diabollo
24.02.25, 07:49
Opozycjonista i pisarz Dmitrij Bykow dla „Polityki”: Rosja zgnije. A co potem? Widzę trzy opcje
W Rosji uznaje się go za jednego z najważniejszych współczesnych poetów. A także dziennikarza, satyryka, antystalinistę. Dwukrotnie odmówił udziału w spotkaniu z Władimirem Putinem. W 2012 r. w wyborach do Rady Koordynacyjnej Opozycji zajął drugie miejsce, ustępując jedynie Aleksiejowi Nawalnemu. W 2014 r. sprzeciwił się aneksji Krymu i rozpoczęciu przez Rosję wojny w Donbasie. Jesienią 2021 r. wyjechał do USA, wykłada na University of Rochester. W Rosji uznano go za inoagenta (agenta zagranicy).
W Polsce Dmitrij Bykow (rocznik 1967) znany jest głównie z przetłumaczonej powieści historycznej „Uniewinnienie” i futurystycznej powieści „ŻD”, a także biografii Bułata Okudżawy. Szeroko pisano o Bykowie w mediach międzynarodowych w 2019 r., kiedy trafił do szpitala po wykładzie w Ufie. Dziennikarze śledczy z The Insider oraz Bellingcat uznali, że pisarz stał się ofiarą nieudanego zamachu przygotowanego przez tych samych agentów FSB, którzy zorganizowali otrucie Nawalnego i Władimira Kary-Murzy.
JĘDRZEJ MORAWIECKI: – Kiedy w Rosji skończyła się wolność?
DMITRIJ BYKOW: – Dla mnie wolność łączy się ze złożonością. A Rosja zaczęła się w koszmarny sposób upraszczać i redukować, ona zrobiła się zupełnie płaska. Płaski świat jest bardzo smutny. Zauważyłem ten proces bardzo wcześnie, bo już w 1992 r. Wtedy zaczęto wycinać inteligencję. Zamiast wolności dostaliśmy dowolność. To właśnie w tamtym czasie do Bułata Okudżawy przyszedł reżyser Władimir Motyl i przyniósł mu ananasa. Okudżawa powiedział mu, że wolność w Rosji stanie się takim ananasem: czymś egzotycznym i nikomu niepotrzebnym. Powiedział jeszcze dosłownie: „Nic się nam nie uda”. No i się nie udało.
To było jasne już wtedy. A w 1993, po ataku na Biały Dom w Moskwie… Wiecie, ja pomyślałem w trakcie tego puczu, że Biały Dom z Radą Sowietów powinien zostać nie tylko ostrzelany z czołgu, ale też po prostu zrównany z ziemią. Lecz go nie zrównali. Cóż, już wtedy było jasne, że wszystko skończy się bardzo źle.
A więc to nie Władimir Putin był końcem wolności dla Rosji?
Co? Jaki znowu Putin? On okazał się tylko naturalną konsekwencją tego, co zaczęło się wcześniej. Do tej pory pamiętam, jak założycielka REN TV Irena Lesniewska powiedziała mi, że nikt nie wyrządził większej szkody wolności słowa w Rosji niż oligarcha Borys Bieriezowski i medialny magnat Władimir Gusinski. Dlatego kiedy Putin ich odsunął, uważałem, że w pełni sobie na to zasłużyli. Bieriezowskiego zostawmy już w spokoju, ale Gusinskiego to ja nienawidziłem z całego serca. No i jak się poznaliśmy osobiście w 2010 r. w Stanach Zjednoczonych, to mu to powiedziałem.
Mówi pan, że nadejście Putina było łatwe do przewidzenia. A że Putin będzie próbował pana otruć nowiczokiem, to również pan przewidywał?
No nie, żeby mnie tak otwarcie truć… Tego się nie spodziewałem. Nie wyceniałem swojej osoby aż tak wysoko. Ale od zawsze wiedziałem, że kiedyś będę musiał wyjechać. Od pewnego momentu pozostawałem w Rosji jedynie z powodu matki. Miałem nadzieję, że w końcu namówię ją do emigracji. Ona do samego końca była aktywna, zdrowa na umyśle, samodzielna. Kto wie, może gdyby nie zmarła z powodu niewydolności serca, tobym ją w końcu przekonał? No a po jej śmierci zrozumiałem, że nic mnie już w kraju nie trzyma.
Uważa się pan za opozycjonistę?
Tak. Przy czym, jak powiedział prozaik Aleksandr Żołkowski, pokazując na Łubiankę: „To nie ja o tym zadecydowałem. To oni tam tak postanowili”. Nie byłem wcześniej dysydentem. Ot, coś tam pisałem, podpisywałem się pod jakimiś listami i tyle. Ale oni uznali mnie za wroga. Nie będę ukrywał, że specjalnie się temu nie sprzeciwiałem. A więc owszem – jestem teraz opozycjonistą. A na pewno nie utożsamiam się w najmniejszym stopniu z działaniami rosyjskich władz. Chociaż, wiecie, z drugiej strony… Myślę sobie, że gdybym był po stronie Putina, to on by już przegrał. Taką karmę bym im przyniósł, taką klątwę w sobie skrywam. No, ale nie trafiłem do ich ekipy.
CDN...