diabollo
16.02.25, 13:15
Michał R. Wiśniewski
Mapy i kalendarze, czyli jak i po co Google podlizuje się Trumpowi
Dużo łatwiej przeprowadza się kampanię nienawiści, niż wprowadza pozytywne zmiany. Do wielu wyborców Trumpa dopiero teraz dociera, że głosując za krzywdą innych, zagłosowali na własną niekorzyść.
Po złożeniu hołdu lennego nowemu amerykańskiemu władcy technologiczne korporacje zaczęły prześcigać się w wypełnianiu woli pana. Gdy prezydent Donald Trump wydał dekret zmieniający nazwę „Gulf of Mexico” na „Gulf of America”, zmiany pojawiły się w aplikacjach Google Maps i Maps firmy Apple. Polski użytkownik zobaczy jednak coś innego – w wersji Apple to wciąż „Zatoka Meksykańska”, ale Google postanowił być nadgorliwy – na mapie widnieje napis „Zatoka Meksykańska (Zatoka Amerykańska)”. Wola Trumpa została wyeksportowana.
Google: słowa i czyny
Tymczasem zauważono, że z aplikacji Google Calendar zniknęły wydarzenia kulturowe, takie jak Pride Month (Miesiąc Dumy), Black History Month (Miesiąc Czarnej Historii), Holocaust Remembrance Day (Dzień Pamięci o Holokauście), Jewish Heritage (Dziedzictwo Żydowskie), Hispanic Heritage (Dziedzictwo Latynoskie), Indigenous People Month (Miesiąc Ludności Rdzennej) i Women’s History Month (Miesiąc Historii Kobiet). Korporacja tłumaczyła, że to kwestia automatyzacji – wcześniej te wydarzenia trzeba było wprowadzać ręcznie, a teraz święta pobierane są z serwisu timeanddate.com. W korespondencji z „Guardianem” Google dodało, że nadal ma zamiar promować kulturowe momenty w Google Doodle (specjalnych wersjach logotypów wyszukiwarki) czy oferując wyspecjalizowane playlisty w serwisie YouTube Music.
Czy te tłumaczenia trafią do użytkowników uważających, że czystki w kalendarzu to element podlizywania się Trumpowi? Nietrudno dziwić się takim opiniom – Google było jedną z firm (obok Walmartu, Meta czy Amazonu), które po „zachętach” nowej władzy wygasiły swój program DEI.
Walka z DEI (Diversity, Equity, and Inclusion), czyli inicjatywami stosowanymi przez firmy oraz instytucje w celu promowania różnorodności, równego traktowania i integracji różnych grup społecznych w miejscu pracy, stała się jednym z filarów najnowszej odsłony wojny kulturowej prowadzonej przez prawicę. Reżim Trumpa obwiniał programy równościowe o pożary w Kalifornii i spadające samoloty; politycy mówią językiem internetowych trolli narzekających na współczesne gry wideo.
Warto też przypomnieć sprawę z 2017 r., gdy inżynier James Damore opublikował w sieci wewnętrznej firmy notatkę „Google’s Ideological Echo Chamber”. W pełnym seksistowskich i pseudonaukowych twierdzeń dokumencie krytykował politykę firmy dotyczącą różnorodności i argumentował, że różnice płciowe w branży technologicznej wynikają z biologicznych uwarunkowań. Dokładnie z powodu takich incydentów inicjatywy DEI są potrzebne.
Kampania nienawiści
Tego typu ataki na mniejszości mają jeden cel – odciąganie uwagi elektoratu od problemów życiowych. Kilkadziesiąt lat temu Republikanie stosowali „Southern strategy”, czyli taktykę odwoływania się do rasistowskich przekonań wyborców, zwłaszcza w obliczu ruchów na rzecz praw czarnych. W czasie ostatniej kampanii Trump postanowił zaatakować osoby trans. Chociaż osoby identyfikujące się jako transpłciowe stanowią mniej niż 1 proc. populacji USA, to od 7 do 20 października 41 proc. reklam wyborczych kandydata Republikanów (na które wydano szacunkowo 95 mln dol.) miało charakter antytrans. Sprawy, które w ogóle nie dotykają przeciętnego wyborcy, przedstawiono jako najważniejszy problem Ameryki.
Po objęciu władzy Trump przeszedł do ataku. Celem jest wymazanie osób trans z życia i historii, np. ze stron National Park Service (Służba Parków Narodowych, dbająca o naturalne i historyczne zasoby kraju) zwyczajnie skasowano słowo „transgender”. Dziennikarze dotarli też do listy słów zakazanych na stronach National Science Foundation i Centers for Disease Control.
Cóż, dużo łatwiej przeprowadza się kampanię nienawiści, niż wprowadza pozytywne zmiany. Przemianowanie „Zatoki Meksykańskiej” na „Zatokę Amerykańską” wymagało jednego podpisu. Czy sprawiło, że komukolwiek żyje się lepiej? Czy z mile połechtanych uczuć patriotycznych można zrobić omlet?
Do wielu wyborców Trumpa dopiero teraz dociera, że głosując za krzywdą innych (osób transpłciowych, migrantów, urzędników), zagłosowali na własną niekorzyść. Wiralem stała się historia farmera, który nie spodziewał się, że „szukanie oszczędności w rządzie” przeprowadzane przez Elona Muska skończy się obcięciem programów pomocowych dla rolnictwa. Podobnie białe kobiety głosujące na kandydata Republikanów dopiero teraz rozumieją, że również były beneficjentkami programów DEI, a reguły nie dotyczyły jedynie czarnych i LGBT. Można mieć schadenfreude, ale tych ludzi po prostu oszukano.
Trumpizacja polskiego umysłu
Politycy z okolic PiS na poczynania Trumpa patrzą z zachwytem, który jest wprawdzie samobójczy, ale dość zrozumiały (cóż, w końcu realizuje podobny program demontażu demokracji). Niestety, trumpizacja dotyka również polityków „obozu demokratycznego”. Kandydat Trzaskowski wyciąga np. same złe wnioski – zamiast naśladować wygrywającą strategię Trumpa („mów, w co wierzysz, aż inni w to uwierzą”), próbuje wyskubać coś z jego poglądów – a to chlapnie coś o dwóch płciach, a to poszczuje na Ukraińców pobierających 800 plus. To najlepsza droga do tej ciemności, w której ginie demokracja.
Ale trumpizacja polskiego umysłu nie zaczęła się dziś. Walkę z inicjatywami równościowymi prowadzili nie tylko przedstawiciele skrajnej prawicy, ale i publicyści mediów głównego nurtu. Ci sami ludzie, którzy od lat narzekali na „cancel culture”, „woke” i „szaleństwa amerykańskiej młodzieży”, z gracją weszli w rolę pożytecznych idiotów Trumpa. Gdy dziś robi on dokładnie to, o co w swoich fantazjach oskarżali ruchy progresywne – kontroluje język, usuwa słowa i ludzi – tłumaczą to jako naturalny mechanizm dziejowy, reakcję na wychylenie wahadła w lewą stronę.
CDN...