wcześniej ukrywający się ksiądz przyszedł do konsulatu w Kolonii? Pojechała na cztery dni do ZSRR. Jej wyjazd zatwierdził Kazimierz Aleksanderek z Grupy D.

            CDN...
            • diabollo Re: Rydzyk i przyjaciele 01.04.21, 07:46
              Mistyczka ze Szwajcarii

              W książce pt. „Życie jest ciekawe” – rozmowie rzece o. Tadeusza z Szymonem Cieślarem (dyrektorem należącego do fundacji Rydzyka zespołu szkół w Szczecinku) – redemptorysta mówi, jak zebrał na Zachodzie pieniądze, dzięki którym założył radiostację: „[W Szwajcarii] spotkałem panią Rozę Winter (…), od której otrzymałem pierwszą statuę Matki Bożej Rosa Mistica [figura stojąca potem na konsolecie w głównym studio Radia Maryja]. Winter prosiła mnie, żebym przyjechał koniecznie do Martini [Martigny – miejscowość w Alpach] na spotkanie z pewną osobą, która miała doświadczenia mistyczne. Odnosiłem się sceptycznie do tych doświadczeń, nie było przecież jeszcze w tej sprawie oficjalnego stanowiska Kościoła. Skąd mogłem wiedzieć, czy te sprawy pochodzą od Pana Boga? Ale ona bardzo nalegała (…). Dla świętego spokoju pojechałem taki kawał drogi, chociaż byłem bardzo zmęczony (…). Tuż przed moim wyjazdem Rosa wręczyła mi 10 tys. franków szwajcarskich. Powiedziała mi, że ta mistyczka przekazała ludziom: Ojciec Tadeusz Rydzyk chce robić Radio Maryja w Polsce. Jest ono potrzebne i na ten cel potrzebne są pieniądze . Akurat tyle potrzebowaliśmy, żeby zapłacić za postawienie pierwszej wieży nadawczej”.

              10 tysięcy franków przemycone do Polski w 1990 r. starczało na zakupy o wiele większe niż maszt. Za takie pieniądze można było nabyć willę w Sopocie lub kamienicę w Warszawie. Nauczycielska pensja wynosiła wówczas 30-40 franków.

              Tajemnicza mistyczka, której nazwisko w książce nie pada, to grecko-szwajcarska wizjonerka Vassula Rydén urodzona w Heliopolis jako Vassiliki Claudia Pendakis i od lat publikująca orędzia dyktowane jej „bezpośrednio przez Boga”. W roku 1988 Bóg podyktował Vassuli proroctwo: „Rosja zostanie wskrzeszona Mą Boską Ręką i na tym szczycie Świętości, kiedy Ma Ręka zostanie na niej położona, rozgrzewając wyziębnięte serce Rosji, ożywiając ją, ona powstanie z ciszy śmierci i swego świata ciemności do Mego Świata Pokoju i Światła; z głośnym krzykiem zamanifestuje swoją radość (…), a Mój Płomień Miłości rozpali jej serce, oczyszczając ją i pozostawiając w całkowitym zachwycie dla Mnie, jej Boga. O Rosjo, Moja Rosjo! Jakże ja, Pan, cię kocham!”.

              W kolejnym proroctwie (z roku 1992) Bóg ogłosił ustami mistyczki: „Rosja będzie rządzić resztą Moich dzieci w świętości [a] jedność przyjdzie przez nią (...). Zmartwychwstanie wkrótce nastąpi w Mojej Córce Rosji; nie sądźcie jej synów i córki, abym nie był zmuszony was sądzić”.

              Ostatni wielki zlot fanów Rydén odbył się w 2017 r. w Moskwie. Mistyczkę przyjął archimandryta Filaret (druga osoba w rosyjskiej Cerkwi).

              – Zatem promotorka rosyjskich wpływów w Europie dała pieniądze na Radio Maryja, a Federacja Rosyjska dała tej stacji ogólnoświatowy zasięg – mówi Piątek i przypomina znaną sprawę anten z Samary i Krasnodaru. Od 1997 r. nadająca wcześniej tylko w Polsce rozgłośnia o. Tadeusza stała się dzięki rosyjskim antenom słyszalna w USA, Kanadzie i Australii, skąd wkrótce zaczęły płynąć na konta radiowe najtłustsze datki. Dwa lata później wdzięczny dyrektor zaprosił przedstawicieli ambasady Federacji Rosyjskiej na urodziny radia. Zaproszenie zostało przyjęte. – Efekty tych tajemniczych związków słyszymy na antenie – mówi Tomasz Piątek. A w „Rydzyku…” pisze: „W większości nienawistnych kampanii prowadzonych przez [toruńskie] media widać zadziwiającą zgodność z propagandą Kremla przeznaczoną dla krajów Zachodu, w tym Polski (…). Tak, jak kremlowskie trolle i fake-newsowe portale internetowe, tak również radio [z Torunia] atakowało kobiety i osoby LGBT, szczuło na muzułmanów, a nawet propagowało wspierany przez Kreml ruch antyszczepionkowy”.

              Moskwę musi też cieszyć to, że Rydzyk otwarcie sprzeciwiał się akcesji Polski do Unii, a teraz wspomaga rząd PiS w działaniach, które nas z UE konfliktują. Cytaty z portalu RM z ostatniego kwartału: „Musimy bronić się przed szaleństwem, które proponuje nam Unia”, „Unia chce ubezwłasnowolnić Polskę poprzez pozbawienie praw wynikających z traktatów”; „Unia Europejska zawiodła w czasie pandemii”...

              Jagódka syberyjska

              Ironią losu jest, że to Jarosław Kaczyński (w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” z 1998 r.) jako pierwszy ocenił geopolitycznie działalność Ojca Dyrektora, mówiąc: „Nie mam wątpliwości co do tego, iż po naszej stronie działają aktywnie rosyjskie służby specjalne. Radio Maryja jest dziś głęboko antyzachodnie, prorosyjskie, wcale nie nieżyczliwe PRL-owi (...). Są dwa modele działalności rosyjskiej w Polsce. Pierwszy, pepeerowski, całkowitego podporządkowania Moskwie (...). Drugi wzorzec nazywam targowickim. Charakteryzuje go odwoływanie się do wartości tradycyjnych, katolickich, narodowych. Prorosyjskość ubrana jest tam w maskę patriotyzmu. Czyż targowica nie była właśnie taka: narodowa, katolicka? Czyż nie pałała szacunkiem do polskiej przeszłości?”.

              Piątek, który ze słów prezesa PiS uczynił motto swej książki, dodaje: „Polska prawica wyhodowała wielu antyzachodnich propagandzistów, ale trudno znaleźć kogoś równie pod tym względem radykalnego jak ksiądz z Torunia. [Żaden inny] nie odniósł też takiego sukcesu biznesowego, medialnego i wizerunkowego. Rzecz jasna, rydzykoznawcy widzą (…), że wokół Rydzyka można znaleźć wiele osób bezpośrednio lub pośrednio powiązanych z dawnymi władzami, elitami i służbami komunistycznej PRL. Traktują to zwykle jak osobliwy dodatek do całokształtu działalności (…), jadowitą wisienkę – albo jagódkę syberyjską – na szczycie tortu, który sam z siebie jest zatruty czysto swojskim jadem. [Jednak gdy] zacząłem prześwietlać zagraniczne i esbeckie powiązania Tadeusza Rydzyka (…), niepojęte zjawisko nagle stało się znacznie łatwiejsze do pojęcia. Nie da się zrozumieć Rydzyka, jeśli się nie dostrzega lub nie docenia geopolitycznego aspektu jego działalności”.

              Książka Tomasza Piątka „Rydzyk i przyjaciele. Tom pierwszy: Kręte ścieżki” ukaże się 31 marca w wydawnictwie Arbitror

              wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,26920639,rydzyk-i-przyjaciele-tomasz-piatek-na-tropie-teczki-ojca.html

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka